Dlaczego auta z Berlina kosztują mniej (i co powinno ci to powiedzieć)



Do Schwedt jest stąd może piętnaście minut samochodem. Przejazd przez most, kawałek drogi i człowiek jest w Niemczech, gdzie na każdym portalu ogłoszeniowym czekają setki aut w cenach, które w Polsce wydają się abstrakcyjnie niskie. BMW serii 3 z 2019 roku za 18000 euro, Audi A4 za 16000, Volkswagen Passat za 12000. Te same roczniki w Polsce kosztują zwykle o 15 do 25 procent więcej, czasem jeszcze drożej. Logika podpowiada, że trzeba jechać i kupować, bo przecież Niemcy mają wyższe zarobki i bardziej restrykcyjne normy emisji, więc pozbywają się aut wcześniej i taniej. Ta logika jest częściowo prawdziwa, ale pomija kilka rzeczy, które mogą kosztować kupującego znacznie więcej niż ta początkowa oszczędność.
Rozmawiałem kiedyś z mechanikiem z Gryfina, który od lat specjalizuje się w autach sprowadzanych zza Odry. Powiedział mi, że mniej więcej co czwarte auto, które trafia do niego na przegląd przed zakupem, ma jakiś problem, którego kupujący by nie zauważył bez fachowej pomocy. Cofnięty licznik, naprawiane uszkodzenia powypadkowe, wymieniane podzespoły po awariach. Nie każde z tych aut jest złomem, niektóre po prostu wymagają inwestycji, o której sprzedawca wolał nie wspominać. Problem w tym, że kupujący płaci cenę za auto w stanie idealnym, a dostaje coś, co będzie wymagało kilku lub kilkunastu tysięcy złotych w ciągu najbliższego roku.
Polska jest jednym z największych importerów używanych samochodów z Niemiec w Europie. Według danych carVertical, 35% wszystkich importowanych do Polski aut pochodzi właśnie stamtąd, co czyni nas trzecim największym odbiorcą niemieckich pojazdów na kontynencie, zaraz po Czechach i Francji. Niemcy są zresztą absolutnym liderem europejskiego eksportu używanych aut, odpowiadając za 26.6% całego rynku. To oznacza, że każdego dnia setki samochodów przekraczają granicę w naszym kierunku, część przez Schwedt i Krajnik Dolny, część przez Słubice i Frankfurt nad Odrą, część przez Zgorzelec. I każdy z tych samochodów ma historię, która może być inna niż ta opowiedziana przez sprzedawcę.
Matas Buzelis, ekspert motoryzacyjny w carVertical, wyjaśnia dlaczego import z Niemiec jest jednocześnie tak popularny i tak ryzykowny. Ludzie myślą że auta z Niemiec są lepiej wyposażone, prawidłowo serwisowane i utrzymane w dobrym stanie technicznym, i czasami tak rzeczywiście jest, szczególnie w przypadku aut poleasingowych oddawanych do dealerów pod koniec umowy. Problem polega na tym, że ta reputacja stworzyła iluzję, w której wszystkie niemieckie auta są automatycznie lepsze niż podobne egzemplarze z innych krajów. A to nieprawda. Dane carVertical pokazują, że 22.77% samochodów w Niemczech ma w historii jakieś uszkodzenia. To mniej niż w Polsce, gdzie ten wskaźnik wynosi 62.1%, ale wciąż oznacza że mniej więcej co piąte auto z Berlina czy Hamburga miało w swoim życiu jakąś przygodę, o której nowy właściciel może się nie dowiedzieć.
Jest jeszcze kwestia cofania liczników, która na granicy nabiera zupełnie nowego wymiaru. Kiedy auto
przekracza granicę, jego historia często zostaje w kraju pochodzenia. Bazy danych nie są ze sobą połączone, systemy nie rozmawiają, a wpisy serwisowe z niemieckiego ASO nie pojawiają się automatycznie w polskich rejestrach. To stwarza idealne warunki dla nieuczciwych pośredników. Według badań Parlamentu Europejskiego, manipulacja licznikiem dotyka około 12% samochodów sprzedawanych na rynku krajowym, ale przy autach importowanych ten wskaźnik może sięgać nawet 80%. Polska traci na tym procederze około 229.9 miliona euro rocznie, a kupujący przepłacają średnio o 26.3% kupując auto z cofniętym przebiegiem.
Widziałem to na własne oczy może rok temu, kiedy znajomy z Chojny kupował Volkswagena Passata z 2017 roku. Auto miało 95000 kilometrów na liczniku, pełną historię serwisową z niemieckiego dealera i cenę o jakieś 8000 złotych niższą niż podobne egzemplarze w Polsce. Wszystko wyglądało idealnie do momentu, kiedy mechanik zauważył że zużycie pedałów i kierownicy nie pasuje do deklarowanego przebiegu. Sprawdzenie w carVertical pokazało, że auto miało przy ostatnim niemieckim przeglądzie technicznym 147000 kilometrów. Ktoś cofnął licznik o ponad 50000 kilometrów gdzieś między Berlinem a Gryfinem.

Nie chcę powiedzieć że każde auto z Niemiec jest oszustwem, bo to nieprawda. Wiele z tych samochodów to rzeczywiście dobrze utrzymane egzemplarze po spokojnych właścicielach, z pełną dokumentacją i realnym przebiegiem. Ale ta niższa cena powinna być sygnałem do zadawania pytań, a nie do natychmiastowego podpisywania umowy. Dlaczego ten konkretny Passat jest tańszy o 8000 złotych od polskich odpowiedników?
Może dlatego że sprzedawca wie coś, czego kupujący nie wie. Może dlatego że w Niemczech jest nadpodaż tego modelu i rocznika. Może dlatego że auto wymaga inwestycji, które w Niemczech byłyby nieopłacalne, ale w Polsce można je zamaskować i sprzedać naiwniejszemu klientowi.
Mieszkańcy pogranicza mają tę przewagę, że znają niemiecki rynek z bliska. Wiedzą gdzie szukać, mają kontakty, potrafią przeczytać ogłoszenie w oryginale i zadzwonić do sprzedawcy bez pośredników. Ale ta bliskość może być też pułapką, bo stwarza iluzję kontroli. Człowiek myśli że skoro sam pojedzie do Schwedt czy Eberswalde i obejrzy auto na miejscu, to wykryje każdy problem. Tyle że cofnięty licznik wygląda tak samo jak prawdziwy, a naprawiane błotniki po drobnej stłuczce wyglądają tak samo jak oryginalne jeśli lakiernik wiedział co robi.
Dlatego zawsze, niezależnie od tego czy auto kosztuje 8000 czy 80000 złotych, warto sprawdzić jego historię przed zakupem i zlecić przegląd komuś, kto wie czego szukać. 
Rynek używanych samochodów w Polsce jest wart ponad 26 miliardów dolarów i rośnie w tempie około 6.5% rocznie. Import z Niemiec wzrósł w 2024 roku o 24.4% w porównaniu z rokiem poprzednim, co oznacza że coraz
więcej aut przekracza granicę w naszym kierunku. Część z nich to rzeczywiście okazje, auta w dobrym stanie za rozsądne pieniądze. Część to problemy na kółkach, które ktoś próbuje zrzucić na nieświadomego kupującego po drugiej stronie Odry. Różnica między tymi dwoma kategoriami często nie jest widoczna gołym okiem, ale jest widoczna w historii pojazdu, w zapisach serwisowych, w przeglądach technicznych i wpisach ubezpieczeniowych. Ta różnica może być warta tych kilkunastu tysięcy złotych, które człowiek myślał że oszczędził kupując taniej w Niemczech.



Redakcja

Prześlij komentarz

Nowsza Starsza