Reklama [góra]


Gryka była w kwiecie, pachniało miodem. W oddali pozostał Czernielów Mazowiecki

26 września mija 76 lat rocznica przyjazdu do Lisiego Pola (Gmina Chojna) długiego składu pociągu z repatriantami z przedwojennego powiatu tarnopolskiego i sąsiednich obszarów.

Pani Bronisława Ziemba od roku 1947 mieszka w Rurce koło Chojny. Urodziła się 12 marca 1930 roku. 12 marca ukończyła 91 lat.

Unikalne zdjęcie mieszkańców Rurki wykonane w 1951 roku. Spotkanie mieszkańców wioski w pobliżu późniejszego przystanku PKS


W Rurce z Filomeną Kolasa

Urodziłam się w Czernielowie Mazowieckim. Zawsze gdy podczas rozmowy pojawiała się nazwa naszej wioski, dopowiadaliśmy – Polski, ponieważ blisko znajdował się Czernielów Ruski. W wiosce było z 400 numerów domów Polaków, a Ukraińców z pięć. Dobrze żyliśmy z Ukraińcami, do kościoła chodzili z nami, krzywdy sobie nie robiliśmy. W środku wioski kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, budynek właściciela dworu i sąsiadujące z dworem budynki gospodarczo – folwarczne - młyn, gorzelnia, obory. Właściciel majątku był człowiekiem zamożnym, zatrudniał wielu naszych miejscowych. Dużo ziemi posiadał. Jedyną i nieocenioną pomocą w polu były konie. W soboty robotnicy również pracowali, natomiast w niedzielę pędzili konie paść na łąkę, naszą ulicą. Jeden z pracowników jechał dumnie na koniu, za nim podążało stado około czterdziestu koni, jako ostatni zamykał tabun również robotnik jadący na koniu. Dzieci, rzadziej dorośli, przyglądali się, często pośpiesznie opuszczali swoje miejsca, bo gdy koń poniesie, to trudno go uspokoić. Szkoła pięcioklasowa. Dobrze się uczyłam, prawda, że brzydko pisałam, ale bardzo lubiłam uczyć się matematyki. Sklep gminny funkcjonował. Oprócz gminnego istniały dwa sklepy prowadzone przez Żydów. Oni trzymali wszystko co trzeba, skupowali jajka, które grosze kosztowały. „Prawie wszystko” tam można było kupić; bułki, nafta, sól. Nabiału nie przypominam sobie, chyba nie sprzedawano, bo każdy hodował własne krowy. Skupowali kaczki, gęsi, cielaki. Świń nie kupowali. Co skupili, zawozili do Zbaraża sprzedawać. Chodziłam pieszo ze starszymi polną drogą do Zbaraża. Zapamiętałam wyprawę na odpust, Antoniego było, dużo Żydów handlowało na rynku. W taki sposób wielu z nich żyło. Przypomniała mi się pewna historia. „Chłopów” było dużo, lubili wypić. Do nas przyjeżdżali handlować na Niepokalane Poczęcie Maryi Panny. Zapamiętałam bardzo mroźną zimę, poniżej 30 stopni mrozu. U nas zimy tradycyjnie były mroźne, chłopom wąsy pozamarzały, transport sparaliżowany, wioski w ten sposób „odcięte” od świata. I w taki mroźny dzień, gdy śniegu za pas i dzień się budził do życia, około 7 godziny, Żydzi jechali pod kościół w Czernielowie. Sprzedawali wszystko; słodycze, gwizdki, książeczki, różańce. Pamiętam moją siostrę, gdy była jeszcze panną, jak szukała słodyczy schowanych w wozie. Wcześniej chłopaki tradycyjnie kupowali cukierki, chowali w zakamarkach wozu. Dla niej jeden z kolegów ukrył słodycze. Przypomina mi się pewna historia. Kiedyś z Żydami się drażnili, nie robili im krzywdy, nie. Chłopaczyska starsi, w jednym z domów było ich z sześciu. Kilku tych braci i jeszcze kilku innych złapali bociana, ciemno było. Zanieśli do właściciela jednego ze sklepów, który nazywał się Szlomko. – Panie Szlomko kurę przynieśliśmy. Podniósł worek, wypuścił w ciemności bociana, on ileś tam zapłacił im groszy. Oni kupili wódkę. Rano wstał a w kurniku awantura, pomiędzy kurami i bocianem. On nie wiedział kto przyniósł bociana, bo wielu przynosiło kury, zboże sprzedać.

1938 roku Czernielów Mazowiecki od lewej Józef Szumlewicz, Franciszek Woźniak, mój mąż Jan Ziemba, na krześle Jan Piotrowski

Prąd płynął przed wojną w budynkach majątku i kościele, w pozostałych prądu nie było. W mieszkaniu, w centralnym miejscu do gwoździa zamocowany był lichtarz, żeby czasem się nie zapalił. W pomieszczeniach ustawione były lampy naftowe. W naszym domu znajdowały się dwa duże pokoje, spiżarka, korytarz był przedłużeniem ganku. Tata – Piotr, mama – Anna. Rodzeństwo; Józia( 1923), Aniela (1926), Bronisława czyli ja urodziłam się w 1930. Dziadka pamiętam dobrze. Rozmawialiśmy po naszemu, po chachłacku. Na szpadel mówiliśmy ryskel, widły to grabi, wiadro to putnia. Nasz dom zbudowany został w 1922 roku. Wykonany z gliny, materiałów innych, kamieni, słomy został pokryty blachą. Wymurowano dużą piwnicę, do której prowadziło dwanaście schodów z kamienia. Po drugiej stronie dużego podwórza obora, stodoła, spichlerz na zboże, stajnia. Do nas należały 24 morgi. Dużo pola posiadaliśmy, trzeba się było narobić. Maj, czerwiec, to przychodzili za pracą, wcześniej patrzyli gdzie ładne zboże, gdzie można zarobić. Robotnicy sezonowi przygotowywali snopy, tradycyjnie dziewięć snopów dla gospodarzy, dziesiąty dla siebie. Tata stosował inny przelicznik – osiem dla nas, dwa za pracę. W ten sposób rąk do pomocy nie brakowało. Posiadaliśmy młocarnię, która tradycyjnie służyła do omłotu zbóż i swój kierat. Moi rodzice zaradni byli. Jeśli zdarzyło się, że komuś ciężko się żyło, mama mąki, kawałek mięsa, słoniny, kiszki po świniobiciu zaniosła. W zamian obdarowany przyszedł, pomógł.

Powrócił bez koni

Przed wojną, gdy skończyłam sześć – siedem lat, tata zdecydował, że wybuduję z kamieni dużą oborę. Z daleka zwieźli dużo kamieni i drzewo. Kto przewidział, że nasze spokojne, zwyczajne życie zostanie zmienione przez wojnę. Jak się zaczęła wojna, przyszli Niemcy, kamień zabrali na budowę szosy. Drzewo zabrali. W 1939 nie było światła, to wiadomo, że radia nie było. Każdy koń posiadał swój, można powiedzieć - dowód, w którym znajdowały się ważne informacje o wieku, maści. Kto miał konia, był zobowiązany raz w roku pojechać z końmi, z wozem do wyznaczonego miejsca na kontrolę. Tam dokonywano odpowiednich formalności. Udawano się do Tarnopola, droga wynosiła dwanaście kilometrów. Do Zbaraża odległość tylko siedem kilometrów, do Lwowa sto pięć. Tata wcześniej przygotowywał się sumiennie; zwierzęta czyścił, pielęgnował, brał drabinę na wóz. Ładne klacze, wysokie posiadaliśmy, czarne, zdrowe. Mama zawsze pytała - „Po co Ty tyle przygotowujesz?”. Odpowiadał – „A co, mam pojechać jak dziad?”. Koniec lipca, początek sierpnia. Ten już wrócił, tamten powrócił. Ojciec nie wraca, nie wraca. Powrócił smutny. Mama zapytała – „Gdzie konie?”. Tata odpowiedział – „Zabrali, na wojnę konie i wóz”. Okazało się, że kto miał lichego konia, zostawili, ładne, zdrowe zabierali. I tak się wojna zaczęła… Sezon żniwny, a tutaj „ni konia, ni woza”. Jeździł kupił konia chudego, chorego. Później kupił drugiego też lichego i przód wozu, potem jeszcze skompletował brakujące części, wóz był gotowy. Ludzie nie mieli sprawnych wozów, jeździli na trzech kołach, jako czwarte, brakujące mocowano kawał drzewa, które formowano w koło. Za Ruskich przez dwa lata uczęszczałam do szkoły.

Unikatowa fotografia mieszkańców Czernielowa Mazowieckiego którzy pracowali podczas niemieckiej okupacji przy budowie drogi wykonana podczas w kopalni żwiru Stupki w 1942 roku

Szli przez Czernielów Polscy Żołnierze pod eskortą uzbrojonych sowietów

Jeszcze co pamiętam. Późna jesień 1939 roku. Pogoda była taka ładna, to był wrzesień, który dokładnie to był dzień, nie wiem. Wkrótce miałam skończyć 10 lat. Szli przez Czernielów Polscy Żołnierze pod eskortą uzbrojonych sowietów. Szosa prowadziła do mostu, po którego przekroczeniu opuścili szosę, po czym skierowani zostali na boczną drogę, która prowadziła do Zbaraża. Tacy byli młodzi, przystojni. Przecież dziewczynka w tym wieku już się robi panienką, czyli patrzyłam na naszych żołnierzy oczyma panienki. My wtedy nie rozumieliśmy co się dzieje. Szli ubrani w porządnych mundurach, skórzanych oficerkach. Byli pozbawieni pasów i pistoletów – karabinów. Uśmiechali się, machali do nas. Pędzili żołnierzy i cywilów; profesorów w okularach ubranych tak ładnie – schludnie, kilku księży wśród cywili zapamiętałam. Szli w oddzielonych kolumnach. Myślę, że ponad dwustu zatrzymanych przechodziło przez wioskę w ten ciepły jesienny dzień 1939 roku. Później się okazało, że oni ich pędzili na śmierć. Pamiętam to jak dzisiaj, tak żałuję.

Moją rodzinę zabrali na Sybir w 1940 roku. Mojej mamy siostra, brat mieszkali u swojej mamy, mojej babci. Oni przed wojną w pobliskich Borkach upatrzyli i zakupili część pola w jednym kawałku - 25 morgów. Zaplanowali, że tam wybudują dom i zamieszkają. Mamy siostra i brat „na sam przód” wybudowali oborę i budynek gospodarczy. Dom pomału budowany był z kamienia od przodu drogi. Mąż siostry mamy był moim chrzestnym, co trzeba było naprawił i zrobił. On doceniał to, że w pobliżu budowanego domu było swoje pole i stacja kolejowa. Często było tak, że ludzie posiadali ziemię rozporoszoną w kilku kawałkach. W jednym kawałku dwa, trzy morgi, w kolejnych kawałkach kolejne kilka morg. Oni tutaj morgi posiadali w jednym. Jak przyszły żniwa, jęczmień, grykę żęli kosą, natomiast owies, pszenicę, żyto sierpem.

W Rurce z Stanisławą Piotrowską, Agnieszką Woźniak  i Filomeną Kolasa

Dwie taczanki ruskie

Wywieźli mamy siostrę Katarzynę z mężem Piotrem i synami. Mojej mamy siostra Katarzyna z domu Ratowska, synowie: Franek w 1923 roku urodzony, Janek w 1926 i Mariusz urodzony w tym samym roku co ja. W maju jeszcze wspólnie przystąpiliśmy do I komunii a już w lutym 1940 zostali wywiezieni. Wywieziony został brat mamy Franciszek z żoną, której imienia już nie pamiętam i dzieci: Janina, Józef, Bronisław. Dobrze zapamiętałam dzień ten dzień wywózki. Szłam do szkoły w mroźny, śnieżny dzień. Rodzina Katarzyny mieszkała blisko kościoła i szkoły. Patrzę, w pobliżu Ruskie z karabinami, coś się stało. Zawróciłam, pobiegłam na skróty do domu, opowiedziałam mamie, tacie, co widziałam. Co się wydarzyło w ten dzień, dowiedzieliśmy się później. Przyjechało wcześnie rano czterech albo pięciu Ruskich, stukali mocno w drzwi i – „ pakować się, to co na wóz zmieścisz”. Zapytali się – „dlaczego, za co ?”. Odpowiedzieli – „że kułak, bogaci”. Byli mocno zaskoczeni, to spadło na nich tak nagle. W pośpiechu wynosili z domu, to co uznali za niezbędne do przeżycia; ciuchy, jedzenie. Ciocia Katarzyna upiekła wcześniej kilka bochenków chleba w brytfankach Nagle Mariusz wymknął się z domu niepostrzeżenie, doszedł do domu sąsiada, gdzie ukrył się pod łóżkiem. Ruski zobaczył, poszedł śladem Mariusza, wypatrzył go, chwycił mocno za rękaw i wyciągnął z ukrycia. Wujek Piotr posiadał ładne konie. Oddalił się do stajni, wysypał koniom, krowie worek owsa, kury wypuścił w step. Jaką oni tam mieli biedę. Raz na miesiąc można było wysłać paczkę 12 kilogramową. Przygotowywaliśmy paczkę; mama piekła chleb, mlekiem rozrabiała, dodawała jajka. Później kroiła kawałki, suszyła. Do paczki pakowaliśmy; kaszę gryczaną, zakonserwowaną słoninę. Dla chrzestnego mama ćwiartkę spirytusu w rękaw wcisnęła. I wywieźli ich do Rosji. Długi miesiąc pokonali długą drogę w wagonach towarowych. Dotarli na Ural, do północno rosyjskiego obwodu swierdłowskiego. Zamieszkali w ziemiankach, żyli w bardzo ciężkich, nieludzkich warunkach z w surowym klimacie, brakowało lekarstw, żywności. Ciotka pisała listy, które kontrolowali. – „Mieszkamy w ziemiankach, chodzimy do roboty, do kołchozu, pokonujemy dziennie 10 kilometrów. W ziemiankach bardzo zimno, wodę pozyskujemy ze stopniałego śniegu, śpimy na pryczach, pod którymi stawiamy wodę aby nie zamarzła”. Chrzestny Piotr pracował w fabryce przy produkcji eternitu. Zmarł. Później odszedł Mariusz i brat mamy Franciszek. Pochowany został w śniegu.

Kuzynka Janina, po powrocie z zesłania zamieszkała w Kanadzie

Moja kuzynka Janina, urodzona w 1925, ryzykowała wynosząc po dwa, trzy małe ziemniaki, które chowała w warkoczach. Po skończonej pracy w kołchozie kontrolowali, macali. Nigdy nie znaleźli. Gdy otrzymali zawiadomienie, że otrzymali paczkę, pokonywali długą drogę około 20 kilometrów do urzędu pocztowego. Szli, jak im się buty podarły, zawijali stopy w onuce z ubrań., szli dalej przed siebie. Dwanaście kilogramów można było raz w miesiącu wysłać. Każda otrzymana paczka była dla nich świętem.

Później, gdy zaczęły się formować oddziały Armii Andersa, sytuacja zesłańców polepszyła się. Józek, Franek i Janek udali się w drogę. Gdy wymęczeni dotarli do miejsca formowania oddziałów, najmłodszego Janka nie chcieli wcielić do wojska, bo za młody. Znalazł sposób, aby być wyższym, stawał na palcach, nie zauważyli chyba, bo udało się, on 26 rocznik został żołnierzem. Józek zginął w Holandii. W trakcie skoku spadochronowego doszło do wypadku, zaczepił podczas skoku o słup, uderzył śmiertelnie, zginął. Tam został pochowany. Jego imię, nazwisko upamiętnione tam w pomniku. Józek, Franek obaj przeżyli wojnę.

Rodzinna fotografia. Najstarszy Józef, Marysia i Kazimierz

Klaczka nasza Szpak – gryzła i kopała, nie dała się przystąpić do siebie

Ruskie szli. Przyjechali na koniach, na wozach z kabłączkami, pieszo i krzyczeli – „Charaszo !” Oni zapewniali, że przyjeżdżają „na pomoc” miejscowej ludności. Później Niemcy przejęli nasz obszar, Ruskie wcześniej ewakuowali się, zabierali konie z obory, stajni. Zostawiali swoje liche koniki, a w zamian zabierali nasze wioskowe konie. Tata świadomy, jaki los może za chwilę spotkać nasze konie, powiedział – „Uwiążę, aby były blisko siebie, wyprowadzę, gdy się pojawią Rosjanie w pobliżu, ja Ciebie „wysadzę” na konia, uciekniesz na pola zboża, tam gdzie pomiędzy polami, głęboki długi rów”. Ja bardzo na koniu lubiłam jeździć. Miałam siedem lat i dosiadałam koni, wjeżdżałam w żyto. Klaczka nasza Szpak – gryzła i kopała, nie dała się przystąpić do siebie. Tylko ja mogłam przebywać blisko klaczy, tata i sąsiad. Ścieżkę, która prowadziła do rowu, konie dobrze znały. Gdy Ruskie pojawili się, tata wyprowadził dwa konie. Powiedział – „Już są na ulicy, ja wysadzę Ciebie na koń i przez zboża uciekaj”. Za wiśniami związał dwa konie do kupy, chwyciłam silnie sznur i przez sad, niewidoczna uciekłam. Gryka już była w kwiecie, pachniało miodem. Przez zboża uciekałam, znałam te pola. Ruski usłyszał dziwny, podejrzany szum, od strony ogrodu dojrzał nas. Wyprostowany wystrzelił. Pochyliłam się i swoją głową przylgnęłam do szyi konia, starałam się być nie widoczna. Jechałam z góry, konie były do siebie sznurem przywiązane. Wystrzelił „z automatu” w naszym kierunku serią pocisków. Ucichło. Dotarłam prawie do miejsca. Przede mną z dziesięciu mężczyzn i kilka kobiet starszych. Moim koniom kapała piana z pyska ze zmęczenia, ucieczka zrobiła swoje. Napotkani uciekali w kierunku dołu, dalszą drogę pokonałam z nimi. Gdy się zatrzymaliśmy, starszy jeden, drugi mężczyzna, zeskoczył z konia, pasł. Dla mnie zejście okazało się problemem nie do pokonania. Aby zejść, musiałam podjechać pod skarpę. Nie było tutaj odpowiedniego miejsca. Coś jeszcze mnie niepokoiło, zastanawiałam się, co będzie, jeśli nagle będziemy musieli opuścić to miejsce. Dorosły sobie poradzi, bez problemu dosiądzie konia, a jak ja sobie poradzę? Co będzie jeżeli będę zmuszona w pośpiechu wejść na wysokiego konia? Zrezygnowałam, od popołudnia, przez całą długą noc, do południa następnego dnia nie opuściłam swojego miejsca. Jak się później okazało, w kolejny dzień tata wyruszył naszymi śladami, myślał – może zabita leżę w zbożu. Odszukał, przyszedł na miejsce. Opowiedziałam, że całą noc spędziłam na koniu. Tata – „A zejdź pomału”. Nie zgodziłam się. Tata prowadził konia, zostałam, drzemałam przez całą drogę powrotną do domu. Gdy wróciliśmy, okazało się, że w pachwinach mam bolesne odparzenia. Przez długie dwa kolejne tygodnie starałam się jak najmniej przemieszczać, jeśli już chodziłam to na palcach.

W wiosce pojawili się Niemcy. Duże znaczenie przywiązywali do kontyngentów. Rolnicy oraz inni mieszkańcy, którzy hodowali zwierzęta gospodarskie, zostali zobowiązani oddawać w kontyngencie zboża, zwierzęta gospodarskie, nabiał. Stanowczo pilnowali i egzekwowali. Chciało się zabić cielaka, świniaka, nie można było. Należało przemyśleć i dokonać wyboru odpowiedniej pory, ponieważ po wiosce chodziły patrole niemieckie. Najbezpieczniej było w nocy. Sąsiedzi albo ktoś z dachu wsłuchiwali się, obserwowali, czy nie nadchodzi dwóch patrolujących.

Rok 1936. Wspomnienie inscenizacji Męki i Śmierci Chrystusa, która odbywała się tradycyjnie  w Czernielowie

Żydzi

Żyda zabili. Pędziłam zwierzęta z pola przez naszą ulicę, mężczyzna leżał martwy na ziemi, przykryty długim płaszczem. Jeden z miejscowych mężczyzn ukrywał Żyda. U tego gospodarza na podwórku kilku mężczyzn pomagało, pracowali. Do tej pory nic się szczególnego w życiu naszego wiejskiej społeczności zmieniło. Niemcy zauważyli albo coś wiedzieli, przybiegli na podwórko, zabili Żyda. Gospodarza czekała śmierć, oni wszyscy pouciekali z domu, ich dobre dwa tygodnie nie było, ukrywali się. Przecież gdy ktoś ukrywał Żyda to śmierć.

W wiosce ukrywała się para Żydów, ona Klara, on Mundek. Ta Klara do naszego domu przychodziła. Gdy się zaczęły czasy zatrzymań, łapanek społeczności żydowskiej, oni prawdopodobnie, podobnie jak inni Żydzi zostali zatrzymani, wywiezieni. W jaki sposób przybyli do Czernielowa trudno jednoznacznie powiedzieć. Ludzie różnie mówili; że uciekli z obszaru getta żydowskiego w Tarnopolu, z transportu do getta, zbiegli z transportu do obozu zagłady w Bełżcu. Ona mogła mieć z dwadzieścia trzy, pięć lat. On był młodszy. Oni chyba „taką parą razem nie byli”. Jedno co pewne, ukrywali się w Czernielowie. Na naszym polu jesienią kopało się głęboką jamę, na około metr głęboką. Kto nie miał piwnicy, tam przechowywał ziemniaki, buraki pastewne. Ludzie mówili, że Klara z Mundkiem tam nocowali, przykrywali się, zasypiali. Pamiętam, noc się zbliża, jeszcze nie śpimy, oni przychodzą. Moja mama zaraz coś ciepłego i chleba dała, Żydzi słoniny nie jedli. Mama kiedyś wcisnęła kawałek słoniny, wzięli, chyba zjedli. Gdy pod osłoną gwiazd na niebie się pojawiali, zawsze ciepłą strawę dawała. Zapamiętałam, że którymś razem podała onuce, bo mokro było. Prosiła zawsze, aby zaraz wyszli, bo u nas byli wioskowi szpicle, obserwowali szczególnie tych bogatszych. Baliśmy się. Prędko się najedli, przebrali, nałożyli suche onuce. Tata w tym czasie pilnował, obserwował na zewnątrz. Na wychodne mama za każdym razem podawała coś do zjedzenia zapakowane pośpiesznie. Przez „sadek” oddalali się. Gdy Ruskie przegonili Niemców, Żydy byli wolni. Samochodem na przyczepie Klara z Mundkiem naszą ulicą jechali, wstąpili do nas. Klara sama albo z Mundkiem, w tej chwili już nie pamiętam, przyszła nam podziękować. Porządnie była ubrana, czarną baretkę na jej głowie zapamiętałam. Przyniosła nam spadochron jedwabny, w kolorach białym i czerwonym bo moja siostra była krawcową. Powiedziała – „Bluzki, sukienki dzieciom uszyjesz”. Taki duży to był spadochron. Podziękowała nam, że karmiliśmy, pomagaliśmy. W Czernielowie dużo pomocy od ludzi uświadczyli, to trzeba przyznać. Klara później z Ameryki do ludzi pisała, Mundek prawdopodobnie nie przeżył.


Zdjęcia wykonane w 1945 roku. Na górnej fotografii mój małżonek Jan Ziemba i Franciszek Murmyło

Z Niemiec pędzili krowy biało czarne

Rosjanie wracali w kierunku Rosji. Z Niemiec pędzili krowy biało czarne. U nas nie było krów biało czarnych, żyły czerwone i szare. Nasza rzeka nazywała się Gniezna, spływała ze Zbaraża, z tych gór, tutaj się rozdzielała przed wioską, stąd do młyna płynęła. Początek kwiecień 1945, przyszli do naszego domu. Jeden z żołnierzy mówi – „Musicie opuścić dom na dwa tygodnie, bo oni będą tutaj urzędować, nie musicie nic zabierać, nic nie ruszą”. Przyszło ich pięciu; „majory i pułkowniki”. Zaciągnęli sobie światło. Co ładniejsze, lepsze zabraliśmy z sobą. Przykryliśmy w pokoju ceratą, drzwi zamknęliśmy na klucz. My zamieszkaliśmy w spichlerzu, gdzie zboże przechowywano. Co tam myszy i szczurów żyło. Przed domem wystawili wartownika. On „stali” tutaj pięć tygodni. Spaliśmy z dzieckiem, ani się gdzie wymyć ani wykąpać, smród panował. Nie było za bardzo co jeść, chleba nie spiekliśmy bo nikt tego nie przewidział, jajka zesmażaliśmy. Minęło pięć dobrych tygodni, ktoś zauważył drzwi do domu otwarte. Wchodzimy do mieszkania, obie skrzynie otwarte, wszystko wybrane. Kożuchy, chusty, sukienki zabrali.

Czasy były wciąż niespokojne. W Łozowie jednej nocy sześćdziesiąt osób zabili, wpadli do kościoła, zabili sześćdziesiąt osób, pochowali pod kościołem w jednej jamie. Oni nie zabijali tak od razu, oni męczyli. Podobne wypadki miały miejsce w innych miejscach. Ksiądz, którego zapamiętałam został przeniesiony z Czernielowa do sąsiedniej parafii, obcięli mu język. W naszej wiosce prawie sami Polacy mieszkali, wieś duża, raz tylko uciekaliśmy, gdy „dali” znać, że Ukraińcy w naszym kierunku idą. Na majątku byli Ruskie, strzelali w ich kierunku, aby odstraszyć.

15 sierpnia wyjechaliśmy, 26 września przyjechaliśmy do Lisiego Pola

W czerwcu już było wiadomo, że będziemy jechać „na zachód”. Zboża rosły na polach, jaki urodzaj był, jakie dorodne kłosy. Nic nie pozwolili wziąć, kartofli wykopać. Wzięliśmy jabłka, to był początek sierpień, jabłka nie były zbyt dobre. Przemyciliśmy wiadro kartofli. Żywności można było wziąć tyle, aby wystarczyło na dwa tygodnie. Trochu zboża, trochę owsa. Jedna rodzina mogła zabrać z sobą krowę i konia. Siostra mojego ojca, żyła w Czernielowie Ruskim. Mąż jej nie powrócił z wojny, przepadł bez wieści. Dzieci nie godziły się na wyjazd, nie chcieli. Chciała wyjechać, mówiła – „Z kim wyjadę? Jedna, sama”?. Cioci oddaliśmy krowę, konia, młocarnię. Nam proponowano abyśmy podpisali obywatelstwo, pozostali, nie chcieliśmy.

Po drodze zrywałyśmy polne kwiaty

W I turze już odjechali na Śląsk. Przyszedł czas na nas. Jak my płakaliśmy, boże. Dobytek, co mogliśmy zabrać z sobą przewieźliśmy do pobliskich Borek. Kto zdecydował się pozostać, pomagał sąsiadom w transporcie dobytku do stacji kolejowej. Tutaj czekaliśmy wraz z innymi repatriantami na pociąg. Oczekiwanie wydłużało się. 15 sierpnia z trzema koleżankami poszłam do Czernielowa , tam odbywały się Uroczystości Matki Boskiej Zielnej. Nikomu nic nie powiedziałyśmy. Po drodze zrywałyśmy polne kwiaty. Msza już się odbywała, ale tak smutno było w kościele, ludzi mało. Nie będę już „gadać” bo będę płakać. Gdy powracałyśmy, z oddali ujrzałyśmy długi skład wagonów, przy których stało dużo osób. Im bliżej stacji, tym zamieszanie było większe; pokrzykiwania, nawoływania. Co czuli nasi rodzice, gdy pociąg przyjechał, aż nie chce się myśleć, przecież egzekucje ukraińskie wciąż miały miejsce. Opuściliśmy rodzinną ziemię w Matki Boskiej Zielnej. Długa droga w nieznane rozpoczęła się na stacji w Borkach. Pociąg jechał pomału, po drodze doczepiano wagony w Boryczówce, Podhajcach. Cały skład wyniósł około 70 wagonów. Pamiętam, że w jeden z porannych świtów pociąg zatrzymał się w Krakowie. Postój ten szczególnie zapadł w mojej pamięci. Na dojazd „na zachód” przewidziano dwa tygodnie, w rzeczywistości droga trwała pięć tygodni. Wagony wszystkie odkryte, zakryty był tylko jeden, gdzie przebywały kobiety w ciąży, z małymi dziećmi. Moja siostra z dzieckiem półtora rocznym tam chodziła spać. Cztery albo pięć rodzin przebywało w jednym wagonie. Wszyscy spaliśmy pod gołym niebem, podczas deszczu nakrywaliśmy się deskami, workami, blachą. Gdy padało, mokło się. Przed wojną kawałki ziemi w pobliżu torów uprawiali kolejarze. Gdy pociąg zatrzymał się, w pobliżu takiej działki, ludzie opuszczali wagony i wygłodniali wyrywali z ziemi, co było do zjedzenia. Zaraz garnek ustawiano na cegłach, na kamieniach. W garnczku, co udało się zdobyć, ugotowali. Tu nagle głośne –„Wsiadać !!!”. Etap drogi zakończył się gdzieś koło Zabrza. Należało wszystko wyładować na łące; krowy, konie, tobołki, żywność. Zapamiętałam łąkę duża koło pola, tutaj zwierzęta się pasły. Tam w pobliżu, gdzie pociąg się zatrzymał, znajdowała się budka, tramwaj jeździł, w pobliżu stał kościół. Ręcznie udojone, świeże mleko do kanek rozlewaliśmy. My „dziewuchy” nogi brudne, bo do krowy się szło, bose, pieszo, szłyśmy blisko przystanku, tam stacjonowało Wojsko Polskie. Oni wzięli od nas mleko, a w zamian dostawaliśmy z 10 litrów grochówki albo krupniku z mięsem. Tutaj przeładowaliśmy się do innych wagonów, nie wie człowiek, gdzie jedzie. Zajechaliśmy – „Gryfin” przypominam teraz (Gryfino przyp.aut.), cofnęli nas do Lisiego Pola. Prawie wszyscy byli rolnikami, to przeważnie chcieli do wioski.

Baliśmy się spać, drzwi nie było, okna uszkodzone

Wieczorem przyjechaliśmy na miejsce, opuszczaliśmy wagony, gdzie skarpa przy torach, gdzie się do Polesin jedzie. Każdy ma szukać sobie mieszkania. Tacy młodzi, pełni siły, drogę do opuszczonej wioski pokonali szybko, starsi w wieku mojego taty, gdy dotarli na miejsce, to zastawali kartki na drzwiach wejściowych z napisem: - „Zajęte” albo „Zajęte przez wojskowego”. Tata nie ruszał. Powiem panu tak: - Wracali z wojny żołnierze, pokonali Odrę, usłyszeli, że tutaj będzie Polska, zatrzymywali się w wioskach, zajmowali puste domy, zawieszali kartkę, po czym jechali po rodzinę na wschód, do centrali. Nam się należało pierwszym, przecież tata był żołnierzem Wojska Polskiego. Młodzi kartki zdarli, zajmowali domy, taty pokolenie tak nie postępowali. Pamiętam, taki młody chłopak smutny oddala się od składu. Pytam, - „Gdzie idziesz Jasiu?”. Odpowiedział –„Idę, a co będę czekał, aby wilki zjadły”. On teraz mieszka koło Elektrowni, Jasiu Ziemba. Liczę, że ponad siedemdziesiąt rodzin wyładowało się na stacji w Lisim Polu. Część pozostała w wiosce. Ciemno się zrobiło. Przyjechały wozy z Baniewic, po wojnie wieś nazywała się Marianowo, z Polesin, Żelechowa, Rurki, Grzybna, które po wojnie otrzymało nazwę Baniawice. Jechać, nie jechać, ktoś powiedział, że może wziąć z sobą trzy rodziny. Trzy wozy wiozły nasz dobytek przez Polesiny, Żelechowo, wieźli nas i wieźli, dojechaliśmy do Marianowa (Baniewice przyp.aut). Duże podwórko, dom taki duży, obora, stodoła. Okien w domu nie było, kafelki ze ściany były oderwane. Niemców nie było, Ruskie jeszcze „stali”, na świetlicy spali. W Baniewicach kilku Polaków zostało, którzy wcześniej w czasie wojny trafili tutaj jako przymusowi robotnicy. Oni więcej widzieli i tym samym więcej mogli opowiedzieć. Mówili, że już było po wojnie, jak Rosjanie spalili kościół; krzesła, wyposażenie wyrzucali przez okno. W trzy rodziny zamieszkaliśmy w tym dużym domu bez okien. Baliśmy się spać, drzwi nie było, okna uszkodzone.
W poznańskiej palmiarni (stoję z lewej strony)

Przyszedł dzień, odwiedził nas sołtys. Nazywał się chyba Bartyl. Powiedział – „Dziś rodziców przywiozą”. Rodzice w Lisim Polu zostali, zwierzęta, pozostały dobytek pilnowali. Głodni byliśmy. Znaleźliśmy dużą puszkę po amerykańskiej konserwie, wymyliśmy, ziemniaki, śliwki rosły w ogrodzie, ugotowaliśmy na palenisku z cegieł. Bałyśmy się wychodzić, Rosjanie wciąż jeszcze w wiosce byli, po wiosce chodzili. Czasu mieliśmy dużo, mogliśmy wyruszyć i poszukać wolnych domów. Każdy powtarzał –„To nas tylko wywieźli na jakiś czas, będziemy wracać do domu, gdzie będziesz szukać”?. I tak czekaliśmy, mieszkaliśmy w trzy rodziny w jednym domu, wrzesień, cała zima. Latem rozdzielili nas, każda z rodzin zamieszkała osobno. Do kościoła do Bań jeździliśmy, miasteczko „trochu” zniszczone było. Początkowo nabożeństwa odbywały się w kaplicy cmentarnej, wieża kościoła „na mieście” była strzaskana. Ślub braliśmy w Baniach w 1947, już w kościele, czyli do tego czasu z remontem sobie poradzili. Budynki w pobliżu kościoła zniszczone, nie koniecznie w czasie wojny domy zostały zniszczone, po wojnie Rosjanie niszczyli, nasi też się przyłożyli.

Od nowego roku chodził po wiosce nauczyciel, zapisywał w jakim wieku są dzieci w każdej rodzinie. Zapisywał do szkoły w Baniach, kto skończył pięć klas, mógł iść do pracy albo uczyć się „wyżej”. Bardzo chciałam iść do szkoły, siostra Józefa została z dzieckiem, jej mąż zaginął bez wieści. Tata chory, po roku wrócił z wojny. Dla mnie było ciężko pójść pieszo do Bań i wrócić. Musiałam pomagać mamie w gospodarstwie. Nie było to wszystko proste. Dużo moich rówieśniczek podobnie jak ja, marzyło o dalszej nauce ale podobna sytuacja uniemożliwiała naukę.

Tata

Nie powiedziałam, że „chłopy” z naszej wsi poszli dopiero w 1944 na wojnę. Mój tata chory na astmę był urodzony 1894, nie podlegał już rocznikowi, który został zmobilizowany na wojnę. W 1944 jednak został wcielony, jeździł wozem taczanką na dwóch kołach, woził amunicję pod sam front. Gdy tata był na wojnie, dużo prac sama robiłam; orałam, snopy wiązałam, ze siewnikiem chodziłam, wszystko robiłam.

Była bardzo mroźna zima 1945, zwolniony, wrócił do domu. Zajechał na wozie pod dom swojej siostry, my się cieszymy, tata wrócił z wojny. Przyszedł, biedny, chory; worek na plecach, ruska czapka na głowie i powiedział – „Wiecie co dziewuchy, przywiozłem wam trzy swetry, takie ładne kolorowe, czerwony, zielony, niebieski”. Cieszymy się takie swetry, na wojnie, gdy niczego nie było. Tata usiadł, mama szykuje coś do zjedzenia. Rozbiera z siebie kolejno czapę ruską, trzy worki i podkoszulek. Czekamy, czekamy, chcemy koniecznie zobaczyć. W końcu powiedział, weźcie sobie jeden z tych swetrów. Tata lubił żartować, w końcu zrozumiałyśmy, że swetry, na które tak czekamy, to worki, które zdjął z siebie. I tak tata szczęśliwe powrócił bez swetrów do domu.

Mój mąż Jan Ziemba

Mój mąż Jan Ziemba urodzony w 1922 roku pochodził również z Czernielowa, mieszkał na tej samej ulicy. poznaliśmy się podczas wiejskiej zabawy. Był starszy o osiem lat. Chłopy z wioski szli na wojnę z wioski 8 marca 1944. Mój mąż był chory, poszedł na wojnę w maju, podobnie jak mój tata. Nie wrócił w 1945. Jego rodzice z córką i zięciem razem z nami przyjechali, nawet w tym samym wagonie. Zamieszkali w Rurce. Mąż odnalazł się kilka miesięcy później. Pełnił służbę w artylerii polowej. Brał udział w walkach o Kołobrzeg i zaślubinach Polski z morzem w marcu 1945 roku. Zdobywał Czelin, Gozdowice, Łysogórki. Dotarł do Berlina bez paszportu. Odwiedzaliśmy później Kołobrzeg, gdzie opowiadał o przebiegu walk, spacerowaliśmy śladami walk. Odnalazł miejsce w parku, gdzie wraz z dwoma kolegami ukrywali się. Jeden z kolegów wówczas został śmiertelnie ranny.

Rurka zimą 1953 roku przed starym domem w  z lewej strony ja, moja siostra Maria, siostra męża - Anna i mój mąż. W głębi synowie Józio i Kaziu


Zamieszkaliśmy w Rurce

Ślub nasz odbył w Baniach w kościele w 1947.W listopadzie 1947 opuściłam Baniewice, przyjechałam do Rurek (Rurki przyp.aut). Droga z Bań do Baniewic to były „kocie łby”, droga brukowana kamieniami. Od Baniewic do Swobnicy było błoto. Podobnie ze Swobnicy do Grzybna, tam zawoziliśmy zboże do magazynu. Drogą błotnistą, nie sposób było ominąć kałuży, wozem drewnianym, koła ugrzęzły. Później zrobili „asfalty”. Przyjechałam; obora ładna, stodoła, mieszkanie małe murowane, z tyłu gliniane, fundament był na kamieniach, to wszystko się waliło. Dziadki, gdy po wojnie przyjechali do Rurki, zamieszkali w tym domu, z przodu wyglądał solidnie, nie zdawali sobie sprawy, że od podwórza gliniany. Kiedyś kawałek sufitu spadł na syna, dobrze, że tylko na nogi. Sypało się. Podjęliśmy decyzję o wybudowaniu nowego domu. Przyszedł mężczyzna, który się znał, doradził, że nie warto reperować a zwalić i wybudować nowy. Pierwszy wybudowany po wojnie w Rurce był nasz dom, w roku 1965. W Rurce zamieszkały rodziny z Czernielowa. Rodziny z „Centrali”, dotarły tutaj z terenu Niemiec, gdzie przebywali jako robotnicy przymusowi. Kilka jeszcze rodzin zamieszkało z innych regionów. Przez wioskę przebiegała droga brukowana. W kościele prowadzone były prace, chodziliśmy pieszo do Chojny, do Serca Pana Jezusa. Dwa duże w Chojnie kościoły były zniszczone. Gdy kościół w Rurce został odnowiony, przywoziliśmy księdza z Chojny. „Kolejka szła”, w kolejności wyznaczone rodziny odpowiedzialne były za transport. Do Chojny droga, to również „kocie łby”, ścieżką boczną pieszo chodziliśmy. W wiosce naprzeciwko kościoła stała świetlica, po części murowana i gliniana. Tam odbywały się zabawy, przychodziłam tu na zabawę. W 1967 albo 68, to już górale i „nasze chłopy” murowali świetlicę. Chojna zniszczona była. Tutaj gdzie teraz Inter Marche były ogrody, jeden, może kilka domów stało. Stacja kolejowa, skromna, drewniana. Rynek „zrazu” działał tutaj, gdzie dziś stoi Biedronka, później przenieśli pomiędzy ratusz i duży kościół. Handlowali wszystkim, sama chodziłam, krowę miałam, śmietanę, jajka, ziemniaki młode zanosiłam. Pieszo się chodziło, a gdy miał ziemniaki, świniaki to wozem jechał. W pobliżu wioski młyn działał. Przez majątek, brukowaną drogą w kierunku kolonii, do nieistniejącej dużej drewnianej stodoły, tutaj skręcało się w lewo. Gdy istniał PGR, kosili kosiarkami, zwozili do tej dużej stodoły, tam się młóciło. Stodoła spłonęła. W PGR była hodowla jałówek, później krów. Oddział przedszkolny przez jakiś czas istniał przy szkole. Sklep duży przez lata był blisko kościoła. Na pociąg częściej udawaliśmy się przez kolonię do Lisiego Pola, bo bliżej niż do stacji w Chojnie.

Doczekaliśmy się pięcioro wspaniałych dzieci: Józef, Maria, Kazimierz, Irena, Elżbieta. Później przyszedł czas na wnuków – jedenaścioro, jeszcze później na prawnuków – dziewiętnaścioro.

Człowiek wiele zapamiętał, czas wyjazdu z Czernielowa szczególnie, Nie wierzyliśmy w 1945 w wyjazd. Jak my później „płakali”. Do dzisiaj mam żal. Ja się wcale nie cieszę. Miałam piętnaście lat, miałam chłopaka. Znaliśmy się od trzeciego roku życia, wychowywaliśmy się razem, jak to w wiosce. My pojechaliśmy, oni zostali.

Wspomnień Pani Bronisławy Ziemby wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w Lipcu - Sierpniu 2021 roku.

 Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.