Kto przeżyję, tę noc… Wspomnienia Weroniki Winnik


Zanim przyszła wojna

Nazywam się Weronika Winnik. Urodziłam się w 1929 roku w Bezwodnikach[1] na Białorusi. Tata miał na imię Bazyl, a mama Maria. W naszym rodzinnym, drewnianym domu mieszkałam wraz z dwoma braćmi: Eugeniuszem urodzonym w 1932 roku oraz Anatolem, obaj już nie żyją.

Ojciec pracował jako leśniczy, natomiast matka zajmowała się prowadzeniem domu. Jeszcze przed wojną Bazyli przywoził materiały budowlane i cieszył się, że wkrótce zbudujemy nowy dom. Na co dzień rodzice hodowali krowy, świnie i gęsie. Po większe zakupy jeździłam głównie z mamą, do miasta Telechany[2], oddalonego od naszej wsi o 12 km.

W naszej wsi znajdowały się zarówno kościół, jak i cerkiew. Pamiętam, że księdza nazywano „popem”[3], czasami przychodził on do naszego domu. Częstym gościem był również miejscowy nauczyciel. Żyliśmy z ludźmi w dobrych stosunkach.  

Chętnie chodziłam do szkoły. Przed wejściem wisiała się tabliczka, a w klasie znajdowała się plansza do nauki do mnożenia „w zakresie od 1 do 100”. Nauczycielka, odpytując nas, sprytnie zasłaniała planszę, aby sprawdzić naszą wiedzę. Trzecia klasa rozpoczęła się 1 września 1939 roku.

Fot. 1. Fotografia rodzinna. Maria i Bazyli z dziećmi, Eugeniuszem i Weroniką. Lata 30 XX wieku. Miejsce nieustalone. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Weroniki Winnik.

Kto przeżyję, tę noc…

Pewnego dnia przyszedł do taty znajomy. Zawsze pił u nas herbatę, zaparzoną przez któregoś z domowników. Rodzice długo rozmawiali z sąsiadem, który był członkiem partii mniejszości białoruskiej. Na odchodne powiedział do ojca: „Kto dzisiejszą noc przeżyje, będzie długo żył”. Bazyli przez długi czas rozmyślał, jak zrozumieć te słowa i co mogła oznaczać „przestroga” sąsiada.

Tego samego dnia odwiedziła mnie koleżanka, była Żydówką. Lubiłyśmy wspólnie spędzać czas i długo się bawić. Zbliżał się już wieczór, więc koleżanka poszła do swojego domu „vis-a vis naszego” aby zapytać rodziców, czy może zostać u mnie na noc. Po kilkunastu minutach wróciła uśmiechnięta, mówiąc, że mama pozwoliła jej spać u nas.

Fot. 2. Weronika Winnik na tle szkoły podstawowej. Bezwodniki, 1938 rok. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Weroniki Winnik

W nocy obudziło nas głośne pukanie do drzwi. Ojciec szybko je otworzył, aby zobaczyć, co się dzieje. Do domu weszło trzech lub czterech mężczyzn. Ludzie, którzy po nas przyszli, dobrze nas znali. „Intruzi” mieli ze sobą listę osób przeznaczonych do deportacji. Na miejscu nie zgadzała im się jednak liczba domowników. Koleżankę, która u mnie spała, wypuścili, była przestraszona i zapłakana, „jeden z żołnierzy odprowadził ją wzrokiem”.

Jeden z mężczyzn polecił ojcu, abyśmy spakowali dzieciom ciepłe ubrania, mówiąc, że „nie wiadomo, gdzie nas powiozą”. Pamiętam, że matka skrzętnie przeglądała odzież, wybierając rzeczy, które jej zdaniem były wystarczająco ciepłe i odpowiednio duże, po czym upychała je do worka. Pozwolono nam zabrać na drogę, zapasy świątecznych wędzonek, peklowanego mięsa, które było już na ukończeniu oraz inne rzeczy znajdujące się w komórce, „sprawiali wrażenie, że nas żałują”.

Jeden z mężczyzn nieustannie pytał jednak ojca, gdzie jest złoto, mówiąc, że muszą przeprowadzić rewizję. Gdy opuszczaliśmy dom, ojciec oddał mu posiadane złoto. Mimo, że była noc, wieść szybko rozeszła się po wsi. Przed naszym domem zgromadzili się sąsiedzi, mieszkańcy wsi, których los oszczędził przed wywózką. „Słychać było głośne rozmowy, ludzie, co tu się dzieje. Taki obraz zapamiętałam”.

Nasz dobytek oraz nas samych załadowano na sanie i przewieziono do pobliskiej miejscowości, do dużej sali. Jak się wkrótce okazało, byliśmy jedną z trzech rodzin z naszej wsi wytypowanych do zesłania.

Na miejscu znajdowało się już wiele innych rodzin, znajomych moich rodziców. Kobiety i dzieci płakały, wszyscy żegnali się ze sobą, atmosfera była niezwykle przygnębiająca. Niektórzy mówili, „Może nas będą zabijać!”.

Droga w nieznane

Kolejne dni spędziliśmy w drewnianych wagonach. W środku znajdowało się około trzydzieści rodzin. Porządku pilnowali umundurowani i uzbrojeni żołnierze. Zapamiętałam szczególnie jednego tęgiego żołnierza, który podczas postojów uderzał kolbą w drzwi i odryglowywał je. Głośno krzyczał po rosyjsku „Ciepły posiłek, zupa!”. Zawsze wyznaczano kilka osoby, które przynosiły wiadro z rzadką zupą z liści kapusty. Głód przez pewien czas łagodziłam chlebem posmarowanym smalcem.

Podczas postojów trzeba było także załatwić potrzeby fizjologiczne, co było niezwykle trudne. Śniegu sięgał do pasa, ciężko było kucnąć i utrzymać równowagę. Na końcu należało jeszcze wstać o własnych siłach i odnaleźć innych. Z czasem ludzie poradzili sobie i z tym problemem, wycięto otwór w podłodze wagonu, ktoś oddał poszewkę, pierzynę, inna osoba ją zamocowała, dając choć odrobinę intymności.

Nasza „katorga na Daleki Wschód” trwała około trzech miesięcy. Gdy pociąg zatrzymywał się na większych dworcach, młodszy brat Anatol stawał na drewnianej pryczy i zaglądał przez pokryte lodem okno. Kiedy ujrzał w nim przechodnia, chuchał w szybę, unosił je lekko w górę i głośno wołał „Towariszcz ugostitie kuskom chleba[4]”.

Pamiętam, że w trakcie naszego transportu zmarła jedna osoba. Żołnierze wynieśli ją na oczach wszystkich, po czym, jak gdyby nic wyrzucili ciało w wysoki śnieg. Zdarzenie to miało miejsce w okolicach miasta Tuła[5]. Innym razem zmarła młoda dziewczyna, miała może osiemnaście lat. Zachorowała w trakcie podróży. Jej matka potwornie krzyczała i rozpaczała, gdy zabierano jej córkę.

Fot. 3. Maria i Eugeniusz Winnik. Miejsce nieustalone. Lata 30. XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Weroniki Winnik. 

Życie pośród mrozu i śniegu

Niegościnny las. Właściwie była to niekończąca się syberyjska puszcza. Długie zimy odciskały silne piętno na naszym życiu i sprawiały, że codzienność nierozerwalnie związana była z mrozem i śniegiem.

Zamieszkaliśmy w jednym ze starych baraków, w których wcześniej przebywali inni zesłańcy. Świadczyły o tym wydrążone w deskach rysunki, imiona oraz napisy także w języku polskim. „Różnie mówiono, że nie przeżyli, tutaj umierali, albo, że zostali sprzedani i wywiezieni”. Do baraków upychano ludzi bez względu na warunki, ilu się zmieściło, tylu tam trafiało.

Wnętrza baraków nie były podzielone na mniejsze pomieszczenia. Dopiero z czasem ludzie oddzielali się od siebie, prowizorycznymi ściankami, w miarę swoich możliwości. W środku znajdował się jeden, a może dwa piece. Zawsze wyznaczona była osoba odpowiedzialna za przyniesienie opału i rozpalenie ognia. Jeśli nie była w stanie tego zrobić, prosiła o pomoc kogoś z baraku, kto ją zastępował. W jednym z lepszych baraków mieszkał naczelnik, tam znajdowało się również jego biuro. 

W barakach, w których mieszkaliśmy, podobnie jak w wielu innych, panowała duża rotacja. Co jakiś czas przywożono nowych deportowanych.

Na miejscu funkcjonowała szkoła. Mój brat Anatol, był jeszcze mały, by do niej uczęszczać, dlatego pozostawał w baraku. Naszą nauczycielką była miejscowa Rosjanka, nie powiem dobrze nas traktowała. Uczyliśmy się po rosyjsku czytać, pisać i śpiewać.

Rodzice codziennie chodzili do pracy, która była bardzo ciężka, wyczerpująca. Gdy chorowali, brakowało im sił, udawali się do miejscowego lekarza, który wystawiał na kartce zaświadczenie o niezdolności do pracy.

Głód

Na miejscu zawsze brakowało jedzenia. Docierając do tego miejsca, nie mieliśmy już żadnych zapasów jedzenia, pozostała nam jedynie odzież upchana w workach. Osoby pracujące otrzymywały kartki żywnościowe, które okazywały w stołówce. Kobieta ważyła na wadzę porcję chleba, którą następnie dzieliliśmy między sobą.  

Lato trwało krótko. W tym czasie ludzie chodzili do lasu, zbierali jagody i grzyby. Trzeba było jednak dobrze się znać na grzybach, niektóre rodzinny umierały po takim grzybobraniu „poszli najedli się z głodu, rano zawiniętych w szmatach układano przed wejściem do baraku, przy barierce”.

Pokrzywa stała się podstawą naszego wyżywienia. Mama, razem ze mną i innymi kobietami wyruszała na drugi brzeg rzeki Dwiny, gdzie rosła dorodna pokrzywa. „Tam to pokrzywy rosły!”. Problem bywała jednak zgoda przewoźnika, na przeprawę długą łodzią. Pewnego razu przewoźnik odmówił, wtedy inny mężczyzna Rosjanin, zgodził się nas przewieźć. „Kobiety się jego pytały, czy się nie boi? Kilkakrotnie żartował po rosyjsku, że niczego się nie obawia”.

Zebrane pokrzywy upychaliśmy do worków oraz drucianego kosza. Nie przewidzieliśmy jednak, że ktoś nas pilnuje, obserwuje z drugie brzegi rzeki. Gdy wróciliśmy, mężczyźni „podkasali spodnie” i wyrzucili całe nasze zbiory do wody. Wróciłyśmy z niczym.

Mama chodziła także do kołchoźników po kilka ziemniaków, nie powiem też żebrała. Gdy udało jej się dostać jakieś ziemniaki, to łączyła je z pokrzywą. „Ziemniaki surowe starte, rozgotowane dodawały smaku zupie ugotowanej z pokrzywy, stawała się zawiesista jak kisiel”. Kiedyś matka poczęstowała taką zupą sąsiada. Zjadł z apetytem i na koniec powiedział „tylko Gieramsiczukowa potrafi taki smak uzyskać gotując pokrzywę i ziemniaki”.

Ludzie, którzy zabrali ze sobą odzież, często wymieniali ją z miejscowymi na jedzenie. Chodzili do pobliskiej wsi, rozkładali ubrania na rękach i zachęcali do wymiany. Przychodziły do nas także paczki z Ameryki na przykład fasolą i odzieżą. Zapamiętałam kilka amerykańskich par butów, wyglądały dziwnie i w miejscu, w którym się znaleźliśmy, były zupełnie bezużyteczne. Mama sortowała pomocową odzież, a zbędne rzeczy zanosiła do pobliskiej wioski, próbując wymienić je na jedzenie. Czasem dostawała koszyk obierek, innym razem kilka ziemniaków.

W pamięci zachowała mi się droga „wiecznie zacieniona i nigdy się nie kończy. W wiosce stało kilka drewnianych domów oraz na środku plac porośniętymi wysoką trawą. „Stanął człowiek w środku i prężył się do góry, aby świata trawy nie zakryły”. Nasz ciotka wysyłała nam z kolei słoninę zawiniętą w gazecie. Te paczki bardzo nam pomagały przetrwać.  

Niebezpieczna rzeka

Blisko naszych baraków płynęła rzeka Dwina[6]. Pływałam po niej nieraz, zawsze pod opieką dorosłych, najczęściej mamy. Jak już wspominałam, po drugiej stronie rzeki, roślinność była bogatsza, rosły tam pokrzywy i szczaw. Ludzie mogli również łowić ryby, jednak wszystko musiało odbywać się za zgodą przewoźnika.

Rzeka była niebezpieczna. Pamiętam, że ktoś z baraków utonął w jej nurtach. Kiedyś zimą moja mama wracała z pełnym plecakiem ziemniaków. Lód załamał się pod jej stopami, lecz dzięki ciężkiemu, wypełnionemu plecakowi nie doszło do tragedii. Zdołała wydostała się na powierzchnie i położyła na lodzie, powoli przesuwając się w stronę pobliskiego brzegu. Inne osoby robiły tak samo.

W tym niebezpiecznym miejscu świata, wielu ludzi umierało, szczególnie zimą. Zgon zgłaszano naczelnikowi, po czym odbywał się pogrzeb, w którym uczestniczyli jedynie najbliżsi. „Kiedyś latem w miejscu pochówku, kopano dół, nagle natknęli się na szczątki ludzie. Skąd tu szczątki? Zastanawiali się ludzie. To bardzo przykre wspomnienia, mówić się o tym nie chce”.

Wyjazd do Ukrainy

Tutaj życie, było nieporównywalnie lżejsze. Byłam już starsza, dlatego pracowałam przy wialnie[7], maszynie rolniczej, służącej do czyszczenia zboża. Sortowałam oddzielone, grube kłosy i lekkie plewy. Miejscowa magazynierka rozdzielała ludziom pracę.

Ziemia była tam urodzajna. Pamiętam, że mama wszyła w spodniach głębokie kieszenie, aby móc wynosić zboże. Używaliśmy je do zupy, pieczenia ciasta, do wszystkiego. Wracając z pracy, zrywaliśmy także słoneczniki rosnące przy drodze.

Tatę przyjęli na próbę do biura w kołchozie. Sprawdzał się, dlatego składano mu nawet śmiałe propozycje, aby z rodziną osiedlił się na Ukrainie.

W budynku kołchozowym mieszkało kilka rodzin, które po wojnie zamieszkały w Dębogórze, Krzywinie czy Widuchowej. Naszymi sąsiadami była na przykład rodzina Perepeczko.

Wyjazd na Zachód

Z kołchozu wyruszyliśmy na przyczepach dużych, ruskich samochodów dostawczych. Ludzie mówili, że te maszyny pamiętają jeszcze czasy I wojny światowej. Każdy zabierał ze sobą swój dobytek, spakowany w torbach, obok nas przewożono także zwierzęta. Brygadzista kołchozowy przyglądał się nam w milczeniu, aż w pewnej chwili uniósł beret do góry, żegnając się z nami. Następnie odjechaliśmy w kierunku dworca.

Fot. 4. Fotografia ślubna Weroniki i Czesława Winnik. Ognica, 1952 rok. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Weroniki Winnik. 

Dojechaliśmy do Krzywina, a stamtąd wozem pojechaliśmy do Ognicy. Wśród oczekujących na transport znajdował się Maniek Gralak. Wybraliśmy dom położony w środku wsi. Wiele budynków było murowanych. Z Ukrainy przywieźliśmy ze sobą koguta i pięć kur.

Naszymi sąsiadami była rodzina, która w tym samym mniej więcej czasie co my, przyjechała do Ognicy, od strony Niemiec. Byli to przymusowi robotnicy. Po przekroczeniu Odry uznali, że Ognica bardzo im się podoba i postanowili tutaj osiąść.

Fot. 5. Fotografia rodzinna przedstawiająca Czesława i Weronikę Winnik z dziećmi. Ognica, lata 60. XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Weroniki Winnik. 

Pamiętam sytuację, gdy sąsiadka chciała od nas kupić „kokota[8]” twierdząc, że dobrze zapłaci. Propozycja ta bardzo nas zszokowała. Mieliśmy tylko jednego koguta, który przyjechał z nami z Ukrainy. „Koguta chciała kupić, to jeszcze było do zniesienia, ale gdy pojawiło się słowo rosół, to było ponad nasze siły. Zuchwała propozycja!”. Nasz sąsiad, pan Kowalski, przysłuchiwał się naszemu oburzeniu, po czym powiedział „Jak ona mogła? Ludzie przyjechali w obce, nowe, nieznane miejsce, cały ich majątek to ten kogut, a ona na rosół chciała kokota kupić!”.

Ślub wzięłam jako dwudziestotrzyletnia dziewczyna. Mój mąż miał na imię Czesław i pochodził ze Słonima[9]. Przyjęliśmy gospodarkę, w tamtym czasie, nie było stałej pracy, więc mąż pracował w lesie. Otrzymaliśmy także konia z Unrry[10] i jakoś się żyło.

Doczekaliśmy się pięciorga dzieci: Joli, Janusza, Gienka, Andrzeja, Marleny.

Fot. 6. Fotografia rodzinna. Od lewej siedzą: Weronika Winnik oraz jej matka Maria. Od lewej stoją: mąż Czesław, brat Eugeniusz oraz Anatol. Miejsce i czas nieustalone. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Weroniki Winnik. 


Od lewej stoją: Michał Dworczyk, Weronnika Winnik oraz Andrzej Krywalewicz. Ognica, 2024 rok.


Wspomnień Pani Weroniki Winnik wysłuchali autorzy publikacji Michał Dworczyk i Andrzej Krywalewicz w listopadzie 2024 roku.


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autorów.

[1] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Bezwodniki (dostęp, 07.07.2025 r.).

[2] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Telechany  (dostęp, 07.07.2025 r.).

[3] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Pop_(kap%C5%82an) (dostęp, 02.02.2026 r.).

[4] Towarzyszu poczęstuj kawałkiem chleba. (Przyp. aut).  

[5] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tu%C5%82a (dostęp, 08.07.2025 r.).

[6] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Dwina (dostęp, 09.07.2025 r.).

[7] https://pl.wikipedia.org/wiki/Wialnia (dostęp, 10.07.2025 r.)

[8] Koguta (przyp. aut.).

[9] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/S%C5%82onim (dostęp, 07.07.2022 r.).

Prześlij komentarz

Nowsza Starsza