Wiesława Ledworowska, z domu Stojecka. W Szczecinie mieszkam od grudnia 1945. Urodziłam się 21 sierpnia 1941 roku w Kole jako najstarsze dziecko Cecylii Ireny i Jerzego. Od zawsze rozsadzała mnie energia – to, co dziś nazywamy ADHD, towarzyszyło mi od pierwszych kroków. Moje dzieciństwo to przebłyski, klatki z filmu, które z jakiegoś powodu wryły się w pamięć na zawsze. Pierwszy taki obraz: mam trzy lata. Idę chodnikiem przez Koło. Ulica zabudowana solidnymi rodzinnymi domami z początku stulecia, które świadczyły o zasobności dawnych mieszkańców. Idę i śpiewam. Jestem sama ze swoimi myślami, liczę kroki między drzewami, mierzę odległości. W tej krótkiej chwili świat należy do mnie, chodnik jest mój, drzewa są moje. Czuję się wolna. Nagle sielankę przerywa lodowaty szok. Czuję na sobie strumień zimnej wody. Przemoczona do suchej nitki, staję jak wryta. Przede mną, za ozdobnym, żeliwnym ogrodzeniem pełnym zawijasów, stoi Niemiec, podlewa ogródek szlauchem jakby od niechcenia, mnie nie zauważył. Przed jej wybuchem rodzice mieszkali w porządnej kamienicy, ale Niemcy przesiedlili nas do znacznie gorszych warunków. Zapamiętałam to nowe lokum jako ciemne, surowe wnętrza. Główny pokój był wielki, w kształcie prostopadłościanu. Mieszkanie składało się z kilku pomieszczeń: sypialni i pokoju połączonego z kuchnią. Meble były skromne, wystarczały tylko do przeżycia. Ściany pomalowano słoneczną farbą, na której ktoś kiedyś odbił wzorek specjalnym wałkiem, żeby dodać wnętrzu choć trochę uroku. Pamiętam drewniane schody prowadzące na pierwsze piętro tej kamienicy. Mieliśmy jednak wielkie szczęście w tym nieszczęściu – przez całą wojnę, aż do końca, nikogo nam nie dokwaterowano.
To było zwykłe popołudnie przed naszą kamienicą – skromnym, jednopiętrowym budynkiem. Jako kilkuletnia dziewczynka o jasnych włosach i niebiesko-zielonych oczach, bawiłam się na ulicy. Moją uwagę przykuły dzieci sąsiadów, które za ogrodzeniem, w piaskownicy, miały porozrzucane zabawki. Patrzyłam na nie z zaciekawieniem, gdy nagle obok mnie zatrzymało się dwóch mężczyzn ubranych na czarno. Jeden z nich, mówiąc łamaną, kaleczoną polszczyzną, zapytał, gdzie mieszkam. Nie czułam strachu – byłam dzieckiem. Mężczyzna wziął mnie na ręce, uśmiechnął się i powtórzył pytanie. Wskazałam naszą bramę i szeroką klatkę schodową pomalowaną lśniącą farbą olejową. Wtedy stało się coś niezwykłego: wyciągnął czekoladę w brązowym opakowaniu z lekko żółtymi napisami i mi ją podarował. Gestem zasugerował, bym szła na górę do domu. Weszłam po schodach, a oni szli tuż za mną. Gdy byłam już przy naszych drzwiach, oni zapukali obok – do sąsiada. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Sąsiad otworzył, a sekundę później usłyszałyśmy z mamą głośne strzały. Odwróciłam się i zobaczyłam sąsiada leżącego bezwładnie na podłodze. Mama, bliska omdlenia i przerażona, natychmiast chwyciła mnie na ręce i ostrożnie, w ciszy, zamknęła nasze drzwi. Pamiętam, że zapytałam ją wtedy: „Mamo, kim byli ci panowie?”. Odpowiedziała szeptem, drżącym głosem: „To byli SS-mani. Wykonali wyrok na sąsiedzie”. Czekolada, którą trzymałam w ręku, nagle przestała być słodka.
Tato był fryzjerem, pracował w zakładzie fryzjerskim w Kole. Był dobrym rzemieślnikiem, fachu uczył się w Paryżu. W czasie wojny zakład funkcjonował. Fryzjer jest potrzebny w czasie pokoju i wojny. Aktorka niemiecka korzystała regularnie z taty usług. Kiedyś, bliżej już końca wojny, przebywałam w zakładzie, gdy tato czesał aktorkę. Przyglądałam się z przyjemnością kobiecie. Była miła i taka, w moim odczuciu inna, różniła się od kobiet, która spotykałam na ulicy. Zakład fryzjerski znajdował się blisko katedry. Ochrzczona zostałam w Farze Kolskiej. W tym kościele Niemcy urządzili magazyn odzieży pochodzącej od Żydów, wywożonych do obozu zagłady. Podczas bombardowania miasta, dach nad prezbiterium uległ zniszczeniu. Zaangażowany organista ocalił księgi parafialne. Dwadzieścia lat później potrzebowałam dokumentów w związku z planowanym zawarciem ślubu. Trzykrotnie zwracałam się z prośbą o udostępnienie aktu chrztu. Okazało się, że pośród zachowanych dokumentów w archiwum kościoła, brakuje metryki chrztu. Postanowiliśmy wziąć ślub cywilny. Mama się urodziła w Kole, tato w Kaliszu. W urzędzie stanu cywilnego w Kole otrzymałam zaświadczenie o moim urodzeniu.
Często łapię się na tym, że nie pamiętam wielu zdarzeń z mojego późniejszego, dorosłego życia, ale te obrazy z dzieciństwa stoją mi przed oczami bardzo wyraźnie. To był styczeń 1945 roku. W Kole trwały walki o miasto, słychać było huk. Pamiętam, że tato znosił mnie do piwnicy na rękach. Piwnica w naszej kamienicy była wilgotna. Szliśmy krótkim, ceglanym korytarzem pod budynkiem, a potem skręciliśmy w prawo, do naszej części. W środku panował nieład. Stały tam stare, odrapane półki, na których leżały aluminiowe i żeliwne garnki. Był też magiel – wielkie urządzenie, które ktoś tu wstawił, żeby nie zawadzało w mieszkaniu. W kącie stała skrzynia, jakiś stary stołek i krzesło. Zostaliśmy tam na całą noc. Brata nie było jeszcze na świecie, byłam tylko ja z rodzicami. Pamiętam ten problem: nikt nie odważył się pójść na górę do mieszkania po materac czy kołdrę, bo strzelanina była zbyt blisko. Tato otworzył skrzynię, wyciągnął z niej stare ubrania i jakieś płaszcze. Rozłożył to wszystko bezpośrednio na tej wilgotnej ziemi, na posadzce. Położyliśmy się tam. Rodzice ułożyli mnie między sobą, żeby było mi cieplej, i przykryliśmy się płaszczami ze skrzyni. Tak przetrwaliśmy do rana. Potem już nic więcej z tamtej nocy nie pamiętam.
Wiosna 1945 roku w Kole to czas wielkiego braku fachowców. Po zagładzie społeczności żydowskiej i ucieczce Niemców, w mieście niemal nie było fryzjerów. Potrzeby sanitarne były ogromne – po miesiącach spędzonych w piwnicach plagą stały się wszy i realne zagrożenie tyfusem
[1]. Fryzjer był wtedy funkcjonariuszem higieny: strzygł na zero, odwszawiał, przywracał ludziom cywilny wygląd po latach wojny. Mój tato jako wykwalifikowany fryzjer, miał w Kole szansę na szybkie otwarcie dobrze zorganizowanego, dochodowego zakładu. Rynek był pusty. Jednak sytuację zmieniło spotkanie ze znajomym, który właśnie wrócił ze Szczecina. Ten człowiek opisał tacie Szczecin jako miasto „niczyje”, gdzie polska administracja dopiero krzepła, a ludność niemiecka wciąż jeszcze przebywała w swoich domach. Najważniejszy był jednak jeden szczegół: znajomy widział tam na własne oczy kompletnie wyposażone, nowoczesne zakłady fryzjerskie. Na szybach widniały napisy „Friseur”, ale drzwi były zamknięte, a właścicieli nie było. To była wizja gotowego warsztatu pracy, o jakim w zniszczonym Kole trudno było marzyć. Tato, mimo ryzyka i niebezpieczeństw na nowym pograniczu, zdecydował: Jedziemy!
Moja mama przez lata wracała we wspomnieniach do momentu opuszczania Koła. To dzięki niej wiem, że nasz wyjazd nie był samotną tułaczką z tobołkami w rękach. Pomógł nam sąsiad. Zorganizował czteroosobowy, drewniany wózek – taki zwykły, gospodarski, ale dla nas bezcenny. To na niego zapakowano cały nasz skromny dobytek: wielkie pęki pierzyn związanych sznurami, walizkę taty z narzędziami fryzjerskimi i słoiki z zapasami jedzenia. Na szczycie tego wszystkiego, na miękkich pościelach, posadzono mnie. Sąsiad ciągnął wózek przez ulice Koła, a rodzice szli obok, pilnując, by nic nie spadło i bym ja czuła się bezpiecznie. Dowieziono nas niemal pod same drzwi wagonu. Bez tego wózka rodzice musieliby nieść wszystko na własnych plecach. Pociąg, który wjechał na stację, składał się z wagonów osobowych, do których doczepiono ciężkie, drewniane wagony towarowe. To w nich tłoczyli się ludzie z większym dobytkiem. Gdy sąsiad dociągnął nasz wózek pod same drzwi wagonu, wydawało się, że to koniec jego pomocy. Siedziałam wysoko na miękkich pościelach, a rodzice szykowali się do przeładowywania tobołków. Wtedy sąsiad zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Uśmiechnął się do taty, zamienił z nim kilka słów, po czym obaj – jeden z jednej, drugi z drugiej strony – chwycili wózek za osie. Jednym sprawnym ruchem unieśli go wraz ze mną i całym bagażem wysoko do góry, stawiając bezpośrednio na drewnianą platformę wagonu. „Ten wózek jest wasz. Może wam tam jeszcze gdzieś posłuży, będzie pomocny” – powiedział sąsiad, pożegnali się, machnął ręką i odszedł.

Fot. 4. Kraków, Rynek Główny, ok. 1949 rok. Pamiątkowa fotografia z odwiedzin Cecylii i córki Wiesi u siostry Marysi. Na zdjęciu obie siostry z małą Wiesią na tle Sukiennic i krakowskich gołębi. Zbiory prywatne Wiesławy Ledworowskiej.
Kiedy pociąg zatrzymał na dworcu Niebuszewo (Zabelsdorf), z wagonów zaczęli wysiadać ludzie. Rodzice nie czuli lęku, przeciwnie – nadzieję. Byli zmęczeni, wszystko wokół wydawało się nierealne – jakby nagle zapadli się głęboko pod ziemię i wyszli w miejscu, które do nich nie należało. Szczecin w ich odczuciu był po prostu niezrozumiały. Dla kogoś, kto całe życie spędził w niskiej zabudowie Koła, te wysokie, ciężkie kamienice o obcych kształtach były przytłaczające. Rodzice szli przez to miasto jak ogłupiali. Przeciskali się w tłumie, pilnując wózka z dobytkiem, ale ich wzrok błądził po fasadach, których nie rozumieli. Wszystko tutaj – od kształtu okien po twardy brukowany trakt – biło obcością. Z opowieści mamy, których słuchałam przez lata, wyłaniał się obraz ludzi, którzy nie tyle „zaczynali nowe życie”, co próbowali po prostu nie upaść z nóg w tym obcym labiryncie. Każdy krok w głąb Niebuszewa był zderzeniem z czymś nieznanym. Tato nie puszczał walizki z brzytwami. Inność ulic mogła ich na początku fascynować, musieli się z tym wszystkim oswoić. Rzucały się w oczy niemieckie szyldy nad zamkniętymi witrynami. Litery, ostre i zdobne, pokrywały ściany kamienic, przypominając na każdym kroku, kto tu mieszkał. Do tego dochodził dźwięk miasta – zgrzyt uruchomionych tramwajów. Stare, przedwojenne wagony, malowane na kremowo, poruszały się po gęstej sieci torowisk, która dla przybyszów z miasteczek bez komunikacji miejskiej była symbolem dużego miasta.
Co mogło wiedzieć czteroletnie dziecko, niesione na rękach przez obce miasto? Niewiele. Moje wspomnienia z tamtego momentu to tylko fragmenty obrazów, ale przez lata dopełniały je opowieści mamy. To z jej relacji wiem, jak dotarliśmy do celu. Tato i sąsiad pchali ten darowany wózek po szczecińskim bruku. To była ciężka droga – koła tłukły o kamienie, a chodniki były nierówne, miejscami powyrywane. Szliśmy w stronę dzisiejszego skrzyżowania ulic Wyzwolenia i Zacisznej. Tam rodzice dostali przydział. To było duże, kilkupokojowe mieszkanie na pierwszym piętrze. Od strony ulicy Wyzwolenia znajdował się przedwojenny zakład fryzjerski. Tato, w okolicznościach, których do dziś nie znam, uzyskał do niego prawo. Rozpoczął tam swoją działalność jako jeden z pierwszych polskich fryzjerów w Szczecinie.
…,ale po kolei.
Z tamtego czasu, kiedy miałam cztery lata, pamiętam ten sklep w piwniczce. Znajdował się gdzieś w pobliżu naszej bramy, tam, gdzie ulica Wyzwolenia łączy się z ulicą Słowackiego. Właścicielem był Żyd, który znał się z moją mamą. Wchodziłyśmy tam razem, mówiłyśmy „Dzień dobry”, a on się uśmiechał. Zapamiętałam niską, szeroką ladę – albo jakiś stolik – bo on mnie tam kiedyś postawił. Właściciel przynosił z magazynku ubrania, przeważnie dziecięce, które według niego były dla mnie odpowiednie. Mama to oglądała, wybierała coś, a oni w tym czasie po prostu rozmawiali. Pamiętam krzesło z wysokim oparciem, na którym on kładł wybrane rzeczy. Jeśli widział, że ja się uśmiecham, to był dla niego ważny argument, żeby ta rzecz została u nas. Właściciel szedł na zaplecze, do magazynku, żeby przynieść jakieś ubrania dla mnie. I kiedy otwierał drzwi czy odsłaniał przejście, ze środka wydostawał się taki specyficzny, piwniczny chłód. Czuję go teraz – zimno płynące w stronę wnętrza małego sklepiku
[2].
Fot. 5. Wiesława podczas partii szachów, lata 70. XX wieku. Fotografia dokumentuje pasję sportową i moment skupienia przy szachownicy. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Po wielu latach zakład fryzjerski na parterze naszej kamienicy przy Wyzwolenia przeszedł w nowe ręce. Kupiła go od miasta moja koleżanka. Kiedy tam przychodziłam jako dorosła kobieta, siadałam na fotelu i w jednej chwili przenosiłam się do czasów dzieciństwa. Siedziałam w milczeniu, przyglądałam się ścianom i lustrom, a w głowie układały mi się rozrzucone obrazy – te nieliczne migawki, które przetrwały w mojej pamięci przez dekady. W zakładzie mojej znajomej pracował wtedy starszy fryzjer. Za każdym razem, gdy przekraczałam próg, witał mnie tymi samymi słowami: „O, Stojecka przyszła! Twój ojciec był moim nauczycielem”.
Tato, pracując na dole w zakładzie, miał kontakt z każdym, kto wszedł z ulicy. W końcu choroba dopadła i jego. Zaraził się tyfusem. Wszystko działo się nieprawdopodobnie szybko. Tato, który jeszcze przed chwilą stał w zakładzie po kilkanaście godzin dziennie, pewnie trzymając brzytwę w dłoni, nagle stracił siły. Mama opowiadała, że gorączka dopadła go błyskawicznie. Próbowali zbijać ją domowymi sposobami, jakimiś okładami, ziołami, ale nic nie pomagało. Temperatura była zbyt wysoka
[3].
Zmarł w 1947 roku. Został pochowany na Cmentarzu Niemierzyńskim, który nazywano również Majdańskim
[4]. Jednak w 1969 roku władze uznały cmentarz za poniemiecki i podjęły decyzję o jego likwidacji. Szczątki taty zostały ekshumowane i przeniesione na Cmentarz Centralny. Spoczęły w kwaterach położonych w pobliżu grobów Nieznanego Żołnierza. Mama otrzymała wtedy oficjalne pismo z informacją, że taty mogiła znajduje się „w kwaterze koło Krzyża”. Niestety, ta informacja okazała się zbyt ogólna. Do dzisiaj nie wiem dokładnie, w której mogile spoczywa mój ojciec.
Po śmierci ojca w 1947 roku mama nie oddała zakładu miastu. Podjęła decyzję o utrzymaniu działalności. Zdobyła uprawnienia manikiurzystki, co pozwoliło jej prowadzić punkt usług kosmetycznych, a do strzyżenia zatrudniała jednego lub dwóch fryzjerów. Od rana pilnowała porządku w lokalu przy ulicy Wyzwolenia i dbała o ciągłość pracy warsztatu. Jednocześnie mama mocno zaangażowała się w życie przedszkola, do którego uczęszczałam. Był to prawdopodobnie pierwszy oddział przedszkolny w tej części Szczecina, mieszczący się w przedwojennej willi przy ulicy Słowackiego. Mama pracowała tam początkowo w charakterze pomocy – nie wiem dokładnie, czy pracownik kuchni lub wsparcie wychowawczyń. Jako osoba obrotna, szybko zaczęła organizować grupę rodziców i remontować pomieszczenia. Jej celem było stworzenie prywatnego oddziału przedszkolnego. Udało jej się nawet zaadaptować przyległy teren na plac zabaw dla dzieci.
Jeszcze za życia taty mieszkanie było stopniowo zagęszczane przez dokwaterowywanie obcych osób: rodziny z Kresów, skrzypka i pielęgniarki z Poznania. Jednak po śmierci taty w 1947 roku sytuacja stała się krytyczna. W ostateczności, gdy mama walczyła o utrzymanie zakładu i organizowała przedszkole, nasza prywatna przestrzeń skurczyła się do minimum. Zajmowałyśmy już tylko jeden pokój. Reszta lokalu należała do obcych ludzi, z którymi dzieliłyśmy wspólną kuchnię i długi korytarz. W mieszkaniu nie było łazienki. Ubikacje znajdowały się na zewnątrz, na podwórzu kamienicy.
Fot. 6. Wiesława..., lata 70. XX wieku. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
To właśnie z tego jednego pokoju, będącego naszą ostatnią enklawą na rogu Wyzwolenia i Zacisznej, przyszło nam się wyprowadzić po otrzymaniu decyzji o eksmisji. Urzędowe pismo z Wydziału Kwaterunkowego nie brało pod uwagę, że to my byliśmy tu pierwszymi polskimi osadnikami.
Zastukali do naszego domu mężczyźni w czerni, funkcjonariusze służb Bezpieczeństwa. Mama później wspominała, że szczególnie jeden z nich wydawał się arogancki i bezduszny, drugi zachowywał spokój, mało mówił, przyglądał się mamie. Arogancki głośno mówił, że decyzja jest ostateczna i niepodważalna, a żadne odwoływanie nic nie da. Wszelki sprzeciw będzie traktowany jako opór wobec władzy ludowej. Po chwili ten mężczyzna jeszcze powiedział: – Córka zostanie sama!
Otrzymaliśmy mało czasu na spakowanie rzeczy i opuszczenie mieszkania, które i tak, w wyniku decyzji Wydziału Kwaterunkowego co jakiś czas było zasiedlone kolejnymi lokatorami, a nasza przestrzeń życiowa stawał się coraz bardziej ograniczona. Ostatecznie, krótko przed eksmisją zajmowaliśmy jeden pokój, korzystaliśmy ze wspólnej kuchni, komórki, korytarza.
W końcu nadszedł dzień, w którym do drzwi naszego jedynego pokoju przy ulicy Wyzwolenia zastukali funkcjonariusze służb bezpieczeństwa. Byli ubrani w charakterystyczne, ciemne płaszcze. Mama zapamiętała ich jako dwóch skrajnie różnych ludzi. Jeden z nich zachowywał milczenie, stał z boku i tylko przyglądał się mamie w spokoju. Drugi natomiast był uosobieniem arogancji i bezduszności. Ten głośniejszy funkcjonariusz zakomunikował mamie, że decyzja o opuszczeniu lokalu i zamknięciu zakładu jest ostateczna oraz niepodważalna. Każda próba odwołania miała być bezcelowa, a jakikolwiek sprzeciw zapowiedział traktować jako opór wobec władzy ludowej [51]. Na koniec, by ostatecznie złamać opór mamy, rzucił zdanie, które zapadło jej w pamięć najmocniej: „Córka zostanie sama”.
Fot. 7. Szczecin Niebuszewo, 1949 rok. Pierwsze przedszkole w Szczecinie przy ulicy Słowackiego. Wiesława w grupie dzieci. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Szantaż, sugestia, że jeśli mama nie podporządkuje się natychmiast, zostanie aresztowana, a ja – czteroletnie dziecko – trafię do państwowego domu dziecka. Ta groźba zatrzymała dyskusje. Wobec takiego argumentu nieugiętość mamy musiała ustąpić miejsca rozsądkowi potrzebie przetrwania i trosce o moje bezpieczeństwo.
Jednak to ten drugi mężczyzna, choć niemal się nie odzywał, miał stać się postacią kluczową. Stał z boku, opanowany, niemal łagodny w swoim milczeniu. Nie rzucał gróźb, nie podnosił głosu. Zamiast tego uważnie przyglądał się mamie – obserwował jej strach, jej walkę o dziecko i jej bezsilność. Wtedy, w tym małym pokoju na pierwszym piętrze, nikt nie mógł przypuszczać, że ten milczący funkcjonariusz nie przyszedł tam tylko po to, by wykonać wyrok eksmisji. Jego obecność nie była przypadkowym epizodem w historii naszej rodziny. Ten spokojny człowiek w ciemnej skórzanej kurtce miał wkrótce stać się postacią, która na długie lata zdeterminuje losy moje i mojej mamy, kładąc się cieniem na całym okresie mojego dorastania.
Opuściłyśmy pokój, mama chyba nawet drzwi nie zamknęła. Zostawiliśmy opuszczony pokój, w którym pozostały: stół, szafa i łóżka, wszystkie te niemieckie meble, które zastaliśmy, gdy się tu wprowadziliśmy. Z dużą walizką i jakimiś tobołkami ruszyliśmy w kierunku alei Piastów. Dotarliśmy do hotelu, który mieścił się na skrzyżowaniu dzisiejszej Alei Wojska Polskiego i Placu Szarych Szeregów (wówczas Placu Lenina)
[5]. Działał on w poniemieckiej kamienicy, wykorzystując zniszczony i zachowany przedwojenny sprzęt i wyposażenie. Później budynek został rozebrany, przez długie lata wnęka nie była zabudowana. Mam to do siebie, że niektóre zdarzenia z dzieciństwa zapamiętuje ze szczególną intensywnością. Tak jest na przykład z hotelem i noclegiem, który opiszę.
Fot. 8. Lotnisko w Żarach, ok. 1949 r. Cecylia z córką Wiesią w okresie pracy matki w jednostce wojskowej. Fotografia ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Była już późna pora, gdy dostaliśmy się do pokoju. Niestety było w nim tak dużo robactwa, że nie dało się zasnąć. Położyłyśmy się na materacach metalowych łózek. W powietrzu unosiła się ciężka, zatęchła woń - mieszanka kurzu i brudu. Podłoga, niegdyś parkiet, była pokryta tłustą, mokrą warstwą. Poniemieckie meble masywne, jednak zniszczone. Stół i szafki chwiały się, sprawiały wrażenie, jakby miały się za chwilę rozsypać. Pościel na materacach była szara, czuć było stęchliznę. Spod listew, po drewnianych ramach łóżek, łaziło robactwo. Na oknach wisiały potargane, zużyte firanki. Nie pamiętam, czy w pokoju była łazienka. Robaki mnie pogryzły, byłam w cętki. Mama wyglądała lepiej, ponieważ czuwała, by robaki na mnie nie wchodziły, czekając, gdy spałam. Tym samym, dzięki czuwaniu i swojej decyzji o opuszczeniu pokoju, uniknęła pogryzień. Gasło światło, natychmiast pluskwy wychodziły. Upłynęło mało czasu, wstałyśmy, opuściłyśmy hotel. Wylądowaliśmy na krótko, na ławce przy przystanku tramwajowym, przy Alei Piastów. Była noc, właściwie to aż do rana chodziłyśmy z walizką pomiędzy ulicami: Jagiellońską, Aleją Wojska Polskiego i Piastów. Tobołki gdzieś ukryłyśmy albo pozostawiliśmy w hotelu. Nad ranem usiadłyśmy na Alei Piastów. Znajdują się tam do dzisiaj murki, wzdłuż chodnika i schody, które prowadzą w dół do sklepów. Usiadłyśmy na schodach, prowadzących do cukierni. Chyba funkcjonowała tam również lodziarnia.
Kobieta, wydaje mi się, że właścicielka albo ekspedientka zainteresowała się nami, gdy otwierała lokal. Postanowiła nam pomóc, zabrała nas do swojego mieszkania, które się znajdowało się na pierwszym piętrze od podwórka. Udostępniła nam pokój z używalnością kuchni i łazienki. Kobieta była samotna, choć trudno mi jednoznacznie stwierdzić, na pewno mieszkała sama. Nie mieszkałyśmy tam jednak długo. Pamiętam, że w czasie, gdy zachorowałam na odrę, kobieta poprosiła nas, byśmy zdjęły poszewki z poduszek i pierzyny. Pozostały jedynie czerwone, nagie pokrowce. Tłumaczyła, że jest to zdrowe i stanowi skuteczną metodę radzenia sobie z odrą. Za pokój, który zajmowaliśmy na Alei Piastów, nie płaciliśmy – do dziś nie wiem, na jakiej zasadzie to się odbywało.
Wspomniałam o okolicznościach, w jakich Mama utraciła zakład fryzjerski i mieszkanie, wszystko to toczyło się pod pretekstem braku formalnych uprawnień. Los szykował jednak niespodziewany zwrot akcji. I tutaj pojawił się funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, który wcześniej, w towarzystwie drugiego agenta, nadzorował naszą eksmisję. Był to człowiek, który w ciszy przyglądał się Mamie, gdy w smutku pakowała naszą odzież i pomału przygotowywała się ze mną do opuszczenia mieszkania. Jak się okazało, nie stanowił on kolejnego zagrożenia. Niespodziewanie zakochał się w Mamie.
Wkrótce nadszedł kolejny przełom w naszym życiu: przy wsparciu tego mężczyzny, Mama podjęła nową pracę, została urzędnikiem, pisała na maszynie. Przeprowadziliśmy się do dużej kamienicy przy ulicy Ściegiennego. Tam ponownie wynajmowaliśmy pokój, tradycyjnie z dostępem do kuchni i łazienki. W tym samym wynajmowanym mieszkaniu, inny pokój zajmowały młode dziewczyny, które studiowały w Szczecinie. Spędzałam z nimi każda wolną chwilę, kiedy tylko mogłam, bo czułam się w ich towarzystwie bardzo dobrze. Właśnie wtedy nauczyłam się kilku piosenek. Szczególnie polubiłam i śpiewałam, chodząc ulicami miasta: „Czerwone maki na Monte Cassino”.
Wspomniany mężczyzna starał się o Mamę aż do skutku. Chodził, chodził, aż wychodził. Mama nie była już sama, a wkrótce otrzymaliśmy dzięki jego pomocy trzypokojowe mieszkanie na drugim piętrze, na Małkowskiego, w pobliżu parku i szpitala MSWiA. Krótko po tym mężczyzna ożenił się z Mamą. Brat Mamy (a mój wujek), który był rzeźnikiem, odwiedzał nas co jakiś czas. Zawsze przynosił w walizce wędliny sporządzone osobiście, zapakowane w szary papier. W dzień ślubu wujek przyniósł dwie takie walizki, w jednej znajdował się swojski salceson. Po ślubie zorganizowany był poczęstunek; w dużym pokoju ustawiony był duży, rozsuwany stół. Przy stole usiadło kilkanaście, może ponad dwadzieścia osób. Wszyscy próbowali wędlin, jednak najbardziej wszystkim smakował salceson, co wyglądało zabawnie, gdy lepszej jakości wędzonki leżały niemal nietknięte. Mama dostała pracę.
Zachorowałam na szkarlatynę. W związku z tym jeździłam z Mamą do Krakowa. Tam mieszkała, ciocia Marysia, starsza siostra Mamy wyszła za mąż za wpływowego działacz partyjnego. Mężczyzna ukończył zaledwie siedem klas, pochodził z głuchej małopolskiej wsi, zawsze posługiwał się charakterystycznym, lokalnym dialektem. Na przykład, podczas obiadu potrafił nagle wyznać: - „Widziałem piękna kobitę, najpiękniejszą. Zupełnie jak Matko Boska!” Wtedy ja z lekkim przekąsem mówiłam: „Przecież ty, wujku, jesteś niewierzący!” Następowała chwila ciszy. Wujek nie odpowiadał od razu, lecz przemyślał słowa, po czym dyskretnie kontynuował.
Ciocia się w nim bardzo zakochała, pod jego wpływem zapisała się do partii. Był prezesem jednej z krakowskich spółdzielni mieszkaniowych z racji tego, że był partyjniakiem. Ciocia z wujkiem znaleźli mi miejsce w uzdrowisku czechosłowackim i miejsce w samolocie pasażerskim do Czechosłowacji. Wyleczono mnie z odry.
Trzy razy uczyłam się chodzić. Naturalnie raz, później po przebytych chorobach.
W Głuchołazach znajdował się szpital, który jednocześnie funkcjonował jako dom dziecka. Przebywały tu często dzieci, które z różnych przyczyn nie miały bliskich, a u których stwierdzono gruźlicę. Ja właśnie tutaj trafiłam.
Scena podsłuchanej rozmowy (Głuchołazy, lata 50.) zapamiętałam poprzez zapach szpitalnych korytarzy w Głuchołazach: duszącą mieszankę chloru i ostrego, górskiego powietrza. Mama siedziała przy moim łóżku, gładząc pościel, a w jej oczach widziałam prawdę, której nie potrafiła ubrać w słowa – strach wynikający z całkowitej utraty kontroli nad naszym losem. W pewnej chwili mama wyszła z Kamilem na korytarz. Drzwi nie były szczelne, słyszałam każde słowo. – Ona jeszcze nie wydobrzała, ale lekarze mówią, że to potrwa – mówiła mama drżącym głosem. – Zabierzmy ją do Szczecina. Tęsknię za nią, ona mi tutaj zmarnieje w tym odosobnieniu. Wtedy usłyszałam głos ojczyma. To nie była prośba, to był władczy rozkaz człowieka przyzwyczajonego do wydawania decyzji, których się nie podważa. – Bądź rozsądna – uciął. – Tu ma opiekę, której w Szczecinie nie dostanie. Dokumenty są już podpisane, miejsce jest zaklepane. To oddział państwowy. Nie po to używałem wpływów, żeby teraz to wszystko odkręcać. Wiesia nie może wrócić. Jeszcze nie teraz. I wtedy padły słowa, które zabolały mnie najbardziej: – To dla naszego spokoju. Zrozumiałam wtedy, że dla niego nie byłam chorym dzieckiem wymagającym czułości, ale przeszkodą.

Fot.9. Wieliczka, 1954 r. Wiesia podczas pobytu w jednym z południowych uzdrowisk. Fotografia dokumentuje okres dzieciństwa spędzony w domach dziecka i placówkach leczniczych na południu Polski. Fotografia ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Kiedy dom dziecka w Głuchołazach został zlikwidowany, przeniesiono mnie do innej miejscowości – do Większyc, położonych koło Góry Świętej Anny. Tam również mieściło się uzdrowisko dla dzieci chorych na gruźlicę. Przebywałam tam przez półtora roku. Był to potężny budynek, pałac, w którym znajdowały się dwie duże sale, a w każdej z nich spało po 30 dzieci. Pomiędzy salami mieściły się małe pokoje dla nauczycielek i opiekunek.
Scena w gabinecie (Góra Świętej Anny) „Siedziałam na tym twardym krześle, wpatrzona w czubki swoich butów, a każde słowo zza uchylonych drzwi gabinetu dyrektora uderzało we mnie jak kamień. Głos mamy był inny niż zwykle – wysoki, mówiła bliska płaczu: — Spójrz na to po ludzku!” — mówiła — „To już tyle czasu... Ona jest tutaj zupełnie sama. Dziecko rośnie, zmienia się, a nie ma przy niej nikogo bliskiego. Ja się w nocy budzę, gryzie mnie ta sytuacja codziennie! Nie mówiłam ci o tym wcześniej, dusiłam to w sobie, ale dłużej nie potrafię. Musimy ją zabrać!” Zamarłam. Zaskoczyło mnie, że mama jest tak szczera, że tak bardzo się odsłania przy dyrektorze ośrodka. Czułam jej wstyd. A potem zapadła cisza, którą przeciął suchy, niemal znudzony głos ojczyma. Pewnie nie patrzył na mamę, pewnie poprawiał mankiety swojej koszuli. „Twoje lęki nie są argumentem medycznym ani państwowym” — uciął chłodno. — „Dyrektor potwierdzi, że proces resocjalizacji i leczenia w tych warunkach jest optymalny. Ta sentymentalność tylko jej zaszkodzi. W Szczecinie mamy swoje obowiązki, mamy pracę dla kraju, a tutaj Wiesia ma spokój. Sprawa jest zamknięta, dokumentacja nie przewiduje powrotu przed końcem cyklu. „Gryzienie sumienia” to nie jest powód, żeby życie zmieniać. Wtedy zrozumiałam, że dla męża mojej mamy mama też była tylko kimś, kogo trzeba „ustawić”. On nie widział, że mamę ta sytuacja przerasta, on widział tylko paragrafy, podpisy, mroczny świat służby bezpieczeństwa tamtych lat. Moja nienawiść do niego w tamtej chwili stała się tak gęsta, że prawie nie mogłam oddychać. To jego zaczęłam obwiniać, za to, gdzie jestem.”
Nie było mnie w Szczecinie przez pięć lat. Kiedy tutaj wróciłam jako dorastająca panienka, pojawił się kolejny problem zdrowotny – ostre zapalenie stawów. Przez osiem miesięcy leżałam w gipsie do pasa na oddziale szpitalnym w Szczecinie, przy ulicy Unii Lubelskiej. Nie wpuszczano do nas osób bliskich. Moja mama rozmawiała ze mną przez małe okno. Nie tylko ja w ten sposób kontaktowałam się z bliskimi. W tym samym pokoju, kilkuosobowa sala, również nie wpuszczano osób do pacjentów, więc i one kontaktowały się przez okienko.
Po kilku miesiącach pobytu w szpitalu na Unii Lubelskiej w Szczecinie, wysłano mnie do uzdrowiska w Ciechocinku. Szliśmy aleją, a ja czułam, że to spotkanie jest inne niż poprzednie. Mama zachowywała spokój, jej zachowanie cechowała serdeczność. Jej głos był twardy, niemal suchy, jakby bezsilność zamieniła w stal. — „Słuchaj mnie uważnie” — zaczęła, zatrzymując się nagle i patrząc mu prosto w twarz. — „Wiesia wróci do domu. Ja już nie pozwolę na żadną kolejną placówkę, na żadne „ośrodki specjalistyczne”. To nie ma sensu. Ona ma dom, ona chodzi, ona dorasta! Spójrz na nią, to już właściwie kobieta. Ona potrzebuje mnie w tej chwili bardziej niż jakiegokolwiek lekarza na południu Polski. I ja jej tego nie odbiorę.” Nawet nie drgnął. Jego twarz pozostała maską, którą zakładał w urzędzie. Odczekał chwilę, celebrując ciszę, po czym odpowiedział tym swoim niskim, pozbawionym ciepła głosem: — „Twoje emocje, zawsze przesłaniały ci trzeźwy osąd. Dom to obowiązki. Moja odpowiedzialność za nas nakazuje mi szukać rozwiązań trwałych, a nie podyktowanych chwilowym impulsem matczynej litości. Decyzja zapadła w Szczecinie, zanim tu przyjechaliśmy. Dokumenty są w toku.” Wtedy uniosłam głowę. Spojrzenia nasze się skrzyżowały. W jego oczach widziałam przez chwilę paragrafy i chęć pozbycia się problemu. On w moich oczach zobaczył coś, czego wcześniej nie widział - ludzką pogardę.
Moje dzieciństwo toczyło się od jednej choroby do drugiej. Miałam szesnaście lat, gdy w 1957 roku ostatecznie wróciłam do Szczecina. Moim nowym adresem była ulica Małkowskiego. Tam zastałam nową strukturę rodziny. Mój brat, urodzony w 1944 roku, który po naszym wyjeździe z Koła został pod opieką babci, był już w Szczecinie. Mama zabrała go od babci w czasie, gdy ja przebywałam w sanatoriach na południu Polski. Babcia pochodziła z Galicji, nazywała się Liliana Gross, gdy wyszła za mąż Stojecka. Z mamą do Koła jeździłam jako kilkunastolatka, gdy tata już nie żył. Odwiedzaliśmy brata i dziadków w Kole,
Później w czasie, gdy zostałam wychowanką domu dziecka, przyjeżdżałam na wakacje do Szczecina, stad moja droga wakacyjna prowadziła przez Koło. Brata mama zabrała z Koła, gdy wyszła po raz drugi za mąż, ale po kolei.
On dorastał przy niej i ojczymie, podczas gdy ja byłam nieobecna. Józef Garski
[6], którego poznałam jako milczącego mężczyznę w progu naszego pokoju przy Zacisznej, był teraz panem tego domu.
Fot.10. Szczecin, lata 60. XX wieku. Pamiątkowa fotografia ze spaceru po uroczystości zaślubin Wiesławy i Stanisława Ledworowskich. W tle widoczna matka Wiesławy, Cecylia, wraz z jej ojczymem. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Swojego męża, Stanisława Ledworowskiego, poznałam w liceum. Gdy on skończył naukę, zajął się transportem, pracując jako kierownik transportu w cukrowni. Dodatkowo był również inspektorem i ekspertem w zakresie transportu kolejowego. Mąż urodził się w Poznaniu. Po wojnie wraz z rodzicami zamieszkał w Szczecinie na Pogodnie, na ulicy Jakuba Bojki. Nasz ślub odbył się w 1961 roku. Wraz z zawarciem małżeństwa nadszedł czas na całkowitą samodzielność. Od cukrowni otrzymaliśmy mieszkanie służbowe, które znajdowało się przy ulicy Cukrowej. Był to moment mojego ostatecznego wyjścia z domu i odcięcia się od cienia Józefa Garskiego. Po zdaniu matury planowałam studia, jednak sytuacja się skomplikowała, ponieważ otrzymałam nakaz pracy w Porcie Szczecińskim. Pracę podjęłam w dziale kadr, w biurowcu przy ulicy Bytomskiej. Później przeniosłam się do zakładu transportowego, gdzie pracował mój małżonek. Przepracowałam tam kilka kolejnych lat, a następnie płynnie przeszłam do cukrowni, gdzie zajmowałam się księgowością i rozliczeniami z buraków. Nasza córka, Kamila, urodziła się w 1967 roku. Następnie podjęłam pracę w oświacie, gdzie w Uniwersytecie organizowałam pracę dydaktyczną nauczycielom akademickim. Później pracowałam w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym (PTE), gdzie zajmowałam się organizacją konferencji naukowych

Fot.11. USC Szczecin-Pogodno, lata 60. XX wieku. Pamiątkowe zdjęcie po uroczystości zaślubin Wiesławy i Stanisława Ledworowskich. Obok Wiesi stoi jej ojczym, a obok Stanisława matka Wiesi, Cecylia. Fotografia ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Żyję w dwóch światach – tym które miałam i tym utraconym.
Moje życie od zawsze toczyło się w dwóch światach: tym, który miałam tu i teraz, oraz tym utraconym, który wciąż pulsował pod skórą. Stanisław, mój mąż i opoka, odszedł w 2000 roku, zostawiając po sobie pustkę, którą zaczęłam wypełniać wierszami pisanymi do szuflady. Jednak jedno zdarzenie, które miało miejsce jeszcze za jego życia, na krótko przed jego śmiercią, zapisało się w mojej pamięci silniej niż jakakolwiek urzędowa decyzja. To był dziwny, niezwykle realistyczny sen. Śnił mi się stary, drewniany budynek. Wchodziłam po stromych, drewnianych schodach na wysokie piętro. Tam, w ogromnym pomieszczeniu, powitała mnie jasna przestrzeń z dwunastoma oknami. Otrzymałam zadanie: podejść do każdego z nich i wypowiedzieć ustaloną formułę – kilkanaście zdań, których znaczenia pilnowałam z najwyższą starannością. Gdy podeszłam do ostatniego, dwunastego okna i wypowiedziałam ostatnie słowa, nagle zalało mnie oślepiające, silne światło. Uniosło mnie ono i pchnęło z powrotem w kierunku schodów. Zaczęłam krzyczeć: – Stasiu! Stasiu, nie! Mój krzyk wyrwał mnie ze snu. Staszek, zaniepokojony, obudził mnie i pytał, co się stało. Usiadłam na łóżku, wciąż czując powidoki tamtego światła. Nie czekając, wzięłam kartkę i długopis. Zapisałam ten sen natychmiast, z absolutną świadomością, że jest on dla mnie kluczowy – że te dwanaście okien to być może dwanaście etapów mojego życia, które musiałam w końcu nazwać i pożegnać
[7].

Fot.12. Dworzec Główny w Szczecinie, lata 60. XX wieku. Stanisław Ledworowski przy lokomotywie – fotografia dokumentuje zawodową pasję i pracę Stanisława w transporcie kolejowym. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Zapytałem Kamilę, córkę Wiesi, jak zapamiętała babcię. Odpowiedziała: "Babcia była hojna, niczego mi nie brakowało. Pomimo chłodu okazywanego światu, w relacjach ze mną wychodziła poza swoje możliwości. Okazywała mi więcej serdeczności niż innym. Powiedziałabym, że była zasadnicza, ale bardzo zależało jej na kontakcie ze mną. Kiedy przyjeżdżałam na wakacje do ich mieszkania, na kilkanaście dni, kilka lat z rzędu, chodziłyśmy do teatru dziecięcego, kina i do restauracji na obiady. Dużo spacerowałyśmy. W domu serwowała tradycyjne śniadania i kolacje, a na mieście jadałyśmy obiady. Poświęcała mi swój czas. Ostatnie wakacje przed szkołą średnią spędziłam na obozie OHP, by zarobić pieniądze. W drodze powrotnej, przez Warszawę, nadarzyła się okazja. Wracaliśmy z Sandomierza; do odjazdu pociągu do Szczecina zostało kilka godzin. Zapytałam opiekunkę grupy, czy mogę odwiedzić babcię. Wyraziła zgodę pod warunkiem, że stawię się na dworcu Centralnym pół godziny przed odjazdem pociągu. Z telefonu dworcowego zadzwoniłam do babci:” Jestem w Warszawie, mam kilka godzin”. Babcia była zadowolona. Zdecydowała, że mam natychmiast przyjechać do Wilanowa taksówką. Na miejscu sowicie zapłaciła kierowcy. Babcia lubiła spędzać wakacje również w Kołobrzegu. Tam przebywała ze swoim mężem, moim „przyszywanym” dziadkiem, w jednym z najlepszych hoteli. Zawsze tam spędzali czas, podczas gdy my z mamą jechałyśmy do Kołobrzegu autobusem PKS, aby się spotkać z babcią".

Fot.13. Szczecin, lata 90. XX wieku. Wiesława z córką Kamilą podczas wspólnego spotkania. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Fot.14. Szczecin, przełom lat 80. i 90. XX wieku. Rodzinne spotkanie w domu Wiesławy i Stanisława Ledworowskich. Na zdjęciu małżonkowie wraz z córką Kamilą, z synami Bartłomiejem i Damianem. Fotografia ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Fot.15. Stara szosa Szczecin–Poznań, czerwiec 1960 r. Stanisław Ledworowski w drodze na Międzynarodowe Targi Poznańskie. Fotografia dokumentuje pasję podróżniczą i wytrwałość męża Wiesławy. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Epilog: Słuchaj, wychowywałam się w domach dziecka ładnych parę lat. Mama miała drugie życie i nie pociągnęła tego wszystkiego tak jak powinna. Zostałam sama. Gdy wyjeżdżała ze Szczecina, sprzedali mieszkanie na Małkowskiego i nabyli małe mieszkanie na Drzymały. Zostawili mnie i brata właściwie w samopas, wyjechali do Warszawy. Miałam szesnaście lat, wtedy pokornie znosiłam decyzję mamy i jej męża i mierzyłam się później z nowym życiem. Na wakacje ktoś z opiekunów odwoził mnie na dworzec kolejowy ubraną w swetry lub kamizelki dziergane ręcznie. Tradycyjnie zaopatrzona byłam w tabliczkę z imieniem, która zawieszona była na mojej szyi. Na dworcu w Szczecinie najczęściej witała mnie mama.
Mama umarła w Warszawie. Małżonek jej „urodził się” po raz trzeci, krótko po napisał do mnie list, krótki list. Kilka zdań, które zwieńczyło zdanie, o kurtynie żelaznej, którą zamyka w naszych relacjach. Próbowałam odnaleźć list, szukałam w książkach, wszystkie książki przejrzałam. W kartonie z zachowaną korespondencją. Jednak nie udało się.
Na wakacje ktoś z opiekunów odwoził mnie na dworzec kolejowy ubraną w swetry lub kamizelki dziergane ręcznie. Tradycyjnie zaopatrzona byłam w tabliczkę z imieniem, która zawieszona była na mojej szyi. Na dworcu w Szczecinie najczęściej witała mnie mama.
Fot.16. Szczecin, Wały Chrobrego, lata 90. XX wieku. Wiesława z wnukami Bartłomiejem i Damianem na tle żaglowca „Fryderyk Chopin”. Zdjęcie ze zbiorów prywatnych Wiesławy Ledworowskiej.
Wspomnień Pani Wiesławy Ledworowskiej wysłuchał roku autor publikacji Andrzej Krywalewicz.
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.
[1] Przypis autora. Sytuacja sanitarno-epidemiologiczna w 1945 r. – na terenie Wielkopolski i Pomorza po przejściu frontu głównym problemem zdrowotnym był tyfus plamisty przenoszony przez wszy. Akcje przymusowego strzyżenia i kąpieli były nadzorowane przez pierwsze polskie przychodnie i punkty PCK.
[2] Zmysłowa pamięć dziecka – u dzieci w wieku przedszkolnym wspomnienia często opierają się na odczuciach fizycznych (zapach, temperatura, dotyk), co sprawia, że po latach są one bardziej trwałe niż zapamiętane fakty czy nazwiska.
[3] Objawy tyfusu (dur wysypkowy) – choroba charakteryzowała się gwałtownym początkiem, bardzo wysoką temperaturą (do 40°C), bólami głowy i mięśni oraz charakterystyczną wysypką. Stan "tyfos", od którego wzięła się nazwa, oznaczał zamroczenie i utratę kontaktu z otoczeniem, co dla rodziny chorego było najbardziej przerażającym etapem.
[4] Cmentarz Niemierzyński w Szczecinie (niem. Nemitzer Friedhof) – założony w połowie XIX wieku, po 1945 roku stał się głównym miejscem spoczynku polskich osadników z dzielnicy Niebuszewo. Decyzję o jego zamknięciu podjęto w 1969 roku, uznając go za obiekt poniemiecki, co wiązało się z masowymi ekshumacjami i przenoszeniem szczątków na Cmentarz Centralny. Obecnie na jego terenie znajduje się Ogród Dendrologiczny im. Stefana Kownasa. Źródło: Wikipedia, wolna encyklopedia, hasło: „Cmentarz Niemierzyński w Szczecinie”, [dostęp: 28 marca 2026].
[5] Lokalizacja hotelu (Al. Wojska Polskiego 62) – budynek, w którym mieścił się powojenny hotel tymczasowy, znajdował się na narożniku dzisiejszej Alei Wojska Polskiego i Placu Szarych Szeregów. Został on później rozebrany ze względu na zły stan techniczny i powojenne wyburzenia w tej części centrum. Pentagon Office Center – obecnie pod adresem Aleja Wojska Polskiego 62 znajduje się nowoczesny biurowiec klasy A, oddany do użytku w 2012 roku. Charakterystyczna bryła budynku zajmuje miejsce dawnej, zniszczonej kamienicy, w miejscu dawnego szczecińskiego hotelu.
[6] Józef Garski (ur. 23 listopada 1924 r. w Sosnowcu) – funkcjonariusz organów bezpieczeństwa państwa. Karierę w aparacie represji kontynuował w Szczecinie, gdzie służył m.in. w Wydziale II (kontrwywiad) oraz Wydziale IV (nadzór nad związkami wyznaniowymi). W styczniu 1960 roku przeszedł specjalistyczne szkolenie w ośrodku MSW (kurs po linii Wydziału VII Departamentu II). W późniejszym okresie swojej służby został przeniesiony do Warszawy, gdzie pracował w strukturach Wydziału VIII. Źródło: Biuletyn Informacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, Katalog funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa,
https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/156907 (dostęp: 08.11.2025 r.)
[7] Symbolika dwunastu okien – w literaturze i psychologii głębi liczba dwanaście często symbolizuje pełnię, cykl roczny lub życiowy (12 miesięcy, 12 znaków zodiaku). Praca przy oknach, polegająca na wypowiadaniu formuł, może być interpretowana jako proces świadomego przepracowania traum – od Niebuszewa, przez Głuchołazy, po Małkowskiego – i odzyskiwania nad nimi kontroli poprzez słowo.