Reklama [góra]

/center>

„Na Gebelzig zapychamy, aż się serce rwie, kilometrów parę mamy, lecz nie cofniemy się”

Moi rodzice z najmłodszym synem

Przyszedł czas, że udawaliśmy się do sąsiedniego miasteczka Gebelzig. Jeden z rówieśników siostry Ewy wtedy wymyślił słowa piosenki i śpiewał je w czasie drogi. Refren brzmiał tak: „Na Gebelzig zapychamy, aż się serce rwie, kilometrów parę mamy, lecz nie cofniemy się”.  


– Nazywam się Józefa Morowiak. Urodziłam się 29 X 1937 roku. Rodzice moi Stanisława i Franciszek. Moje dwie siostry Ewa i Teresa już nie żyją. Brat Antoni gospodarzy na ojcowiźnie. Moja rodzinna wioska to Ruda koło Sieradza. Około 10 kilometrów od rodzinnej wioski znajduje się Sieradz.


Lata dziecinne. Tragiczne konsekwencje zakazu przechowywania broni w domach

Nasz dom rodzinny był zbudowany w większości z drzewa. Spłonął jakieś trzy lata przed wybuchem wojny. Zamieszkaliśmy w małym budynku, lepiance, która znajdowała się na terenie naszego gospodarstwa. 1939 rok, zapamiętałam taki epizod: gdzieś  z rodzeństwem i rodzicami skrywamy się w lesie. Później w kolejnych latach, gdy udawałam się z tatą do lasu, to przypominałam sobie ten wojenny epizod, przekonana, że jest to miejsce, w którym na początku wojny się ukryliśmy. Jednak tata zawsze spokojnie wyjaśniał, że tamten wrześniowy dzień spędziliśmy w innej części lasu.

Wrzesień 1939  powróciliśmy do domu. Jeszcze przez jakiś czas panował względny spokój. Te pierwsze lata wojny to pamiętam jak przez mgłę. O wielu zdarzeniach, przebiegu ich słyszałam w tym okresie i trochę później od najbliższych. Pewne zdarzenie tragiczne miało miejsce na moich oczach. Był to najprawdopodobniej rok 1939 lub 1940. Pojawiły się ostrzeżenia o zakazie przechowywania broni przez miejscowych w domach. Na ostrzeżeniu zdecydowanie informowano o konsekwencjach w przypadku zlekceważenia nakazu. Wskazane zostało miejsce, gdzie należy broń oddać. Wydaje mi się, że wymieniono pobliski Urząd Gminy albo komisariat. 



Moi rodzice

W tym czasie pojawił się w naszym zaułku Niemiec. Chodził, poszukiwał odpowiednich dla siebie zabudowań i domu do zamieszkania. Obok nas zabudowania sąsiada. Miał pięcioro dzieci. Najmłodsze dziecko sąsiadów, córka, bawiło się przed domem łuskami. Jak na złość nagle pojawia się Niemiec. Spostrzegł bawiące się łuskami dziecko. Powrócił dość szybko z żandarmami i sołtysem, który dobrze znał niemiecki. Odnaleźli dziecko, łuski miała przy sobie. Zaczęli zadawać pytania o broń, sołtys tłumaczył na polski. Dziewczynka potwierdziła, że broń znajduje się w mieszkaniu i ochoczo zaproponowała, że zaprowadzi intruzów. Powiedziała wtedy o tym, że broń posiada tata i jej wujek. Prawdą było, że sąsiad posiadał broń myśliwską, polował, broni nie oddał. Sąsiad został odwieziony na komisariat. Zaczęło się przesłuchiwanie. Sąsiad i wujek zostali zatrzymani. Co najgorsze, sąsiad w czasie przesłuchań wskazał na tatę, że on też wiedział o posiadanej broni. Wezwano tatę. W przesłuchiwaniu uczestniczył sołtys, życzliwy tacie. Gdy tata zdecydowanie zaprzeczył, jakoby wiedział o przetrzymywanej broni przez sąsiada, wtedy sołtys wspomniał, że zatrzymany sąsiad i drugi mężczyzna pochodzą z innej wioski, tu tak się „wżenili”. Znalazł takie argumenty, że tatę wypuszczono.

Babcia nasza w tym czasie była bardzo chora  mówiło się głośno, że godziny babci zostały już policzone. Tata, gdy wrócił z przesłuchań, doradził mi i mojej siostrze Ewie, jak mamy się zachowywać i co mówić, jeśli w domu pojawią się Niemcy. No i się pojawili. Tata w tym czasie klęczał przed trumną babci. Ja z siostrą miałyśmy tego najważniejszego Niemca całować po ręce. Gdy starsza siostra chwyciła jego dłoń i zaczęła całować, on nagle uniósł Ewę lekko do góry i w przypływie złości agresywnie zamachnął ręką. W pokoju znajdowało się drewniane łóżko. Siostra wpadła pod łóżko. Ja również próbowałam załagodzić tego człowieka. Gdy chwyciłam swoją małą dłonią jego dłoń, chyba ze strachu pojawił się skurcz, nie mogłam wypuścić jego dłoni. Bezradny szarpał, złościł się, po jakimś czasie podniósł mnie do góry. Pamiętam, że wtedy prosiłam jego, aby wziął z sobą owce, kury, co chce, ale aby pozostawił tatę w domu. Niemiec zażądał, aby tata o ustalonej godzinie przybył do kościoła w pobliskiej Męce i w obecności innych osób złożył przysięgę. Tak też się stało. Do sąsiadów przybyli Niemcy, pytali głośno, krzyczeli, gdzie znajduje się broń. Później dzieci sąsiada przywiązano sznurkiem lub łańcuchem do motoru i przeciągali te niewinne dzieci po wiosce. Potworność. Dzieci się nie przyznały. Wykonano wyrok sąsiada, tego wujka zastrzelono. Dzieci przeżyły koszmar, po paru dniach wraz z matką zostały wywiezione do Francji. Tak później mówiono.

                                                                 Mój brat Antoni


                                         Józefa z Janem, córką Barbarą i wnuczką Sylwią


Józefa z dziećmi: Krystyną, Barbarą i Andrzejem

Ten Niemiec, który zaobserwował bawiącą się łuskami najmłodszą córkę sąsiadów, uruchomił spiralę kolejnych tragicznych zdarzeń i zamieszkał wraz z żoną i dwójką dzieci  starszą 13-letnią córką i 12-letnim synem. Przejął dom mieszkalny i zabudowania gospodarcze oraz inwentarz sąsiadów. Podobny los spotkał nasz dobytek. Nasza rodzina mogła spokojnie nadal mieszkać w lepiance. Nie pamiętam ich imion w tej chwili. Służyliśmy im do zabaw. Nie szanowali nas, byli przeświadczeni, że jesteśmy czymś dużo, dużo gorszym od nich. Brałam udział z rodzeństwem w wielu dziwnych zabawach. Na naszą niekorzyść przemawiał również nasz wiek, byliśmy od nich młodsi. Jedną z takich zabaw był „lekarz”. Agrafką nakłuwali nam ręce do krwi, śmiali się głośno, bawili się w najlepsze, nie zwracając uwagi na ból, jakiego doznawaliśmy. 

Innym razem to niemieckie rodzeństwo przewróciło snopy. Skakali po snopach. Pojawił się ich ojciec. Krzyczał, był zły. Wskazali nas jako sprawców. Zorientowałam się wcześniej, że Niemiec jest niebezpieczny, nieobliczalny. Znałam polne ścieżki, które łączyły sąsiednie zabudowania. Ile sił zaczęłam uciekać. Do domu nie wróciłam  byłam na tyle mądra, że schowałam się w pobliżu domu, trochę odczekałam i udałam się do domu chrzestnej. Wbiegłam, płakałam, jak potrafiłam opowiedziałam o zdarzeniu. Chciałam się skryć pod drewniany stół. Chrzestna wiedziała, do czego zdolny jest ten człowiek. W pośpiechu opróżniła z części odzieży skrzynię drewnianą, ubrania z niej gdzieś upchała. Znalazłam się w skrzyni, po jakimś czasie pokrywa drewniana została zamknięta. Szczęśliwie dla mnie chrzestna zapobiegawczo włożyła drewniany patyk, aby przez szczelinę dostawało się powietrze. Pieniacz pojawił się w mieszkaniu. W pobliżu domu płynęła rzeka, w pobliżu jej wysoka skarpa. Okazało się, że Niemiec znał ten teren, prawdopodobnie obawiał się, że mogłabym spaść ze skarpy, tam było niebezpiecznie. Czegoś się obawiał, aż wierzyć się nie chce. Rodzice w tym czasie przebywali na polu, pracowali i nikogo nie było w domu. On nie dostał się do środka, ale wiedział, że chrzestna to bliska rodzina i udał się do niej. Intuicja nie zawiodła, nie odnalazł mnie. Zdarzenie poszło w niepamięć, ale ja tego nie zapomniałam. Zapamiętałam, że rodzeństwo nauczyło mnie liczyć do pięciu po niemiecku.

Do czasu wybuchu wojny w naszym domu nie brakowało nigdy żywności. Rodzice hodowali zwierzęta, obsiewali pola, zawsze było mleko. Później jedzenia bardzo brakowało. Im wojna dłużej trwała, było coraz trudniej. Sytuacja się bardzo pogorszyła, gdy Niemiec zabrał cały nasz dobytek. Mama otrzymywała grosze za pracę u Niemca w polu. Tata podobnie w żwirowni zarabiał mało. Bardzo ryzykował, w nocy podkradał ziemniaki Niemcowi, co na naszym gospodarzył, albo oddalał się na inne pola. Coraz częściej na co dzień jedliśmy gotowane i prażone zboże, żyto. Zboża były prażone w piecu, nie chciało to przejść przez gardło. Zdarzało się, że żona tego Niemca podawała przez okno mleko. Zawsze w wielkim strachu, aby on nie zobaczył.

Krystyna, Barbara, Andrzej

Rodzina nasza w całej okazałości z zięciem Henrykiem



Początek wojny. W naszej stodole ukrywa się żydowska rodzina

Pod koniec 1939, może trochę później, pojawili się w naszej stodole Żydzi. Rodzice, dwóch synów i babcia. Tata rano udał się do stodoły, wrócił ponoć wystraszony, zdumiony tym, co zobaczył. Okazało się, że Żyd ze Zduńskiej Woli polecił im odnaleźć nasz dom i u nas schronić się. Rodzice zdecydowali, że należy rodzinie pomóc. W tym czasie moja babcia była „nad trumną”, chora, leżała w łóżku. W przypadku śmierci babcia miała zostać pochowana do przygotowanej trumny i pochowana gdzieś w dogodnym miejscu, a w łóżku miała się pojawić starsza kobieta żydowska. Rodzice umożliwili, aby dwoje chłopców i starsza kobieta przebywali w naszym domu. Małżeństwo ukrywało się w stodole. Bracia byli bardzo żywotni, nie wytrzymali przez dłuższy czas przebywać w domu. Byli u nas około dwóch tygodni. 

Ktoś życzliwy dostrzegł chłopców i powiadomił Niemców. Późnym wieczorem przyszedł do naszego domu mieszkaniec wioski, przestrzegł, że nad ranem będą przeszukiwać nasz dom. Tata w pośpiechu przygotował furmankę i pod osłoną nocy w piątkę” opuścili wioskę. Żydzi poprosili tatę, aby odwiózł ich do obrzeży miasteczka Warta. Tata powrócił do domu. Na koniach pojawiła się piana, która świadczyła o dużym wysiłku i zmęczeniu zwierząt. Prosił mamę, by zwróciła uwagę na konie i wycierała kocem. Nad ranem faktycznie wtargnęli Niemcy. Warczeli, niczego nie wyjaśniali. Przeszukali dom, zabudowania gospodarcze, teren wokół, niczego nie znaleziono. Mama wcześniej jak potrafiła, tak ślady zatarła. Później rodzice, gdy już na dobre ochłonęli, rozmawiali, przypuszczali, że ci, którzy w nocy wtargnęli do domu, prawdopodobnie musieli pochodzić z miasta, ponieważ znawca z miejsca poznałby, że konie są zmęczone, powróciły z drogi. Rodzina, którą tata odwiózł do Warty, zobowiązała się, że napisze lub w inny sposób da znać o swoim losie. Nigdy nie otrzymaliśmy później żadnej wiadomości od nich. W Zduńskiej Woli mieszkał Żyd, znajomy rodziców. On znał tą rodzinę, która u nas przez pewien czas przebywała. Przez jakiś czas miał z nimi kontakt. Nie wiem, czy przed ucieczką, czy już po. Rozmawiał później z rodzicami, on również, mimo ich zapewnień, żadnej wiadomości od nich nie otrzymał. Co ciekawe, on przez cały okres wojny ocalał. Po wojnie przez pewien czas handlował cielakami, owcami. 

Wiosna 1944. Wywieźli nas do Niemiec



Wywieźli nas do Niemiec. Wiosna 1944, prawdopodobnie w kwietniu. Przed wyjazdem pieniacz sąsiad, który przejął cały nasz dobytek, przyszedł i awanturować się zaczął, że kury zginęły, cztery kury. Pod domem oczekiwała furmanka zapakowana, wyjazd w nieznane do Rzeszy był nieuchronny. Ustawił tatę pod ścianą budynku, ręce nakazał podnieść do góry i krzyczał. Zagroził, że jeżeli kury się nie odnajdą, zastrzeli tatę. Mama zdesperowana jak potrafiła prosiła o spokojne wyjaśnienie. Zapytała, jakie to były kury, zadała kilka pytań, a gdy agresor nadal krzyczał, że zabije, pobiegła do chrzestnej. Cztery kury w starym dużym fartuchu związane przyniosła. Uspokoił się, opuścił nasz teren. Do Sieradza na furmance odjechaliśmy pod eskortą uzbrojonego żandarma. Zdaje się, że do Rzeszy jechaliśmy w wagonach towarowych, nie pamiętam w tej chwili szczegółów. Dojechaliśmy do stacji, gdzie opuściliśmy wagon. Gdzieś w pobliżu oczekiwało kilka furmanek. Trafiliśmy do dużego majątku w Melaune. Tutaj przebywało wielu robotników przymusowych z Polski. Tata odnalazł tu rodzinę pochodzącą z rodzinnej Rudy. Odwiedzaliśmy się w dni wolne. Zamieszkaliśmy w domu murowanym na piętrze. Na dole mieszkały dwie Niemki. Jednej z nich mąż zginął na froncie wojennym. Nie lubiła Polaków. Gdy sobie przypominam tą kobietę, to myślę, że może jej mąż został zastrzelony gdzieś na terenie Polski, no bo skąd w niej taka nienawiść do nas była. Druga oczekiwała na jakiekolwiek informacje o mężu, jak dobrze pamiętam, to do końca wojny niczego nie dowiedziała się. Rodzice ciężko pracowali na polu, w tym czasie najstarsza siostra Ewa opiekowała się nami. Później Ewa pracowała przy lnie. Nas młodszych brali do zbierania ziemniaków. Tata przezornie doradził, abyśmy przewróciły koszyk z ziemniakami i kazał nie przykładać się do zbierania, żałował nas. Przyszedł zarządca, orzekł, że jeszcze nie nadajemy się do tej pracy. Wyszło na taty rację.


Józefa Morowiak

                                          Z moim rodzeństwem: Ewą, Teresą i Antonim

„Na Gebelzig zapychamy, aż się serce rwie, kilometrów parę mamy, lecz nie cofniemy się”

Pod dom, gdzie przebywaliśmy, przychodziły niemieckie dzieci. Niechętne obcym, przesyłały sygnały, że możemy przebywać tylko blisko domu. W pobliżu płynęła rzeka. Gdy nadeszły upały, marzyliśmy o tym, aby udać się nad rzekę, pomoczyć nogi. Pomału nabraliśmy pewności i coraz pewniej się tutaj czuliśmy. Z czasem zaczęliśmy się coraz dalej oddalać od majątku. Przyszedł czas, że udawaliśmy się do sąsiedniego miasteczka Gebelzig. Jeden z rówieśników siostry Ewy wtedy wymyślił słowa piosenki i śpiewał je w czasie drogi. Refren brzmiał tak: „Na Gebelzig zapychamy, aż się serce rwie, kilometrów parę mamy, lecz nie cofniemy się”. W miasteczku znajdowały się sklepy. Szczególnie upodobaliśmy sobie sklepy z odzieżą i zabawkami. Długo przyglądaliśmy się wystawom sklepowym. Chodziliśmy też do lasu. Zdarzyło się, że podczas jednej z takich wypraw zatrzymał nas leśniczy, Niemiec, był spokojny, ostrzegał, że w lesie łatwo jest zgubić się. Na święta otrzymywaliśmy trochę ciasta, masła, dżemy. Gdy oddalaliśmy się od majątku, starsi posiadali na ubraniu naszywkę z literą „P”, młodsi nie. Podczas naszych wypraw do miasteczka towarzyszył spokój.

Dziadkowie z wnuczką Sylwią

Uciążliwy sąsiad

Zajmowaliśmy dwa pokoje i kuchnię, w której znajdowała się kuchenka opalana drzewem. W drugim mieszkaniu, znajdującym się na piętrze, mieszkał Ukrainiec z Polką z dzieckiem. Jak on jej nie szanował. Znęcał się nad tą kobietą i nad dzieckiem. Kiedyś tata nie wytrzymał, zastukał do drzwi mieszkania i zażądał, aby przestał znęcać się nad dzieckiem. Tata głośno przestrzegł go, że jeżeli dziecka nie pozostawi, to otrzyma „godną” zapłatę. Ukrainiec zagroził, że jeżeli tata nie opuści mieszkania, „to łeb mu ukręci”. Ten Ukrainiec później otrzymał zapłatę. Wojna już miała się ku końcowi. On upił się z innym robotnikiem przymusowym – Polakiem. Wywiązała się między nimi chyba jakaś awantura. Przyszedł pod mieszkanie starszy Niemiec, zażądał spokoju. Wtedy rozjuszony Ukrainiec chwycił brzytwę do ręki i wykonał na Niemcu skalp wzdłuż czoła. Awantura okropna i smutna. Niemki, które mieszkały na dole, szybko powiadomiły żandarmów. Przybyli na motorze uzbrojeni. Ukrainiec podbiegł do nadjeżdżających i w tej samej chwili seria pocisków została skierowana w jego ciało. Rozpruli Ukraińca. Drugiego uczestnika zdarzenia postrzelili i zmarł w ciągu kilku dni. Głośno było o tym zdarzeniu.

Koniec wojny

Dojechaliśmy szczęśliwie do Sieradza, stąd do domu. Na miejscu okazało się, że niczego nie ma  inwentarz albo został wywieziony przez Niemca, albo rozkradziony. A może jedno i drugie.

Po wojnie

Po wojnie nastał czas, że z domu do domu chodzili „werbownicy”. Agitowali ludzi na rzecz „służbie Polsce” do wyjazdów na ziemie zachodnie przyłączone do Polski po wojnie. Moja starsza siostra Ewa wyjechała gdzieś na zachód z ciocią Józefą Doryniową. Minęło trochę czasu, zadomowiły się. Odwiedziły rodzinne strony, dobrze mówiły; żyło się lepiej niż tutaj, w rodzinnych stronach. Można było tam pić kawę z mlekiem i „smarowany chleb”. To mi tak utkwiło w pamięci. 

Dużo myślałam, podjęłam decyzję  wyjeżdżam do Ewy, prawdopodobnie w 1950 roku. Wsiadłam do pociągu pasażerskiego w Sieradzu, kursującego z Łodzi do Szczecina. Wagony pasażerskie, ludzi dużo, w wagonie można było znaleźć miejsce do siedzenia. Pociąg dojeżdżał do stacji Szczecin Dąbie. Stąd w inny pociąg do Gryfina. Miasto zgruzowane. Zapamiętałam, że w pobliżu Odry koło mostu znajdowała się zniszczona fabryczka. Ulice miasta gdzieś w środku zniszczone. Ludzie na ulicach, furmanki. Tutaj podobnie jak w Dąbiu szczęśliwie nie musiałam oczekiwać zbyt długo na pociąg. Po jakimś czasie wsiadłam do pociągu, który, o ile dobrze pamiętam, składał się z dwóch lub trzech wagonów pasażerskich i parowozu. Do pasażerskich chyba były doczepione jeszcze wagony towarowe. 

Dojechałam do dzisiejszego Sosnowa. Po wojnie przez jakiś czas wieś miała nazwę Pszczółczyn. Późnym popołudniem okazało się, że jako jedyna wysiadłam z pociągu na małej stacyjce koło lasu. Brukowaną drogą doszłam do wioski. Z daleka zobaczyłam zabudowania wsi. W pobliżu skrzyżowania drogi brukowanej, prowadzącej od stacji do wioski i dalej do Bań z drogą w kierunku Lubanowa, znajdowało się małe jezioro lub staw. W pobliżu odpoczywał mężczyzna. Podeszłam, zapytałam, gdzie mieszka Doryń. Odpowiedział, że mieszka tutaj już kilka lat, ale takiego nazwiska nie zna. Wtedy zapytałam, czy to jest wioska, do której muszę trafić. Nieznajomy potwierdził, że tak. Oznajmiłam wtedy, że tutaj z całą pewnością mieszka Doryń. Poszłam w kierunku wioski, doszłam do krzyża. Przed wyjazdem tata mówił, że przed domem, w którym zamieszkała Ewa z ciotką, rośnie lipa. Byłam na miejscu. Przywitała się ze mną ciocia. Dowiedziałam się, że Ewy nie ma w domu. Jest w pracy. Przebywała w Rożnowie, pracowała jako kucharka w państwowym gospodarstwie, w którym znajdowała się stołówka. Ciocia odwiozła mnie furmanką do Rożnowa, sama powoziła. 

W Rożnowie podjęłam pracę. W pierwszym roku pracy przytrafiło mi się smutne przeżycie. Siedziałam na przyczepie, nagle spadłam dotkliwie na ziemię. Skręciłam kręgosłup w odcinku szyjnym i lędźwiowym, uszkodziłam miednicę. Gdy leżałam na ziemi, spadła na mnie przyczepa, przygniotła mnie. W tych powojennych latach działało już pogotowie ratunkowe. Zostali powiadomieni  w jaki sposób, nie odpowiem. Zabrali do pojazdu, odwieźli do pogotowia w Gryfinie. Wtedy nie wykonywano prześwietleń, sprzęt bardzo ubogi, zbadali mnie i zszyli łuk brwiowy, nie odwieźli na oddział szpitalny. Małżonka Jana Morawiaka poznałam w Rożnowie. Pochodził z okolic Wielunia. Ślub nasz odbył się w 1955 r. w Baniach. Gdy urodziłam wszystkie czworo dzieci  Krystynę, Barbarę, Andrzeja, Irenę – mając już ok. 50 lat podczas badań ortopedycznych, lekarz, widząc zdjęcia rentgenowskie, był zdumiony, ze z takimi urazami kręgosłupa wynikającymi z poważnego wypadku urodziłam dzieci. A ja po prostu nie byłam świadoma. Krysia urodziła się w roku 1956, maleńka, ważyła tylko dwa kilogramy.

Mieszkaliśmy początkowo w Rożnowie, później przeprowadziliśmy się do Lubanowa. Tutaj praca była lżejsza, ponieważ miejscowy PGR otrzymał dwa kombajny. Mieszkałam w Lubanowie ponad 56 lat. Mój małżonek zmarł w roku 2012. Otrzymaliśmy mieszkanie w nowo wybudowanym mieszkaniu, budynku dwurodzinnym, który został zbudowany niedaleko PGR. Mieliśmy piękny ogródek. Urodziłam czworo dzieci: dwie córki, trzecia córka zmarła, i syna. W Lubanowie żyło się dobrze, spokojnie. W wiosce po wojnie została zorganizowana szkoła. Sklep duży w środku wioski istnieje szczęśliwie do dzisiaj. W latach powojennych pan Mróz prowadził przez dłuższy czas piekarnię i sklep. W wiosce do dzisiaj siedziba parafii; kościół nie był mocno zniszczony i został wyremontowany. Pociąg zatrzymywał się blisko cmentarza. Autobusy później zaczęły jeździć, najczęściej w kierunku Gryfina i Szczecina. Jednak przez długie lata bilety na pociągi były tańsze i stąd większość osób wybierała pociągi. W latach 70-tych sytuacja zaczęła się zmieniać. W wiosce dużo było gospodarzy, dużo zwierząt hodowano. Doczekałam się ośmioro wnucząt: Piotr, Sylwia, Przemysław, Leszek, Paweł, Michał, Agatka, Ania oraz 13 prawnucząt. Od wnuczki Sylwii pięcioro. Od Przemka czworo. Od Piotra czworo.




Wspomnień wysłuchał autor publikacji w czerwcu 2018 roku.

Szczególnie podziękowanie dla Sylwii Zarzyckiej za życzliwość i pomoc.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.