Reklama [góra]


Na własne oczy widziałam jak wojska niemieckie w piątek 1 IX 1939 przemieszczały się na wschód



Nazywam się Maria Tłumowska. Od roku 1947 mieszkam w Lubanowie. Urodziłam się 26 VI 1926 roku w rodzinnej wiosce Racinów, przynależącej do przedwojennej Gminy Chociw, Powiatu Łask. Mama Stefania, z domu Szymańska, tata Józef. Rodzeństwo: Leon, Janek i Bronek. Wioska była zamieszkiwana przez Polaków. Szkoła do której uczęszczałam do wybuchu wojny, znajdowała się w odległości 5 km w wiosce Restarzew Cmentarny. Do szkoły chodziliśmy przez cały rok w drewniakach, pora roku nie miała znaczenia. Obuwie z drzewa lub spody drewniane rodzice zakupowali na targu w Szczercowie lub wykonywali samodzielnie.  Wioskę opuszczaliśmy koło 7, lekcje w szkole zaczynały się koło 8. Przywiązywałam duże znaczenie, aby nie spóźnić się. Codziennie do szkoły pokonywałam wraz z trzema koleżankami i kolegą drogę polną. Moi rówieśnicy często szli do szkoły w "pół śnie". My, dzieci z Racinowa, nigdy się nie spóźnialiśmy. Blisko mojego domu płynęła rzeka Widawka. Latem pasaliśmy gęsi i krowy, wtedy kąpaliśmy się w Widawce. Po południu ktoś z rodziny przynosił na pole, w pobliże rzeki ciepły posiłek. W roku 1939 zdałam do VII klasy, wybuchła wojna. W tym właśnie roku lekcje miały rozpocząć się w nowej szkole.
                                                                       

1 IX 1939 to był piątek

1 IX 1939 to był piątek, z rodzicami i rodzeństwem spaliśmy w jednym pokoju. Około 5 rano, gdy robiło się widno, słychać było głośny turkot samolotów. Tata nas obudził, wyszedł na dwór. Gdy powrócił, powiedział, że chyba zaczęła się wojna, ponieważ samoloty niemieckie leciały od Wielunia w kierunku na Szczerców. W naszej wiosce nikt nie posiadał radia, natomiast w sąsiedniej usłyszano komunikat radiowy. W kolejny dzień pasłam krowy. To była sobota, widziałam jak drogą prowadzącą od Wielunia do Warszawy szli Żydzi, uciekali z Bełchatowa i Wielunia, bo tam mieszkało dużo Żydów. Uciekinierzy przemieszczali się pieszo i furmankami. Później nastała cisza, aż nagle pojawili się na drodze ubrani na "siwo", było pieszych coraz więcej. Tato, wyszedł przed dom, a po chwili potwierdził przypuszczenie, że to Niemcy. Kilku z nich zatrzymało się przed domem, zapytali o wodę. Na naszym podwórku nie było studni, poszli na podwórze sąsiadów, gdzie z daleka była widoczna studnia. Z Niemcami szedł mężczyzna, który rozmawiał swobodnie po polsku. Gdy sąsiadka wyciągnęła z głębi wiadro z wodą, Niemcy o czymś pomiędzy sobą rozmawiali wskazując na wodę, po czym ten mężczyzna mówiący po polsku zażądał od sąsiadki, aby napiła się wody ze studni.  My, dzieci z Racinowa nie wiedzieliśmy jacy potrafią być Niemcy. Gdy pojawiły się wojska niemieckie w wiosce, biegliśmy za nimi. Jeden z nich przyglądał mi się po czym powiedział, że jego córka jest bardzo do mnie podobna. Poczęstował cukierkami. Słowa przetłumaczył cywil, mówiący po polsku.
                                                                         
Mój małżonek upamiętniony na wspólnej fotografii kompanii szkolnej w Berezwecz, dawne województwo Wileńskie 

Do naszej wioski przed wojną przybywali Ułani

W pobliżu naszej wioski, około pół kilometra, przebiegała ważna droga od granicy z Niemcami w kierunku Łodzi. Tą drogą przybywali Niemcy, gdzieś z dwa dni przemieszczali się w kierunku wschodnim.  Byli dobrze uzbrojeni. Nasze wojsko nie było tak dobrze uzbrojone. Przed wojną polscy żołnierze,oficerowie, przyjeżdżali na koniach do wioski. Konie pozostawiali w oborach. Ułani, ćwiczyli, zataczali koła, używali podczas ćwiczeń szabli. Reprezentowali inny charakter wojska, taki trochę przestarzały. Za wioską znajdował się las, teren był piaszczysty. Tam ukryło się kilkanaście czołgów i dużych samochodów niemieckich. Oddzielili się od maszerujących na wschód. Nie wiedzieliśmy o tym. Wieczorem w sobotę (2 IX), wezwano mieszkańców na plac, przyjechało kilku umundurowanych Niemców i cywil tłumacz. Przestrzegali, aby w nocy nie używać ognia, świateł. Jeżeli ktoś złamie zakaz, wszystkich mieszkańców wybiją. Za Szczercowem znajdowało się Wojsko Polskie. Pamiętam, że tą noc spędziliśmy w piwnicy, podobnie jak większość mieszkańców. Nad ranem nagle nastąpił ogromny huk. Ukrywające się w lesie pojazdy niemieckie wyruszyły z impetem w kierunku naszych oddziałów pod Szczercowem. Gdy odjechały czołgi niemieckie, na niebie pojawiły się bombowce, leciały na wschód. Zaczęła się prawdziwa wojna.

W sobotę pojawił się polski żołnierz. Przestrzegał, aby zostać w domach, ponieważ koło Łodzi będą walki. Trzy rodziny zdecydowały się opuścić wioskę. Później dowiedzieliśmy się, że nie wszyscy członkowie tych rodzin przeżyli pierwsze dni wojny.  Gdy wspominam ostatni rok przed wybuchem wojny, nasze wędrówki do szkoły i zabawy na powietrzu, przypominam sobie, że w tym okresie poprzedzającym wybuch wojny, pojawiały się na niebie polskie samoloty. Dzisiaj myślę, że oni przygotowywali się do konfliktu. Dorośli mówili, że będzie wojna.

                                                                             

Do Rzeszy

Zostaliśmy w wiosce do 1942 roku. Gdzieś w 1942, w sobotę przyszło zawiadomienie, że zostaniemy wysiedleni do Niemiec. Przypadło na moją rodzinę i trzy inne. W niedzielę przyszedł do mojego domu wujek. Był przekonany, że ze względu na wiek najmłodszego brata, który nie miał skończone 5 lat, zostaniemy zawróceni z Widawy. Twierdził, że mnie na pewno zabiorą. Doradził, abym pozostała w poniedziałek rano w jego domu, W poniedziałek rano spakowani rodzice oczekiwali na przyjazd Niemców. Rankiem przybyły "podwody", tak nazywane były furmanki. Wyszłam przed dom wujka i widziałam z daleka, jak dziadkowie, rodzice i rodzeństwo idą pieszo w kierunku Widawy. Nie spostrzegli, że mnie brakuje. Dotarli do miasta. Tam jacyś Niemcy ustalali , czy wybrane rodziny nadają się do podjęcia pracy na terenie Rzeszy Niemieckiej. Mój brat Leon w grudniu 1940 został wywieziony, wtedy nie miał jeszcze skończonych 15 lat. Zdecydowano, że moi najbliżsi są zdolni, aby podjąć pracę w Rzeszy. Dziadkowie zostali zawróceni. Mieszkałam z dziadkami do lipca 1942 roku. W lipcu przyszły z urzędu pracy karty. Zaczęły się łapanki. Otrzymałam w tym czasie powiadomienie, że mam wstawić się do urzędu w Łasku. Miałam wtedy skończone 16 lat. Sąsiad pan Grzelak odwiózł mnie na stacje kolejową do Włodawy. Na dworcu oczekiwało bardzo dużo młodych ludzi. Nagle podszedł do mnie mężczyzna w dużym, czarnym kapeluszu, ubrany był po "niemiecku". Podszedł do Grzelaka, zapytał w jakim celu tutaj oczekujemy po czym po chwili, zażądał, aby pokazać karty. Przestrzegł, że z tym wezwaniem - kartą, którą posiadałam zostanę skierowana do pracy w fabryce. On poszukiwał tutaj młodych osób do pracy w gospodarstwach rolnych. Zaufałam mężczyźnie, odjechałam wraz z innymi osobami przez niego zwerbowanymi, pociągiem do Sieradza. Tam znajdowały się koszary wojskowe. Zostaliśmy rozdzieleni na dwie grupy. Rozebraliśmy się, ubrania zostawiliśmy w jednym miejscu, One stąd trafiły do parowni. W dużym pomieszczeniu, pod oknem stał stół, przy nim siedzieli niemieccy lekarze i żołnierze. Lekarz, który znajdował się najbliżej nas, dokładnie oglądał włosy, dłonie, palce. Siedzący obok, raptownie ukuwał w brzuch, sprawdzał, czy któraś z nas, nie jest w ciąży. Po tych męczących badaniach, udaliśmy się do pomieszczenia, w którym ubrania wprost z parowni były wyrzucane na środek. Odnalazłam swoją sukienkę. Nie zapamiętałam, czy w koszarach w Sieradzu nocowaliśmy. Stamtąd udaliśmy się pociągiem do Wrocławia i dalej w kierunku Halle, Lipsk, Magdeburg na północ. Pociąg zatrzymał się na małej stacji w lesie. Obok stacji stały rzędy furmanek. Stałam z koleżankami. Antoniną Stępnik i Heleną Grzelak. Wspierałyśmy się przez cały czas drogi w nieznane. Podeszła Niemka, powiedziała, że potrzebuje do pracy dwóch kobiet. Poprosiłyśmy tłumacza, aby powiedział, że chcemy podjąć pracę w gospodarstwie, gdzie będą potrzebne trzy robotnice. Helena odjechała. Ja z Antoniną zostałam wybrana przez niemieckich właścicieli gospodarstwa do pracy. Wozem, którym powoził francuski niewolnik odjechałyśmy do miejscowości Reklingen.
                                                                             
Mój małżonek

W Recklingen

Trafiłam do największego gospodarstwa w wiosce do miejscowości Recklingen. Wioska była położona w połowie drogi pomiędzy Hamburgiem i Berlinem.  Córka gospodarzy nazywała się Elza Schulz. Ona mogła być w wieku moich rodziców. Córka jej miała na imię Urszula. Przygotowano nam pokój, znajdowały się tutaj: umywalka, ubikacja, łóżka sprężynowe. Zawołała nas na dół, na posiłek. Wszyscy zatrudnieni w gospodarstwie spożywali o określonych porach dnia posiłki, w tym pomieszczeniu. Na stole naszykowano smażone ziemniaki. To był 15 VII 1942. Byłyśmy zmęczone i głodne. Do dzisiaj pamiętam smak odsmażonych, starych ziemniaków i zupy mlecznej. Po posiłku udałyśmy się do pokoju, położyłyśmy na sprężynowych łóżkach, sprężyny ugięły się pod nami, to spanie to był rarytas. Rano nagle zaczął mocno dzwonić dzwonek. Później właścicielka wyjaśniła nam, że dzwonek został zamocowany specjalnie, aby budził. Zapytała się o nasze imiona. Moje imię wymówiła łatwo, z imieniem Antoniny miała problem. Zeszłyśmy na śniadanie. W jadalni znajdował się jeden Polak,  Stanisław Reformat oraz trzech Francuzów i jeden Rosjanin - Iwan Chrynkin, miał ponad 50 lat, był spokojnym mężczyzną, mieszkał przy stajni. Francuzi to byli dwaj Marcele i Piotr, który pochodził spod Paryża, sympatyczni, weseli. Po posiłku udaliśmy się do świniarni, znajdowało się tutaj ponad 100 świń. Niemka pokazała nam, co mamy robić,wyjaśniła proporcje jedzenia dla zwierząt. Później udaliśmy się na pole. Usuwałyśmy chwasty, za kosą zbieraliśmy żyto. To był bardzo gorący lipiec, było mi ciężko. Ten pierwszy dzień zapamiętałam do końca życia. Boże jak ja marzyłam, aby położyć się do łóżka - wspomina pani Maria.
                                                                         
 
Moi najbliżsi przebywali koło Kostrzyna

Dobrze nas traktowali właściciele gospodarstwa, chociaż pracować trzeba było. Jeśli praca została źle wykonana, cofali. Nie wspomniałam o jednym jeszcze, o Szwajcarze, który opiekował się krowami, doił je codziennie. Nie pamiętam w jakich okolicznościach on odszedł z pracy. W pobliskim gospodarstwie pracował Polak, który dobrze mówił po niemiecku ze swoją dziewczyną. Ona była w ciąży. Właścicielka skontaktowała się ze swoimi sąsiadami, u których pracowała para Hanka i Władek, z Poznania chyba byli.. Dokonano zamiany. Ja ze Stasiem Reformatem, który pochodził z Poznania, odeszłam do innego gospodarstwa, Antosia została. Moi najbliżsi przebywali koło Kostrzyna, tam pracowali. Dowiedzieli się, ze tutaj przebywam, napisali list. Tutaj nauczyłam doić się krowy.  Ludzie do których trafiłam, byli bezdzietni. Kilka dobrych lat przed wojną adoptowali syna, który zginął we IX 1939 na terenie Polski. Gospodarz nazywał się Friz Koppe. Zastałam tutaj gorsze warunki. Latem, gdy zbliżała się 18, jechałam na rowerze na łąkę i tam doiłam krowy. Wieczorami odwiedzałam Antoninę.
                                                             
Moja córka Danusia

12 IV 1945 Amerykanie w naszej wiosce

W ten dzień pojechałam z gospodarzem sadzić na pole wczesne ziemniaki. Staś był chory, pozostał w pokoju. Gospodyni również pozostała.Około 10 przybiegła gospodyni, była niespokojna, głośno mówiła, że w wiosce oddalonej o około 5 km od naszej znajdują się Amerykanie, że nadciąga amerykański front. Bauer nie chciał wracać do domu. Powiedział po dłuższej chwili, Marysia bierz konia i  wracaj do domu. Powróciłam, gospodarz gdy zobaczył Amerykanów, również wrócił. Był rozzłoszczony, źle wypowiadał się o Hitlerze. Pytał  głośno, co z obietnicami Hitlera ? Co ze stabilizacją, dobrobytem, kiedy Amerykanie już tak blisko. W sąsiedniej wiosce miało miejsce wtedy tragiczne w skutkach zdarzenie. Znajdował się tam kościół. w którym ukrywali się żołnierze niemieccy. Gdy Amerykanie dotarli do wioski, nagle zaczęła się strzelanina. Trwała cały dzień. Wieczorem udaliśmy się do tej wioski, oddalonej od naszej o 1 kilometr. Pod kościołem było dużo krwi, leżały zwłoki dziesięciu żołnierzy, przykryte płachtami. Przez kolejny tydzień co pewien czas pojawiali się kolejni wyzwoliciele. Wszyscy kierowali się na Berlin. Wtedy to już Niemcy najczęściej sami wykonywali prace w polu. Ja uważałam, że skoro otrzymuje posiłki, mam gdzie spać, to również powinnam pracować. Udawałam się do pracy nadal w ubraniu z widoczną, dużą literą "P". Gdy wykonywałam pracę, podszedł do mnie żołnierz amerykański mówiący po polsku. Pytał  jacy byli dla mnie gospodarze ? Czy nie używali przeciwko mnie przemocy ? Odpowiedziałam, że dobrze nas tutaj traktowano. Dostałam od tego żołnierza ładnie pachnące mydło, a Staszek paczkę amerykańskich papierosów. Gdy skończyła się wojna, pojechałam z Antosią odwiedzić Helenę. Dowiedziałam się na miejscu, gdzie mieszka rodzina, u której została pracowała Helena. To był okazały dom, z dużą bramą. Helenki nie poznałam, wyładniała. Okazało się, że gospodarze, prowadzili restaurację. . Helena opiekowała się krową, sprzątała, pomagała w kuchni. Gospodarze zaprosili nas na obiad, był bardzo smaczny. Gdy się żegnaliśmy, pojawił się alarm przeciw lotniczy. Bardzo się baliśmy. To było pierwsze bombardowanie. Pociąg, właściwie to chyba lokomotywa którym mieliśmy wrócić, został  uszkodzony. Nie pamiętam w jaki sposób powróciłam do Recklingen. Gospodyni była bardzo zaniepokojona, przypuszczała, że zginęliśmy. W tym czasie pojawił się silny ból zęba. Krzyczałam wniebogłosy, nie dawałam rady. Bauerka udała się do sołtysa. Dentysta zgodził się mnie przyjąć. Otrzymałam rower, starą damkę i wskazówki jak dojechać do pobliskiej wioski Beetzendorf. Musiałam pokonać około 15 kilometrów. Gdy mijałam pierwszą wioskę, odnalazłam Polkę Ewę, która mi wyjaśniła jak dojechać na miejsce. Dowiedziałam się, że miejscem docelowym jest duży dom z charakterystyczną bramą i zielonymi drzwiami. Na miejscu lekarz okazał się uczynnym człowiekiem. Po jakimś czasie, znowu pojawił się uciążliwy ból. Otrzymałam pieniądze na bilet, pojechałam pociągiem do innego lekarza, do miasta Kalbe. W drodze powrotnej rozpętało się bombardowanie z powietrza. Pociąg zatrzymał się w lesie. Ludzie opuszczali wagony, uciekali przed siebie, chowali się w osłoniętych miejscach. Gdy się uspokoiło, znajdowałam się skulona pod sosną. Podszedł do mnie Polak, prosił abym się nie bała, był przekonany, że przeżyjemy. Przeżyliśmy. Gdy ustało bombardowanie, pociąg dawał sygnał odjazdu, jednak wiele osób nie zdążyło.
                                                                       

Lipiec 1945 

W lipcu nadeszło urzędowe pismo, że wszyscy cudzoziemcy mają wstawić się w wyznaczone miejsce. Gospodyni namawiała mnie, abym została. Zostaliśmy odtransportowani do koszar w Salzwedel. Tam przebywali osoby różnych narodowości. Było dużo Greków, Włochów. Panowała atmosfera autentycznej radości, dużo osób tańczyło, śpiewało. Nocowaliśmy na piętrowych łóżkach.  Dokonano podziału na strefy. Trafiłam do Braunschweig. Do angielskiej strefy. Tutaj znajdowała się duża fabryka, określana fabryką śmierci i obóz. Tam zginęło dużo robotników. W środku terenu zabudowań fabrycznych znajdował się trawnik. Okazało się, że jest to miejsce, gdzie byli pochowani robotnicy. W tym łagrze przebywało ponad 5000 tysięcy Polaków. Co tam było pluskiew, jak tylko zrobiło się ciemno, wchodziły na nas żółte pluskwy, mocno kąsały. Przebywający w obozie zapadali na różne choroby, które roznosiły wszy. Po jakimś czasie wykonano dezynfekcję. Tam przebywaliśmy pół roku, od jesieni do wiosny. W dużych pofabrycznych salach, które zostały przystosowane, znajdowały się piece. Gdy nie było czym palić, mężczyźni wyciągali delikatnie pociski z dużych drewnianych skrzyń, co było niebezpieczne i wrzucali deski do pieca. Co tam było tych pocisków, bomb, wspomina pani Maria.  Był ksiądz, który odprawiał nabożeństwa po polsku. Powstała organizacja polska, bardzo się wspieraliśmy.

Przez Odrę Legnicę Poznań do domu

Moja mama powróciła z braćmi spod Kostrzyna do naszej wioski rodzinnej jako pierwsza.  Tato szedł na pieszo od Poznania. Powrócili do domu. Zwierzęta, które były u sąsiadów, odzyskali. Nie przeżył koń. Tata zakładał chomąta na krowy i w ten sposób sobie radził aby zaorać pole. Ja przyjechałam pociągiem do Centralnej Polski. Gdy przekroczyłam Odrę, pociąg zatrzymał się w dużym mieście. Wydaje mi się, że to była Legnica. Tutaj należało pojedynczo podchodzić pod okienko. Zdawaliśmy niemieckie dokumenty, otrzymywaliśmy polskie. Urzędnik zaproponował mi, abym pozostała tutaj i rozpoczęła pracę. Przyznał, że spodobał mu się mój charakter pisma i spokój podczas wypełnienia dokumentów. Odpowiedziałam, że jadę poszukiwać swoich najbliższych. Powróciłam do domu, zapanowała radość. Była bieda. Budynek gospodarczy się zawalił. Przebywałam w domu dwa lata. Chodziłam do lasu na jagody, za zarobione pieniądze, kupiłam sukienkę. Dowiedziałam się, że planowany jest wyjazd grupy miejscowych do pracy gdzieś na ziemie odzyskane. Jedna z kobiet jechała z siostrą do Myśliborza. Moim marzeniem było zostać krawcową. Przyjechaliśmy pociągiem do Szczecina. Tutaj postój i dalsza droga do Pyrzyc. Oj, to miasto było bardzo "rozbite", wspomina pani Maria. Oczekiwałyśmy tutaj na pociąg do Myśliborza. Podszedł mężczyzna, zapytał dokąd jedziemy. odpowiedziałyśmy, że pragniemy dojechać do Myśliborza, tam podjąć pracę jako szwaczki. Nieznajomy namawiał nas, abyśmy udały się do dużego, ładnego majątku rolnego.

Lubanowo - stabilizacja życiowa

Dotarliśmy do Lubanowa 1 maja 1950 roku. Przez okres lata tutaj pracowaliśmy. Przyjęto nas tutaj od początku bardzo serdecznie. Wówczas zarządzał gospodarstwem Bronisław Burchard. Przebywałam jeszcze w majątku przez zimę, nocowałam w budynku z czerwonej cegły, który przetrwał do dziś. Znajduje się w kierunku Babinka.Wiosną 1951 roku poznałam mojego przyszłego męża Bronisława. Mój małżonek pochodził z Wileńszczyzny, z miejscowości Nowe Tłoki. Przeszedł szlak bojowy do Berlina. Dotarł do Berlina jako jeden z pierwszych polskich zwiadowców. Doczekaliśmy szczęśliwie dwóch synów: Jurka i Marka oraz córki Danusi. Zostaliśmy szczęśliwymi
dziadkami, pradziadkami.

Wspomnień wysłuchał w III 2017 autor publikacji Andrzej Krywalewicz


Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?
Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.