Reklama [góra]


Wstrząsająca tragedia która wydarzyła się w lesie koło Rożnowa w 1946 roku



Droga do Polski
Rodzice dobrze zapamiętali głód, jaki zapanował w czasie i po I wojny światowej. Mama, przez długi okres poprzedzający wkroczenie wojsk radzieckich do wioski na wyspie Rugia, przygotowywała jedzenie. Przedłużała jego żywotność poprzez układanie jaj w warstwie soli w trzech dużych garnkach, które wcześniej przyniosła z kuchni. Na dno garnka wsypywała sól, po czym w niej układała jajka ciasno, jedno obok drugiego, główkami do dołu. W każdym garnku znajdowało się ponad 120 jaj. Mięso, które pochodziło z dwóch wyhodowanych przez rodziców świń, zostało peklowane w roztworze z wody i soli, po czym warstwami ułożone zostało w beczce. Do drewnianej platformy zostały zaprzątnięte dwa konie i rozpoczęło się układanie zapasu żywności i niezbędnych przedmiotów codziennego użytku. Wyruszyliśmy w konwoju wozów konnych złożonym z ponnad 10 zaprzęgów. Wraz z moją rodziną w drogę na wschód wyruszyli inni Polacy, dotychczasowi niewolnicy pracujący w gospdarstwach niemieckich w tej samej wiosce. W konwoju znajdowało się początkowo 12 pojazdów. W drodze, z różnych przyczyn losowych, cztery lub pięć wozów zostało wyłączonych z dalszej drogi ( uszkodzone koło czy decyzja o zmianie dalszej drogi uniemożliwiała dalszą podróż).
                                                     
Pani Józefa Kostecka dziś. 
Drogę pokonywaliśmy z przerwami na posiłki i odpoczynek. Dorośli wybierali na miejsca postojów sady lub opuszczone ogrody. W czasie drogi kilka razy nasz konwój został zatrzymany przez żołnierzy radzieckich, którzy poszukiwali broni, kosztowności. Pamiętam, że podczas tych rutynowych kontroli sołdaci nielegalnie rekwirowali kosztowniejsze przedmioty (zegarki, harmonie, biżuterię). Dojechaliśmy do przedmieść Szczecina.  Nagle, w pobliżu koczującego obozu, pojawili się przedstawiciele tymczasowej władzy radzieckiej. W nocy tato długo rozmawiał z przybyłymi, którzy przez czas rozmowy zachowywali zdecydowaną postawę. Po długiej rozmowie, w godzinach porannych poinformował mamę, że przeprawa przez Odrę wymaga specjalnej zgody, po którą uda się, pod wskazany adres do siedziby tymczasowych władz miasta. Mąż mój zdecydowanie sprzeciwił się aby tato sam wyruszył do wielkiego, nieznanego miasta. Trudno mi w tej chwili powiedzieć, czy była to zasadzka, czy też mój ojciec przyjął warunki rozmówców. W budynku dzisiejszego Urzędu Wojewódzkiego, który szczęśliwie ostał dzięki temu, że był punktem orientacyjnym dla bombowców alianckich, siedzibę swoją miały tymczasowe władze radzieckie. Tam udał się mój tato. Przy wejściu służbę pełnił uzbrojony żołnierz, do którego podszedł. Nagle pojawiło się dwóch cywili i zatrzymali mojego tatę. Nigdy więcej nie zobaczyliśmy taty. Podzielił los 250 000 skazanych przez radzieckie trybunały, a następnie poddanych powojennym represjom spośród 1.8 miliona jeńców radzieckich. W latach powojennych rozpoczęliśmy poszukiwania ojca przez Polski Czerwony Krzyż. Dowiedzieliśmy się cennych informacji o późniejszym życiu taty. Został wywieziony do obozu pracy na Syberię, gdzie przebywał do 1965 r, w tym roku zmarł. Informacje o losie taty otrzymaliśmy od PCK w roku 1967.


21 V 1945 roku  przywitało nas w Gryfinie słońce

Z przedmieść Szczecina wyruszyliśmy w dalszą drogę na południe, towarzyszył nam smutek i pewna nadzieja, że gdy przekroczymy tą wielką rzekę, gdzieś tam po drugiej stronie wszystko się wyjaśni. Po zachodniej stronie Odry, w pobliżu wioski Mescherin zatrzymaliśmy się na noc. W miejscu gdzie, zdecydowaliśmy się na odpoczynek, w pobliżu przeprawy przez most znajdowała się pagórkowata łąka, a dziś rośnie las. W dniu 16 V po pontonowym moście przeprawiliśmy się na wschodnią stronę. Most, pomimo łagodnego poranka mocno się kiwał i w pewnej chwili konie  czymś spłoszone gwałtownie wyrwały do przodu. Brat Edward umiejętnie zapanował nad niebezpieczną sytuacją. Wyglądało to bardzo groźnie. Wjechaliśmy do Gryfina, przywitało nas łagodne słońce. Dzisiejszy plac Barnima i widoczne okolice były zniszczone. Miasto sprawiało wrażenie opuszczonego. Zatrzymaliśmy się na placu i długo zastanawialiśmy, w którą stronę jechać dalej. Na jednym ze skrzyżowań, znajdujących się w mieście, widoczne były znaki z nazwami niemieckich miast, które nam nic nie mówiły. Jadąc przez cały czas w konwoju, kierując się instynktem, zdecydowaliśmy się na dalszą jazdę na południe. Przed przejazdem kolejowym zatrzymaliśmy się na odpoczynek, po czym wyruszyliśmy w dalszą drogę. W Rożnowie, na znajdującym się na wzniesieniu placu przy kościele, zdecydowano o kolejnym postoju. Mój brat zaczął tradycyjnie grać na harmonii. Nagle ze znajdującego się w Rożnowie  pałacu (dziś w pobliżu nieistniejącego pałacu pozostał park z zachowanym starym drzewostanem) wybiegł czerwonoarmista i gwałtownie wyrwał bratu harmonię.
                                                                                 
Panorama Gryfina z lotu ptaka w 1930 roku
Nad Odrą w Gryfinie w latach 30-tych poprzedniego stulecia. 
Zapasy żywności starczały na codzienne ciepłe posiłki, które były przygotowywane w dużym garnku, ustawionym na kamiennym palenisku. Spożywaliśmy gotowane jajka i żywność zasoloną w beczce. Nikt z nas nie przypuszczał, że oddalona od naszego miejsca odpoczynku o 4 kilometry wioska będzie końcem naszej drogi.
                                                                   

Napotkany przechodzień okazał sie drugim w kolejności Wójtem Gminy Banie

Gdy dojeżdżaliśmy do miejscowości, w których planowaliśmy postój, trzech młodych chłopaków wyprzedzało nasz konwój, biegnąc, aby upewnić się, czy w planowanym miejscu postoju znajduje się odpowiednio dużo miejsca dla odpoczynku koni. Pod wieczór w dniu 18 V  1945 r.dojechaliśmy do Lubanowa. W pobliżu kościoła, w miejscu gdzie stoi dom nauczyciela nocowaliśmy w pomieszczeniu wiejskiej świetlicy (do dziś stoi ten budynek za domem nauczyciela). W nocy była okropna burza. Stodoła, znajdująca się w środku wioski, zaczęła się palić  od uderzenia pioruna. Rano obudziło nas słońce i zapach bzu. Pozostał jeden koń, drugiego nad ranem wyprowadzili stacjonujący tutaj żołnierze radzieccy. Stałam z bratem przed oknem i przyglądaliśmy się dużemu budynkowi mieszkalnemu, przypuszczając, że został opuszczony. Jak się wkrótce okazało, budynek był pusty. Szczęśliwie w tym domu przeżyłam wraz z moimi najbliższymi dalsze lata życia.  Do dziś tutaj mieszkam. Byliśmy świadomi, że jeden koń nie sprosta wyzwaniu transportu okazałej platformy i bagaży. Mąż udał się w poszukiwaniu brakującego konia. W pobliżu cmentarza spotkał mężczyznę, W czasie rozmowy  okazało się, że napotkany przechodzień był drugim wójtem pobliskich Bań (pierwszy wójt gminy Banie nazywał się Julian Tomaszkiewicz, pełnił funkcję z nominacji wojsk radzieckich), nazywał się Władysław Młotek. W trakcie rozmowy wójt zdecydowanie się sprzeciwił, aby przybyli Polacy opuścili Lubanowo. W pewnej chwili zupełnie niespodziewanie oświadczył, że "tutaj jest już Polska". Przestrzegł, że w przypadku kontynuowania przez nas dalszej wędrówki na wschód, wyznaczy spośród stacjonujących żołnierzy wartowników, którzy zdecydowanie udaremnią dalszą drogę. Gospodarz gminy był człowiekiem przedsiębiorczym, jego zdecydowana postawa w tym okresie przejawiała się między innymi w przekonywaniu powracających z Niemiec (podobnie jak moja rodzina) Polaków, aby osiedlali się na terenie gminy. W dość szybkim czasie Lubanowo zostało zasiedlone jak i częściowo pobliskie Banie, Kunowo i Piaseczno.

Rodzinny dom Państwa Kosteckich
Lubanowo początkowo nazywało się Miłosna

Lubanowo zostało wcześniej opuszczone przez rodziny niemieckich gospodarzy. Pozostali robotnicy niemieccy z najbliższymi, którzy mieli być ewakuowani w dalszej kolejności. Mój mąż do roku 1948 zatrudniał trzech robotników niemieckich w naszym gospodarstwie. Po roku 1948 robotnicy, pozostajacy w wioskach musieli opuścić obszar Polski. Robotnicy niemieccy z Lubanowa dołączyli do grupy innych robotników i wraz z rodzinami udali się w kierunku Widuchowej. Przybylismy jako jedna z pierwszych rodzin. W kolejnych dniach, tygodniach przybywali i osiedlali się kolejni osadnicy, najczęściej byli to robotnicy przybywający z terenu III Rzeszy. W II etapie do wioski przybyły rodziny wysiedlone na początku II wojny światowej na daleki wschód Rosji.

Mój brat Edward

Lubanowo początkowo nazywało się Miłosna, nazwę wiosce nadali pierwsi osadnicy polscy (sąsiedni Babinek został nazwany w tym czasie Henryków). W wiosce początkowo stacjonowało 100 polskich żołnierzy, podporządkowanych kapralowi Toczko. 24 IV 1946 r. wydarzyła się tragedia. Mój najmłodszy brat Edward wraz z trzema kolegami (jeden z nich był Polakiem, pozostali pochodzili z rodzin niemieckich robotników, przebywających w tym czasie jeszcze w wiosce).  W lesie w pobliżu Rożnowa znajdowała się duża ilość porozrzucanych pocisków. Edward z kolegami rozbierali pociski, po czym proch wsypywali do worków z lontem. Wieczorami podkładali worki pod duże kamienie, podpalali lont i odbiegali. W tym dniu kolejny raz udali się do lasu. Jeden z robotników niemieckich przyszedł do mojej mamy po obiad. W tym czasie słyszalny był bardzo głośny huk, podobny do burzowego pioruna. Mężczyzna oczekujący na posiłek słyszał błagalne wołanie swojego syna "Ojcze ratuj". Mój brat i dwóch kolegów zginęli na miejscu. Szczątki ciał znajdowano później rozrzucone w dalekiej odległości. Czwarty uczestnik, syn niemieckiego robotnika rolnego przeżył eksplozję. Znaleziono chłopca martwego leżącego na plecach, z jelitami na wierzchu. W miejscu gdzie były ułożone  dłonie, widoczne były wyżłobione przez cierpiącego dwa otwory w ziemi.

                                               
Dzięki ambitnemu programowi szkoły zawodowej, do której uczęszczałam na wyspie Rugia, nauczyłam się prac krawieckich, gotowania, udzielania pierwszej pomocy. W Lubanowie przez długie lata wykonywałam czynności pielęgniarki, do dzisiaj zachowałam na pamiątkę komplet, którym wykonywałam zastrzyki. Wychowałam szczęśliwie troje dzieci. Doczekałam się pięciu wnuków i dziewięciu prawnuków. Mój małżonek zmarł 17 IX 1995 roku. Mieszkam w Lubanowie od 1945 roku, jak to w życiu przeżyłam różne chwile, pokonałam trudy i cierpienia jakie codziennie przynosi życie, oraz przeżyłam wydarzenia zwykłe i nadzwyczajne, chwile radości i szczęścia. Odnoszę się do przeszłości z szacunkiem i pokorą. Z przekonaniem odpowiem, że przeżyłam swoje życie uczciwie, zachowując wiele miłości i zrozumienia dla ludzi. Dumna jestem kiedy myślę o swoich najbliższych.


Komplet do wykonywania zastrzyków, który pani Jóżefa zachowała na pamiątkę



Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie? Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.