Reklama [góra]

/center>

Tata był przerażony gdy w styczniu 1945 ujrzał zniszczoną Warszawę. Przekonany był, że nigdy nie zostanie odbudowana stolica


Nazywam się Edward Tadeusz Gardziejewski. Urodziłem się 7 XII 1936 w rodzinnej wiosce Romanówka, w gminie Borki, przedwojennym województwie tarnopolskim. W Romanówce mieszkałem do przełomu marca i kwietnia 1946 r.

We wrześniu 1939 pomimo, że miałem trzy lata zapamiętałem, że kiedy nad wioską pojawiły się samoloty, tata domagał się abyśmy wyszli przed dom. Najmłodszego brata Kazimierza trzymał na ręku. W mojej wiosce mieszkali Polacy i Ukraińcy. Później przyszli Niemcy do naszej wioski. Niektórzy Ukraińcy napuszczali Niemców na Polaków. Mój dziadek był gajowym. W tych pierwszych miesiącach pojawił się problem kradzieży, „volksdeuche” albo Ukraińcy mojego ojca wskazali jako winnego. Do domu przyjechali Niemcy, wyprowadzili do obory. Mocno, dotkliwie został pobity.

W 1944, to był przełom lutego i marca. W nocy do drzwi naszego domu zastukali Sowieci. Tata otrzymał polecenie, aby rano stawił się we wskazanym miejscu w Borkach Wielkich. Dotarł i wraz z wieloma innymi wyruszył w nieznane. Zostałem z mamą i braćmi w domu. Przyszli „ruskie sołdaty” i „dawaj” konia zabierają. Płakaliśmy, prosiliśmy aby konia zostawili. Naradzili się i zdecydowali, że w zamian za naszego konia otrzymamy od nich innego. Tak się stało, dostał nam się koń słabszy. Gdy nastała wiosna na dobre zacząłem chodzić do lasu zbierać drzewo. W dużej serwecie, ścierce układałem drewno, zawiązywałem. Tobołek zarzucałem na plecy i zanosiłem do domu wiele razy. Zdarzyło się, że ukraiński gajowy mnie i brata pogonił z lasu, pomimo, że las ten sadził i pracował w nim długie lata mój dziadek. Za Niemców poszedłem do szkoły, to był 1944. Chodziłem do szkoły przez trzy miesiące. Później Niemcy zamknęli polską szkołę, ukraińska pozostała. Przez ten krótki okres uczył mnie nauczyciel, nazywał się Teciuk. Imienia nie pamiętam. Dowiedziałem się później, że gdy skończyła się wojna na naszych ziemiach, nauczyciela tego „banda” Ukraińców wyprowadziła z domu, ręce miał związane z tyłu. Nigdy już nie powrócił. Ten nauczyciel był prawdopodobnie Ukraińcem. Wtedy pod nasz dom kilka razy przychodzili Ukraińcy. Mocno „walili” w drzwi, domagali się po ukraińsku, abyśmy drzwi otworzyli. Jednak szczęście nam sprzyjało, płakaliśmy, szczególnie młodsi bracia. Drzwi nigdy nie wyważyli i po jakimś czasie odchodzili. Gdy zakończyła się już wojna, od 1 września 1945 zacząłem chodzić do ukraińskiej szkoły. Nie mogłem się nauczyć tego języka.


W marcu 1946 powrócił do domu tata. Chciałbym w tym miejscu wspomnieć tatę. W 1944 i 1945 służył w I Armii Polskiej pod dowództwem Zygmunta Berlinga. Gdy dotarli pod Warszawę, w stolicy „wrzało” powstanie. Tata wraz z innymi kompanami chciał przedostać się przez Wisłę do stolicy. Zostali namierzeni i zatrzymani przez Sowietów. Generał Berling został zdymisjonowany. Jego żołnierze już go więcej nie zobaczyli. Tata na okres dwóch tygodni trafił do karnej kompanii. Po klęsce powstania Niemcy pozostali w Warszawie, później wyruszyli w drogę na zachód. 12 I odbyła się w stolicy defilada. Ojciec wspominał, że gdy zobaczył teren miasta w pobliżu gdzie odbywała się defilada przeżył wielki smutek. Żaden budynek nie przetrwał, to wszystko bardzo pozostawiło na nim przygnębiające wrażenie. Mówił później, że Warszawy się nie odbuduje.


Z dywizją dotarł do Kołobrzegu. Pod Kołobrzegiem został ranny w nogę. To był marzec 1945. Trafił do szpitala w Bydgoszczy, później w Toruniu. Gdy chodził, noga była bardzo opuchnięta i nabrzmiała. W miejscach niegojących się ran sączyła się ropa. Z pobytu w szpitalach powrócił do domu, tak jak wspomniałem w marcu 1946. W kwietniu 1946 wyjechaliśmy na zachód w nieznane. Jechaliśmy w wagonach, w których znajdowały się zwierzęta: krowy, konie. Droga trwała długo. Skład pociągu zatrzymywał się, gdy należało przepuścić składy wojskowe, których wtedy było dużo. Prawie codziennie pociąg się zatrzymywał, oczekiwał na skład wojskowy, co trwało nieraz naprawdę długo. Wtedy dorośli, dzieci opuszczali bydlęce, drewniane wagony i kto mógł, przygotowywał paleniska z kamieni, na których ustawiano przeróżne garnki, niekiedy maniorki. Gdy składy wojskowe przepuszczono, nawoływano do powrotu do wagonów. W czasie drogi doiło się krowy, każdy miał zapas produktów do przygotowania. Zapamiętałem postój w Pile. Tutaj pociąg oczekiwał na dalszą jazdę ze dwa dni. Później odjechał w kierunku Stargardu Szczecińskiego. Zapamiętałem dobrze, gdy pociąg zatrzymał się na małej stacji kolejowej. Tutaj wielu wysiadło wraz ze swoim dobytkiem, inni pojechali dalej. Stamtąd pojechaliśmy do wioski Błotno. To był 10 maja. W Błotnie wioska rozbita, niektórzy tutaj z naszego transportu za ziemie zachodnie pozostali. Ojca brat - Dominik w październiku 1945 przyjechał wcześniej tutaj na zachód z rodziną, zamieszkał w Żelechowie. Tata wiedział, gdzie się wioska wujka znajduje, zdecydował, że tam pojedziemy. Powróciliśmy na tą samą stację kolejową, na której wysiadaliśmy. Tutaj stał podstawiony drewniany wagon. Moi rodzice, dwóch braci i ja zapakowaliśmy nasz dobytek do bydlęcego wagonu, który został dołączony do innego składu i pojechaliśmy sami w wagonie, ze zwierzętami w dalsze nieznane. Dojechaliśmy do Chwarstnicy. Stamtąd, niech pan sobie wyobrazi, nasz wagon dojechał do Dziczego Lasu (Swobnica późniejsza). Chyba w 1947 zmienili nazwę wioski na Swobnica, jednak nazwa nadleśnictwa przetrwała. Tutaj czekało na nas dwóch gospodarzy z Żelechowa, dokąd odjechaliśmy.

W 1953 ukończyłem Szkołę Podstawową w Krzywinie. Tata pełnił funkcję kościelnego. Przekładano dach . Znaleziono wtedy w kościele na strychu broń. Jakiś ormowiec doradził ojcu, aby broń wrzucić do ubikacji szkolnej. Tata poszedł do więzienia. Został skazany na cztery lata. Pomimo, że był inwalidą wojennym, przebywał w więzieniu. Wyszedł na wolność po 2 i pół roku. W 1956 tata był już w domu, to wiem na pewno. W Żelechowie było leśnictwo. Przyszedł do naszego domu leśniczy pan Mieczysław Ruda i zaproponował, abym podjął pracę jako stróż przeciwpożarowy. Zimą pomagałem pisać kwity. Drzewo pomagałem przygotować, gdy przyszła wiosna. Rozpocząłem naukę w V klasie, zacząłem paść krowy w Polesinach. Tam zamieszkałem u znajomych. Chodziłem wtedy do szkoły w Lisim Polu.



Drewno z lasu transportowała firma OTL (Ośrodek Transportu Leśnego), ale nie było nadal w Polesinach gajowego. Ja pomagałem tutaj nadal między innymi wypisywać kwity.

W 1957 ponownie zatrudniłem się na stróża, pracowałem u pana leśniczego Mieczysława Rudy. Leśniczy był z wykształcenia inżynierem. Gdy otrzymał nadleśnictwo koło Krzyża, przyjął się na jego miejsce Wacław Ciesielski. W Tanowie koło Szczecina został zorganizowany kurs dla gajowych. Skończyłem kurs. W 1959 zostałem gajowym. W tym samym roku ożeniłem się. Moja małżonka Anna pochodzi z tej samej wioski z kresów co moja rodzina i ja.

W 1961 przeniosłem się z Nadleśnictwa w Krzywinie, w leśnictwie Żelechowo do Nadleśnictwa w Dziczym Lesie. Pracowałem u leśniczego Stanisława Brusa w leśnictwie w Żelichowie. W 1962 poszedłem do szkoły, uczyłem się w systemie zaocznym w Technikum Technologii Leśnictwa w Rogozińcu. Przed ukończeniem nauki w Technikum, nadleśniczy mi zaufał i przez okres pięciu miesięcy prowadziłem leśnictwo i opiekowałem się swoim rewirem. Skończyłem szkołę w 1965, nadal pracowałem jako podleśniczy u pana Brusa. Zapamiętałem, że otrzymałem wtedy od nadleśniczego Kazimierza Chrząstowskiego propozycję zatrudnienia. Przez okres pół roku prowadziłem to leśnictwo, a mieszkałem nadal w Żelechowie. Po leśniczym Kobie w roku 1968 przyjąłem leśnictwo i szkółkę o powierzchni 1.5 hektara. Musiałem tutaj gospodarzyć, pomimo małego doświadczenia w takiej pracy. W 1969 udało się powiększyć obszar szkółki do 8 hektarów. Pierwsze obsiewanie nowej szkółki nastąpiło w 1972. Również w 1969 przeprowadziła się do mnie moja żona z Żelechowa, zamieszkaliśmy w skromnej leśniczówce na Piachach. Tutaj znajdowały się dwa pokoje z kuchnią na dole, u góry znajdowała się kancelaria. 1 stycznia 1973 przyłączono nas do Nadleśnictwa w Myśliborzu. Wtedy to Swobnica utraciła status nadleśnictwa. Powstał „Obręb Dziczy Las”. Mieszkaliśmy na Piachach do XII 1974. Skąd przenieśliśmy się do budynku z czerwonej cegły Nadleśnictwa w Swobnicy.

W tym czasie w 1971 ogrodziliśmy całość. W 1972 obsialiśmy prawie 8 h. Musiałem jako leśniczy gospodarzyć tutaj i na szkółce. Zdobyłem wówczas I miejsce w Szczecinie – największa wydajność na szkółce. Zatrudniałem dwóch gajowych, odkąd przyjąłem leśnictwo w Swobnicy. Ludzi dowoziłem z różnych stron służbowym samochodem „erką”. W tym czasie było trudno o ludzi do pracy. Osiem osób mieściło się w samochodzie. Dowoziłem ich do pracy na bardzo duży obszar. W 1972 gajowy Materek odszedł do leśnictwa w Żelichowie, na jego miejsce przyszedł Stanisław Gięślowski. W 1974 oprócz szkółki, otrzymałem, do zalesienia bardzo duży obszar 56 hektarów do zalesienia. Został zalesiony obszar leśnictw:Swobnica i Żelichowo.

Człowiek nie dospał, nie dojadł. Radę trzeba było dać. W jednym roku zalesiłem pod Baniewicami, w kierunku Żarczyna końcowy zrąb. To był maj 1974. W tym czasie wstawaliśmy w nocy gałęzie palić, aby zalesić ten zrąb. Do roku 1983 mieszkaliśmy w budynku byłego Nadleśnictwa, a później przenieśliśmy się do leśniczówki, która wówczas nazywała się Swobnica. W 1995 zmniejszono obszar lesnictwa do 1400 h. Wcześniej przekazałem szkółkę panu Antkowiakowi z Piaseczna.



Las to moja wielka pasja. Od dziecka gdzieś zawsze jestem blisko lasu. Dziadek mój przez wiele lat był gajowym na kresach, ciężko pracował. W latach wojny, jako młody chłopak gdy chodziłem z białą serwetą zbierać opał, chyba wówczas tak silnie polubiłem las. Po wojnie wykonywałem pracę stróża przeciwpożarowego i inne prace. Później moja praca skupiała się w pięknym Dziczym Lesie. Całe moje życie jest związane z lasem. Doczekaliśmy się moją małżonką Anną dwóch córek i pięcioro wnucząt. W chwili obecnej jestem na emeryturze. Znajduje czas między innymi na realizację swoich zainteresowań, pasji, między innymi myślistwa. Za wieloletnią pracę otrzymałem wiele cennych wyróżnień i odznaczeń, między innymi brązowy, srebrny i złoty krzyż zasługi.



Wspomnień pana Edwarda Tadeusza Gardziejewskiego wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz - XII 2017




Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?

Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.