Reklama [góra]


"Po dwóch tygodniach drogi dotarliśmy po północy do Tetynia" - druga część wspomnień Pani Stefani Brus


Po dwóch tygodniach drogi dotarliśmy po północy do Tetynia. Na stacji kolejowej dwa wagony zostały odczepione od pozostałego długiego składu pociągu. W drugim wagonie znajdowała się rodzina, która jako swoje nowe miejsce do życia wybrała pobliskie Górnowo. Wszystko co znajdowało się w wagonie bydlęcym zostało tutaj wyładowane. Tato pozostawił nas w pobliżu stacji i według uzyskanych od braci wskazówek wyruszył drogą biegnącą przez las do Piaseczna, odnalazł synów i nad ranem wozem konnym tato i bracia przyjechali po nas. 15 października 1945 roku w porannych godzinach wyruszyliśmy do Piaseczna. Zima przełomu lat 1945/46 była bardzo łagodna - wspomina pani Stefania Brus.

Pierwsza część wspomnień Pani Stefani Brus opublikowaliśmy w kwietniu w artykule "W piątek 1939 r. wybuchła wojna. Życie zmieniło się w oczekiwanie najgorszego." Wspomnienia Pani Stefani Brus z Bań 

                                                                               

Pierwszą zimę tutaj w Piasecznie zapamiętałam jako wyjątkowo ciepłą. W styczniu 1946 roku wykopywaliśmy ziemniaki pozostawione przez Niemców na polach wokół Piaseczna i Tetynia. Gdy zamieszkałam w Piasecznie koło Bań, miałam 15 lat. Lata powojenne to ciężka praca, skomplikowana sytuacja ekonomiczna i poszukiwanie tożsamości przez nas społeczność polską, przybyłą z różnych regionów dawnej Polski na obce obszary. W roku 1950 poślubiłam swojego męża. Zamieszkaliśmy początkowo w Piasecznie. W wiosce zawiązał się kołchoz. Następowała kolektywizacja rolnictwa, kto miał ziemię, gospodarstwo przystępował do formującej się spółdzielni. Mój małżonek odmówił przystąpienia do kołchozu. Został kilkakrotnie wezwany na posterunek milicji obywatelskiej w Gryfinie, po kolejnej odmowie zatrzymano mojego męża i przesłuchiwano. Przebywał na posterunku całą noc. Było nam wtedy ciężko. Niezachwiana postawa małżonka utwierdziła funkcjonariuszy w przekonaniu, że dalsze ich działania nie przyniosą zamierzonego celu. Odpuszczono sobie.
                                                                            
Takich świerków wokół zabudowań było piętnaście - wspomina pani Stefania


Pan Brus z synem - w tle nieistniejący budynek 
Droga z Tetynia do Piaseczna, pozostałości po torach kolejowych
Tetyń
Zmieniliśmy miejsce zamieszkania ze względu na odległość do miejsca pracy. Codziennie z Baniewic, gdzie zamieszkaliśmy, małżonek dojeżdżał do Swobnicy. Mieściła się wówczas w tej wiosce filia Przedsiębiorstwa Przemysłu Drzewnego (akronim od słów Polska Agencja Eksportu Drewna). Mąż nadzorował wysyłkę drewna. W roku 1953 pan Krasnodębski, dotychczasowy nadzorca gospodarstw rybnych w pobliżu Bań wspomniał w rozmowie, że istnieje możliwość otrzymania pracy i zamieszkania w łowiskach rybackich. Gospodarstwo podlegało w okresie powojennym Zakładowi Rybackiemu z Lipian.

 
Pani Stefania Brus
NeuendorferMühle / Neue Mühle / Kanczura / Łowiska rybackie

W IX 1954 roku zamieszkaliśmy w dużym budynku mieszkalnym w zachodniej części łowiska.Miejsce nie otrzymało po wojnie oficjalnej polskiej nazwy. Nazywane stawami, łowiskami rybackimi koło Bań. W dość krótkim czasie poznaliśmy tajemnice tego uroczego miejsca. Nad potokiem płynącym do Jeziora Górne wybudowany został młyn wodny, wspomniany w 1487 r. Do dzisiaj znajdują się ślady po młynie, okazałe kamienie na wzniesieniu. Głazy kamienne widoczne są w pobliżu dzisiejszego budynku mieszkalnego w brzegach potoku. Kamienie młyńskie przetrwały wmurowane w ściany dzisiejszego budynku gospodarczego. Okazały młyn został sprzedany w roku 1685 przez margrabinę Dorotę ze Schwedt - Swobnicy Piotrowi Pinnow. W 1866 r. miejsce to na mapach określane jako Neue Muhle.                                                                                      

W tym miejscu stał wzmiankowany w  XV w. młyn wodny Piaseczna - w pobliżu dzisiejszych łowisk rybackich 
Kamienie młyńskie
Gość z Szamotuł opowiedział, że usłyszał po jakimś czasie dwa strzały. Odnaleziono zwłoki małżonków w pobliżu grodziska. 

W okresie międzywojennym właścicielem obszaru łowisk rybackich został właściciel kamienic w Berlinie i Szczecinie. W latach 60 tych odwiedził nas mężczyzna z Szamotuł - wspomina pani Stefania. Opowiedział, że przez cały okres II wojny światowej pracował u właścicieli. Był dobrze traktowany. Właściciele do wybuchu II wojny światowej traktowali posiadłość jako "letnisko". W Berlinie i Szczecinie posiadali kamienice. Byli małżeństwem bezdzietnym. Zatrudniali tutaj na stałe zarządcę. Pomiędzy budynkiem mieszkalnym w kierunku Jeziora Długie stały dwa okazałe budynki gospodarcze. Ściany budynków zostały wykonane z kamieni i desek. Budynek mieszkalny przypominał pałac. Znajdowało się w nim 15 pokoi, dwie dobrze wyposażone kuchnie, dwie łazienki. Pałac otoczony był małym parkiem krajobrazowym. Odwiedzający gospodarstwo, były robotnik przymusowy opowiadał, że w okresie II wojny na terenie gospodarstwa przebywało tutaj kilku innych robotników przymusowych oraz 10 jeńców wojennych. Wśród jeńców nie było Polaków. Gdy w pobliżu łowisk pojawiły się radzieckie czołgi zwiadowcze gospodarze, małżonkowie oddalili się do lasu w kierunku Górnowa. Gość z Szamotuł opowiedział, że usłyszał po jakimś czasie dwa strzały. Odnaleziono zwłoki małżonków w pobliżu grodziska.


Gospodarstwo pszczelarskie w pobliżu łowisk 
Po zakończeniu II wojny światowej na obszarze łowisk, w okazałym budynku zamieszkał samotnie mężczyzna o nazwisku Kanczura. Zamieszkiwał obszar przez okres trzech - czterech lat. Starsi mieszkańcy sąsiedniego Piaseczna zapamiętali mężczyznę jako tajemniczego i stroniącego od ludzi. Przez długi czas obszar łowisk był określany od nazwiska mężczyzny jako Kanczura. Do jego obowiązków należał dozór budynków i łowisk. Nie wiem w tej chwili kto bezpośrednio po wojnie zarządzał gospodarstwem - podkreśla pani Stefania. Zapamiętałam, że w trzecim lub czwartym roku po wojnie zaniepokojeni miejscowi mieszkańcy zwrócili uwagę, że od jakiegoś czasu Kanczura nie przyjeżdżał do sklepu, urzędu. Wcześniej był widywany nierozłącznie z wilczurem. Na miejscu okazało się, że drzwi od budynku mieszkalnego na łowiskach były otwarte. Nie odnaleziono zaginionego lokatora oraz psa. W części mieszkalnej budynku w ścianie oddzielającej łazienkę i duży pokój odnaleziono sprytnie ukryty metalowy sejf składający się z trzech komór, zupełnie opustoszały. W późniejszym czasie jakikolwiek ślad po zaginionym zupełnie zaginął.

Nasz dom - ostoja ptactwa i dzikiej przyrody

Po zaginięciu Kanczury przez krótki okres na obszarze łowisk powstała ferma gęsi. Na przełomie lata i jesieni 1954 roku zamieszkaliśmy w budynku byłych niemieckich właścicieli majątku. Budynek w tym czasie był już w złym stanie. Gdy zamieszkaliśmy tutaj, istniały cztery stawy, pozostałość po niemieckich właścicielach terenu. Jak wspomniałam, w tym czasie łowisko podlegało pod Zakłady Rybackie z Lipian. Współpraca pomiędzy kierownictwem i moim mężem układała się dobrze. W 70 tych latach z dyrektorem zakładu przybył ichtiolog. Po kilku dniowym pobycie w gospodarstwie naukowiec wydał korzystną opinię o możliwościach powiększenia i rozbudowania zespołu stawów. W latach 1977 - 1979 wykonywane były prace specjalistyczne. Obszar łowisk powiększono kosztem ogrodu i sadu. Uzyskano groble na obszarach nawadnianych, przybyło sześć stawów oraz stawki tarliskowe. Dużym problemem dla mojej rodziny był niebezpiecznie zły stan budynku mieszkalnego. Nieoczekiwanie zarządca łowisk podjął decyzję o budowie nowego budynku mieszkalnego dla pracownika-opiekuna łowisk oraz jego rodziny. Budynek jedno rodzinny parterowy został wybudowany pod koniec lat 70 tych, natomiast dotychczasowy budynek mieszkalny został rozebrany w II połowie lat 80 tych minionego stulecia.
                              


Niespodziewani goście




W 1958 roku po raz pierwszy przybyli do naszego gospodarstwa goście. Okazało się, że przybyli pieszo z Bań wędrowcy są muzykami z Warszawy. Na co dzień pracowali w Polskim Radiu. Po kilku godzinnym pobycie przypadł gościom do gustu obszar łowisk i sąsiadujących jezior: Długie i Górne. Zapamiętałam, że wśród gości byli muzycy o nazwiskach: Kela, Ciesielski, Daniszewski, Kucner. Muzycy przyjeżdzali do nas przez cztery kolejne lata od roku 1958. W trzecim i czwartym roku wspólnie z muzykami przyjechała Marta Mirska. Najpopularniejsza polska piosenkarka w latach 50 tych spędzała czas z małżonkiem. Większość gości z Warszawy w godzinach porannych oddalała się groblą do brzegu Jeziora Długie. Łodzie wieczorami pozostawiali w trzcinie. Czas wolny spędzali na jeziorze, wieczorami grali w karty, dobrze się tutaj czuli. Marta Mirska często spędzała czas z małżonkiem za dzisiejszym budynkiem mieszkalnym, w pobliżu potoku odprowadzającego wodę do Jeziora Długie. Znana piosenkarka była osobą skromną, nie śpiewała w obecności przyjaciół, jednak w czasie ich nieobecności lubiła nucić piosenki. Przez cały rok utrzymywaliśmy "jakąś" łączność listowną, wspomina pani Stefania. Wiosną, na początku lata otrzymywaliśmy konkretną informację o terminie przyjazdu. Łączność telefoniczna wówczas nie istniała. W ustalony dzień przyjazdu goście przyjeżdżali do Szczecina pociągiem i stamtąd autobusem PKS do Bań. Małżonek wyruszał do miasteczka drewnianym wozem konnym i przywoził gości. Ostatnie wakacje muzycy spędzili w roku 1962 lub 1963. Zły stan budynku mieszkalnego, który zamieszkiwali muzycy i ich rodziny w letnie miesiące był w coraz gorszym stanie. Dobrze wspominam gości z Warszawy. W latach 80 tych zaczęli przybywać goście z mapami w ręku - uśmiecha się pani Stefania. Poszukiwali śladów młyna wodnego, wzmiankowanego w dokumencie XV wiecznym. Na starych niemieckich mapach widoczny jest młyn jeszcze na przełomie XIX / XX wieku. Zdarzało się, że poszukiwacze śladów historii prosili o nocleg, nigdy nie zdarzyło mi się odmówić.
Mój małżonek umarł w roku 1982. Przywiązałam się ja i moi najbliżsi do tego wyjątkowego zakątka ziemi.                            
                                                                           
W pobliżu łowisk rybackich znajduje się Gospodarstwo Pszczelarskie - rodzinna pasieka córki i zięcia pani Stefanii. O miodzie z pasieki rodzinnej było głośno już kilka lat temu, ponieważ metoda pozyskiwania miodu opracowana przez zięcia pani Stefanii i uzyskiwane bogactwo smaku miodów zyskała wielu miłośników i naśladowców. Rzepak kwitnący wokół czystych stawów, jezior i lasów otaczających obszary są gwarancją pozyskiwania wyjątkowego smaku miodu.

Sposobem pozwalającym wyprodukować dużo miodu z rzepaku jest metoda Osiewalskiego. Metoda ta została opracowana przez pana Henryka Osiewalskiego z Bań koło Szczecina i dokładnie opisana w miesięczniku „Pszczelarz Polski” 3–8/2008. Korzystając z tej metody możemy maksymalnie wykorzystać możliwości produkcyjne pszczół w czasie kwitnienia rzepaku.

W momencie rozkwitania pierwszych kwiatów rzepaku silnym rodzinom daje się nadstawki. Gdy plastry w nadstawce zostaną napełnione nektarem, dostawiamy drugą nadstawkę. Mimo największego zaangażowania pszczelarza część rodzin, zwłaszcza te najsilniejsze, wyroi się. Roje zbieramy i osadzamy w ulach na węzie (10 – 12 ramek gniazdowych). W jednym ulu osadza się rój ważący 3 – 4 kg. Mniejsze roje się łączy – osadza się 2 w jednym ulu. W osadzonych rojach po tygodniu sprawdza się odbudowanie gniazda i obecność czerwia. Rodzinie, która odbudowała wszystkie plastry dodaje się nadstawkę. Taka rodzina może jeszcze zgromadzić 10 – 15 kg miodu rzepakowego.
                     





V 2016
Wspomnień pani Stefani Brus wysłuchał Andrzej Krywalewicz
Zdjęcia wykonał Kacper Krywalewicz




Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie? Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.