Nazywam
się Maria Jackowska, z domu Kot. Mieszkam nad Odrą w wiosce Marwice. Urodziłam
się 11.12. 1934 roku na Polesiu, dokładniej w wiosce Rzeczki[1], w województwie poleskim[2]. W pobliżu miasto
Telechany[3], oddalone od wioski o
około 16 kilometrów. Rodzice; Tato Szymon, mama Luba z domu Szabatko. Moje
rodzeństwo to Władek, Stefan, Aleksander, Katarzyna i Halina. Właśnie siostra
Kasia przed wojną zachorowała na czarną ospę. Jej ciało było mocno naznaczone,
pokryte czarnymi krostami. Była bardzo osłabiona. Tato się nią opiekował, nosił
ją na rękach. Była już spora, chyba skończyła osiem lat. Wtedy też, na rękach
Tatusia, dokończyła swoje życie – umarła.
Wioska
skupiała się wokół szerokiej, polnej drogi (szutrowej). Przy niej stały domy
mieszkalne, a naprzeciwko znajdowały się ogrodzone żerdziami zabudowania
gospodarcze. W większości mieszkali tu Polacy, choć w pobliżu istniała również
kolonia niemiecka. Kilka rodzin żydowskich tutaj żyło, jedna z nich prowadziła
między innymi miejscowy sklep. Pamiętam ten sklep bardzo dobrze: miał wysoki
próg, szeroką ladę i unosił się w nim intensywny zapach przypraw, w tym
cynamonu. W naszej wsi znajdowała się też mała, jednoklasowa szkoła, zbudowana
gdzieś w latach 20. Nasz dom stał w samym środku wioski. W Raczkach znajdowała
się jedna główna ulica. To właśnie przy niej były zbudowane zabudowania. Przy
tej głównej ulicy znajdowała się kaplica, natomiast większy kościół znajdował
się w Telechanach[4].
Przypominam sobie, że w Rzeczkach przed wojną powstała Sala Królestwa Świadków
Jehowy. W naszej wiosce i sąsiednich, a także w mieście Telechany, domy i inne
budynki były zbudowane z drzewa. Często posiadały różne takie dodatkowe,
wycinane w drewnie i malowane, elementy dekoracyjne. W Pińsku[5] kościół stał na wzgórzu,
obok przechodziliśmy, głowy do góry zadzieraliśmy. Wioski nasze słynęły z
gościnności. W naszym krajobrazie nie brakowało małych rzek i cieków wodnych,
które łączyły się ze sobą. Mieszkaliśmy w domu dwurodzinnym, krytym słomą. W
jednej połowie – po prawej stronie – mieszkał dziadek z synem i jego rodziną. W
drugiej części, po lewej, mieszkaliśmy my. U nas znajdował się duży pokój z
piecem, w którym nie tylko gotowaliśmy, ale na którym również spaliśmy i
odpoczywaliśmy. Dziadek był leśniczym, a Tato gajowym. Dziadek miał przydomową
pasiekę, liczącą ponad 40 uli. Dom otaczał duży, piękny ogród oraz sad pełen
drzew owocowych – śliwek i kilku odmian jabłoni. Cały teren był ogrodzony
siatką. W piwnicy tradycyjnie ustawialiśmy beczułki wypełnione miodem.
Pamiętam, że jedna taka dotarła z nami do dalekiego Archangielska, później do
Ukrainy i dojechała aż do Dębogóry. Zawsze miała jakieś zastosowanie. Hodowaliśmy
owce na wełnę. Pamiętam, jak owce gonili: my, dzieci, skakaliśmy na słupki, bo
się ich baliśmy. Strzyżenie odbywało się we własnym zakresie, dorośli używali
specjalistycznych nożyczek. Worki wypełnione runem rodzice odwozili na wozie do
Telechan albo Pińska, gdzie znajdowały się skupy.
Moja babcia Prakseda – imię rzadkie i
wyjątkowe – była mamą mojej mamy. Mieszkała w wiosce Gutka[6], przez którą przepływała
rzeka. Aby dotrzeć do jej domu, musieliśmy pokonać około pięciu kilometrów. Do
dziś widzę, jak serdecznie witała nas, gdy przekraczaliśmy próg domu. Głośno
się śmiała. Czuję do dzisiaj zapach ugotowanej kaszy gryczanej z boczkiem.
Wcześnie rano był tam zwyczaj, że kaszę zalewało się posoloną wodą i wstawiało
do pieca, a po kilku godzinach pyszne jedzenie było gotowe. Zapach unosił się
po całym domu.
Fot.2. Pamiątkowa fotografia ślubna wykonana przed domem w
Marwicach. Przełom lat 40. i 50. XX wieku. Na wozie przystrojonym na tę okazję
zasiadła Młoda Para wraz z gośćmi. Osoby rozpoznane przez Panią Marię: Hela Kowerczyk – bliska przyjaciółka pani Marii. Maria Jackowska – (pani Maria we własnej osobie). Irka Kuratnik. Wiesiek Marzec. Krystyna Wolska. Autor nieznany,
zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.
Do
domów, w tym do naszego, wchodziło się oficjalnie od głównej drogi. Natomiast
na teren z tyłu, gdzie mieściły się zabudowania gospodarcze, ogród czy sad,
prowadziła druga droga wewnętrzna, polna. Ta wewnętrzna droga była przeznaczona
dla mieszkańców domów stojących przy głównej drodze.
Szczególnie
zapamiętałam nasz wiejski sklep, prowadzony przez jednego z mieszkańców; do
dziś czuję tę dziecięcą radość z każdych zakupów i widzę wysoki drewniany próg
oraz ciężkie drzwi, za którymi, na wprost wejścia, stała szeroka lada z
wyłożonymi świecami, zapałkami, guzikami czy kolorowymi karmelkami, a w
powietrzu unosił się intensywny, korzenny zapach cynamonu.
Gdy
wspominam swoje dzieciństwo, różne zdarzenia z tej odległej przeszłości
przypominają mi się mimowolnie. Nieraz zastanawiam się, dlaczego zapamiętałam
akurat te drobne, mało znaczące chwile.
Na
przykład pamiętam, jak jadę z Tatą na wozie do Telechan, przez mały las.
Kładłam się wówczas na plecach i patrzyłam do góry, jak migały drzewa.
Dojeżdżaliśmy
do Telechan – miasteczka wielkości dzisiejszej Widuchowej. Była tam poczta,
lekarz oraz sklepy; kolonialny, tekstylny, żelazny. Właśnie w Telechanach
mieszkała ciocia, która prowadziła gospodarstwo na obrzeżach miasteczka.
Telechany przed wojną, pomimo że posiadały status miasta, to zachowały swój
wiejski charakter. Dużo mieszkańców w miasteczku hodowało bydło, a widok krów
wypasanych na pobliskich łąkach, czy wyprowadzanie ich przez piaszczyste drogi
było czymś normalnym.
W
każdym domu znajdowało się krosno do tkania ręcznego. Mama wstawała już o
piątej rano, aby prząść. Potrzebna była przędza, którą nawijało się na cewki i
puszczało raz w jedną, raz w drugą stronę. Gdy słyszałam, że mama wstała, ja
również wstawałam. Mama wytwarzała na krośnie cieniutkie płótno – każda pani w
naszej wiosce miała takie krosno. Domy nie były zamykane. Na stołach często
leżał chleb i stało mleko. W tamtym czasie dużo chodziło żebraków. Pukali,
prosili o jałmużnę, dziękowali i szli dalej. Jako dziecko pamiętam, że byli oni
ubrani bardzo biednie, w zniszczone spodnie i bluzy.
Wywózka.
Pomyślę, płakać mi się chce.
Deportacja
rozpoczęła się w lutym, dokładnie to dziesiątego 1940 roku, około piątej rano.
Ludzie przeżywali szok. Funkcjonariusze lub tajniacy NKWD z karabinami przyszli
pod nasz dom. Posiadali listy rodzin przeznaczonych do wysyłki na Sybir. Na
listach znajdowali się właściciele domów i ich rodziny, posiadacze większych
gospodarstw, leśnicy oraz urzędnicy (co dotyczyło mojego Taty i Dziadka). Mama
siedziała już o tej porze przed krosnem i przędła. Ktoś silnie zastukał do
drzwi, a po chwili uderzenia się nasiliły. Mama otworzyła drzwi. Okazało się,
że dwóch uzbrojonych w karabiny żołnierzy stało po obu stronach wejścia,
właściwie w progu. Mama wspominała, że sprawiało to wrażenie, jakby chcieli
uniemożliwić wejście lub wyjście.
Nastąpiły
głośne rozkazy po rosyjsku, wydane tonem polecenia. Przekaz był jasny:
"Nikomu nie wolno wchodzić, wychodzić też nie wolno. Zaprzęgajcie konie do
wozu." Rodzice w ogóle nie wiedzieli, co się dzieje i dokąd jadą. Mimo to
żołnierze powiedzieli: "Weźcie, co chcecie, co potrzebujecie." Rodzicom
pozwolono napełnić pięć worków kaszą jaglaną, kaszą gryczaną i mąką. Te worki
mogli bez sprzeciwu ułożyć na wozie. Tata zapytał również, czy może zabrać
krowy. Podobny chaos panował w całej wiosce. W pośpiechu budzono dzieci, które
często nie były ubrane, lecz owijano je kocami i pierzynami. Inni ludzie robili
podobnie. Mało tego – NKWD miało również swoje wozy, stojące gotowe do
zapakowania najbardziej potrzebnego dobytku.
W
dzień poprzedzający wywózkę, brat taty Stanisław pojechał do Pińska do młyna,
tam nocował. Opowiadał później, że gdy wrócił, przyszedł do domu. Drzwi
wejściowe nie były zamknięte, zastał taki stan, jaki pozostawiliśmy. Wspominał
– Przyjechałem, wchodzę, krowy ryczą, świnie kwiczą! Nasypał zboża do koryt,
zabrał zwierzęta.
Mamy
rodzina mieszkała w małej sąsiedniej wiosce, skromnie żyli, nikogo z nich nie
wywieźli. Inny los spotkał rodzinę taty, dziadek był leśniczym. Dziadek
nieświadomy przyznał się, że ma trzech synów. Sołdaci nagle pytali: "Gdzie
synowie? Jeden przez drugiego pytał" Wszyscy trzej synowie, w tym mój
Tata, znaleźli się na listach i wyjechali na zesłanie ze swoimi rodzinami.
Najmłodszy z synów miał skończone dwa lata, żyje do dzisiaj, mieszka w Wolinie.
Rodziny
na wozach dojechały do stacji kolei wąskotorowej w Telechanach. Na torach
czekało kilka wagonów do przewozu zwierząt, a stację patrolowali uzbrojeni
żołnierze. Wszystko, co zabraliśmy, zostało niemal w całości skonfiskowane:
My przywieźliśmy pięć worków. Okazało się, że cztery należało ułożyć w
wyznaczonym miejscu tuż przed wejściem na stację, a tylko jeden mogliśmy zabrać
z sobą. Dwie krowy, na które Tata otrzymał pozwolenie, musieliśmy również
pozostawić. W ten sposób inne rodziny, które przywoziły większe ilości
pożywienia czy produktów, musiały je tutaj zostawiać. Bolesna, niespodziewana konfiskata
dotyczyła wszystkich. Czekali na nas uzbrojeni żołnierze w czapkach
zakończonych szpicami, karabiny ich były zakończone bagnetami. Podobno
przygnębiająco to wyglądało.
Przetransportowano
nas nas do Iwacewicz. Tutaj wagony przyłączono do długiego składu, który
odjechał w głąb Rosji.
Fot. 4. Portret Szczepana Jackowskiego Opisuje: Pani Maria Jackowska. Na zdjęciu uwieczniony jest Szczepan
Jackowski, mąż Pani Marii. Klasyczna fotografia portretowa,
wykonana w latach młodości Pana Szczepana. Wyraźnie widać rysy twarzy oraz
elegancki ubiór – jasną koszulę z wyłożonym kołnierzem na ciemną marynarkę, co
było modne w tamtym okresie. Autor
nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.
Droga
do Archangielska
W
wagonach znajdowały się drewniane prycze z desek wzdłuż ścianek. W tym samym
wagonie jechał brat Taty, Paweł, z rodziną. Na środku stał żeliwny piecyk,
który dymił tak, że "nie szło nieraz oddychać." Przez miesiąc pociąg
jechał do Archangielska. Przez małe okienko obserwowaliśmy, jak szybko znikały
widoki wsi i miast. Na jednej ze stacji, gdzie uzupełniano wodę i węgiel zaginęli
chłopcy, bawili się w pobliżu torów, odeszli od wagonów, zaginęli. Rodzice
uprosili, konwojenci NKWD przez pewien czas godzili się, postój pociągu
wydłużył się, co podsycało nadzieje i napięcie wśród zesłańców. Pociąg jednak odjechał.
Pociąg
odjechał, ale chłopcy nie zostali sami na stacji. Ktoś musiał ich zauważyć –
pracownik kolei albo jakiś mieszkaniec. Zostali zabrani pod opiekę, pewnie do
lokalnego NKWD albo milicji na stacji kolejowej. Wiadomości wysyłano
telegrafem. Kiedy nasz pociąg zatrzymał się w kolejnym mieście, wiadomość
dotarła. Było napisane, że zaginieni z naszego pociągu się znaleźli. Jaki było
los zagubionych i odnalezionych chłopców, nie wiem.
W
podłodze wagonu znajdował się tylko otwór do załatwiania potrzeb
fizjologicznych. Gdy dzieci biegały po wagonie, zawsze istniała obawa, że
któreś z nich wpadnie w ten otwór wycięty w podłodze. Zawsze się tego obawiano
i to pamiętam, że nawet w czasie tych zabaw istniało to niebezpieczeństwo. Ten
pociąg jechał zimą, dzień i noc. Co pewien czas ktoś umierał w jednym z
wagonów; były różne przyczyny śmierci, ludzie chorowali. Dzieci, jak to dzieci,
nie rozumiały tego, że właściwie jesteśmy tutaj uwięzieni. Póki zdrowie
dopisywało, bawiły się i żyły w swoim świecie.
W
marcu 1940 roku pociąg zatrzymał się. Dojechaliśmy do Archangielska. Opuściliśmy
wagony i przetransportowano nas już w kierunku tego potężnego lasu – wielki
las, puszcza. Nie pamiętam już w jakich okolicznościach, ale wieziono nas
jakimiś wozami.
Miejsce zsyłki nazywało się Zaozer'e[7]
Dojechaliśmy
do wykarczowanego obszaru, gdzie stały baraki. Lokalizacja i Kontrola: Od
stacji w Archangielsku do miejsca zesłania dzieliła nas odległość między 50 a
80 km. Chociaż była brama, nikt nie stał przy niej, nikt nie pilnował. Wydaje
mi się, że na początku zapisywali jakieś dane, pytali o nazwiska, ile osób w
rodzinie. Na miejscu stało kilka baraków, pięć albo sześć. Zostaliśmy
ulokowani najpierw w trzecim baraku, a później w piątym, zbudowanym najpóźniej.
Jako jedyny, ten piąty barak miał piętro. Warunki Życia były trudne.
Przed
wojną u nas była taka moda, że dla każdej córki szykowało się posag. Rodzice
latami zbierali do wielkich kufrów wszystko, co było wartościowe: białe płótna,
pościele, haftowane obrusy. To miało być dla młodej dziewczyny na start, żeby
miała swój majątek, jak pójdzie na swoje. Nikt wtedy nie myślał, że te kufry
zamiast na wesele, pojadą z nami w nieznane. Później przyszła wojna i wywózki.
Nasze rodziny pakowały w te kufry to, co uznały za najważniejsze, żeby tylko
przeżyć. I tak te skrzynie trafiły z nami na zesłanie. Nie ma co się oszukiwać,
tam na Syberii głód był okropny. Brakowało jedzenia tak, że aż strach
wspominać. Moja mama była taką dzielną kobietą. Pamiętam, że niedaleko naszych
baraków była taka wioska, gdzie żyli miejscowi. I nasi ludzie brali z tych
kufrów to, co jeszcze mieli – jakieś chusty, materiały, pościele. Nieśli to do
tej wioski i zamieniali na jedzenie. Bardzo cenne były wtedy zwykłe igły do
szycia. Jak ktoś miał w kufrze zapas igieł, to mógł taką jedną igłę zamienić na
kilka jajek. Bo bez igły nic się nie dało zrobić, nie było, jak ubrań połatać,
a o nową było tam niemożliwie trudno. Nawet kolorowe guziki czy tasiemki miały
swoją cenę. Oddawało się te wszystkie pamiątki bez żalu, bo na Syberii uroda
się nie liczyła – liczyło się tylko to, żeby dzieci nie płakały z głodu. Mój
tato też kiedyś spróbował tak pomóc. Wybrał z kufra nasze ostatnie dobre rzeczy
– takie porządne, długie skarpety do kolan. Poszedł do wioski, żeby je zamienić
na coś do zjedzenia. I zamienił, ale te czasy były tak straszne, że dostał za
nie dosłownie kilka ziemniaków. Tyle co nic. Pamiętam, jak wracał do nas z tą
marną zapłatą, kilkanaście ziemniaków… to było tak mało, że jak szedł, to prawie nie
było widać, że niesie cokolwiek w rękach.
Baraki były długie, miały
cztery drzwi wejściowe i długi, nieogrzewany korytarz, gdzie zimą było bardzo
zimno. Miejsca dla rodzin oddzielone były ściankami. Myślę, że z 10 rodzin
przebywało w jednym baraku. Otrzymaliśmy jedno pomieszczenie dla naszej
rodziny. W każdym pokoju był piecyk z kominem, który ogrzewał pomieszczenie.
Wchodziło się do niego z korytarza. Czym się kierowali przy wyborze miejsca dla
rodzin, tego nie wiem.
Fot. 5. Kuzynki z rodziny Pałubiaków Opisuje: Pani Maria Jackowska. Osoby na zdjęciu: Danuta Pałubiak – kuzynka Szczepana Jackowskiego (męża Pani Marii). Jest to córka Michaliny
Jackowskiej, która była siostrą babci Pana Szczepana. Kuzynka cioci Danusi – druga dziewczynka widoczna na zdjęciu, również należąca do rodziny Pałubiaków. W tle widać zarysy drzew i płotu, zdjęcie
wykonano w ogrodzie lub na podwórku gospodarstwa. Autor nieznany, zdjęcie z
prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.
Mężczyźni musieli tam pracować ponad
siły. Wkoło rosły wielkie lasy sosnowe, same sosny wszędzie. Mój dziadek i tato
też tam ciężko pracowali. Chodzili do tego lasu codziennie, brali ze sobą siekiery
i piły. To była straszna robota – rżnęli to drzewo i układali w równe metry.
Każdy dorosły tak pracował, dzień w dzień, w mrozie i trudzie. Rodzice bardzo
się bali o moich braci, Władka i Stefana. Oni byli tacy drobni, szczupli, tacy
słabiutcy jeszcze... Rodzice wiedzieli, że tej ciężkiej roboty w lesie by nie przeżyli,
że by tam po prostu padli. Dlatego w papierach celowo ich odmłodzili, podali
inne lata urodzenia, żeby tylko ich do tego lasu nie pognali. Tak ich próbowali
chronić przed tą katorgą.
Pamiętam,
że W baraku przebywało małżeństwo Kuczyńskich z Telechan
Już w
czasie naszego tutaj pobytu część jednego z baraków została pozbawiona ścianek
i odpowiednio zaadaptowana na stołówkę. Stołówka, wydawane były tutaj ciepłe,
liche bardzo zupy. Gdy brakowało kobiet do pracy, zatrudnili moją ciocię.
Właśnie
w stołówce pracował, pan Kuczyński, dobry znajomy taty z czasów, gdy jeszcze
nikt z nich nie był w stanie przewidzieć zsyłki. To był mądry człowiek, podobno
pięcioma językami władał, a tam, na wygnaniu, wydawał talony na zupę i chleb.
Pamiętam, jak kiedyś przez przypadek byłam w stołówce, gdy robotnicy wracali z
lasu. Pan Kuczyński spojrzał na mnie i tak cicho, żeby nikt nie zauważył,
kiwnął głową. Wypisał mi potajemnie talon na zupę. Dzięki jemu dostałam tę
dodatkową rację jedzenia. Cieszyłam się, ale wtedy spotkało mnie nieszczęście.
To było krótkie lato, do stołówki szło się po trzech schodkach. Miałam w ręku
gliniany dzbanek, napełniłam go wrzącą herbatą i chciałam wyjść. Zapomniałam o
tych schodach... Potknęłam się i wrzątek chlusnął mi prosto na buzię. Do
dzisiaj mam ślad na prawej skroni po tamtym oparzeniu. Pani Kuczyńska, która
mieszkała w pokoiku nad wejściem, usłyszała mój krzyk. Wybiegła, pomogła mi
usiąść i zaczęła ratować moją twarz. Potem zaprowadziła mnie do doktora Bułatowa
– był to felczer, a może lekarz, ale przede wszystkim był dobrym człowiekiem.
Kiedy doniesiono mu, że my, dzieci, tracimy wzrok – bo dopadła nas kurza
ślepota z niedożywienia – przychodził do nas co rano. Każdemu z nas, jak
leżeliśmy, podawał po łyżce tranu. Dzięki niemu znów zaczęliśmy widzieć. A
jedzenie? To była sama bieda. Zupy gotowano z samych zielonych liści, tylko
woda, sól i te liście. Widziałam na własne oczy, jak brat mojego taty, stryj
Paweł, przyniósł taką zupę w metalowej misce. Pił ją powoli, a ja patrzyłam,
jak od tej wody pęcznieje mu brzuch. Odstawił miskę, wyszedł na ten straszny
mróz i nagle upadł w śnieg. Nie żył. Prawdopodobnie dostał skrętu kiszek od tej
głodowej zupy. Później jego żona zmarła, po prostu z głodu. Ich dzieci przeżyły
i po wojnie przyjechały na Zachód. Zima była najgorsza. Kto nie pracował, nie
dostawał jeść. My, dzieci, zostawaliśmy sami w baraku. Nas było pięcioro, a na
cały dzień przypadał nam jeden mały chlebek. Siedzieliśmy przy oknie, które
było tak zamarznięte, że lód był gruby na palec. Chuchaliśmy w jedną stronę,
żeby ten lód trochę puścił, i przez taką małą szczelinkę patrzyliśmy na świat.
Pamiętam, jak mój brat Stefan kazał nam czekać i gdzieś pobiegł. Nie było go długo,
a my czekaliśmy przy tej wydmuchanej dziurce w lodzie. Nagle wraca – pod pachą
niósł cały bochen chleba! To było jak cud. Państwo Kuczyńscy przeżyli tę
katorgę. On po wojnie był sprytny, jakoś udało mu się wyjechać do Anglii. Potem
przysłał zaproszenie żonie. Żyli tam długo, pisali do nas listy aż do śmierci.
Dzieci nie mieli, umarli tam samotnie, na obcej ziemi, ale ja ich dobroć do
dzisiaj noszę w sercu.
Fot. 6. Motocyklowa wyprawa do Szczecina Opisuje: Pani Maria Jackowska. Miejsce: Prawdopodobnie Szczecin. W
tle widać monumentalną architekturę, która pasuje do wielkomiejskiej zabudowy tego miasta. Osoby na zdjęciu: Aleksander Kot – brat Pani Marii Jackowskiej, siedzący za kierownicą motocykla. Jacek Kowerczyk – siedzący w koszu (przyczepce bocznej) motocykla. Aleks Bachur – stojący za motocyklem. Motocykl z charakterystycznym, opływowym koszem to
techniczna ciekawostka z tamtej epoki. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego
archiwum Marii Jackowskiej.
Teatr
kukiełkowy
Ogłosili,
że będzie teatr kukiełkowy. Dzieci się cieszyły. Radość. Pobiegliśmy do
wyznaczonego baraku, w jego części znajdowała się stołówka. Pod sufitem
zaprezentowany został spektakl. Kukiełki wyskakiwały, tańczyły. Spektakl się
zakończył, opuściliśmy barak, a tu ciemność. Po śladach szliśmy drogą do
baraku, gdy nagle w tym samym czasie przejeżdżały obok nas, drogą, zaprzęgi
reniferów. Rogi ogromne, rozłożyste. Zatrzymaliśmy się, skuleni w sobie czekaliśmy,
aby przejechały. Nie było możliwości się wycofać. Zaprzęgi jechały i jechały.
Szczęśliwie dotarliśmy do baraku. Renifery wzbudziły w nas dużą ciekawość.
Pytałam się, dowiadywałam, poszukiwałam wiedzy o tych pięknych zwierzętach.
Czego się dowiedziałam, do dzisiaj pamiętam! Poroża samicy i samca wskazują
jakie miejsce w hierarchii zwierzę zachowuje, opowiadano w jaki sposób
zwierzęta walczą pomiędzy sobą o pozycję, czym się odżywiają.
Krótką
porą lata syberyjskiego sytuacja nieco nam się poprawiała. W pobliżu, na
wyciągnięcie ręki, rósł potężny las, a w nim mnóstwo jagód i borówek. Las
zaczynał się zaraz za naszym barakiem. Mama, chcąc wykorzystać ten czas,
wstawała wcześnie rano i udawała się na bosaka do lasu. Niestety, zaziębiła się
na płuca. Tata, zaniepokojony jej stanem, natychmiast pobiegł do pobliskiej
wioski po lekarza. Przybył lekarz – wysoki, gruby mężczyzna o nazwisku Bułatow.
Zdecydował, że mama musi zostać przetransportowana do szpitala w Archangielsku.
Zapamiętałam moment, gdy mama – skrajnie wycieńczona, próbowała obmyć zimną
wodą twarz i pachy. Przyglądał się temu lekarz, który przyszedł do naszego
baraku. Sprzeciwił się natychmiast. Głośno odradził mamie mycie się w takich
warunkach, ponieważ na zewnątrz panował ziąb. Tata zorganizował transport:
furmankę z koniem oraz łódź, aby bezpiecznie przewieźć chorą na drugą stronę.
Mama leżała na oddziale szpitalnym kilka tygodni. Tata odwiedzał ją
regularnie. Przynosił chleb, kroił go na miejscu. Mama jednak chleba nie jadła
– chowała go pod poduszkę. Pielęgniarka, zauważywszy, że mama chowa chleb pod
poduszkę zamiast go jeść, wpadła na pewien pomysł. Zaczęła odkładać ten chleb
oraz inne trwałe resztki skromnych szpitalnych posiłków. Gdy tata przychodził
na oddział, wręczała mu przygotowaną paczkę, zawsze podkreślając: - Zanieś to
swoim dzieciom!
Mama
zmarła w szpitalu. Została pochowana gdzieś w pobliżu, na terenie przy
szpitalu. Pamiętam pewną ciekawostkę. W tym samym czasie na oddziale leżał inny
mężczyzna, również z naszego baraku, Pan Kacperek. Jego potomkowie zamieszkali
po wojnie również w Marwicach. Moja mama i Pan Kacperek – zmarli mniej więcej w
tym samym czasie, zostali pochowani na tym samym terenie koło szpitala.
Skończyłam siedem lat, gdy mama umarła.
Rzeka
Dwina
Rzeka
Dwina[8], to była główna rzeka,
wielka, większa jak nasza Odra. Przepływałam wielokrotnie, zawsze pod opieką
dorosłych, na łodziach rzeką Dwiną, aby przedostać się do brzegów wysp. Na
rzece blisko siebie, wyłaniały się kolejne wyspy w samym korycie rzeki. Aby
przepłynąć na drugi brzeg, również dopływało się do ostrowa, czyli wyspy
zarośniętej drzewami i wysokimi krzakami. Tam rósł potężny szczaw, grzyby. Ludzie
często tam pracowali, cięli i składali drzewa w metry. Raz, gdy zbierałam
szczaw z bratem Aleksem na wyspie, znaleźliśmy ptasie gniazda. W pewnym
momencie brat się oddalił. Musiałam go szukać, a jednocześnie coraz bardziej
oddalałam się od ludzi przy łodzi. Biegłam i płakałam, a szukanie brata i
powrót do łodzi trwało długo. Mężczyzna, który sprawował przewóz łodzią, nieoficjalny
wiejski przewoźnik, nazywał się Korwin. Trafił tam jeszcze przed wojną, ale nie
wiem, w jakich okolicznościach. Nie mieszkał w barakach, ale w pobliskiej
wiosce. Najprawdopodobniej miał rodzinę. Pamiętam, że gdy płynął, głośno
podkreślał, że jest Polakiem i mówił: „Ja bym też chciał do Polski wrócić”.
Korwin wybierał odpowiednią porę do przepłynięcia rzeki, najczęściej wtedy, gdy
był słaby wiatr albo było zupełnie bezwietrznie. Na zesłaniu miałam bliską
przyjaciółkę, Gienię. Po wojnie zamieszkała ona w Gryfinie, ale niestety zmarła
na suchoty. Moja mama i jej rodzina pochodziły z tej samej małej wioski na
Polesiu. W jednym baraku zamieszkałyśmy po przeciwnych stronach, przez co
spędzałyśmy razem dużo czasu. Gienia przyjęła pracę u kobiety z pobliskiej
wioski Sieniszcze, pomagając jej w opiece nad dzieckiem. Pieszo droga do wioski
wynosiła około czterech kilometrów. W tej sytuacji Gienia nocowała u kobiety.
Mniej czasu z sobą spędzałyśmy, co nie zmieniło naszych relacji.
Rzeka
Dwina była ważna dla życia. Zimą w barakach pojawiał się problem z wodą,
ponieważ nie było studni. Wówczas udawano się do rzeki – najczęściej mężczyźni,
ale to bywało różnie – i siekierami wykuwano w zamarzniętej tafli przerębel.
Wodę uzyskiwano później, rozpuszczając ten lód w garnkach na żeliwnych
piecykach. Latem ruch na rzece odbywał się na wodzie, ale zimą, gdy warstwa
lodu stawała się wystarczająco gruba i bezpieczna, rzeka zamieniała się w szlak
komunikacyjny. Wówczas miejscowi przemieszczali się po jej zamarzniętej tafli.
W tym
okresie, kiedy Gienia zaczęła swoją pracę, zaczęto werbować nas, dzieci z
naszej osady, do nauki w pobliskiej szkole. Pamiętam tamte czasy nauki. Była
to duża, murowana, ładna szkoła. Do niej pokonywaliśmy codziennie pieszo około
kilometra drogi. Gdy człowiek stanął na niewielkim wzniesieniu, widział z
oddali budynek szkoły. Lekcje rozpoczynały się codziennie o godzinie ósmej
rano. Klasy liczyły po ponad dwadzieścia osób, pomieszczenia były duże, a w
każdej klasie wisiała drewniana tablica. Pamiętam uroczystość choinki, na
którą nas zaproszono i otrzymaliśmy drobne prezenty. Zaskoczyła mnie ta choinka
– była pięknie udekorowana specyficznymi ozdobami: jabłkami z plastiku. Nikt z
nas wcześniej nie widział tego typu dekoracji i byliśmy przekonani, że to są
prawdziwe jabłka. Był z nami nawet starszy pan, dziadek, który urwał jedno
takie jabłko i wziął je ze sobą, przekonany, że jest prawdziwe. Ujął go jego
kolor – z jednej strony było różowe, a z drugiej czerwone. Uroczystość zaczęła
się od pojawienia się mężczyzny przebranego za Dziadka Mroza, który przypominał
nam, dzieciom z Polski, naszych rodzimych Mikołajów. Dzieci ustawiono z boku
choinki, wzięliśmy się za ręce i śpiewaliśmy wyuczone rosyjskie piosenki.
Poza
tą uroczystością choinkową dobrze wspominam również codzienne lekcje. Odbywały
się one w języku rosyjskim. Uczono nas liczyć i kazano nam się uczyć na pamięć
rosyjskich piosenek i ich zwrotek – do dzisiaj je pamiętam. Czułam się jednak
zawsze trochę niezręcznie z powodu moich dwóch warkoczy. Miejscowi chłopcy
zaczepiali mnie w ten sposób, że co jakiś czas któryś do mnie podbiegał i chwytał
za warkocz, delikatnie pociągając. Nie wiedziałam, co robić ani jak się bronić.
Nie było to złośliwe zaczepianie, ale tak, jakbym wzbudzała ich ciekawość. Może
im się to podobało – nie wiem.
Latem
uruchomiono przedszkole. Ogrodzono plac przed stołówką białymi sztachetami,
które z daleka były widoczne. Moja ciocia zatrudniona na stołówce gotowała zupy
dla dzieci. Przez pierwszy rok zupy, nawet zdarzało się, że były smażone
naleśniki. Przez jakiś czas przychodził lekarz, podawał tran. Dziećmi
opiekowała się miejscowa Rosjanka, przychodziły do pomocy niepracujące matki
dzieci. Przedszkole działało mniej więcej do czasu, aż Niemcy uderzyły na
sowieckie państwo. Później z każdym tygodniem było gorzej. Koniec zsyłki i
dramatyczny wyjazd Co jakiś czas rzeką Dwiną przepływał statek
pasażersko-towarowy, który cumował w pobliżu naszej wioski. Odbywał się na nim
lokalny transport towarów oraz ludzi żyjących blisko rzeki.
Fot. 7. Opisuje Pani Maria Jackowska. Osoby na zdjęciu (od prawej): Szczepan Jackowski – mąż pani Marii Jackowskiej. Na zdjęciu stoi po prawej stronie, ubrany w ciemną marynarkę i jasną koszulę z charakterystycznym kołnierzem wyłożonym na zewnątrz. Jędruś Kubaczyński – stoi w środku. Edek Kolanek – stoi po lewej stronie. Charakterystyczne
szerokie klapy marynarek oraz fason koszul z dużymi kołnierzykami wyłożonymi na
marynarkę (tzw. styl "słowacki") były bardzo popularne w Polsce
właśnie w latach 50. Mężczyźni mają włosy zaczesane do góry i na bok z wyraźnym przedziałkiem, co było modne w tamtym czasie.
Wiosna 1942
Niespodziewanie, do baraku dotarła
wiadomość, która wywołała zaskoczenie, radość i niedowierzanie: mogliśmy
opuścić baraki. Nasza zsyłka stawała się końcem. Nie byliśmy już jeńcami ani
więźniami i mogliśmy osiąść w dowolnym miejscu na terenie Związku Radzieckiego.
Podobno dużo zesłańców z miejsc zesłania wyruszali na południe, umożliwiano
podróż nawet w kierunku Persji. Nas dalszy los skierował na Ukrainę.
Ogłoszono, że statek będzie cumował, stąd odpłynie do Archangielska. Od
wczesnego ranka rozpoczęło się wielkie zamieszanie. Każdy zabierał to, co uznał
za wartościowe czy potrzebne do życia, i zanosił to do transportowania na
statek. To zamieszanie trwało przez kilka porannych godzin. Sytuacja
skomplikowała się, gdy statek zamierzał już odpłynąć. Wówczas okazało się, że
nie ma mojej przyjaciółki, Gieni. Jej mama głośno krzyczała i prosiła kapitana
jednostki, by wstrzymał się z wypłynięciem. Trap został ponownie zawieszony.
Kilka osób, w tym ja, zeszliśmy na trawiaste nabrzeże i pobiegliśmy w kierunku
baraków, które były już całkowicie opuszczone. Na placu przed nimi leżały
rozrzucone uszkodzone drewniane skrzynki, porzucone w pośpiechu. Wbiegliśmy do
środka. Pomieszczenia były opuszczone, jednak żeliwne piecyki jeszcze nie
wystygły. Okazało się, że przy jednym z takich ciepłych pieców żeliwnych Gienia
spała na krześle z oparciem. Wszystko dobrze się skończyło. Wróciliśmy na
statek.
Podróż i stabilizacja
Z Syberii, po opuszczeniu Archangielska,
czekała nas długa droga lądem, aż do miasta Sumy na Ukrainie. Po dotarciu na
Ukrainę trafiliśmy do pracy w kołchozie.
z Archangielska i tej mroźnej północy
pamiętam bardzo dużo, ale Ukraina... ona zawsze będzie mi się kojarzyć z lepszym
i lżejszym życiem. Po tym strasznym głodzie i mrozie na Syberii, kiedy po
amnestii w 41. roku pozwolili nam jechać na południe, to było jak przejście do
innego świata. Tam klimat był dla człowieka łaskawszy, a jedzenie – choć
skromne – dawało siłę, by rano wstać z łóżka. W porównaniu z tym wiecznym
zimnem na północy, na Ukrainie żyliśmy niemal w dostatku, bo był ciepły posiłek
i dach nad głową. Jednak na początku było ciężki. Zanim rodzice podjęli pracę i
poczuliśmy się trochę pewniej, brała mnie babcia za rękę i szłyśmy razem przez
wieś. Pukałyśmy od domu do domu, do miejscowych ludzi. Szłyśmy „po prośbie”
prosząc o jedzenie. Władze kołchozu dokwaterowały nas do takiej jednej
kobiety. Pamiętam ją dobrze – Polka, bardzo serdeczna i rozmowna. Mieszkała
sama w dwóch pokojach. Nigdy nie wspominała o mężu, chyba była wdową, ale
przyjechała tam z jedynym synem. Los jej nie oszczędził – jak tylko Niemcy
uderzyli na Związek Radziecki, zabrali jej tego chłopaka do wojska, do Armii
Czerwonej. Została zupełnie sama, tak jak i my byliśmy rzuceni na pastwę losu.
Ale ona nas przyjęła jak swoich. W kołchozie pracy było co niemiara. Byliśmy
tam potrzebni, bo po przejściu frontu brakowało rąk, a sowiecka gospodarka potrzebowała
ludzi. Moi bliscy i inni dorośli chwytali się wszystkiego, choć to była ciężka,
fizyczna harówka za marne grosze. Uprawiało się tam pszenicę, kukurydzę,
wielkie pola słoneczników i tytoń. Pamiętam ten kurz na klepisku, kiedy młóciło
się ziarno, i to zmęczenie przy wiązaniu snopków czy ustawianiu ich w mendle.
Kobiety od rana do nocy biegały do obory doić krowy albo przy obrządku trzody,
a mężczyźni, jak który był fachura – stolarz czy mechanik – to od rana
naprawiali te ich prymitywne maszyny. Tutaj nie było lasów, więc o drewnie
trzeba było zapomnieć. W kuchenkach, żeby ugotować posiłek, paliliśmy tym, co
wyrosło na polu: suchymi, twardymi łodygami słoneczników, albo tym, co
zostawało z kukurydzy po wyłuskaniu ziarna, twarde trzonki, na które mówiło się
tutaj kaczany. To był nasz jedyny opał, który musiał starczyć, by w domu było
ciepło i aby ugotować gorący posiłek. Wszystko kręciło się wokół magazynu. Tam
się szło jak po skarb. Za te nasze ciężkie dniówki dawali pajdy chleba –
takiego gliniastego, ale jakże on smakował! W miejscowym sklepie – magazynie, można
było dostać kaszę, sól, trochę nafty, żeby wieczorem poświecić, a jak rzucili
towary, to brało się watowane kufajki, płótno na onuce czy walonki, żeby było
co na nogi włożyć. Ale najbardziej w sercu zapadło mi to, co stało się przed
samym powrotem. Najpierw odnalazł się syn kobiety, u której zajmowaliśmy pokój.
Syn zaczął pisać listy! Okazało się, że żyje, że nie jest już u Sowietów, ale w
polskim wojsku. Jaka to była radość! A potem nasz odjazd... Pamiętam taką
młodą parę – ona miejscowa, on przyjezdny traktorzysta. Tak się kochali, a ja,
dzieciak jeszcze wtedy, tak chętnie z nimi spędzałam czas. Kiedy przyszło nam
wsiadać do transportu, oni stali i śpiewali dla nas te swoje ukraińskie
piosenki, takie tęskne i pamiątkowe. Do dziś słyszę ich głosy. To była ich
modlitwa na drogę dla nas, do tej Polski, o której tak marzyliśmy przez te
wszystkie lata.
Fot. 8. Praca na podwórku u Ogrenicza. Opisuje Pani Maria Jackowska. Podwórko u Ogrenicza w Marwicach. To samo
miejsce, które widzieliśmy na zdjęciu nr 1, ale ujęte z innej perspektywy, na brukowanym
podjeździe. Osoby na zdjęciu: Władysław Kot – brat babci Pani Marii, stojący przy kole ciągnika. Heniek (nazwisko nieutrwalone w pamięci) – siedzący za kierownicą ciągnika. Brukowana nawierzchnia ("kocie łby") była
charakterystycznym elementem bogatszych podwórek w tamtym regionie. Autor
nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.
Wysadzili nas w Krzywinie
Tak jak wcześniej wspomniałam, w
porównaniu z Syberią, żyliśmy w dostatku. Pamiętam wielką uroczystość związaną
z zakończeniem wojny w tym kołchozie. Cieszyliśmy się wszyscy. Pomimo tego
momentu radości, tak naprawdę do Polski wróciliśmy dopiero później –
wyjechaliśmy w 1946 roku. Droga do Polski trwała miesiąc. Jak wspomniałam,
przyjechaliśmy pod koniec lutego, dokładnie 26 lutego 1946 roku. Wysadzili nas
w Krzywinie. Opuszczaliśmy wagony, wynosiliśmy nasz dobytek na mały peron
stacji. Ponieważ był to już 1946 rok i kilka miesięcy upłynęło od końca wojny,
życie na tych terenach toczyło się dalej. Część rodzin została ulokowana i
otrzymała dach nad głową w domach, które już zajęli Polacy w Krzywinie. Jednak
nas umieszczono w dużej sali blisko stacji. Tutaj nas rozlokowano, czekaliśmy
na to, co będzie dalej. W międzyczasie w każdej z wiosek, które znajdowały się
w pobliżu Krzywina, znajdowało się domy niezamieszkałe, wiele domów
niezamieszkałych. Sołtysi z tych wiosek (lub wyznaczone przez nich osoby)
musieli te domy zabezpieczyć dla nas, dla rodzin, które miały przyjechać
właśnie tutaj jako repatrianci z Syberii. Gdy czekaliśmy na tej dużej sali,
zaczęli przyjeżdżać sołtysi. Mieli do pomocy gospodarzy i wozy. Furmanki
przyjeżdżały na stację i zabierały rodziny. Było to jakoś tak zorganizowane, że
dla rodzin czekających na stacji – czy to na świetlicy, czy gościnnie w domach
polskich rodzin w Krzywinie – ostatni etap polegał na tym, że nasz skromny
dobytek był układany na tych wozach sołtysa i jego pomocników. Odjeżdżaliśmy i
byliśmy odwożeni do tych domów, które na nas czekały, domów opuszczonych przez
Niemców. Ostatecznie my dojechaliśmy do Dębogóry, tutaj zamieszkaliśmy.
Trafiliśmy, nie oszukujmy się, do domu, który nie był najlepszy. Domy, które w
1946 roku wciąż pozostawały niezamieszkałe, to były te gorsze. Biedne, ubogie
domy z gliny, czy z cegły, ale skromne, gdzie budynki gospodarcze, szopy, były
liche, te jeszcze pozostawały niezamieszkałe. Domy porządne, wiadomo, że były
zajęte, były najczęściej i najwcześniej. Tak szczerze powiem, to z tych
pierwszych okresów, kiedy tutaj zamieszkaliśmy nad Odrą, pamiętam mało.
Natomiast więcej pamiętam z okresu, kiedy podjęłam pierwszą pracę. Kierownik
kołchozu skierował mnie do pracy na stołówce, czyli w kuchni. Miałam wówczas
skończone piętnaście lat i dwa dni, to był poniedziałek. Pomyślałam, że nie ma
się co sprzeciwiać. Było mi lepiej pracować na stołówce niż na polu. Tutaj
poznałam swojego męża, Szczepana Jackowskiego. Jego rodzina przyjechała ze
Wschodu i osiedliła się w pobliskich Brwicach. Szczepan urodził się w 1927
roku. Ślub nasz miał miejsce w 1952 roku. Urodziło nam się troje dzieci:
Danusia, Janina i syn Grzegorz.
Fot. 9. Wizyta w Szczecinie Opisuje: Pani Maria Jackowska. Szczecin.
Osoby na zdjęciu: Zenek Kuratnik. Józef Wolski. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii
Jackowskiej.
W
latach 90. pojechałam odwiedzić rodzinne strony. Dojechałam do rodziny od
głównej drogi, niespokojna kuzynka, siostry córka, poszła na przystanek
autobusowy na skróty. Autobus przyjechał, nas nie ma, kuzynka zaniepokojona tą
samą drogą wróciła do domu. W czasie, gdy kuzynki, nie było, przed sąsiedni dom
wyszła sąsiadka, przywitała się z nami i zaprosiła. Ona wyglądała jak Hanka
Bielicka, jakby ktoś skórę zdjął, taka sama mowa i zachowanie. Wchodzimy do
środka, stół zastawiony. Pomyślałam, skąd ona wiedziała, że do niej zajdziemy? …
Wysłuchał i opracował: Andrzej Krywalewicz na podstawie relacji Marii Jackowskiej, wysłuchanej w styczniu i czerwcu 2025 r.
Fot. 10. Znalezisko z przeszłości domu. Opisuje Pani Maria Jackowska.
Fotografia została odnaleziona w
klatce dla królików na terenie gospodarstwa. Należy ona do poprzednich mieszkańców domu – Niemców, którzy opuścili te tereny po wojnie. Na ocalałym
zdjęciu widać dwóch chłopców bawiących się na podwórku. Jeden z nich stoi i trzyma
królika. W tle widać fragment
solidnego, kamiennego muru lub budynku gospodarczego. Za chłopcami dostrzec
można drewniane konstrukcje klatek. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego
archiwum Marii Jackowskiej.
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.
[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Rzeczki_(obw%C3%B3d_brzeski)
(dostęp: 23.12.2025 r.)
[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojew%C3%B3dztwo_poleskie
(dostęp: 22.03.2025 r.)
[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Telechany
(dostęp: 22.03.2025 r.)
[4]https://pl.wikipedia.org/wiki/Parafia_Podwy%C5%BCszenia_Krzy%C5%BCa_%C5%9Awi%C4%99tego_w_Telechanach
(dostęp: 22.03.2025 r.)
[5] https://pl.wikipedia.org/wiki/Pi%C5%84sk
(dostęp: 13.07.2025 r.)
[6] https://pl.wikipedia.org/wiki/Hutka_(Bia%C5%82oru%C5%9B)
(dostęp: 23.12.2025 r.)
[7]
https://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%97%D0%B0%D0%BE%D0%B7%D0%B5%D1%80%D1%8C%D0%B5_(%D0%9F%D1%80%D0%B8%D0%BC%D0%BE%D1%80%D1%81%D0%BA%D0%B8%D0%B9_%D1%80%D0%B0%D0%B9%D0%BE%D0%BD)
(dostęp: 13.12.2025 r.)
[8] https://pl.wikipedia.org/wiki/Dwina
(dostęp: 23.12.2025 r.)











