Łańcuchy z pudełek, drelichowe materace

                           

 Fot. 1. "To zdjęcie jest jednym z moich ulubionych. Moje kochane córki Danusia i Krysia i chwila dziecięcej radości na kucyku". Widuchowa z II połowy lat 60. Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Pani Izabela Korczyńska. Urodziłam się w biednej, wielodzietnej rodzinie. Moja rodzinna wioska nazywa się Maniów[1]. Moja rodzinna miejscowość to Maniów. Przyszłam na świat 5 lutego 1937 roku właśnie tutaj. Moimi rodzicami byli Stefan i Maria. Moje rodzeństwo: Felek, Stanisław, Michał, Bronisław, Maksymilian, najmłodsza siostra Wanda oraz ja, Izabela. Nasza wioska była niewielka — liczyła około czterdziestu domów. Niedaleko znajdowało się miasto Szczucin[2], gdzie mieściła się nasza parafia, do której trzeba było przejść pięć kilometrów. Rodzice prowadzili gospodarstwo, a tata dodatkowo pracował w mleczarni w Szczucinie, zajmując się produkcją nabiału: mleka, masła i serów. Z biegiem lat, gdy był już starszy, został tam dozorcą. Mama z oddaniem prowadziła dom, była doskonałą piekarką i kucharką.

Mój Maniów to był dom blisko Wisły

Od rzeki oddzielał nas tylko wielki, sypany wał. Tato codziennie jeździł rowerem do pracy w mleczarni w Szczucinie. Wracał po południu i od razu szedł do obrządku, bo pieniędzy nie było, a roboty w gospodarstwie dużo. ​Byłam najmłodsza. Gdy starsze dzieci szły do szkoły, ja zostawałam przy mamie. Pamiętam, jak dawała mi krowę na sznurku, żebym jej pilnowała, a sama pracowała w polu. Chodziliśmy nad Wisłę, ale tato pozwalał nam wchodzić do wody tylko przy samym brzegu, bo dalej nurt był za silny. To był mój bezpieczny świat.

Fot. 2. "Pamiątkowe zdjęcie z ćwiczeń wojskowych. Wśród żołnierzy znajduje się mój mąż, Czesław. To była jego zasadnicza służba w pierwszych latach po II wojnie światowej". Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Nasz dom był mały, z drzewa. Nie było w nim pokoi, tylko jedna duża izba, w której toczyło się całe życie. Wchodziło się do niej przez korytarz, a w środku stała murowana z cegieł kuchnia. Najbliżej domu mama sadziła warzywa: kukurydzę, ziemniaki i zielony groszek, a kilka jabłoni oddzielało ogród od pola, gdzie stał drewniany chlew. Do naszej wioski zaglądała Żydówka z Tarnowa, która przynosiła nici i wstążki. Najbliższym miastem był Szczucin. Tam był lekarz, poczta, gospoda i kilka sklepów. Tato codziennie tam jeździł rowerem do mleczarni. ​Pamiętam środy. To był dzień targu w Szczucinie. Kiedy krowa się ocieliła, tato prowadził cielaka na sprzedaż, a mama niosła masło i twaróg, które sama robiła. Chodziłam z nią na rynek, szczególnie gdy były odpusty. Miasto stawało się wtedy kolorowe od kramów. Patrzyłam na te wszystkie cuda: gliniane gwizdki, słodkie pierniki na sznurkach i barwne, różnej długości kolorowe wstążki. Choć byliśmy biedni, te wyjścia z mamą na rynek były dla mnie dobrymi chwilami, zanim wszystko zabrała wojna.

Święta w izbie Boże Narodzenie pachniało lasem. Tato przynosił choinkę w wiadrze z piaskiem. Przez cały rok mama zbierała pudełka po zapałkach. Przed świętami oklejaliśmy je bibułą i łączyliśmy w łańcuchy. Na gałązkach przypinało się metalowe podstawki na świeczki. Gdy tato je zapalał, nasza izba nagle cała jaśniała.

Fot. 3. "W pracy w sklepie Gminnej Spółdzielni podczas ważenia produktów. Ten czas w handlu i cały ten okres jest dla mnie w szczególny sposób ważny".  Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Pierwsze lata okupacji (1939-1943)

W nadwiślańskich wioskach, takich jak Maniów w okolicach Szczucina, pierwsze lata okupacji (1939–1943) charakteryzowały się wyjątkowo trudnymi warunkami życia, naznaczonymi poczuciem zagrożenia i koniecznością nieustannej walki o przetrwanie. Każdy dzień stanowił wyzwanie związane z zapewnieniem dzieciom oraz sobie podstawowego wyżywienia. Taki był los większości rodzin, zarówno najbliższych, jak i sąsiadów. Skrajne ubóstwo i głód były zjawiskami powszechnymi. W rodzinach wielodzietnych, podobnie jak w naszej, podstawowym i najdotkliwszym problemem pozostawał chroniczny niedobór żywności. Choć mieszkali na wsi, większość płodów rolnych podlegała obowiązkowym kontyngentom (przymusowym dostawom dla Niemców). Za ich niedostarczenie groziły surowe kary, w tym śmierć lub obóz. ​Życie podlegało surowym prawom wojny, być samowystarczalnym, to nie było proste. Ludzie musieli radzić sobie sami – przędli wełnę, robili własne buty (często drewniaki) i palili w piecach czym popadnie. Cukier, kawa czy biała mąka były luksusami niemal nieosiągalnymi. ​Powszechny był strach przed "łapankami" i rewizjami. My jako dzieci wyczuwałyśmy strach - napięcie dorosłych. Niemiecka żandarmeria przeprowadzała kontrole w poszukiwaniu ukrytego ziarna, mięsa z nielegalnego uboju czy osób unikających wywózki. ​ Bliskość Wisły; Okolice Szczucina i Maniowa to tereny zalewowe i rolnicze. Życie toczyło się wokół rytmu natury, ale zakłócały go niemieckie zarządzenia. Praca ponad siły w polu była codziennością nawet dla starszych dzieci. ​Istniało widmo wywózek, o tym się mówiło, to między innymi wzbudzało strach. Od 1940 roku Niemcy systematycznie wywozili mieszkańców wiosek, miasteczek, miast na roboty przymusowe do Rzeszy. To nie było żadną tajemnicą. Początkowo starano się werbować ochotników, ale szybko zaczęto stosować przymus i brutalne obławy. ​ Fakt, że dwaj moi bracia zdołali się ukryć, gdy wywożono moją rodzinę, świadczy o ogromnej odwadze rodziny. Jednak o tym opowiem w dalszej części. W tamtym czasie każda obca osoba w wiosce wzbudzała czujność, a sąsiedzka solidarność była jedyną barierą chroniącą przed aresztowaniem. Dla kilkuletniej dziewczynki – w 1943 roku miałam około siedmiu lat – świat sprowadzał się do podwórka, sąsiednich zabudowań oraz odkrywania najbliższej okolicy. Robiliśmy to jednak zawsze z poczuciem strachu i niepewności. Trudno mi dziś jednoznacznie określić, czego się baliśmy jako dzieci, gdy oddalaliśmy się w stronę Wisły i poznawaliśmy jej brzegi oraz okolice. Deportacja całej rodziny do Rzeszy stanowiła gwałtowne zakończenie i tak już trudnego okresu dzieciństwa, skutkując umieszczeniem w nieznanym środowisku, gdzie określony status społeczny towarzyszył im zarówno w niemieckich gospodarstwach, jak i fabrykach.

Fot. 4. "Słoneczne popołudnie w Widuchowej na skwerku, lata 70. Odpoczywamy rodzinnie na świezym powietrzu". Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Wywózka

Pamiętam moment, gdy przybyli Niemcy, a moja mama właśnie piekła chleb. Zażądali natychmiastowego opuszczenia domu, przez co nie mogła dokończyć pieczenia. Moi dwaj bracia, Felek i Stanisław, zdołali uciec i ukryli się na wiosennych polach. Następnie podjechał wóz wykonany z desek, którym przetransportowano nas do stacji kolejowej w Szczucinie. Tam czekał pociąg parowy z kilkunastoma wagonami bydlęcymi.  

Z tamtego czasu w Maniowie nie pamiętam prawie nic, tylko takie poszarpane kawałki, jak ze snu. Pamiętam, że w domu zawsze było nas dużo i było bardzo głośno, a potem nagle zrobiło się strasznie cicho. Pamiętam ten jeden dzień. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale czułam, że mama się boi, bo tak mocno ściskała mnie za rękę, aż bolało. To ten strach dorosłych pamiętam najlepiej on się udzielał nam, dzieciom. Było jakieś zamieszanie, ktoś krzyczał na podwórku. Widziałam tylko, jak moi bracia nagle znikają, jakby uciekali gdzieś za stodołę, w pole. Nie wiedziałam wtedy, dlaczego, po prostu ich nagle nie było. Potem pamiętam już tylko wielki hałas samochodów i dużo obcych ludzi w ciężkich butach. Wszystko działo się tak szybko. Pamiętam zimno i to, że kazali nam iść. Nie pozwolili nic zabrać, może tylko jakąś chustę albo zawiniątko. Najbardziej w pamięci utkwił mi ten wielki, czarny pociąg i wagony, w których było ciemno i strasznie śmierdziało dymem. Nie wiedziałam, dokąd nas wiozą, bałam się tylko, że już nigdy nie wrócimy do naszej izby. To był koniec mojego świata, który znałam.

(Lagier)

Dziś, po tylu latach, moje wspomnienia są jak stare, wyblakłe zdjęcia. Wiele z nich uleciało, inne rozmazały się pod powiekami. Jestem już starszym człowiekiem i nie wszystko potrafię poukładać w głowie, ale niektóre obrazy wciąż we mnie tkwią, choć nie zawsze je rozumiem. ​Pamiętam dom w Maniowie, wielodzietną biedę i ten nagły dzień, gdy wszystko się skończyło. Nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że bracia zdążyli uciec – pamiętam tylko, że nagle ich nie było, a my musieliśmy iść. ​Potem był ten obóz. Drewniane baraki, zimna słoma pod ścianą i ta żółta kasza z kukurydzy, którą nam dawali. Najbardziej pamiętam lęk w głosach dorosłych. Szeptali coś o piecach, o tym, że coś nie działa, że nas wywiozą dalej. Ja byłam wtedy małym dzieckiem, nic z tego nie rozumiałam. Do dzisiaj nie chcę o tym za dużo myśleć, bo to zbyt trudne dla starego człowieka. ​Kiedy znowu zapędzili nas do drewnianych wagonów, poczuliśmy ulgę, że jedziemy dalej, choć nie wiedzieliśmy, dokąd. Takie to były czasy – człowiek cieszył się, że znowu go zamykają w wagonie, bo to znaczyło, że jeszcze żyje. Z tamtego czasu została we mnie tylko ta cisza i ten strach, którego nie da się zapomnieć, nawet gdy pamięć zawodzi.

Fot. 5. "Jedna z najcenniejszych pamiątek w moim albumie. Młody kapral w nienagannym mundurze - ktoś z moich najbliższych mężczyzn, którzy po wojnie pełnili tę ważną służbę". Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej.

Wioska Aschara

Pociąg zatrzymał się w końcu gdzieś w szczerym polu, na pustym placu przed torami. Nie było tam dworca, tylko wielka łąka. Pilnowało nas dwóch mężczyzn, którzy przyjechali z nami aż z baraków – byli odpowiedzialni za nasz transport. Staliśmy na tej trawie w rzędzie, a niemieccy gospodarze chodzili wzdłuż i wybierali. ​Wtedy pojawił się mężczyzna, nie życzliwy. Kiedy patrzył na nas, nie widział w nas ludzi. Nie interesowało go, kim jesteśmy, nie patrzył nam w twarze, nie szukał spojrzeń. Miał może pięćdziesiąt lat. Chodził blisko, przyglądał się, z kimś rozmawiał i w końcu pokazał na nas palcem. Zabrał nas pieszo do swojej wioski. Wioska Aschara[3]. Posiadam do dzisiaj dokument z tamtych czasów. To był wielki, piętrowy budynek. Na środku podwórka leżał gnój, a po prawej stronie była obora dla krów, świń i koni. Dali nam pokój na górze, nad zwierzętami. Tam mieszkaliśmy. ​Gospodarz Karol, jego żona Maria i córka Wanda – to była ich rodzina. My byliśmy tam tylko do pracy. Codziennie wołali nas na dół, do przybudówki obory, tam stał stół, tam jedliśmy posiłki. Dzień w dzień to samo: ziemniaki w mundurkach i śledzie. Do dzisiaj, gdy tylko pomyślę o śledziach, robi mi się niedobrze. Ten smak już na zawsze będzie mi się kojarzył z tamtym domem, z życiem nad oborą.

Szybko okazało się, że Karol nie jest zadowolony z naszej obecności. Kiedy zauważył, że mama jest w ciąży, wpadł w złość. Dał nam wyraźnie do zrozumienia, że gdyby wiedział o tym wcześniej na placu przy pociągu, nigdy by nas nie wybrał. Byle mały problem przemieniał się u niego w złość, którą okazywał. ​Pamiętam, jak kiedyś mój brat miał pilnować świń. Zwierzęta na chwilę wyszły poza teren, a gospodarz wtedy zupełnie stracił nad sobą panowanie. Wbiegł do zagrody, złapał brata i zaczął go okrutnie bić pasem. Brat strasznie płakał, a my nic nie mogliśmy zrobić. Karol poniewierał nami wszystkimi – ojca też ciągle poniżał i lżył na każdym kroku. Żyliśmy w ciągłym strachu, nigdy nie wiedząc, co wywoła kolejny wybuch jego złości. Byliśmy dla niego tylko ciężarem, a nie ludźmi.

​Na wprost ich domu stała potężna obora. Cała ta zabudowa, te budynki dla krów, świń, koni, zamykała się tak, że tworzyły niemal taki kwadrat na tym dużym podwórku. ​Myśmy mieszkali u góry. Pamiętam te drewniane schody, po których trzeba było wchodzić do naszego pomieszczenia. To nie był mały pokój, tylko duża izba, w której mieliśmy się pomieścić. Jeszcze przed naszym przyjazdem przygotowali nam takie podstawowe meble – łóżko, jakaś szafa, stolik, coś do siedzenia. Ale gdy tylko przyjechaliśmy, to zaraz wnosili po tych schodach kolejne prycze i łóżka. Wszystko na szybko, prowizorycznie. ​Mój świat, to, teren, co kryło się za tą oborą.  Tam był ogródek, rosły drzewka owocowe, ale zaraz w takim kącie, na tyłach, znajdował się ten nasyp, ten grób. ​Jako dziecko, biegałam i zawsze przy nim przystawałam. Ciekawiło mnie to. Ten nasyp był taki inny, obrośnięty ciemnym bluszczem i jakimiś smutnymi, cmentarnymi kwiatami. Tata później dopytał, pod moim wpływem pewnie, i dowiedział się od Wandy, córki gospodarza, że na froncie zginął jej brat, syn właścicieli. I że oni go tam pochowali. Ale ona nie chciała mówić o szczegółach. ​Rodzice z bratem i ja, myśmy w to nie wierzyli. Tata mówił, że to na pewno grób symboliczny. No bo jak to, tylu żołnierzy poległo na bitwie, a oni mieli w czasie wojny transportować zwłoki śmiertelnie rannego syna aż do domu, żeby go pochować na własnym podwórku? Przecież to było nieprawdopodobne! Do Wandy, córki gospodarzy, przychodził pewien Serb. Choć nigdy nie zostawał na noc, to spędzali jakiś czas razem. W tym domu panowały twarde reguły, a Wanda bała się sprzeciwić ojcu. Wobec nas ona starała się być przyzwoita, w przeciwieństwie do swojego ojca. Dla jej rodziców ten wybór córki był nie do zaakceptowania; woleliby kogoś swojego. Serba akceptowali z konieczności.

Życzliwa Rosjanka

Powoli, po kawałku, zaczęłam poznawać tę wioskę. Odważałam się chodzić sama, oddalając się etapami od podwórka gospodarza. W ten sposób poznawałam okolicę. Sklep znajdował się w środku wioski. Rodzice nie dostawali przecież żadnych pieniędzy za naszą pracę, więc nigdy nie weszłam do środka, ale chodziłam do pustego kościoła, zwiedzałam go w ten sposób. Wioska była duża. ​W pobliżu sklepu mieszkała Rosjanka. Jej status był zupełnie inny niż nasz. Nie była traktowana jak my, robotnicy przymusowi. Dzisiaj myślę, że mieszkała tu długo przed wojną – być może wyszła za mąż za miejscowego, który walczył w Wehrmachcie, a może była wdową. Nie wiem, czym się zajmowała ani skąd miała dochód, ale żyła na równi z miejscowymi i chodziła swobodnie. ​Dla nas była w porządku. Przychodziła do nas, ponieważ języki były podobne, rozumieliśmy się. Nigdy nie przyszła z pustymi rękami: przynosiła to pętko kiełbasy, to kawałek salcesonu, to używaną odzież. Gdy urodziła się siostra, Rosjanka prosiła miejscowych o pomoc dla nas. Przynosiła używane ubrania dla siostry, nawet przyprowadziła nam wózek. Była bardzo pomocna, bardzo w porządku.

Fot. 6. "Słoneczne popołudnie w Widuchowej na skwerku, lata 70. Odpoczywamy rodzinnie na świezym powietrzu". Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Mój świat był mały; nasza rodzina, gospodarze i właśnie ta Rosjanka, której imienia nie pamiętam. Nie przypominam sobie, żebym w ogóle słyszała na wsi polską mowę. Ja sama nauczyłam się kilku niemieckich słów, ale nie umiałam zbudować nawet prostego zdania. Do domu właścicieli nie wchodziłam – to był dla nas teren zakazany. ​W ich domu mieszkała z kolei jakaś kobieta, która im pomagała. To nie była Polka. Ona przygotowywała nam obiady, które zamykały się w tradycyjnym menu: ziemniaki w koszulkach i śledzie. Zastanawiałam się wtedy i zastanawiam do dziś, skąd oni mieli dostęp do takiej ilości śledzi. Trzymali je w piwnicy, całą beczkę i wydzielali nam porcje.  ​Rosjanka z sąsiedztwa była dla nas prawdziwym wsparciem.  Nie odczuwaliśmy w ogóle różnicy świąt, bo i tak jedliśmy śledzie, i tak śledzie. 

Moja siostra najmłodsza urodziła się w Rzeszy, gdy rodzice byli tam robotnikami przymusowymi

Niestety, sielanka skończyła się, gdy moja siostra, Wanda, przyszła na świat. Gospodarz, Karol Niemiec, wściekł się. Był oburzony, że Mama nie pójdzie w pole. Tato odbierał poród siostry, później wynosił te nieczystości, tak się później domyśliłam. Wszystko przy mamie robił. Gdy mama schodziła rano do worków, brat Maksymilian zajmował się siostrą.  Był dzień po porodzie. ​Nakazał Mamie, żeby następnego dnia rano zeszła do pomieszczenia, tam, gdzie trzymali krowy – swoją drogą mieli trzy krowy i jednego byka, z którym jeździli w pole. ​Z ciekawości zeszłam razem z Mamą. Na środku leżał stos jutowych worków, a obok – kawałki pociętych worków. Gospodarz czekał. Wskazał Mamie, by usiadła na drewnianym stołku, podał igłę i nici, i kazał jej zaszywać dziury w workach, łatać je tymi pociętymi kawałkami. I tak, Mama co rana schodziła i ubywało pociętych kawałków, a przybywało połatanych worków. ​ Pozwalano nam odlewać mleko dla siostry, ale dla nas dorosłych nie zostawało. Mama karmiła piersią, ale gdy schodziła na dół do pracy, siostra płakała. Brat Maksymilian radził sobie, odcinając kawałek prześcieradła, sypał na niego cukier, zawijał i wkładał siostrze do buzi, żeby ją uspokoić. Tak sobie radziliśmy.

Przez cały ten czas – ponad półtora roku – rodziców spalał straszny niepokój o braci. Ta niewiedza była nie do zniesienia. Mama i tata wciąż o nich rozmawiali, zastanawiając się, czy żyją, czy mają co jeść i gdzie się schronili. ​W końcu rodzice postanowili zaryzykować. W wielkiej tajemnicy, z pomocą kogoś życzliwego, kto znał drogę i zasady, udało im się wysłać list z Rzeszy do naszej wioski. To była jedyna nadzieja na wieści. Po długim czasie oczekiwania, pełnego lęku, nadeszła odpowiedź. Ktoś z sąsiadów lub rodziny odpisał, potwierdzając, że bracia żyją i są w Maniowie. Ta wiadomość była dla nas najważniejszym wydarzeniem całego pobytu w niewoli.


​                                                  
Obrazy autorstwa Marka Jakubiszyna
​Dwa światy: literaturę faktu i malarstwo. Przedstawiamy dwa obrazy autorstwa Marka Jakubiszyna, które powstały z inspiracji wspomnieniami pani Izabeli Korczyńskiej.
​Zastosowana przez artystę technika akwarelowa idealnie koresponduje z duchem opowieści pani Izabeli – jest subtelna, pełna głębi i niedopowiedzeń.
To malarska podróż śladami historii, która zasługuje na najpiękniejszą oprawę. 
                                                             

Skończyła się wojna

Dom stał na górce, w pobliżu kościoła. Przyszedł tata, powiedział, chodźcie przed dom. Okazało się, że Niemcy się poddali, na wieży kościoła powiewała biała chorągiew. Patrzyliśmy się i cieszyliśmy. Upłynęło trochę czasu, przyszli Rosjanie. Przyszli do gospodarza, u którego pracowaliśmy. Jeden z nich zapytał się nas, jak nas on traktował? Pytali się, czym nas żywili? Mała byłam, weszłam do pomieszczenia mniejszego, zapamiętałam moment, gdy Rosjanin wyciągnął pistolet, lufę skierował w kierunku właściciela gospodarstwa. Patrzę przystawił jemu do skroni lufę, a tato klęczy przed nim i prosi, aby nie zabijał Niemca, bo będzie go miał na sumieniu. Nie zabił.

Droga do domu

Gdy umożliwiono nam powrót, odczuwalna była pozytywna zmiana atmosfery, a upływ czasu stał się spokojniejszy — bez presji dostosowania się do oczekiwań gospodarzy czy odczuwania niepokoju. Pamiętam, że jechaliśmy w wagonach pasażerskich, towarowych. Nie zapamiętałam szczegółów i trudno powiedzieć, kiedy ściśnięci jechaliśmy w wagonie z przedziałami, kiedy w wagonie bez przedziałów, a kiedy w wagonach towarowych. Był odcinek, że nasz pociąg pasażerski był tak pełny, że ludzie siedzieli na dachach wagonów, trzymając się kurczowo wszystkiego, co wystawało. Na stacjach, przez które przejeżdżaliśmy, widziałam pierwsze biało-czerwone flagi. ​Jako mała dziewczynka patrzyłam na te wszystkie toboły, na napisy kredą na ścianach wagonów i na zrujnowane miasta Śląska. Każdy postój trwał godzinami, ale nikt nie narzekał, bo wiedzieliśmy, że koła stukają już w polskim rytmie. Kiedy w końcu dotarliśmy do Maniowa, bracia tam na nas czekali. Choć dom był uboższy, a czasy trudne, byliśmy znów u siebie.

Wróciliśmy do wioski rodzinnej, z naszego domu nic nie zostało. Zresztą w całej wiosce więcej domów było zniszczonych.  Co tu robić teraz? Dwaj najstarsi bracia w ziemi wykopali dół podłużny, nad nim sami zbudowali dach. Dwa, trzy schody, wchodziło się na dół wyściełany słomą. Tutaj się odpoczywało, spało.  Problem powstał, gdy robiło się coraz mroźniej. Przyszła sąsiadka, bo widziała, że nie mamy gdzie się podziać. Wzięła nas do siebie, jej dom stał. Potrwało trochę, czas był potrzebny, aby coś trwalszego zbudować. W Szczucinie mieszkał brat taty, był budowlańcem. Bardzo dużo tacie pomógł. Zaczęli pracę od transportu drzewa z lasu, belki układali jedną na drugą, pomiędzy belkami układali, wciskali mech. Tak pomału powstały ściany. Bieda była okropna. Nowo wybudowany dom, przypominał bardzo wcześniejszy nasz dom. W środku korytarz prowadził do obszernej izby i mniejszego pokoju. Łazienki nie było, nie te czasy jeszcze. I tak się wychowaliśmy. Tato ponownie podjął pracę w mleczarni, która przetrwała, działała po wojnie. 

Fot. 7. "Tak po wojnie odpoczywaliśmy nad naszą rzeką. Na zdjęciu mój małżonek z kolegami - młodzi, silni, kapiący się blisko brzegu w czasach, gdy czasy były niepewne, a Odra tradycyjnie dzika". Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Mój najstarszy bart Felek został powołany do wojska

To był najprawdopodobniej 1947 rok. Służył w Widuchowej. Zapoznał w czasie służby przyszłą żonę. Tutaj zamieszkali, a krótko po wojnie przyjechali do Maniowa. Dom już był wybudowany, zamieszkały. Brat opowiadał dużo o swojej służbie. Ich strażnica znajdowała się w dużym budynku nad Odrą. Służyli tam chłopaki z całej Polski. Chociaż było ciężko i niebezpiecznie, to wielu z nich, tak jak mój brat, spotkali swoje drugie połowy. W środku było surowo – żołnierskie prycze, wspólna kuchnia i piec, w którym sami musieli palić, żeby nie zamarznąć. Wzdłuż granicy stały drewniane wieże obserwacyjne, z których patrzyli na drugi brzeg Odry. Wszystko było tam skromne i żołnierskie: karabiny na ścianach, mapy i wieczny dyżur przy telefonie, który rzadko działał. To tam, w tym chłodnym budynku, brat spędził dwa lata. Akurat miałam iść do szkoły. Do mnie powiedział, zaproponował, abym pojechała z nimi, wspomniał, że zapisze mnie do szkoły. Rok upłynie, odwiedzimy rodziców. Zabrali mnie z sobą. Przyjechałam. Ze stacji w Widuchowej, szliśmy na pieszo. Od początku bardzo mi się tutaj spodobało. Brat zapisał do szkoły, która znajdowała się na wprost kościoła. Pięć klas ukończyłam w Widuchowej. Skończyłam, i tak się złożyło, że tradycyjnie pojechałam z bratem i jego zoną do rodziców. Mama powitała nas, siedzieliśmy przy stole, gdy nagle zwróciła się do mnie. - „Pozostań tutaj z nami. Może jakąś szkołę ukończysz, zawód zdobędziesz”. Zostałam. Przyjechał ponownie brat, zapytał, czy chcę z nim jechać? Odpowiedziałam, tak, pojechałam.

Skończyłam osiemnaście lat, podjęłam pracę w zakładzie produkującym materace w Widuchowej. Etap powstawania materaców dość złożony. Stałam się robotnicą. Moje dłonie, które kiedyś w Maniowie kleiły łańcuchy z pudełek po zapałkach, teraz nabrały siły. ​To była praca, która uczyła pokory do trudu, ale też dawała dumę. Gdy pociągi towarowe odjeżdżały z Widuchowej, wypełnione naszymi materacami, czułam, że wreszcie cykl się zamknął. Na początku zszywano grube worki. Później klęczało się na kolanach i napychało worki do pełna sianem. Gdy worek został napełniony, zszywało się otwór, brzegi wokół, pikowano, udeptało i przekazywało do kolejnego etapu produkcji.  Dwie osoby kierownik wyznaczał do ułożenia na przyczepę dostawczego samochodu i ponownie układano w wagonie kolejowym warstwy materacy. Zapakowane wagony odjeżdżały „do Polski”.

Fot. 8. "Moje córki w dobrym towarzystwie". Koniec lat 60. Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

W Widuchowej poznałam męża, Czesława Korczyńskiego

Pobraliśmy się w 1957 roku. Marzyliśmy o własnym kącie i kupiliśmy zniszczony dom tam, gdzie dziś stoi szkoła. Budynek był w opłakanym stanie – przez dziury w dachu i uszkodzoną więźbę woda lała się do środka. Wokół, przy dzisiejszej ulicy Barnima 3, stał warsztat mechaniczny i masa gruzów. ​Z żalem patrzyłam na okolicę, bo ulica Szkolna była dawniej zabudowana pięknymi, klimatycznymi kamienicami o miejskim charakterze. Szkoda, że tak wiele z nich nie ocalało. My jednak, mimo biedy i gruzów, wyremontowaliśmy nasz dom. Przetrwaliśmy śmierć synka Andrzeja, a radość odnaleźliśmy w córkach – Danusi i Krystynie. Moje ręce, które znały trud wojny, wreszcie zbudowały własny port nad Odrą.

Fot. 9. "Mój małżonek Czesław". Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Epilog: Powrót po latach. Wiele lat później pojechałam z kuzynem do tamtej niemieckiej wioski. Pokonaliśmy 750 kilometrów. Dom Karola wciąż stał. Spacerowałam znajomymi drogami, nikt mnie nie zaczepiał, panowała cisza. W pewnej chwili usiadłam na ławce i po prostu pomyślałam o swoim życiu. ​Pomyślałam, że choć tamto dziecko przeżyło tak wiele strachu, to jednak udało mi się wrócić, założyć rodzinę i stworzyć prawdziwy dom. Ta ławka była końcem mojej długiej podróży. Zrozumiałam, że jestem u siebie, a przeszłość w końcu stała się tylko wspomnieniem.

Fot. 10.  "W pracy w sklepie Gminnej Spółdzielni. Ten czas w handlu i cały ten okres jest dla mnie w szczególny sposób ważny".  Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej.                                                                                                                  
Fot. 11. "Moje córki w dobrym towarzystwie". Koniec lat 60. Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Fot. 12.
Grudzień 2025. Na pamiątkowej fotografii uwieczniono bohaterkę opowieści z córkami oraz autorem publikacji. 

Fot. 13. Obok zdjęć z albumu rodzinnego Pani Izabeli, pojawia się zdjęcie znalezione przez bohaterkę opowieści - na strychu. Przedstawia ono kobietę, która być może mieszkała w tym budynku przed wojną. Fotografia z prywatnego archiwum Izabeli Korczyńskiej. 

Wspomnień Pani Izabeli Korczyńskiej wysłuchał w listopadzie 2025 roku autor publikacji Andrzej Krywalewicz.  


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Prześlij komentarz

Nowsza Starsza