Reklama [góra]

„Przybyłem do Rurki. Tutaj wśród lasów czuje się jak w uzdrowisku...”

Jan Roszczyński z Rurki opowiedział w maju 2018 r. o wielu zapamiętanych przeżyciach ze swojego długiego życia. – Urodzony w Butyniu w 1932 – rozpoczyna opowieść pan Jan. – Wioska Butyń w przedwojennym powiecie krzemienieckim, województwie wołyńskim. Katarzyna i Eliasz to rodzice. Siostra moja Maria do dzisiaj żyje w Wieluniu, tam wyszła za mąż. Tata Eliasz poszedł na wojnę, nie wrócił. Moja mama wyszła za wdowca. Siostra urodzona w Baszukach. 

Rok 1954 - nasza rodzina
Moja małżonka z moją siostrą w Derczewie koło Lipian
Moja mama z wnukami
O życiu w tej małej wiosce opowiadał mi mój dziadziuś Józef Cebuch (tata mamy)


Opowiadał, że nasze rodzinne ziemie do I wojny światowej należały do Rosji. Dziadek był fornalem, mieszkał w wiosce w której znajdowały się trzy gospodarstwa, każde 40 hektarów. Zarządca. Właściciel rzadko przyjeżdżał, przebywał gdzieś za granicą. Raz do roku przybywał, zabierał pieniądze i wracał do domu. Nad całością czuwał zarządca. Ludziom żyło się ciężko, panowała bieda. Na polu pracowała moja mamusia i dziesięcioro rodzeństwa. Wykonywali ciężką pracę, ścinali zboże sierpami. Dwunasty snopek otrzymywali jako zapłatę. Po I wojnie światowej Piłsudski wiele ziemi oddał swoim legionistom. W naszej okolicy kilku zasłużonych legionistów otrzymało ziemię. Pozostali tutaj do wybuchu II wojny. 

Pan Jan A.D. 2018
Dzieciństwo w Baszukach


Rodzinne moje strony to była nie Ukraina, nie Polska. To byli ludzie. Panie, gdy nastały święta, to wspólnie radowaliśmy się. Wstawiano snopek żyta w rogu i wrzucano na klepisko trzy płachty słomy. W słomę wrzucano orzechy i suszone owoce. Dzieci z wioski szukały smakołyków. Po dwóch tygodniach świętowaliśmy wraz z Ukraińcami ich święta. Nieważne było, czy jesteś Polak, czy Ukrainiec. Duża, duża życzliwość nas łączyła. A co to później się stało… W naszej wiosce w Baszukach było 350 gospodarzy, czyli numerów. Najwięcej, bo około 330, to Ukraińcy. Tylko 12 numerów polskich gospodarzy i 4 numery gospodarzy żydowskich. Baszuki, gmina Oleksiniec. Z Butynia do Baszuk przeprowadziliśmy się w II połowie lat trzydziestych. W Baszukach Żydzi prowadzili sklep i karczmę. W karczmie drewniane rzeźby, panie, coś pięknego. Przed wejściem nad drzwiami dwa wyrzeźbione w drzewie lwy pomalowane na brązowo, wielkości dużego psa. Wewnątrz wyrzeźbione dwa żubry, też pomalowane na brązowo, wielkości cielaka. Pięknie to wyglądało, znajdowały się z dwóch stron baru. Był pan u nas w Rurce w kościele? To mniej więcej tak wyglądało jak u nas w kościele. W sobotę, niedzielę chodziłem tam z tatusiem. Tam na miejscu pieczywo i wyroby wędliniarskie, które przywoził rzeźnik z pobliskiej wioski Oleksiniec Nowy. Tam w garnuszkach dobra herbata, oranżada. Dla dorosłych piwo, wódka. U nas w wiosce cerkiew. W niedzielę po nabożeństwie do karczmy dużo miejscowych przychodziło. Pomiędzy Baszukami i Milnem przechodziła dawna austriacka granica. Później nawet Niemcy utrzymali tę granicę. Milno zamieszkałe przez ludność polską, polska wioska. W naszej wiosce w Baszukach znajdowała się siedmioklasowa szkoła, państwowa szkoła. Uczyli polskiego i ukraińskiego. Miejscowi utrzymywali się z pracy w gospodarstwie. Pomiędzy Ukraińcami i Polakami było „bardzo ładnie”. Oni o dwa tygodnie później święta obchodzą, odwiedzaliśmy się, biesiadowali. Na środku wioski plac. Tam w piłkę graliśmy, biegi, ale rzeka przepływała przez środek wioski. Szerokość około 10 metrów, ale płytka, o tyle było wody – pan Jan wskazał głębokość około 50 centymetrów. Jak chcieliśmy się wykąpać, to kopaliśmy przy brzegu tak zwane darny, które zatrzymywały wodę do kąpania. W czasie zabaw to mówiliśmy w języku ukraińskim. Znam dobrze ten język, trudny. Tak się przyjęło. Rodzice też mówili po ukraińsku, miejscowemu. W pobliżu cerkwi wysoka góra, skarpa, wysokość 150 metrów. Tutaj chodzili paść krowy. Gdzieś tutaj pod tą górą źródło wybijało. Latem woda zimna, smakowała. Blisko cerkwi płynęła wąska rzeka, blisko pobliskiej karczmy szeroka rzeka. Obok góry sadzawki. Tutaj moczyli konopie. Technika obróbki włókna nie jest skomplikowana. Sadzawka posiadała wymiary 10 m długości i około 10 szerokości. W nich znajdowały się rośliny, u góry warstwa żerdzi i na to kamienie. Obok góry znajdowała się olejarnia w której wytwarzano z nasion konopi, dyni, lnu olej. Tutaj przychodzili rodzinami, wewnątrz znajdowała się patelnia wielkości stołu kuchennego i śrutownik. Nagrzewali powierzchnię patelni i prażyli ziarna. Olejarnia była własnością miejscowego Ukraińca. Pomiędzy Baszukami i Oleksińcem znajdował się młyn drewniany napędzany kołem. W nim wyrabiano mąkę razową. W młynie znajdowały się turbiny, które produkowały prąd. Tutaj w pobliżu cerkwi – karczma. Sklep znajdował się w innym miejscu, w środku wioski. Sklep i karczmę prowadzili Żydzi. Ten właściciel sklepu mieszkał z boku wioski z żoną i dziadkami, miał syna Szlojma. Chodził ze mną do szkoły. Właściciela karczmy nie pamiętam za bardzo. 

Moja wyprawa do Szczecina
Gdzieś w Derczewie
Ja upamiętniony na zdjęciu z początku lat 50-tych z kolegą

Moja mama
W pobliżu większe miasto Załoszcze. W pobliżu jeden lekarz felczer. On przyjmował w Wiśniowcu. Gdy pojawiła się choroba, to do felczera. Było ich kilku. Rozmaite metody leczenia. Od maja do lipca nieobecny, gdzieś po polach się włóczył, zbierał zioła i suszył. Zapamiętałem, że popularnym było „jajko”. Felczer jajem wzdłuż całego ciała chorego pocierał, później jajko wbił do przezroczystego słoika i przyglądał się w świetle chorobom. Twierdził, że w ten sposób widzi dolegliwości u chorego i poważniejsze choroby. W jedną stronę z osiem kilometrów. Tutaj przychodziliśmy na zakupy. To było takie miasto jak Chojna. Tam większość budynków zbudowana z gliny. Tam znajdował się kościół i cerkiew. Samochodu nie było, tylko konie. Z Baszukami łączył się Oleksiniec Nowy, siedziba gminy. Wójt jako jedyny posiadał samochód. Tam jeszcze były Strzelcy, takie jak Banie. Drogi brukowane, polne. Proszę pana, tam w marcu „na boso” się chodziło. U nas w Baszukach domy gliniane. 

W pobliżu Butynia znajdowała się góra, gdzie glina jak czerwona farba olejna


Góra miała właściciela. Niech pan zwróci uwagę, że za Bugiem nigdy nikt nie widział podłogi, wszędzie klepiska. Glina z góry bardzo droga. W nocy chodziło się kraść. Za kubek tej gliny otrzymałem bochenek dużego chleba. Pieniędzy nie było, była zamiana. Można było otrzymać żywność. W domu panna, kawaler przychodził. Podłogę wypełniano białym piaskiem. Kupowano glinę i smarowano listwy, pas od ziemi. Biedota była, panie, ludzie mieli po dwie morgi pola – jak przeżyć? Do tej czerwonej gliny dolewano wody i pędzlem wykonywano – malowano paski wzdłuż ścian, takie listwy. No, ale wróćmy do nabożeństw. W cerkwi odprawiane po ukraińsku, w kościele katolickim po polsku. Małżeństwa mieszane zdarzały się normalnie. Moja ciotka Natala wyszła za Ukraińca. Wesele, to i Ukraińcy, i Polacy się bawili. Później to zaczęła się okropność. W Oleksińcu Nowym był kościół. Tutaj z rodzicami na piechotę przychodziliśmy. W szkole to raczej polscy nauczyciele. Tutaj gimnastyka, język polski, rachunki, matematyka. Wie pan, co znaczy strzelcy? To tak, jakby u nas, przypuśćmy, wojsko było, proszę pana – piechota, a kiedyś KGW, czyli Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Oni byli w domu, przychodzili, kiedy trzeba było na ćwiczenia. Spotykali się w gminie, ćwiczyli, tam służyli Polacy. Z tego okresu przed wybuchem wojny takie zdarzenie utkwiło mi mocno w pamięci. Teraz to może wydawać się śmieszne, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Miejscowi Żydzi drobiu sami nie ubijali, zanosili do rzeźnika w Oleksińcu Starym.

Nie wiem, w jakich okolicznościach Żyd zaproponował mi, abym zanosił kury do rzeźnika, za co miałem otrzymywać pieniądze

Zanosiłem po trzy kury. Otrzymywałem 1 złoty 50 groszy dla rzeźnika za zabicie kur, ja otrzymywałem 60 groszy. Zaniosłem raz, drugi. Zobaczyłem, w jaki sposób rzeźnik zabija kury. Odtąd, gdy Żyd wyprawił mnie z kurami, udawałem się w kierunku Oleksińca, po czym w odpowiednim miejscu zawracałem niewidoczny do domu. Sam zabijałem kury, a pieniądze dla rzeźnika przechwytywałem. Trochę czasu minęło. W wiosce zjawił się rzeźnik, nie wiem, czy poszedł odwiedzić Żydów, czy spotkał się z nimi w wiosce. Żydzi mnie szukali, uciekłem w konopie. Chyba ze strachu na noc tam zostałem.

1939 rok we wrześniu, proszę pana, wybuchła wojna

Wtenczas Ukraińcy, gdy Niemcy weszli, „poszli” do policji niemieckiej. W Baszukach Ukraińcy usypali kopiec 30-metrowy, na wierzchołku zamocowali krzyż prawosławny. Wcześniej w wozach przywozili ziemię i usypywali w wyznaczone miejsce blisko cerkwi. Zawołali z gminy Niemca, landwirta, taki wójt niemiecki, i urządzili ucztę. Ten kopiec miał upamiętnić ofiary ludności ukraińskiej. Wtedy też masowo Ukraińcy zaczęli opuszczać „szeregi policyjne”, poszli w las. Zaczął się czas UPA – morderstwa. W dzień przebywaliśmy w domach, w nocy pod miedzami na polu.

W jedną z takich nocy podpalili nasze zabudowania, spłonął dom

My uciekliśmy w konopie. Mama, siostra malutka, ojczym zmarł, uciekliśmy przez dawną granicę do Milna, jak już wspominałem, zamieszkałej przez Polaków. Tutaj stacjonowała placówka SS. Gdy Niemcy ewakuowali się przed Ruskimi, to pozostawili broń. Mówiono, że broń celowo pozostawili, abyśmy mogli bronić się przed Ukraińcami. Tam mama zastukała do drzwi obcych ludzi. Zatrzymaliśmy się u młodego małżeństwa, którzy mieli dwoje synów: Władka i Bronka. Rodzina nazywała się Czapla. Po wojnie ta rodzina przybyła do Myśliborza. Bronek do dzisiaj mieszka w Myśliborzu, jest szewcem. Władek był krawcem. Rodzice ich po wojnie zamieszkali w Sulimierzu. To był gdzieś rok 1940 lub 1941. Przeżyliśmy tam spokojnie jakiś czas, przebywaliśmy na piętrze ich domu. Tam przebywaliśmy do czasu, aż Ruskie przyszli. Chodziłem na posterunek SS rąbać drzewo na rozpałkę. Dostawałem za pracę coś do zjedzenia – chleb, zupa. Stamtąd przeprowadziliśmy się do Butynia. W 1944 wyjechaliśmy do Siemienic, gminy Komarów, koło Zamościa.


Nasza droga na ziemie zachodnie. 1945


Z Siemienic do Zamościa w trójkę dojechaliśmy końmi


Zabraliśmy koce, ubrania. Niech pan napisze, że byliśmy biedną rodziną. Z Zamościa cały skład pełen ludzi, wagony towarowe. Po drodze pociąg się kilka razy zatrzymywał. Dojechaliśmy do Pyrzyc. Miasto zbite, znaku nie było, tylko gruzy. „Cały pociąg” ludzi, wszyscy opuścili wagon z tym co mieli, jedni więcej, drudzy mniej. Było dużo ludzi, którzy niczego nie mieli. To był poranek. Tutaj przyjeżdżali pod stację wozami konnymi i rozwozili ludzi po wioskach. Jedną noc spędziliśmy na stacji, każdy, panie, miał z sobą fajerki, płytę, proszę pana, i cegły. Postawili i gotowali na zewnątrz. Ludzie za bardzo nie chcieli się dzielić jedzeniem. Kto co miał z sobą kładł na ziemię i noc minęła. To było lato, ciepła noc. Przyszedł dzień, wzięli nas na wóz i zawieźli. 28 czerwca przyjechaliśmy do Derczewa koło Lipian. Tutaj stacjonowali Ruskie. W kościele „trzymali” konie. To już prawie żniwa były, domy w większości zasiedlone. W Derczewie mama dostała gospodarkę, konia i owce z Unrry. Dom dwurodzinny, zamieszkaliśmy w jednej połowie budynku. Tutaj mieszkaliśmy do 1957. Szkołę kończyłem, jak pracowałem. Trzeba było rodzinę utrzymać. Ale wróćmy do okresu powojennego. Wioski wokół Derczewa: Sitno, Mielęcin, Krzemlin nie były zniszczone. Szkoła znajdowała się na miejscu. Najbliższa stacja znajdowała się w Mielęcinie i Lipianach. Pociągiem jeździło się do Pyrzyc lub Myśliborza. W tych latach powojennych pociągi składały się z czterech pięciu wagonów i parowozu. Budowałem lub przebudowywałem piece. Z pracy szło wyżyć. Ludzie zasiewali buraki, ziemniaki odstawiali do Lipian.

Ukradli dzwon z wieży kościoła w Derczewie

Coś muszę opowiedzieć – z naszego kościoła w Derczewie ukradli dzwon. To zdarzenie miało miejsce krótko po tym, jak zamieszkaliśmy w Derczewie. Dzwon z tonę ważył. Złodzieje u góry wieży liny, do którego on był zamocowany, przecięli. Ta wielka masa żeliwa, spadając, przebiła się przez balkon, emporę kościelną, i połowa dzwona wbiła się w betonową posadzkę. Niech pan sobie wyobrazi, że złodzieje dzwon przetransportowali do Lipian, gdzie zaplanowali sprzedać. Wcześniej pocięli na kawałki. Tam zostali zatrzymani, trafili do aresztu. Do kościoła w Derczewie później zakupiono sygnaturkę i chyba dzwoni do dzisiaj. Lipiany, nasza parafia, miasto nie było zniszczone. Rosjanie stacjonowali w budynku po drugiej stronie kościoła, gdzie dziś znajduje się sklep, oraz w szkole i pałacu. Kobiety były biedne, mówić się nie chce. (Nastała dłuższa cisza.)

Panie, my karabiny pożyczyliśmy od Ruskich – „gwintołki”, czyli karabiny  i na polowanie sami się udaliśmy

Upolowaliśmy trzy dziki. Co tych zwierząt było, nikt nie strzelał. Z opaskami usłyszeli strzały. Wie pan, oni chodzili po lesie śladami strzałów. Przybyło trzech cywili z opaską, nas zatrzymali, broń zarekwirowali. Zawieźli na posterunek w Lipianach. Każdy z nas został ukarany, panie, guma jak pół stołu. Pręgi jak ręka, z dwa dobre tygodnie spać nie mogłem na plecach. Rosjanie przyszli po „gwintołki” do mojego domu. Moja mama powiedziała, że zatrzymani zostaliśmy. Jeden z nich odpowiedział „haraszo”. Przybyli do Lipian. Jeden z nich miał dłoń jak moje dwie. Jak nagle uderzył tego naszego w twarz, to ten upadł. Broń odzyskali, my wróciliśmy do domu. Taki to był wtedy porządek. Rosjanie zwozili zboża, młócili. Odsyłali do Rosji. Była tutaj maszyna, pas grubości około 30 centymetrów. Parą napędzano pas. To było dobre urządzenie. Ruskie ten pas w nocy, panie, przecięli, zrolowali i w nocy odwieźli do Krzemlina. Otrzymali trzy 40-litrowe bańki spirytusu. W 1952 poznałem moją przyszłą żonę Helenę. Spokojnie mieszkaliśmy do roku 1957, później wyjechaliśmy do Swochowa. Tam otrzymałem pracę w PGR, pracowałem jako zdun, mieszkanie dostaliśmy w trojaku. W 1958 wyjechałem do Drzenina, tutaj również pracowałem jako zdun. Mieszkaliśmy tutaj do 1968. Później dotarliśmy do Swobnicy, pracę otrzymałem w Kombinacie w Grzybnie. Swobnica podlegała pod Grzybno. Tutaj pracowałem przez 14 lat. W 1982 przyjechałem do Rurki, kupiłem dom przy głównej ulicy.

Spodobało mi się w Rurce

Panie, nie trzeba do uzdrowisk wyjeżdżać, takie tutaj powietrze, wokół lasy. Budynek był zniszczony. Odbudowaliśmy wraz z synami własnymi siłami. W 1981 poszedłem na rentę. Obecnie jestem na emeryturze. Mama zmarła tu w Rurce w 1987. Przeżyła ponad 80 lat, żona 91.

Mój syn na zakręcie w pobliżu Rurki


Wspomnień pana Janka wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w czerwcu 2018.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.


Autorem działu regionalno-historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?

Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.