Reklama [góra]


Wojenna tułaczka wiodła przez obozy koncentracyjne w Majdanku i Dachau



Nazywam się Anna Prybacka. Urodziłam się 4 grudnia 1929 roku w Śmitkowie koło Zamościa. W wiosce w której spędziłam lata dzieciństwa przeważała architektura drewniana. Znajdował się kościół drewniany pokryty dachówką. Budynek szkoły był zbudowany z drewna, parterowy.

Znajdowało się w nim około dziesięciu pomieszczeń - klas. To był ładny budynek. Gdy wybuchła wojna, dość szybko pomieszczenia szkolne zaczęły pełnić funkcje magazynów wojskowych.

Rodzice zajmowali się rolnictwem. Posiadaliśmy sześć mórg ziemi, konia, krowę i świnie. Mama lubiła pracę w ogrodzie, dużo czasu w nim spędzała wykonując przeróżne prace.

Byłam jedynaczką. Gdy rodzice byli zajęci pracami, pilnowałam domu. Przed II wojną światową po wioskach chodzili dziady po proszonym. Do naszego domu również przychodzili, o coś prosili. W opinii moich rodziców byłam bystrym dzieckiem.





Gdy wybuchła wojna, tato został wcielony do walk. Z mamą bardzo rozpaczałyśmy. Minęły "jakieś" trzy miesiące i tato powrócił do domu. W naszym domu zapanowała wielka radość. Mama była osobą spokojną, cały dom był na jej głowie. Tato był przedsiębiorczym człowiekiem. Dawał we wszystkim sobie radę. Oboje byli troskliwymi rodzicami. Nadszedł dzień, kiedy do naszej wioski przybyli Niemcy. Gospodarze folwarku w obawie przed Niemcami opuścili rodzinny majątek, który szybko został zasiedlony jako pierwszy w Śmitkowie przez okupantów.


W tym czasie odwiedzali moich rodziców sąsiedzi, coraz bardziej przerażeni nową sytuacją. Zapamiętałam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Niemców. Przebywałam w wiosce z innymi dziećmi, było nas około 20, spędzaliśmy wspólnie czas. Nagle pojawili się umundurowani niemieccy żołnierze, którzy przyjechali na motocyklach. Zatrzymali się w pobliżu i zdjęli kaski z głów. Prawdopodobnie przyczyna awarii zmusiła ich do zatrzymania się.

Po dłuższej chwili gestem dłoni wskazali, abyśmy podeszli, chcieli nas poczęstować słodyczami. Nikt z naszej grupy nie odważył się podejść. Po kilku minutach ponownie wskazali, abyśmy podeszli bliżej i wtedy, jedna z koleżanek, która była najstarsza, miała około 15 lat, podeszła do Niemców.



Obóz koncentracyjny na Majdanku

Jak wspomniałam, tato powrócił po około trzech miesiącach do domu. Spotykał się z innymi mieszkańcami. Nowa rzeczywistość budziła obawy, strach. Istniała naturalna potrzeba rozmowy. Prawdopodobnie w czasie jednego z takich spotkań, tato wyraził swoją opinię, źle wypowiedział się o Niemcach. Niestety, znalazł się ktoś nielojalny i doniósł Niemcom.

Postawa taty i kilku innych rozmówców wywołała nieprzewidzianą reakcję. Do naszego domu w godzinach popołudniowych weszło dwóch Niemców i zażądało, abyśmy w przeciągu 24 godzin spakowali rzeczy osobiste, odzież. W następny dzień pod nasz dom podjechała furmanka.

Pojawiło się znowu dwóch Niemców, którzy bezwzględnie zażądali, abyśmy wsiedli na furmankę. Okazało się po jakimś czasie, że nasza furmanka dołączyła do drugiej, oczekującej przy wyjeździe z wioski. Moja rodzina i trzy inne rodziny z naszej wioski udała się do dworca kolejowego w Hrubieszowie. Jesień tego roku była ciepła.  Na peronie były podstawione wagony bydlęce. W wagonie znajdowało się ponad 20 osób. Wagony wymoszczone były słomą, na środku znajdowały się dwa wiadra.  Przetransportowano nas  w ścisku i okropnym fetorze do obozu na Majdanku.





W obozie panował głód i bieda. Zakwaterowano mnie i moich rodziców w drewnianym baraku. Wewnątrz znajdowały się drewniane prycze wyposażone w sienniki wypełnione przegniłą słomą. Przez okres trzech tygodni nie mogliśmy opuszczać baraku. Na śniadanie otrzymywaliśmy czarną kawę zbożową bez cukru lub napar z zielska. Posiłek obiadowy wydawano w południe. Coś co przypominało zupę, używano śmierdzących zgniłych ziemniaków, brukiew. Pozbawiona była tłuszczu. Kolacja to ponownie kawa zbożowa lub napar i kawałek suchego chleba, czasem wydawano zupę i kilka ziemniaków w łupinach, plaster kiełbasy z konia.  Utrwalił mi się w pamięci smak zupy, to był krupnik, a w nim woda i kasza.Nie zapomnę smrodu zupy dokąd będę żyła. Warunki do życia były bardzo ciężkie. Największą plagą były wszy, które w tych dogodnych sobie warunkach rozmnażały się szybko. Wszy były dosłownie wszędzie. Pchły gnieździły się w siennikach, odzieży, Do obozu napływali wciąż nowi jeńcy, baraki stawały się w szybkim tempie przepełnione. Majdanek od samego początku pełnił funkcje obozu masowej zagłady. Dla nas szczęśliwie ktoś postanowił, że zostaniemy przetransportowani do innego obozu koncentracyjnego. Minęły trzy tygodnie.

Obóz koncentracyjny w Dachau

Wraz z innymi więźniami obozu udaliśmy się w dalszą drogę. Na peronie dworca w Lublinie oczekiwał długi skład pociągu. Ponownie w wagonach pełnych fetoru, w nieludzkich warunkach udaliśmy się w długą drogę. Dojechaliśmy do Dachau. Uzbrojeni w karabiny SS - mani uformowali nas w czwórki. Atmosfera w obozie nie była tragiczna. Warunki były lepsze w porównaniu do Majdanku. Do obozu przybywali rano Niemcy, którzy dokonywali selekcji więźniów, wybierali do pracy w swoich gospodarstwach najchętniej osoby samotne. Rodziny w obozie stanowiły mniejszość.





Possendorf

Z Dachau udaliśmy się w wagonie osobowym w dalszą drogę w nieznane. Dojechaliśmy do Drezna. Z dworca zaprowadzono nas do dużej hali. Tutaj sytuacja się powtórzyła. W godzinach porannych przybywali niemieccy bauerzy. Tym razem otrzymaliśmy zatrudnienie. Młoda kobieta i dużo starszy od niej mężczyzna wskazali na moich rodziców. Po ostatecznej decyzji opuściliśmy halę i po pokonaniu krótkiej 50 metrowej drogi zatrzymaliśmy się przy ciągniku z przyczepą. Gospodarze mieszkali w wiosce Possendorf oddalonej od Drezna o około 12 kilometrów. Na miejscu okazało się, że gospodarze są właścicielami dużego gospodarstwa. Nazywali się Ismer Otto Traudl. Zaprowadzono nas do budynku gospodarczego przystosowanego do zamieszkania. Przed nami w pomieszczeniach budynku również zamieszkiwali robotnicy. Pozwolono nam przez trzy dni odpocząć, po czym rodzice rozpoczęli pracę. Nie znaliśmy języka niemieckiego. Musieliśmy obowiązkowo nosić znak z literą P przyszyty do ubrań. Rodzice wstawali wcześnie rano i udawali się do pracy. Wykonywali różne prace, które wykonuje się w gospodarstwie rolnym. Nadeszła zima. W czasie kiedy rodziców nie było, przebywałam sama w pokoju. Gdy ukończyłam 12 lat, gospodyni w rozmowie z mamą zażądała abym również podjęła pracę. Od tego czasu życie moje uległo zmianie. Rano rozpoczynałam pracę w kuchni. Myłam naczynia, strugałam ziemniaki i warzywa. Opiekowałam się również trójką dzieci gospodarzy. W kolejnym roku pracę wykonywałam wyłącznie w kuchni. Pracowały tutaj trzy Niemki, to były dobre, życzliwe kobiety. Nauczyłam się szybko niemieckiego. Byłam dobrze traktowana przez te kobiety. W majątku oprócz nas pracowało 12 osób, Polaków i Ukraińców. W późniejszym czasie do gospodarstwa przywieziono Francuzów i Włochów.



Drezno
Pracowaliśmy od poniedziałku do piątku. Z Possendorf odjeżdżały autobusy do Drezna. Za pracę otrzymywałam miesięcznie 16 marek. To było dużo pieniędzy. Od właścicielki co pewien czas otrzymywałam ładne ubrania, lubiła mnie. Robotnicy zatrudnieni w gospodarstwach nie mogli opuszczać majątków. Z transportu publicznego można było korzystać tylko za specjalną przepustką. Uzyskanie zgody na wyjazd do miasta można było otrzymać w przypadku widocznych problemów zdrowotnych.  W dni wolne mieliśmy czas dla siebie. W wiosce był gościniec, w którym sprzedawano pyszną lemoniadę i lody. Tato kupował sobie piwo. Kilka razy udało się rodzicom wyprosić zgodę na wyjazd do Drezna. Miasto zapamiętałam bardzo dobrze. Kościół katolicki i cztery mosty łączące brzegi rzeki Łaby, po których biegałam, najbardziej utrwaliły się w mojej pamięci. Piękne miasto. Żywność była na kartki. Kupowaliśmy lemoniadę i lody. To była prawdziwa uczta. Gdy opuściliśmy autobus, gdzieś w ukryciu zdejmowaliśmy naszywki z literą P. W pobliżu rynku znajdował się sklep z ubraniami. Zawsze odwiedzaliśmy ten sklep, właścicielka była życzliwą osobą. Mogę powiedzieć, że w Dreźnie czułam się tak dobrze jak w Baniach.
                             
Kara

Kontakty z Niemcami w czasie wolnym były surowo zakazane. Za intymne kontakty groziły bardzo surowe konsekwencje, kara śmierci. W jednym z gospodarstw w wiosce zatrudniony był Karol. Właściciel był na wojnie, jego żona opiekowała się dziećmi i gospodarstwem. Zatrudnionych tam było kilku robotników. Kobieta mogła mieć ponad 30 lat. Pomiędzy nimi zawiązało się jakieś uczucie, ktoś życzliwy zauważył i przekazał dalej. Została przeprowadzona egzekucja. Przed Dreznem znajdowało się na wzniesieniu miejsce wyznaczone do dokonywania egzekucji. Sprawę nagłośniono. Na miejsce oprócz  Niemców, przybyło dużo robotników. To był taki celowy spektakl, aby ostrzec. Karol stanął na przygotowanej wcześniej drewnianej skrzyni, po czym kaci założyli mu na szyję pętlę.


Pod koniec wojny, gospodyni często wysyłała mnie do sklepu znajdującego się w wiosce. Zawsze brałam ze sobą wiklinowy kosz. Właścicielka sklepu lubiła ze mną rozmawiać. Dowiedziałam się w czasie rozmów między innymi, że syn właścicielki przebywa gdzieś na terenie Białorusi. Któregoś dnia udałam się w godzinach popołudniowych do sklepu. W pomieszczeniu przebywał mężczyzna, "na oko" miał ponad 20 lat. Przyglądał mi się, gdy robiłam zakupy i przysłuchiwał mojej rozmowie z właścicielką sklepu. Nikogo po za nami nie było, co umożliwiało swobodną rozmowę. Dość szybko zorientowałam się, że młody mężczyzna, który w takim dziwnym skupieniu przysłuchiwał się był synem właścicielki. Miał na imię Eryk. Gdy opuszczałam sklep, wyszedł za mną i zapytał  czy znajdę czas na spacer. Wyraziłam zgodę. Był sympatyczny, dużo opowiadał o Rosji i sytuacji na wschodzie. Miałam wtedy czternaście lat. Spotkaliśmy się później kilka razy, spacerowaliśmy. Moja znajomość języka niemieckiego pozwalała na swobodną rozmowę.

Koniec wojny

Niemcy mieli nadzieję, że tereny na których przebywaliśmy zostaną wyzwolone przez Amerykanów. Właściciele gospodarstwa podzielali opinię innych sąsiadów i do ostatnich dni żyli w przekonaniu, że Amerykanie są tuż, tuż.  Kiedy było już pewne, że do Possendorf wkroczy Armia Radziecka , właściciele pośpiesznie opuścili wioskę. W tym czasie pełni obaw o przyszłość Niemcy w popłochu uciekali do strefy zajętej przez Amerykanów.  To był kwiecień albo maj 1945 roku. Do wioski wkroczyła Armia Radziecka. Żołnierzy tych zapamiętałam jako okrutnych. Byłam jeszcze dzieckiem, Okropieństwa dokonywane przez żołnierzy wyzwolicieli odcisnęły w mojej pamięci ślad. Byli nachalni wobec kobiet. Najbardziej brutalni byli wobec Niemców. Nastąpił okres masowych upokorzeń, polowań na kobiety, które niejednokrotnie były gwałcone na oczach dzieci. Zapamiętałam naloty na Drezno, dokonywane przez Armię Amerykańską.

Mama tęskniła bardzo za siostrami. Do Polski wracaliśmy w długim składzie wagonów pasażerskich. Dojechaliśmy do zrujnowanej Warszawy. Oczekiwaliśmy na pociąg do Lublina. Kolejny etap drogi do domu pokonaliśmy, opuszczając zatłoczony pociąg w Tomaszewie Mazowieckim. Zbliżał się wieczór. Noc spędziliśmy na dworcu. Było dużo osób, wielu ostrzegało przed kradzieżami. Napastliwi złodzieje byli w tym smutnym okresie powojennym  zuchwali i bezkarni. Rano udaliśmy się do Hrubieszowa, jednak okazało się, że wjazd do miasta był zamknięty. Nie pamiętam przyczyny. Naszym domem ponownie stał się niebezpieczny dworzec kolejowy w Tomaszowie Mazowieckim. Tutaj tato poznał pana Winnickiego. Nowo poznany, ubrany w polski mundur wojenny opowiedział o swoich bliskich, którzy osiedlili się na ziemiach zachodnich, wokół niedużego miasteczka. Wspominał, że istnieje możliwość  zamieszkania w domach opuszczonych przez Niemców. Rodzice byli świadomi, że sytuacja do życia jest bardzo ciężka. Zdecydowali się wspólnie z panem Winnickim i jego rodziną wyruszyć w nieznane. Droga trwała cztery dni, pociąg się zatrzymywał, oczekiwał na wagony, które doczepiano do składu. Podróżowaliśmy w wagonie bydlęcym wraz z najbliższymi zaprzyjaźnionego rodaka; żoną i dwójką dzieci. Opuściliśmy wagon w Stargardzie Szczecińskim. Miasto było bardzo zniszczone, zachowały się pojedyncze ściany, gdzie nie gdzie ocalały całe budynki. Jeszcze gorzej wyglądały Pyrzyce. To miasto było zniszczone okrutnie.


Dojechaliśmy przed zmrokiem do małej wioski Bayersdorf - Tetynia. Pociąg pomału wjeżdżał na stację, po lewej stronie mijaliśmy budynki kolejowe z czerwonej cegły. Do wagonu były doczepione dwa lub trzy krótkie wagony pasażerskie. Na peronie stał polski kolejarz. To był 14 marze 1946 roku. W Tetyniu wagon opuściła moja rodzina i pana Winnickego. Z daleka były widoczne zabudowania dużej wioski i wieża kościelna. Kolejarz przestrzegł, że w wiosce przebywają żołnierze radzieccy, jest niebezpiecznie. Zaproponował, abyśmy przenocowali na stacji kolejowej.  Pan Winnicki odjechał z rodziną do Piaseczna. Prawdopodobnie ktoś z rodziny z Piaseczna oczekiwał na przyjazd pociągu, dokładnie już nie pamiętam. Piaseczno koło Bań były zasiedlane przez rodziny żołnierzy. My pozostaliśmy na noc na stacji. Pomieszczenia,  zapamiętałam, były oświetlane lampami naftowymi. W kolejny dzień udało się nam wraz z podręcznym bagażem udać w dalszą drogę. Przez las dojechaliśmy do dużej wioski, wzdłuż drogi stały ładne, duże domy i budynki gospodarcze. To było Piaseczno.  Zjeżdżając z góry, po lewej stronie  widzieliśmy  ładny widok na jezioro i dość duży zabudowany obszar. Dojechaliśmy do małego miasta Bahn - Banie. Tato poszedł do tymczasowego urzędu władz. Otrzymał radę, aby poszukać pustego domu i najnormalniej w świecie w nim zamieszkać. W tym samym dniu przekroczyliśmy próg domu na ulicy Jagiellońskiej, w którym zamieszkaliśmy. Budynek stał bezpośrednio przy ulicy. Znajdowały się w nim trzy pokoje i kuchnia. Większość budynków w połowie marca 1946 r. była w Baniach zajęta. Od samego początku bardzo mi się spodobało miasteczko, które nie było mocno zniszczone działaniami wojennymi. W pobliżu rzeki stał imponujący trzy lub cztero pietrowy młyn, który mnie urzekł. Wewnątrz znajdowały się urządzenia. W środku wioski stał zniszczony ratusz, zachowały się od strony ulicy ładne, reprezentacyjne drzwi. Ratusz został przebudowany na blok mieszkalny i do dzisiaj jest nazywany "ratuszem". W budynku w którym przez długi okres znajdowały się pomieszczenia Gminnej Spółdzielni był okazały sklep obuwniczy. Na przeciw po drugiej strony ulicy, gdzie dziś stoi budynek mieszkalny, w którym znajduje się Bank Spółdzielczy, stał dom z czerwonej cegły. Na parterze tego budynku była apteka. Gdy zamieszkaliśmy w Baniach, w aptece pozostały jeszcze kartony z lekami. W miejscu, gdzie później wybudowano w latach 50 tych dom kultury i kino, znajdowała się ładna sala widowiskowa przypominająca salę teatralną. Przy wjeździe do miasta była plaża i przystań wodna. Przestrzeń pomiędzy młynem (dzisiaj to skwer z fontanną) i przystanią wodną była zabudowana domami mieszkalnymi, małymi kamienicami. Nasze Banie zostały w dużym stopniu bezpośrednio po wojnie zniszczone przez żołnierzy radzieckich, którzy stacjonowali w budynku na przeciw dzisiejszego ośrodka kultury. Bezmyślnie rozmontowano urządzenia w młynie, które zostały przetransportowane na stację kolejową. Dokonywano dewastacji budynków. Po zakończeniu wojny na obszary ziem odzyskanych zaczęli masowo przyjeżdżać szabrownicy, złodzieje, najczęściej z centralnej Polski, którzy dopełnili zniszczeń. Wiele budynków w miasteczku zostało rozebranych, cegłę  przekazano na odbudowę Warszawy.

                Banie na starej fotografii -dzisiejsza  ulica Pocztowa, z lewej strony żydowska synagoga

Mojego małżonka poznałam na balu sylwestrowym w sali na ulicy Pocztowej. Podszedł do mnie z kolegą. W czasie rozmowy nagle powiedział: Ona będzie moją żoną. Zakochaliśmy się od przysłowiowego "pierwszego spojrzenia". 9 lutego 1947 roku wzięliśmy ślub. Zamieszkaliśmy w domu przy ulicy Jagiellońskiej. Mój mąż pochodził  Centralnej Polski. Pracował na kolei. Szczęśliwie wychowaliśmy  dzieci, cztery córki i trzech synów. Doczekaliśmy się osiemnastu wnuków i jedenastu prawnuków.



Często wspominałam przez lata okres II wojny światowej. Lata, które spędziłam wraz z rodzicami w małej wiosce koło Drezna utkwiły mi wyjątkowo w pamięci. Lubię ten okres życia, wracam do niego myślami i we wspomnieniach. W roku 2014 wraz z córką i zięciem udałam się do Possendorf. Budynek, w którym znajdowała się restauracja, pełni podobną funkcję dzisiaj. Jak za mojego dzieciństwa zamówiliśmy lemoniadę. Właściciel okazał duże zainteresowanie, gdy opowiedziałam o moim pobycie w wiosce w okresie II wojny i niedzielnych popołudniach spędzonych wspólnie z rodzicami w tych samych pomieszczeniach. Zabudowa wioski uległa dużej zmianie. Gdy spacerowaliśmy, zwróciłam uwagę na kobietę pracującą w przydomowym ogródku. Pomimo wielu lat rozpoznałam tą kobietę, wówczas młodą dziewczynę, Ona mnie nie pamiętała. Rozmowa upłynęła w miłej atmosferze, Dowiedziałam się, że właściciele majątku nie powrócili tutaj po wojnie, nieznany jest ich los. Eryk umarł w latach 80 tych. Dotarliśmy te nieznane strony w roku 1946, które z czasem stały się naszą ojczyzną. Minęło ponad 70 lat od chwili kiedy wraz z rodzicami wysiadłam z pociągu na maleńkiej stacji kolejowej w Tetyniu. Zamieszkaliśmy w małym miasteczku, w pobliżu rzeki Odry i dużego miasta Szczecina. Moje dzieci, wnuki, prawnuki, kolejne pokolenia mocno wrosły w tą ziemię. Teraz tutaj znajduje się ich, do którego zawsze wracają.





















Rysunek upamiętniający opuszczenie wagonu kolejowego przez panią Annę i jej rodziców na małej stacji w Tetyniu - 14 marzec 1946 rok wykonał Marcin Yperyt Przydatek

Marcin Yperyt Przydatek się w 1970 w Puławach. Tworzy w wielu niespotykanych technikach; odpryskowo-klejowe, kaligrafia, malowanie na kamieniach i korze drzew… Najnowsza pasja Marcina to malowanie herbatą, ziołami oraz kawą.

1 komentarz:

  1. Szczęśliwie cała rodzina ocalała podczas wojny.Trafiliście na dobrych ludzi i mieliście dużo szczęścia.Bardzo lubię czytać wspomnienia ludzi z tamtych czasów.Szkoda tylko ,że już tak niewielu ich zostało.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.