Reklama [góra]

Chojnianka wicemistrzynią Europy, Ewa: Nie wyobrażam sobie życia bez karate [wywiad]


Świat sportowy to nie tylko rywalizacje, nawiązywanie nowych przyjaźni czy też treningi. Wchodząc w jakąkolwiek dyscyplinę, wpierw możemy się obawiać, jak nas przyjmą na treningu a następnie jak wystąpimy w swoim debiucie. 

W końcu debiut to jedna z najważniejszych chwil każdego sportowca. Nowa twarz w rywalizacji to dla wielu uczestników czy łowców talentów znak zapytania.

Ewa Tracz, młoda kobieta, która pochodzi z Chojny a obecnie mieszka w Szczecinie. Jej miłością stało się karate. Na trening trafiła przez przypadek, w pewnym momencie doznała kontuzji, która niestety spowolniła rozwój Ewy w tym sporcie.

W swoim debiucie, świętuje zdobycie srebrnego medalu w kategorii +6 5kg kobiet na 31. Mistrzostwach Europy Karate Kyokushin w Świnoujściu.

Od kiedy interesujesz się karate? Czy podejmując decyzję o uprawianiu tego typu sportu miałaś obawy, że może pójść coś nie tak i szybko zakończysz karierę?

Na karate właściwie trafiłam przez przypadek.  Przyjaciel naszego taty pewnego razu jakieś 7 lat temu powiedział, że zabierze mojego starszego brata-Adama na treningi karate do Morynia. Stwierdziłam, że jak on to i ja też chce. I tak oto ja, która do powiedzmy 15/16 roku życia maksymalnie unikała sportu trafiam na dojo( salę, na której ćwiczy się sztuki walki). Na początku byłam przerażona. Nie ogarniałam co się dzieje wokół mnie. Mój brat, który jest moim przeciwieństwem od razu zaczął łapać co i jak. Wystarczyło, że raz zobaczył jakieś ćwiczenie i od razu mu wychodziło. Z racji, że zawsze ze sobą rywalizowaliśmy( w sumie dalej to robimy) strasznie mnie to irytowało, ale bardzo motywowało. Wytrwale robiłam swoje.

Tutaj warto wspomnieć, że karate nie jest zwykłym sportem. Jest to sztuka walki. Co za tym idzie, oprócz ćwiczeń fizycznych kładzie się duży nacisk na rozwój psychiczny. To było dla mnie coś nowego. Na każdym treningu robiliśmy wiele ciekawych rzeczy. Jak już wcześniej wspomniałam, w tym okresie nie należałam do sportowych świrów, wiec wiele zadań sprawiało mi dużą trudność. Ja z natury lubię twardo stąpać po ziemi, więc często podczas treningów pojawiały się u mnie myśli, a co jak nie wyjdzie.

Wielkim szokiem były dla mnie pierwsze walki. Bałam się, że zrobię komuś krzywdę, oczywiście niechcący  Jednak z czasem się człowiek z tym oswaja. Obawy odnośnie kontuzji pojawiły się dopiero wraz z pierwszą z nich. Wcześniej nie myśli się o tym. Po prostu robi się swoje i nie dopuszcza się myśli, że coś się stanie. Jakieś 4 lata temu miałam poważny problem z kolanem. Już wtedy od wielu osób słyszałam, że może warto by pomyśleć o jakimś spokojniejszym hobby. Zbliżała się matura, rozpoczęłam kurs na prawo jazdy. Tylko te osoby nie rozumiały, że karate nie jest dla mnie zwykłymi treningami kilka razy w tygodniu. Osoby, które mają pasję wiedzą co mam na myśli  Karate było dla mnie wszystkim, stylem życia, właściwie nawet sensem. I nagle zostało mi zabrane. Nie mogłam się na niczym skupić. Bolało mnie strasznie, że mój brat dalej robi to co oboje kochamy, a ja siedzę w domu. Po tej kontuzji miałam ogromną blokadę, szczególnie przed kopnięciami.

Jednak wyszło i to bardzo dobrze. W swoim debiucie zostałaś wicemistrzynią Europy. Czy to zwycięstwo można również przypisać bratu? Stał się on chyba Twoim takim "motorem napędowym" do pokochania tego sportu i byciu w nim coraz lepszą.

Z bratem jak to z bratem. Kto ma rodzeństwo ten wie, że bywa różnie.  Ale karate zbliżyło nas do siebie. Adam jest moim najlepszym przyjacielem. Wspieramy się we wszystkich dziedzinach życia, ale to karate jest tym co razem uwielbiamy.

W listopadzie ponownie uszkodziłam kolano. Znowu pojawiły się opinie, że to znak z góry  Grzecznie dziękowałam za opinie i dalej robiłam swoje tylko troszkę w inny sposób. Zarówno brat jak i cała rodzina byli dla mnie wielkim wsparciem. Po przerwie wróciłam na maksa nakręcona i zmotywowana. Przygotowałam się do egzaminu na 1 kyu. No i na propozycję wzięcia udziału w Mistrzostwach Europy mimo wielu obaw powiedziałam czemu nie.

Studiuje na kierunku technicznym. Więc sporo czasu pochłania uczelnia. Czasem ciężko bylo to wszystko połączyć. Nauka, uczelnia, inne obowiązki. Od zeszłego roku sama prowadzę również treningi z dziećmi i młodzieżą. Z kolei Adam studiuje wychowanie fizyczne. Nie dość, że ten kierunek wymaga powiedzmy mniej zaangażowania pozauczelnianego, to daje mu przewagę kilku treningów dziennie.

Do tych zawodów na początku przygotowywaliśmy się razem. Jednak brat uszkodził dosyć poważnie bark i biceps i musiał niestety zrezygnować. Dlatego jestem pełna podziwu i ogromnie wdzięczna mu za to, że był przy mnie i mnie wspierał, mimo iż musiało to być dla niego trudne.

Każdy z nas, na początku swoich pasji, określa sobie jakiś cel do którego chce dążyć. Czy Ty już to zrobiłaś? Czy jednak sięgasz wyżej?

Hmm to jest ciekawe pytanie. Kiedyś zawody były dla mnie takim wyznacznikiem. Sensei Radek Ambroziak powtarzał zawsze, że nie są ważne medale. Medale są dla maluczkich. Na początku tego nie rozumiałam. No bo po co jedziemy na zawody, jeśli nie właśnie po medal. Wszystko się zmieniło w listopadzie, kiedy jak już wspomniałam ponownie uszkodziłam kolano. Nie mogłam ćwiczyć już konkretnie przygotowując się pod start, ale dalej wiele rzeczy byłam w stanie zrobić. Dalej prowadziłam zajęcia z dziećmi, które były w tym okresie dla mnie dużym wsparciem. Dalej przebywałam z ludźmi z klubu, którzy stali się moją drugą rodzina. I wtedy zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Że ważna jest droga a nie cel. To wszystko co przytrafia się nam w trakcie dążenia do zrealizowania celu. A to czy go osiągniemy czy nie to już sprawa drugorzędna. Wiadomo porażka boli i to bardzo, ale trzeba w niej widzieć kolejne szansy. Czerpać motywację.

W karate takimi małymi celami są również kolejne stopnie. Zarówno moje jak i moich podopiecznych. Ale po drodze pojawiają się również mniejsze cele. Jak np opanowanie nowej kombinacji, ogarniecie niesfornego malucha, czy nauczenie najbardziej opornego dzieciaczka danej techniki. Jestem bardzo wdzięczna, że na swojej drodze karate trafiłam na takich wspaniałych nauczycieli, którzy uczą tego co jest na prawdę w życiu ważne.

Na samym początku swojej przygody z karate, gdy po raz kolejny dodawałam łomot od kolegów z klubu na macie postawiłam sobie za cel, że kiedyś będę tak dobra jak oni. Powili realizuje to.

Gdy sędziowie wydali werdykt ze otrzymałaś srebrny medal. Jakie wtedy słowa przewinęły się Tobie przez głowę? Co wtedy pomyślałaś?

Było takie jedno słowo... Znowu

W finale walczyłam z fantastyczną zawodniczką Olą Karpuk. Jest ona wielokrotną Mistrzynią Europy. Bardzo często walczymy ze sobą na różnych zawodach. Jednym z moich celów jest również dorównać jej. Mam nadzieje, że kiedyś mi się to uda. Większość z dziewczyn z którymi spotykam się na macie ćwiczy od dziecka. Także mam kilka lat w plecy, ale staram się robić co w mojej mocy, aby to nadrobić.

Po walce pojawiają się różne myśli. Ważne jest, żeby walczyć ze sobą i trzymać emocje w środku. Wysłuchać werdykt, przyjąć go, uznać wyższość przeciwnika, okazać szacunek. Dopiero po zejściu z maty można uwolnić emocje. Byłam strasznie zła na siebie, bo miałam wrażenie, że mogłam zrobić więcej. Nie chciałam zawieść Sensei Radka, który poświęcił mi ogromną ilość czasu i nerwów zarówno w takcie treningów jak i poza nimi, ani rodziny, która jest ze mną i wspiera mnie. Ani przede wszystkim młodych, których na treningach próbuje motywować do działania często na swoim przykładzie. Później pojawiają się łzy. Jak to z każdą kobietą bywa. Dopiero po czasie dopuszcza się do siebie myśl: Hej nie jest źle! Swoje zrobiłaś. Następnym razem spróbujesz jeszcze raz, a jak znowu nie wyjdzie to kolejny raz!

Nie poddajesz się, spełniasz swoje marzenia, znalazłaś swój raj na ziemi.

Tak jest. Nie wyobrażam sobie życia bez karate. Często znajomi pytają mnie jak udaje mi się ogarnąć wszystko. Ale to właśnie dzięki temu, że mam tyle na głowę łatwiej mi się zorganizować. Karate uczy wytrwałości i samodyscypliny. Wymaga wielu wyrzeczeń, ale jest warte każdego z nich.

Dziękujemy bardzo za rozmowę, życzymy dalszych sukcesów a przede wszystkim gratulujemy udanego debiutu!

Dziękuję.

fot. Andrzej Jastrząb Photography

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.