Beczułka miodu i zapach cynamonu. Poleska opowieść Marii Jackowskiej z Marwic

 



Nazywam się Maria Jackowska, z domu Kot. Mieszkam nad Odrą w wiosce Marwice. Urodziłam się 11.12. 1934 roku na Polesiu, dokładniej w wiosce Rzeczki[1], w województwie poleskim[2]. W pobliżu miasto Telechany[3], oddalone od wioski o około 16 kilometrów. Rodzice; Tato Szymon, mama Luba z domu Szabatko. Moje rodzeństwo to Władek, Stefan, Aleksander, Katarzyna i Halina. Właśnie siostra Kasia przed wojną zachorowała na czarną ospę. Jej ciało było mocno naznaczone, pokryte czarnymi krostami. Była bardzo osłabiona. Tato się nią opiekował, nosił ją na rękach. Była już spora, chyba skończyła osiem lat. Wtedy też, na rękach Tatusia, dokończyła swoje życie – umarła.

                                                                      

Fot.1. Pamiątka z Marwic – Rok 1949 Miejsce: Podwórko u gospodarza Ogrenicza. Na zdjęciu: Wyjątkowe spotkanie przy ciągniku symbolu nowej epoki na powojennej wsi. Osoby (od prawej): Na pierwszym planie: Maria Jackowska. W drugim rzędzie: Jacek Kowerczyk, Helena Kowerczyk, Heniek Cebulka oraz Alex Kot. Fotografia ta jest świadectwem czasów odbudowy i nowych czasów mieszkańców Marwic. Ciągnik na podwórku u Ogrenicza był w 1949 roku wydarzeniem, które gromadziło sąsiadów i znajomych, zostając na lata w pamięci uczestników tamtych dni.  Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej

Wioska skupiała się wokół szerokiej, polnej drogi (szutrowej). Przy niej stały domy mieszkalne, a naprzeciwko znajdowały się ogrodzone żerdziami zabudowania gospodarcze. W większości mieszkali tu Polacy, choć w pobliżu istniała również kolonia niemiecka. Kilka rodzin żydowskich tutaj żyło, jedna z nich prowadziła między innymi miejscowy sklep. Pamiętam ten sklep bardzo dobrze: miał wysoki próg, szeroką ladę i unosił się w nim intensywny zapach przypraw, w tym cynamonu. W naszej wsi znajdowała się też mała, jednoklasowa szkoła, zbudowana gdzieś w latach 20. Nasz dom stał w samym środku wioski. ​W Raczkach znajdowała się jedna główna ulica. To właśnie przy niej były zbudowane zabudowania. Przy tej głównej ulicy znajdowała się kaplica, natomiast większy kościół znajdował się w Telechanach[4]. Przypominam sobie, że w Rzeczkach przed wojną powstała Sala Królestwa Świadków Jehowy. W naszej wiosce i sąsiednich, a także w mieście Telechany, domy i inne budynki były zbudowane z drzewa. Często posiadały różne takie dodatkowe, wycinane w drewnie i malowane, elementy dekoracyjne.  W Pińsku[5] kościół stał na wzgórzu, obok przechodziliśmy, głowy do góry zadzieraliśmy. ​Wioski nasze słynęły z gościnności. W naszym krajobrazie nie brakowało małych rzek i cieków wodnych, które łączyły się ze sobą. ​Mieszkaliśmy w domu dwurodzinnym, krytym słomą. W jednej połowie – po prawej stronie – mieszkał dziadek z synem i jego rodziną. W drugiej części, po lewej, mieszkaliśmy my. U nas znajdował się duży pokój z piecem, w którym nie tylko gotowaliśmy, ale na którym również spaliśmy i odpoczywaliśmy. Dziadek był leśniczym, a Tato gajowym. ​Dziadek miał przydomową pasiekę, liczącą ponad 40 uli. Dom otaczał duży, piękny ogród oraz sad pełen drzew owocowych – śliwek i kilku odmian jabłoni. Cały teren był ogrodzony siatką. ​W piwnicy tradycyjnie ustawialiśmy beczułki wypełnione miodem. Pamiętam, że jedna taka dotarła z nami do dalekiego Archangielska, później do Ukrainy i dojechała aż do Dębogóry. Zawsze miała jakieś zastosowanie. Hodowaliśmy owce na wełnę. Pamiętam, jak owce gonili: my, dzieci, skakaliśmy na słupki, bo się ich baliśmy. Strzyżenie odbywało się we własnym zakresie, dorośli używali specjalistycznych nożyczek. Worki wypełnione runem rodzice odwozili na wozie do Telechan albo Pińska, gdzie znajdowały się skupy.

 Moja babcia Prakseda – imię rzadkie i wyjątkowe – była mamą mojej mamy. Mieszkała w wiosce Gutka[6], przez którą przepływała rzeka. Aby dotrzeć do jej domu, musieliśmy pokonać około pięciu kilometrów. Do dziś widzę, jak serdecznie witała nas, gdy przekraczaliśmy próg domu. Głośno się śmiała. Czuję do dzisiaj zapach ugotowanej kaszy gryczanej z boczkiem. Wcześnie rano był tam zwyczaj, że kaszę zalewało się posoloną wodą i wstawiało do pieca, a po kilku godzinach pyszne jedzenie było gotowe. Zapach unosił się po całym domu.

Fot.2. Pamiątkowa fotografia ślubna wykonana przed domem w Marwicach. Przełom lat 40. i 50. XX wieku. Na wozie przystrojonym na tę okazję zasiadła Młoda Para wraz z gośćmi. Osoby rozpoznane przez Panią Marię: Hela Kowerczyk bliska przyjaciółka pani Marii. Maria Jackowska (pani Maria we własnej osobie). Irka Kuratnik. Wiesiek Marzec. Krystyna Wolska. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.



​Do domów, w tym do naszego, wchodziło się oficjalnie od głównej drogi. Natomiast na teren z tyłu, gdzie mieściły się zabudowania gospodarcze, ogród czy sad, prowadziła druga droga wewnętrzna, polna. Ta wewnętrzna droga była przeznaczona dla mieszkańców domów stojących przy głównej drodze.

Szczególnie zapamiętałam nasz wiejski sklep, prowadzony przez jednego z mieszkańców; do dziś czuję tę dziecięcą radość z każdych zakupów i widzę wysoki drewniany próg oraz ciężkie drzwi, za którymi, na wprost wejścia, stała szeroka lada z wyłożonymi świecami, zapałkami, guzikami czy kolorowymi karmelkami, a w powietrzu unosił się intensywny, korzenny zapach cynamonu.

​Gdy wspominam swoje dzieciństwo, różne zdarzenia z tej odległej przeszłości przypominają mi się mimowolnie. Nieraz zastanawiam się, dlaczego zapamiętałam akurat te drobne, mało znaczące chwile.

​Na przykład pamiętam, jak jadę z Tatą na wozie do Telechan, przez mały las. Kładłam się wówczas na plecach i patrzyłam do góry, jak migały drzewa.

​Dojeżdżaliśmy do Telechan – miasteczka wielkości dzisiejszej Widuchowej. Była tam poczta, lekarz oraz sklepy; kolonialny, tekstylny, żelazny. Właśnie w Telechanach mieszkała ciocia, która prowadziła gospodarstwo na obrzeżach miasteczka. Telechany przed wojną, pomimo że posiadały status miasta, to zachowały swój wiejski charakter. Dużo mieszkańców w miasteczku hodowało bydło, a widok krów wypasanych na pobliskich łąkach, czy wyprowadzanie ich przez piaszczyste drogi było czymś normalnym.  

 Fot. 3. Pamiątka ze służby wojskowej Opisuje: Pani Maria Jackowska. Na zdjęciu (od lewej): Aleksander Kot brat Pani Marii Jackowskiej. Eugeniusz Gierasimczyk pochodzący z Ognicy. Szczegóły: Obaj mężczyźni są uwiecznieni w mundurach wyjściowych, ubrani w charakterystyczne dla tamtego okresu długie płaszcze wojskowe i furażerki. Zdjęcie to jest cennym zapisem młodości brata Pani Marii oraz jego kolegi, dokumentującym czas ich obowiązkowej służby dla kraju. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.


 

W każdym domu znajdowało się krosno do tkania ręcznego. Mama wstawała już o piątej rano, aby prząść. Potrzebna była przędza, którą nawijało się na cewki i puszczało raz w jedną, raz w drugą stronę. Gdy słyszałam, że mama wstała, ja również wstawałam. Mama wytwarzała na krośnie cieniutkie płótno – każda pani w naszej wiosce miała takie krosno. ​Domy nie były zamykane. Na stołach często leżał chleb i stało mleko. W tamtym czasie dużo chodziło żebraków. Pukali, prosili o jałmużnę, dziękowali i szli dalej. Jako dziecko pamiętam, że byli oni ubrani bardzo biednie, w zniszczone spodnie i bluzy.

 

Wywózka. Pomyślę, płakać mi się chce.

Deportacja rozpoczęła się w lutym, dokładnie to dziesiątego 1940 roku, około piątej rano. Ludzie przeżywali szok. Funkcjonariusze lub tajniacy NKWD z karabinami przyszli pod nasz dom. Posiadali listy rodzin przeznaczonych do wysyłki na Sybir. Na listach znajdowali się właściciele domów i ich rodziny, posiadacze większych gospodarstw, leśnicy oraz urzędnicy (co dotyczyło mojego Taty i Dziadka). ​Mama siedziała już o tej porze przed krosnem i przędła. Ktoś silnie zastukał do drzwi, a po chwili uderzenia się nasiliły. Mama otworzyła drzwi. Okazało się, że dwóch uzbrojonych w karabiny żołnierzy stało po obu stronach wejścia, właściwie w progu. Mama wspominała, że sprawiało to wrażenie, jakby chcieli uniemożliwić wejście lub wyjście.

Nastąpiły głośne rozkazy po rosyjsku, wydane tonem polecenia. Przekaz był jasny: "Nikomu nie wolno wchodzić, wychodzić też nie wolno. Zaprzęgajcie konie do wozu." ​Rodzice w ogóle nie wiedzieli, co się dzieje i dokąd jadą. Mimo to żołnierze powiedzieli: "Weźcie, co chcecie, co potrzebujecie." Rodzicom pozwolono napełnić pięć worków kaszą jaglaną, kaszą gryczaną i mąką. Te worki mogli bez sprzeciwu ułożyć na wozie. Tata zapytał również, czy może zabrać krowy. ​Podobny chaos panował w całej wiosce. W pośpiechu budzono dzieci, które często nie były ubrane, lecz owijano je kocami i pierzynami. Inni ludzie robili podobnie. Mało tego – NKWD miało również swoje wozy, stojące gotowe do zapakowania najbardziej potrzebnego dobytku.

W dzień poprzedzający wywózkę, brat taty Stanisław pojechał do Pińska do młyna, tam nocował. Opowiadał później, że gdy wrócił, przyszedł do domu. Drzwi wejściowe nie były zamknięte, zastał taki stan, jaki pozostawiliśmy. Wspominał – Przyjechałem, wchodzę, krowy ryczą, świnie kwiczą! Nasypał zboża do koryt, zabrał zwierzęta.

 

 

Mamy rodzina mieszkała w małej sąsiedniej wiosce, skromnie żyli, nikogo z nich nie wywieźli. Inny los spotkał rodzinę taty, dziadek był leśniczym. Dziadek nieświadomy przyznał się, że ma trzech synów. Sołdaci nagle pytali: "Gdzie synowie? Jeden przez drugiego pytał" Wszyscy trzej synowie, w tym mój Tata, znaleźli się na listach i wyjechali na zesłanie ze swoimi rodzinami. Najmłodszy z synów miał skończone dwa lata, żyje do dzisiaj, mieszka w Wolinie.

Rodziny na wozach dojechały do stacji kolei wąskotorowej w Telechanach. Na torach czekało kilka wagonów do przewozu zwierząt, a stację patrolowali uzbrojeni żołnierze. ​Wszystko, co zabraliśmy, zostało niemal w całości skonfiskowane: ​My przywieźliśmy pięć worków. Okazało się, że cztery należało ułożyć w wyznaczonym miejscu tuż przed wejściem na stację, a tylko jeden mogliśmy zabrać z sobą. ​Dwie krowy, na które Tata otrzymał pozwolenie, musieliśmy również pozostawić. ​W ten sposób inne rodziny, które przywoziły większe ilości pożywienia czy produktów, musiały je tutaj zostawiać. Bolesna, niespodziewana konfiskata dotyczyła wszystkich. Czekali na nas uzbrojeni żołnierze w czapkach zakończonych szpicami, karabiny ich były zakończone bagnetami. Podobno przygnębiająco to wyglądało.

Przetransportowano nas nas do Iwacewicz. Tutaj wagony przyłączono do długiego składu, który odjechał w głąb Rosji.

Fot. 4. Portret Szczepana Jackowskiego Opisuje: Pani Maria Jackowska. Na zdjęciu uwieczniony jest Szczepan Jackowski, mąż Pani Marii. Klasyczna fotografia portretowa, wykonana w latach młodości Pana Szczepana. Wyraźnie widać rysy twarzy oraz elegancki ubiór – jasną koszulę z wyłożonym kołnierzem na ciemną marynarkę, co było modne w tamtym okresie.  Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.


 

Droga do Archangielska

​W wagonach znajdowały się drewniane prycze z desek wzdłuż ścianek. W tym samym wagonie jechał brat Taty, Paweł, z rodziną. Na środku stał żeliwny piecyk, który dymił tak, że "nie szło nieraz oddychać." ​Przez miesiąc pociąg jechał do Archangielska. Przez małe okienko obserwowaliśmy, jak szybko znikały widoki wsi i miast. ​ Na jednej ze stacji, gdzie uzupełniano wodę i węgiel zaginęli chłopcy, bawili się w pobliżu torów, odeszli od wagonów, zaginęli. Rodzice uprosili, konwojenci NKWD przez pewien czas godzili się, postój pociągu wydłużył się, co podsycało nadzieje i napięcie wśród zesłańców. Pociąg jednak odjechał.

Pociąg odjechał, ale chłopcy nie zostali sami na stacji. Ktoś musiał ich zauważyć – pracownik kolei albo jakiś mieszkaniec. Zostali zabrani pod opiekę, pewnie do lokalnego NKWD albo milicji na stacji kolejowej. ​Wiadomości wysyłano telegrafem. Kiedy nasz pociąg zatrzymał się w kolejnym mieście, wiadomość dotarła. Było napisane, że zaginieni z naszego pociągu się znaleźli. ​Jaki było los zagubionych i odnalezionych chłopców, nie wiem.

W podłodze wagonu znajdował się tylko otwór do załatwiania potrzeb fizjologicznych. ​Gdy dzieci biegały po wagonie, zawsze istniała obawa, że któreś z nich wpadnie w ten otwór wycięty w podłodze. Zawsze się tego obawiano i to pamiętam, że nawet w czasie tych zabaw istniało to niebezpieczeństwo. ​Ten pociąg jechał zimą, dzień i noc. Co pewien czas ktoś umierał w jednym z wagonów; były różne przyczyny śmierci, ludzie chorowali. Dzieci, jak to dzieci, nie rozumiały tego, że właściwie jesteśmy tutaj uwięzieni. Póki zdrowie dopisywało, bawiły się i żyły w swoim świecie.

W marcu 1940 roku pociąg zatrzymał się. Dojechaliśmy do Archangielska. ​Opuściliśmy wagony i przetransportowano nas już w kierunku tego potężnego lasu – wielki las, puszcza. Nie pamiętam już w jakich okolicznościach, ale wieziono nas jakimiś wozami.

 

 

      Miejsce zsyłki nazywało się Zaozer'e[7]

 

Dojechaliśmy do wykarczowanego obszaru, gdzie stały baraki. ​Lokalizacja i Kontrola: ​Od stacji w Archangielsku do miejsca zesłania dzieliła nas odległość między 50 a 80 km. ​Chociaż była brama, nikt nie stał przy niej, nikt nie pilnował. Wydaje mi się, że na początku zapisywali jakieś dane, pytali o nazwiska, ile osób w rodzinie. ​Na miejscu stało kilka baraków, pięć albo sześć. Zostaliśmy ulokowani najpierw w trzecim baraku, a później w piątym, zbudowanym najpóźniej. Jako jedyny, ten piąty barak miał piętro. Warunki Życia były trudne.

Przed wojną u nas była taka moda, że dla każdej córki szykowało się posag. Rodzice latami zbierali do wielkich kufrów wszystko, co było wartościowe: białe płótna, pościele, haftowane obrusy. To miało być dla młodej dziewczyny na start, żeby miała swój majątek, jak pójdzie na swoje. Nikt wtedy nie myślał, że te kufry zamiast na wesele, pojadą z nami w nieznane. ​Później przyszła wojna i wywózki. Nasze rodziny pakowały w te kufry to, co uznały za najważniejsze, żeby tylko przeżyć. I tak te skrzynie trafiły z nami na zesłanie. Nie ma co się oszukiwać, tam na Syberii głód był okropny. Brakowało jedzenia tak, że aż strach wspominać. Moja mama była taką dzielną kobietą. Pamiętam, że niedaleko naszych baraków była taka wioska, gdzie żyli miejscowi. I nasi ludzie brali z tych kufrów to, co jeszcze mieli – jakieś chusty, materiały, pościele. Nieśli to do tej wioski i zamieniali na jedzenie. Bardzo cenne były wtedy zwykłe igły do szycia. Jak ktoś miał w kufrze zapas igieł, to mógł taką jedną igłę zamienić na kilka jajek. Bo bez igły nic się nie dało zrobić, nie było, jak ubrań połatać, a o nową było tam niemożliwie trudno. Nawet kolorowe guziki czy tasiemki miały swoją cenę. Oddawało się te wszystkie pamiątki bez żalu, bo na Syberii uroda się nie liczyła – liczyło się tylko to, żeby dzieci nie płakały z głodu. ​Mój tato też kiedyś spróbował tak pomóc. Wybrał z kufra nasze ostatnie dobre rzeczy – takie porządne, długie skarpety do kolan. Poszedł do wioski, żeby je zamienić na coś do zjedzenia. I zamienił, ale te czasy były tak straszne, że dostał za nie dosłownie kilka ziemniaków. Tyle co nic. Pamiętam, jak wracał do nas z tą marną zapłatą, kilkanaście ziemniaków…  to było tak mało, że jak szedł, to prawie nie było widać, że niesie cokolwiek w rękach.

Baraki były długie, miały cztery drzwi wejściowe i długi, nieogrzewany korytarz, gdzie zimą było bardzo zimno. Miejsca dla rodzin oddzielone były ściankami. Myślę, że z 10 rodzin przebywało w jednym baraku. Otrzymaliśmy jedno pomieszczenie dla naszej rodziny. W każdym pokoju był piecyk z kominem, który ogrzewał pomieszczenie. Wchodziło się do niego z korytarza. Czym się kierowali przy wyborze miejsca dla rodzin, tego nie wiem.

 

Fot. 5. Kuzynki z rodziny Pałubiaków Opisuje: Pani Maria Jackowska. Osoby na zdjęciu: Danuta Pałubiak kuzynka Szczepana Jackowskiego (męża Pani Marii). Jest to córka Michaliny Jackowskiej, która była siostrą babci Pana Szczepana. Kuzynka cioci Danusi druga dziewczynka widoczna na zdjęciu, również należąca do rodziny Pałubiaków. W tle widać zarysy drzew i płotu, zdjęcie wykonano w ogrodzie lub na podwórku gospodarstwa. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.


Mężczyźni musieli tam pracować ponad siły. Wkoło rosły wielkie lasy sosnowe, same sosny wszędzie. Mój dziadek i tato też tam ciężko pracowali. Chodzili do tego lasu codziennie, brali ze sobą siekiery i piły. To była straszna robota – rżnęli to drzewo i układali w równe metry. Każdy dorosły tak pracował, dzień w dzień, w mrozie i trudzie. Rodzice bardzo się bali o moich braci, Władka i Stefana. Oni byli tacy drobni, szczupli, tacy słabiutcy jeszcze... Rodzice wiedzieli, że tej ciężkiej roboty w lesie by nie przeżyli, że by tam po prostu padli. Dlatego w papierach celowo ich odmłodzili, podali inne lata urodzenia, żeby tylko ich do tego lasu nie pognali. Tak ich próbowali chronić przed tą katorgą.

 

 

Pamiętam, że W baraku przebywało małżeństwo Kuczyńskich z Telechan       

Już w czasie naszego tutaj pobytu część jednego z baraków została pozbawiona ścianek i odpowiednio zaadaptowana na stołówkę. Stołówka, wydawane były tutaj ciepłe, liche bardzo zupy. Gdy brakowało kobiet do pracy, zatrudnili moją ciocię.

Właśnie w stołówce pracował, pan Kuczyński, dobry znajomy taty z czasów, gdy jeszcze nikt z nich nie był w stanie przewidzieć zsyłki. To był mądry człowiek, podobno pięcioma językami władał, a tam, na wygnaniu, wydawał talony na zupę i chleb. ​Pamiętam, jak kiedyś przez przypadek byłam w stołówce, gdy robotnicy wracali z lasu. Pan Kuczyński spojrzał na mnie i tak cicho, żeby nikt nie zauważył, kiwnął głową. Wypisał mi potajemnie talon na zupę. Dzięki jemu dostałam tę dodatkową rację jedzenia. Cieszyłam się, ale wtedy spotkało mnie nieszczęście. To było krótkie lato, do stołówki szło się po trzech schodkach. Miałam w ręku gliniany dzbanek, napełniłam go wrzącą herbatą i chciałam wyjść. Zapomniałam o tych schodach... Potknęłam się i wrzątek chlusnął mi prosto na buzię. Do dzisiaj mam ślad na prawej skroni po tamtym oparzeniu. ​Pani Kuczyńska, która mieszkała w pokoiku nad wejściem, usłyszała mój krzyk. Wybiegła, pomogła mi usiąść i zaczęła ratować moją twarz. Potem zaprowadziła mnie do doktora Bułatowa – był to felczer, a może lekarz, ale przede wszystkim był dobrym człowiekiem. Kiedy doniesiono mu, że my, dzieci, tracimy wzrok – bo dopadła nas kurza ślepota z niedożywienia – przychodził do nas co rano. Każdemu z nas, jak leżeliśmy, podawał po łyżce tranu. Dzięki niemu znów zaczęliśmy widzieć. ​A jedzenie? To była sama bieda. Zupy gotowano z samych zielonych liści, tylko woda, sól i te liście. Widziałam na własne oczy, jak brat mojego taty, stryj Paweł, przyniósł taką zupę w metalowej misce. Pił ją powoli, a ja patrzyłam, jak od tej wody pęcznieje mu brzuch. Odstawił miskę, wyszedł na ten straszny mróz i nagle upadł w śnieg. Nie żył. Prawdopodobnie dostał skrętu kiszek od tej głodowej zupy. Później jego żona zmarła, po prostu z głodu. Ich dzieci przeżyły i po wojnie przyjechały na Zachód. ​Zima była najgorsza. Kto nie pracował, nie dostawał jeść. My, dzieci, zostawaliśmy sami w baraku. Nas było pięcioro, a na cały dzień przypadał nam jeden mały chlebek. Siedzieliśmy przy oknie, które było tak zamarznięte, że lód był gruby na palec. Chuchaliśmy w jedną stronę, żeby ten lód trochę puścił, i przez taką małą szczelinkę patrzyliśmy na świat. Pamiętam, jak mój brat Stefan kazał nam czekać i gdzieś pobiegł. Nie było go długo, a my czekaliśmy przy tej wydmuchanej dziurce w lodzie. Nagle wraca – pod pachą niósł cały bochen chleba! To było jak cud. ​Państwo Kuczyńscy przeżyli tę katorgę. On po wojnie był sprytny, jakoś udało mu się wyjechać do Anglii. Potem przysłał zaproszenie żonie. Żyli tam długo, pisali do nas listy aż do śmierci. Dzieci nie mieli, umarli tam samotnie, na obcej ziemi, ale ja ich dobroć do dzisiaj noszę w sercu.

 

Fot. 6. Motocyklowa wyprawa do Szczecina Opisuje: Pani Maria Jackowska. Miejsce: Prawdopodobnie Szczecin. W tle widać monumentalną architekturę, która pasuje do wielkomiejskiej zabudowy tego miasta. Osoby na zdjęciu: Aleksander Kot brat Pani Marii Jackowskiej, siedzący za kierownicą motocykla. Jacek Kowerczyk siedzący w koszu (przyczepce bocznej) motocykla. Aleks Bachur stojący za motocyklem. Motocykl z charakterystycznym, opływowym koszem to techniczna ciekawostka z tamtej epoki. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.


 

Teatr kukiełkowy

Ogłosili, że będzie teatr kukiełkowy. Dzieci się cieszyły. Radość. Pobiegliśmy do wyznaczonego baraku, w jego części znajdowała się stołówka. Pod sufitem zaprezentowany został spektakl. Kukiełki wyskakiwały, tańczyły. Spektakl się zakończył, opuściliśmy barak, a tu ciemność. Po śladach szliśmy drogą do baraku, gdy nagle w tym samym czasie przejeżdżały obok nas, drogą, zaprzęgi reniferów. Rogi ogromne, rozłożyste. Zatrzymaliśmy się, skuleni w sobie czekaliśmy, aby przejechały. Nie było możliwości się wycofać. Zaprzęgi jechały i jechały. Szczęśliwie dotarliśmy do baraku. Renifery wzbudziły w nas dużą ciekawość. Pytałam się, dowiadywałam, poszukiwałam wiedzy o tych pięknych zwierzętach. Czego się dowiedziałam, do dzisiaj pamiętam! Poroża samicy i samca wskazują jakie miejsce w hierarchii zwierzę zachowuje, opowiadano w jaki sposób zwierzęta walczą pomiędzy sobą o pozycję, czym się odżywiają.

Krótką porą lata syberyjskiego sytuacja nieco nam się poprawiała. W pobliżu, na wyciągnięcie ręki, rósł potężny las, a w nim mnóstwo jagód i borówek. Las zaczynał się zaraz za naszym barakiem. Mama, chcąc wykorzystać ten czas, wstawała wcześnie rano i udawała się na bosaka do lasu. Niestety, zaziębiła się na płuca. ​Tata, zaniepokojony jej stanem, natychmiast pobiegł do pobliskiej wioski po lekarza. Przybył lekarz – wysoki, gruby mężczyzna o nazwisku Bułatow. Zdecydował, że mama musi zostać przetransportowana do szpitala w Archangielsku. Zapamiętałam moment, gdy mama – skrajnie wycieńczona, próbowała obmyć zimną wodą twarz i pachy. Przyglądał się temu lekarz, który przyszedł do naszego baraku. Sprzeciwił się natychmiast. Głośno odradził mamie mycie się w takich warunkach, ponieważ na zewnątrz panował ziąb. ​Tata zorganizował transport: furmankę z koniem oraz łódź, aby bezpiecznie przewieźć chorą na drugą stronę. ​Mama leżała na oddziale szpitalnym kilka tygodni. Tata odwiedzał ją regularnie. Przynosił chleb, kroił go na miejscu. Mama jednak chleba nie jadła – chowała go pod poduszkę. Pielęgniarka, zauważywszy, że mama chowa chleb pod poduszkę zamiast go jeść, wpadła na pewien pomysł. Zaczęła odkładać ten chleb oraz inne trwałe resztki skromnych szpitalnych posiłków. Gdy tata przychodził na oddział, wręczała mu przygotowaną paczkę, zawsze podkreślając: - Zanieś to swoim dzieciom!

Mama zmarła w szpitalu. Została pochowana gdzieś w pobliżu, na terenie przy szpitalu. ​Pamiętam pewną ciekawostkę. W tym samym czasie na oddziale leżał inny mężczyzna, również z naszego baraku, Pan Kacperek. Jego potomkowie zamieszkali po wojnie również w Marwicach. Moja mama i Pan Kacperek – zmarli mniej więcej w tym samym czasie, zostali pochowani na tym samym terenie koło szpitala. Skończyłam siedem lat, gdy mama umarła.

 

 

Rzeka Dwina

Rzeka Dwina[8], to była główna rzeka, wielka, większa jak nasza Odra. Przepływałam wielokrotnie, zawsze pod opieką dorosłych, na łodziach rzeką Dwiną, aby przedostać się do brzegów wysp. Na rzece blisko siebie, wyłaniały się kolejne wyspy w samym korycie rzeki. Aby przepłynąć na drugi brzeg, również dopływało się do ostrowa, czyli wyspy zarośniętej drzewami i wysokimi krzakami. Tam rósł potężny szczaw, grzyby. Ludzie często tam pracowali, cięli i składali drzewa w metry. Raz, gdy zbierałam szczaw z bratem Aleksem na wyspie, znaleźliśmy ptasie gniazda. W pewnym momencie brat się oddalił. Musiałam go szukać, a jednocześnie coraz bardziej oddalałam się od ludzi przy łodzi. Biegłam i płakałam, a szukanie brata i powrót do łodzi trwało długo. ​​Mężczyzna, który sprawował przewóz łodzią, nieoficjalny wiejski przewoźnik, nazywał się Korwin. Trafił tam jeszcze przed wojną, ale nie wiem, w jakich okolicznościach. Nie mieszkał w barakach, ale w pobliskiej wiosce. Najprawdopodobniej miał rodzinę. ​Pamiętam, że gdy płynął, głośno podkreślał, że jest Polakiem i mówił: „Ja bym też chciał do Polski wrócić”. Korwin wybierał odpowiednią porę do przepłynięcia rzeki, najczęściej wtedy, gdy był słaby wiatr albo było zupełnie bezwietrznie. ​Na zesłaniu miałam bliską przyjaciółkę, Gienię. Po wojnie zamieszkała ona w Gryfinie, ale niestety zmarła na suchoty. Moja mama i jej rodzina pochodziły z tej samej małej wioski na Polesiu. W jednym baraku zamieszkałyśmy po przeciwnych stronach, przez co spędzałyśmy razem dużo czasu. Gienia przyjęła pracę u kobiety z pobliskiej wioski Sieniszcze, pomagając jej w opiece nad dzieckiem. Pieszo droga do wioski wynosiła około czterech kilometrów. W tej sytuacji Gienia nocowała u kobiety. Mniej czasu z sobą spędzałyśmy, co nie zmieniło naszych relacji.

​Rzeka Dwina była ważna dla życia. Zimą w barakach pojawiał się problem z wodą, ponieważ nie było studni. Wówczas udawano się do rzeki – najczęściej mężczyźni, ale to bywało różnie – i siekierami wykuwano w zamarzniętej tafli przerębel. Wodę uzyskiwano później, rozpuszczając ten lód w garnkach na żeliwnych piecykach. ​Latem ruch na rzece odbywał się na wodzie, ale zimą, gdy warstwa lodu stawała się wystarczająco gruba i bezpieczna, rzeka zamieniała się w szlak komunikacyjny. Wówczas miejscowi przemieszczali się po jej zamarzniętej tafli.

W tym okresie, kiedy Gienia zaczęła swoją pracę, zaczęto werbować nas, dzieci z naszej osady, do nauki w pobliskiej szkole. ​Pamiętam tamte czasy nauki. Była to duża, murowana, ładna szkoła. Do niej pokonywaliśmy codziennie pieszo około kilometra drogi. Gdy człowiek stanął na niewielkim wzniesieniu, widział z oddali budynek szkoły. Lekcje rozpoczynały się codziennie o godzinie ósmej rano. ​Klasy liczyły po ponad dwadzieścia osób, pomieszczenia były duże, a w każdej klasie wisiała drewniana tablica. ​Pamiętam uroczystość choinki, na którą nas zaproszono i otrzymaliśmy drobne prezenty. Zaskoczyła mnie ta choinka – była pięknie udekorowana specyficznymi ozdobami: jabłkami z plastiku. Nikt z nas wcześniej nie widział tego typu dekoracji i byliśmy przekonani, że to są prawdziwe jabłka. Był z nami nawet starszy pan, dziadek, który urwał jedno takie jabłko i wziął je ze sobą, przekonany, że jest prawdziwe. Ujął go jego kolor – z jednej strony było różowe, a z drugiej czerwone. ​Uroczystość zaczęła się od pojawienia się mężczyzny przebranego za Dziadka Mroza, który przypominał nam, dzieciom z Polski, naszych rodzimych Mikołajów. Dzieci ustawiono z boku choinki, wzięliśmy się za ręce i śpiewaliśmy wyuczone rosyjskie piosenki. ​

​Poza tą uroczystością choinkową dobrze wspominam również codzienne lekcje. Odbywały się one w języku rosyjskim. Uczono nas liczyć i kazano nam się uczyć na pamięć rosyjskich piosenek i ich zwrotek – do dzisiaj je pamiętam. ​Czułam się jednak zawsze trochę niezręcznie z powodu moich dwóch warkoczy. Miejscowi chłopcy zaczepiali mnie w ten sposób, że co jakiś czas któryś do mnie podbiegał i chwytał za warkocz, delikatnie pociągając. Nie wiedziałam, co robić ani jak się bronić. Nie było to złośliwe zaczepianie, ale tak, jakbym wzbudzała ich ciekawość. Może im się to podobało – nie wiem.

Latem uruchomiono przedszkole. Ogrodzono plac przed stołówką białymi sztachetami, które z daleka były widoczne. Moja ciocia zatrudniona na stołówce gotowała zupy dla dzieci. Przez pierwszy rok zupy, nawet zdarzało się, że były smażone naleśniki. Przez jakiś czas przychodził lekarz, podawał tran. Dziećmi opiekowała się miejscowa Rosjanka, przychodziły do pomocy niepracujące matki dzieci. Przedszkole działało mniej więcej do czasu, aż Niemcy uderzyły na sowieckie państwo. Później z każdym tygodniem było gorzej. Koniec zsyłki i dramatyczny wyjazd ​Co jakiś czas rzeką Dwiną przepływał statek pasażersko-towarowy, który cumował w pobliżu naszej wioski. Odbywał się na nim lokalny transport towarów oraz ludzi żyjących blisko rzeki.

Fot. 7. Opisuje Pani Maria Jackowska. Osoby na zdjęciu (od prawej): Szczepan Jackowski mąż pani Marii Jackowskiej. Na zdjęciu stoi po prawej stronie, ubrany w ciemną marynarkę i jasną koszulę z charakterystycznym kołnierzem wyłożonym na zewnątrz. Jędruś Kubaczyński stoi w środku. Edek Kolanek stoi po lewej stronie. Charakterystyczne szerokie klapy marynarek oraz fason koszul z dużymi kołnierzykami wyłożonymi na marynarkę (tzw. styl "słowacki") były bardzo popularne w Polsce właśnie w latach 50. Mężczyźni mają włosy zaczesane do góry i na bok z wyraźnym przedziałkiem, co było modne w tamtym czasie. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.



 

Wiosna 1942

 

​Niespodziewanie, do baraku dotarła wiadomość, która wywołała zaskoczenie, radość i niedowierzanie: mogliśmy opuścić baraki. Nasza zsyłka stawała się końcem. Nie byliśmy już jeńcami ani więźniami i mogliśmy osiąść w dowolnym miejscu na terenie Związku Radzieckiego. Podobno dużo zesłańców z miejsc zesłania wyruszali na południe, umożliwiano podróż nawet w kierunku Persji. Nas dalszy los skierował na Ukrainę. ​Ogłoszono, że statek będzie cumował, stąd odpłynie do Archangielska. Od wczesnego ranka rozpoczęło się wielkie zamieszanie. Każdy zabierał to, co uznał za wartościowe czy potrzebne do życia, i zanosił to do transportowania na statek. To zamieszanie trwało przez kilka porannych godzin. ​Sytuacja skomplikowała się, gdy statek zamierzał już odpłynąć. Wówczas okazało się, że nie ma mojej przyjaciółki, Gieni. Jej mama głośno krzyczała i prosiła kapitana jednostki, by wstrzymał się z wypłynięciem. Trap został ponownie zawieszony. Kilka osób, w tym ja, zeszliśmy na trawiaste nabrzeże i pobiegliśmy w kierunku baraków, które były już całkowicie opuszczone. Na placu przed nimi leżały rozrzucone uszkodzone drewniane skrzynki, porzucone w pośpiechu. ​Wbiegliśmy do środka. Pomieszczenia były opuszczone, jednak żeliwne piecyki jeszcze nie wystygły. Okazało się, że przy jednym z takich ciepłych pieców żeliwnych Gienia spała na krześle z oparciem. Wszystko dobrze się skończyło. Wróciliśmy na statek. ​


 

Podróż i stabilizacja

 

 ​Z Syberii, po opuszczeniu Archangielska, czekała nas długa droga lądem, aż do miasta Sumy na Ukrainie. ​Po dotarciu na Ukrainę trafiliśmy do pracy w kołchozie.

 

z Archangielska i tej mroźnej północy pamiętam bardzo dużo, ale Ukraina... ona zawsze będzie mi się kojarzyć z lepszym i lżejszym życiem. Po tym strasznym głodzie i mrozie na Syberii, kiedy po amnestii w 41. roku pozwolili nam jechać na południe, to było jak przejście do innego świata. Tam klimat był dla człowieka łaskawszy, a jedzenie – choć skromne – dawało siłę, by rano wstać z łóżka. W porównaniu z tym wiecznym zimnem na północy, na Ukrainie żyliśmy niemal w dostatku, bo był ciepły posiłek i dach nad głową. Jednak na początku było ciężki. Zanim rodzice podjęli pracę i poczuliśmy się trochę pewniej, brała mnie babcia za rękę i szłyśmy razem przez wieś. Pukałyśmy od domu do domu, do miejscowych ludzi. Szłyśmy „po prośbie” prosząc o jedzenie. ​Władze kołchozu dokwaterowały nas do takiej jednej kobiety. Pamiętam ją dobrze – Polka, bardzo serdeczna i rozmowna. Mieszkała sama w dwóch pokojach. Nigdy nie wspominała o mężu, chyba była wdową, ale przyjechała tam z jedynym synem. Los jej nie oszczędził – jak tylko Niemcy uderzyli na Związek Radziecki, zabrali jej tego chłopaka do wojska, do Armii Czerwonej. Została zupełnie sama, tak jak i my byliśmy rzuceni na pastwę losu. Ale ona nas przyjęła jak swoich. ​W kołchozie pracy było co niemiara. Byliśmy tam potrzebni, bo po przejściu frontu brakowało rąk, a sowiecka gospodarka potrzebowała ludzi. Moi bliscy i inni dorośli chwytali się wszystkiego, choć to była ciężka, fizyczna harówka za marne grosze. Uprawiało się tam pszenicę, kukurydzę, wielkie pola słoneczników i tytoń. Pamiętam ten kurz na klepisku, kiedy młóciło się ziarno, i to zmęczenie przy wiązaniu snopków czy ustawianiu ich w mendle. Kobiety od rana do nocy biegały do obory doić krowy albo przy obrządku trzody, a mężczyźni, jak który był fachura – stolarz czy mechanik – to od rana naprawiali te ich prymitywne maszyny. Tutaj nie było lasów, więc o drewnie trzeba było zapomnieć. W kuchenkach, żeby ugotować posiłek, paliliśmy tym, co wyrosło na polu: suchymi, twardymi łodygami słoneczników, albo tym, co zostawało z kukurydzy po wyłuskaniu ziarna, twarde trzonki, na które mówiło się tutaj kaczany. To był nasz jedyny opał, który musiał starczyć, by w domu było ciepło i aby ugotować gorący posiłek. ​Wszystko kręciło się wokół magazynu. Tam się szło jak po skarb. Za te nasze ciężkie dniówki dawali pajdy chleba – takiego gliniastego, ale jakże on smakował! W miejscowym sklepie – magazynie, można było dostać kaszę, sól, trochę nafty, żeby wieczorem poświecić, a jak rzucili towary, to brało się watowane kufajki, płótno na onuce czy walonki, żeby było co na nogi włożyć. ​Ale najbardziej w sercu zapadło mi to, co stało się przed samym powrotem. Najpierw odnalazł się syn kobiety, u której zajmowaliśmy pokój. Syn zaczął pisać listy! Okazało się, że żyje, że nie jest już u Sowietów, ale w polskim wojsku. Jaka to była radość! ​A potem nasz odjazd... Pamiętam taką młodą parę – ona miejscowa, on przyjezdny traktorzysta. Tak się kochali, a ja, dzieciak jeszcze wtedy, tak chętnie z nimi spędzałam czas. Kiedy przyszło nam wsiadać do transportu, oni stali i śpiewali dla nas te swoje ukraińskie piosenki, takie tęskne i pamiątkowe. Do dziś słyszę ich głosy. To była ich modlitwa na drogę dla nas, do tej Polski, o której tak marzyliśmy przez te wszystkie lata.

Fot. 8. Praca na podwórku u Ogrenicza. Opisuje Pani Maria Jackowska. Podwórko u Ogrenicza w Marwicach. To samo miejsce, które widzieliśmy na zdjęciu nr 1, ale ujęte z innej perspektywy, na brukowanym podjeździe. Osoby na zdjęciu: Władysław Kot brat babci Pani Marii, stojący przy kole ciągnika. Heniek (nazwisko nieutrwalone w pamięci) siedzący za kierownicą ciągnika. Brukowana nawierzchnia ("kocie łby") była charakterystycznym elementem bogatszych podwórek w tamtym regionie. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.



 

Wysadzili nas w Krzywinie

 

Tak jak wcześniej wspomniałam, w porównaniu z Syberią, żyliśmy w dostatku. ​Pamiętam wielką uroczystość związaną z zakończeniem wojny w tym kołchozie. Cieszyliśmy się wszyscy. Pomimo tego momentu radości, tak naprawdę do Polski wróciliśmy dopiero później – wyjechaliśmy w 1946 roku. Droga do Polski trwała miesiąc. Jak wspomniałam, przyjechaliśmy pod koniec lutego, dokładnie 26 lutego 1946 roku. Wysadzili nas w Krzywinie. Opuszczaliśmy wagony, wynosiliśmy nasz dobytek na mały peron stacji. ​Ponieważ był to już 1946 rok i kilka miesięcy upłynęło od końca wojny, życie na tych terenach toczyło się dalej. Część rodzin została ulokowana i otrzymała dach nad głową w domach, które już zajęli Polacy w Krzywinie. Jednak nas umieszczono w dużej sali blisko stacji. Tutaj nas rozlokowano, czekaliśmy na to, co będzie dalej. ​W międzyczasie w każdej z wiosek, które znajdowały się w pobliżu Krzywina, znajdowało się domy niezamieszkałe, wiele domów niezamieszkałych. Sołtysi z tych wiosek (lub wyznaczone przez nich osoby) musieli te domy zabezpieczyć dla nas, dla rodzin, które miały przyjechać właśnie tutaj jako repatrianci z Syberii. ​Gdy czekaliśmy na tej dużej sali, zaczęli przyjeżdżać sołtysi. Mieli do pomocy gospodarzy i wozy. Furmanki przyjeżdżały na stację i zabierały rodziny. Było to jakoś tak zorganizowane, że dla rodzin czekających na stacji – czy to na świetlicy, czy gościnnie w domach polskich rodzin w Krzywinie – ostatni etap polegał na tym, że nasz skromny dobytek był układany na tych wozach sołtysa i jego pomocników. Odjeżdżaliśmy i byliśmy odwożeni do tych domów, które na nas czekały, domów opuszczonych przez Niemców. ​Ostatecznie my dojechaliśmy do Dębogóry, tutaj zamieszkaliśmy. Trafiliśmy, nie oszukujmy się, do domu, który nie był najlepszy. Domy, które w 1946 roku wciąż pozostawały niezamieszkałe, to były te gorsze. Biedne, ubogie domy z gliny, czy z cegły, ale skromne, gdzie budynki gospodarcze, szopy, były liche, te jeszcze pozostawały niezamieszkałe. Domy porządne, wiadomo, że były zajęte, były najczęściej i najwcześniej. Tak szczerze powiem, to z tych pierwszych okresów, kiedy tutaj zamieszkaliśmy nad Odrą, pamiętam mało. Natomiast więcej pamiętam z okresu, kiedy podjęłam pierwszą pracę. Kierownik kołchozu skierował mnie do pracy na stołówce, czyli w kuchni. Miałam wówczas skończone piętnaście lat i dwa dni, to był poniedziałek. Pomyślałam, że nie ma się co sprzeciwiać. Było mi lepiej pracować na stołówce niż na polu. ​Tutaj poznałam swojego męża, Szczepana Jackowskiego. Jego rodzina przyjechała ze Wschodu i osiedliła się w pobliskich Brwicach. Szczepan urodził się w 1927 roku. Ślub nasz miał miejsce w 1952 roku. Urodziło nam się troje dzieci: Danusia, Janina i syn Grzegorz.


Fot. 9. Wizyta w Szczecinie Opisuje: Pani Maria Jackowska. Szczecin. Osoby na zdjęciu: Zenek Kuratnik. Józef Wolski. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.



 

 

 Epilog

 

W latach 90. pojechałam odwiedzić rodzinne strony. Dojechałam do rodziny od głównej drogi, niespokojna kuzynka, siostry córka, poszła na przystanek autobusowy na skróty. Autobus przyjechał, nas nie ma, kuzynka zaniepokojona tą samą drogą wróciła do domu. W czasie, gdy kuzynki, nie było, przed sąsiedni dom wyszła sąsiadka, przywitała się z nami i zaprosiła. Ona wyglądała jak Hanka Bielicka, jakby ktoś skórę zdjął, taka sama mowa i zachowanie. Wchodzimy do środka, stół zastawiony. Pomyślałam, skąd ona wiedziała, że do niej zajdziemy? …


Wysłuchał i opracował: Andrzej Krywalewicz na podstawie relacji Marii Jackowskiej, wysłuchanej w styczniu i czerwcu 2025 r.



 

Fot. 10. Znalezisko z przeszłości domu. Opisuje Pani Maria Jackowska. Fotografia została odnaleziona w klatce dla królików na terenie gospodarstwa. Należy ona do poprzednich mieszkańców domu Niemców, którzy opuścili te tereny po wojnie. Na ocalałym zdjęciu widać dwóch chłopców bawiących się na podwórku. Jeden z nich stoi i trzyma królika. W tle widać fragment solidnego, kamiennego muru lub budynku gospodarczego. Za chłopcami dostrzec można drewniane konstrukcje klatek. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marii Jackowskiej.



Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Prześlij komentarz

Nowsza Starsza