.png)
Stowarzyszenie „Nasz Jelenin” przygotowuje do druku wyjątkową publikację w ramach projektu „Nasze korzenie. Historia Jelenina”. To książeczka, która przybliży czytelnikom trudne początki życia mieszkańców wsi po ich osiedleniu się w Jeleninie.
Wydrukowane egzemplarze trafią do czytelników na początku października. Już teraz Stowarzyszenie „Nasz Jelenin” zaprasza jednak do zapoznania się z pierwszym fragmentem publikacji, poświęconym życiu dzieci w powojennym Jeleninie.
To dopiero początek tej wyjątkowej historii. Kolejne fragmenty już wkrótce!
DZIECIŃSTWO BEZ ZABAWEK
Większość dzisiejszych mieszkańców Jelenina tutaj się urodziła. Część z nich przyjechała do naszej wsi już jako dorośli ludzie. Ale żyją jeszcze osoby, które wspominają dzieciństwo spędzone w Jeleninie w pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej. Powojenne życie dzieci nie było łatwe.
Urodzona w 1949 roku Stanisława Zygmunt tak wspomina swoje dzieciństwo: "Miałam 11 lat, jak zmarł mój tato. Zostałam tylko z mamą i trzeba było iść do pracy. Chodziłam do szkoły, a w wakacje pasłam ludziom krowy, żeby coś dorobić, bo renty po ojcu było 600 złotych na nas dwie i nie było za co żyć."
O dekadę młodsza Halina Wolańska była jedynaczką, a jej rodzice utrzymywali się wyłącznie z rolnictwa, więc już jako dziecko musiała im pomagać.
"Jeszcze byłam mała, a już pomagałam przy pasieniu krów. Jak miałam 9, 10 lat, to pasłam razem z dziadkiem. Dziadek sobie chodził powoli z lufką w zębach, a ja poganiałam krowy, żeby nie weszły w zboże. Ganiałam jak piesek. Nawet jak miałam 9 czy 8 lat, to już pomagałam przy wykopkach, a także karmiłam świnie- rzucałam im ziemniaki, Robiliśmy sieczkę ze słomy. Ojciec stał przy samej sieczkarni, bo to było niebezpieczne, a ja byłam na końcu, za dziadkiem i odsuwałam sieczkę grabiami na kupkę. Przy żniwach grabiłyśmy razem z kuzynką, która przyjeżdżała z Godkowa. Jak byłyśmy małe, to we dwie ciągnęłyśmy grabie, bo to było wszystko ręcznie robione. A jak byłam trochę starsza to siedziałam na młockarni i rozcinałam snopki zboża powiązane sznurkiem i podawałam dalej, bo do młócenia trzeba było współpracy wielu osób."
Osiemdziesięciolatek, Bronisław Hreczyński ma podobne wspomnienia:
"Jak miałem 7 czy 8 lat, to już chodziłem z krowami. Wszyscy paśli krowy albo owce. To akurat było przyjemne, bo graliśmy na łące w piłkę albo w Chińczyka”. Raz przysnąłem, nie dopilnowałem krów. Ojciec zobaczył, że krowy weszły w szkodę, w owies na polu, no i dostałem rózgą.
Ale nie tylko krowy paśliśmy Dzieci musiały też pomagać w polu. Wszyscy pomagali. Nie było tak, że się idzie nad jezioro, tylko jak była robota, to trzeba było iść w pole i koniec. Krowie trzeba było podścielić, drzewa narąbać."
Jego rówieśnica, Żaneta Mikos też nie miała jako dziecko zbyt dużo wolnego czasu, bo musiała wspierać rodzinę finansowo:
"Po powrocie ze szkoły przebierałam się: szkolne ubranie trzeba było złożyć w kostkę i założyć stare ubrania. A potem pasałam krowy, żeby zarobić trochę pieniędzy. Ja tych pieniędzy nigdy nie dostawałam, mama je dostawała.
Żaneta Mikos przypomina sobie jednak również małe przyjemności i chwile zabawy.
Kiedy wyprowadziliśmy krowy na pastwisko, to razem z innymi dziećmi bawiliśmy się: skakanką, graliśmy w klasy albo w podrzucanie kamyczków. Z koleżankami też chodziłyśmy zbierać poziomki albo jagody."
Czym bawiły się dzieci w latach powojennych? Pani Stefka Szymanik, która miała zaledwie 3 lata, gdy w 1945 roku przyjechała wraz z rodzicami z Ukrainy, tak wspomina zabawy z dzieciństwa:
W pierwszych latach po wojnie dzieci nie miały zabawek. Pamiętam, że miałam skakankę zrobioną ze sznurka. Pamiętam też, że chłopcy z krowiej sierści zrobili sobie piłkę do gry. Graliśmy w dwa ognie, w klasy. Nawet rowerów nie mieliśmy."
Halina Wolańska najmilsze wspomnienia wiąże ze swoim dziadkiem:
"Szczególnie lubiłam dziadka, bo zawsze miał czas dla wnuków, chętnie opowiadał nam bajki. Często siadałam z dziadkiem nad jeziorem i wtedy opowiadał mi różne ciekawe historie. Chodziłam też z dziadkiem do Bobków, naprzeciwko na telewizję. My długo nie mieliśmy telewizora, więc chodziłam do sąsiadów wieczorem na bajkę. Później był dziennik, to dziadek zawsze słuchał wiadomości. A ja brałam zeszyt, bo nie byłam zbyt dobra z matematyki i z Jankiem, który był z mojego rocznika, ale z matematyki był lepszy ode mnie, razem robiliśmy zadania. Potem zawsze był jakiś film. Nie wiem, czy odpowiedni dla dzieci, czy nie dla dzieci, ale zostawaliśmy. Wtedy się nie patrzyło, że dzieci są. Kłęby dymu były w pokoju. Dziadek palił papierosy bez filtra, z lufką. Ale był towarzyski, więc często chodził do sąsiadów. Telefonów nie było, więc tak po prostu, bez żadnego umawiania się."
Bronisław Hreczyński najlepiej wspomina chwile spędzone u babci:
"Babka mieszkała tu naprzeciwko, to chodziliśmy do niej i opowiadała nam bajki. Też „Trylogię” Sienkiewicza albo historie z pisma świętego nam opowiadała. A jak to nam się znudziło, to śpiewaliśmy. Nieraz do późnego wieczora, albo nawet do północy. Sąsiad Stefan Borczyński grał na akordeonie, a myśmy śpiewali. Wesoło było."
Większość dzisiejszych mieszkańców Jelenina tutaj się urodziła. Część z nich przyjechała do naszej wsi już jako dorośli ludzie. Ale żyją jeszcze osoby, które wspominają dzieciństwo spędzone w Jeleninie w pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej. Powojenne życie dzieci nie było łatwe.
Urodzona w 1949 roku Stanisława Zygmunt tak wspomina swoje dzieciństwo: "Miałam 11 lat, jak zmarł mój tato. Zostałam tylko z mamą i trzeba było iść do pracy. Chodziłam do szkoły, a w wakacje pasłam ludziom krowy, żeby coś dorobić, bo renty po ojcu było 600 złotych na nas dwie i nie było za co żyć."
O dekadę młodsza Halina Wolańska była jedynaczką, a jej rodzice utrzymywali się wyłącznie z rolnictwa, więc już jako dziecko musiała im pomagać.
"Jeszcze byłam mała, a już pomagałam przy pasieniu krów. Jak miałam 9, 10 lat, to pasłam razem z dziadkiem. Dziadek sobie chodził powoli z lufką w zębach, a ja poganiałam krowy, żeby nie weszły w zboże. Ganiałam jak piesek. Nawet jak miałam 9 czy 8 lat, to już pomagałam przy wykopkach, a także karmiłam świnie- rzucałam im ziemniaki, Robiliśmy sieczkę ze słomy. Ojciec stał przy samej sieczkarni, bo to było niebezpieczne, a ja byłam na końcu, za dziadkiem i odsuwałam sieczkę grabiami na kupkę. Przy żniwach grabiłyśmy razem z kuzynką, która przyjeżdżała z Godkowa. Jak byłyśmy małe, to we dwie ciągnęłyśmy grabie, bo to było wszystko ręcznie robione. A jak byłam trochę starsza to siedziałam na młockarni i rozcinałam snopki zboża powiązane sznurkiem i podawałam dalej, bo do młócenia trzeba było współpracy wielu osób."
Osiemdziesięciolatek, Bronisław Hreczyński ma podobne wspomnienia:
"Jak miałem 7 czy 8 lat, to już chodziłem z krowami. Wszyscy paśli krowy albo owce. To akurat było przyjemne, bo graliśmy na łące w piłkę albo w Chińczyka”. Raz przysnąłem, nie dopilnowałem krów. Ojciec zobaczył, że krowy weszły w szkodę, w owies na polu, no i dostałem rózgą.
Ale nie tylko krowy paśliśmy Dzieci musiały też pomagać w polu. Wszyscy pomagali. Nie było tak, że się idzie nad jezioro, tylko jak była robota, to trzeba było iść w pole i koniec. Krowie trzeba było podścielić, drzewa narąbać."
Jego rówieśnica, Żaneta Mikos też nie miała jako dziecko zbyt dużo wolnego czasu, bo musiała wspierać rodzinę finansowo:
"Po powrocie ze szkoły przebierałam się: szkolne ubranie trzeba było złożyć w kostkę i założyć stare ubrania. A potem pasałam krowy, żeby zarobić trochę pieniędzy. Ja tych pieniędzy nigdy nie dostawałam, mama je dostawała.
Żaneta Mikos przypomina sobie jednak również małe przyjemności i chwile zabawy.
Kiedy wyprowadziliśmy krowy na pastwisko, to razem z innymi dziećmi bawiliśmy się: skakanką, graliśmy w klasy albo w podrzucanie kamyczków. Z koleżankami też chodziłyśmy zbierać poziomki albo jagody."
Czym bawiły się dzieci w latach powojennych? Pani Stefka Szymanik, która miała zaledwie 3 lata, gdy w 1945 roku przyjechała wraz z rodzicami z Ukrainy, tak wspomina zabawy z dzieciństwa:
W pierwszych latach po wojnie dzieci nie miały zabawek. Pamiętam, że miałam skakankę zrobioną ze sznurka. Pamiętam też, że chłopcy z krowiej sierści zrobili sobie piłkę do gry. Graliśmy w dwa ognie, w klasy. Nawet rowerów nie mieliśmy."
Halina Wolańska najmilsze wspomnienia wiąże ze swoim dziadkiem:
"Szczególnie lubiłam dziadka, bo zawsze miał czas dla wnuków, chętnie opowiadał nam bajki. Często siadałam z dziadkiem nad jeziorem i wtedy opowiadał mi różne ciekawe historie. Chodziłam też z dziadkiem do Bobków, naprzeciwko na telewizję. My długo nie mieliśmy telewizora, więc chodziłam do sąsiadów wieczorem na bajkę. Później był dziennik, to dziadek zawsze słuchał wiadomości. A ja brałam zeszyt, bo nie byłam zbyt dobra z matematyki i z Jankiem, który był z mojego rocznika, ale z matematyki był lepszy ode mnie, razem robiliśmy zadania. Potem zawsze był jakiś film. Nie wiem, czy odpowiedni dla dzieci, czy nie dla dzieci, ale zostawaliśmy. Wtedy się nie patrzyło, że dzieci są. Kłęby dymu były w pokoju. Dziadek palił papierosy bez filtra, z lufką. Ale był towarzyski, więc często chodził do sąsiadów. Telefonów nie było, więc tak po prostu, bez żadnego umawiania się."
Bronisław Hreczyński najlepiej wspomina chwile spędzone u babci:
"Babka mieszkała tu naprzeciwko, to chodziliśmy do niej i opowiadała nam bajki. Też „Trylogię” Sienkiewicza albo historie z pisma świętego nam opowiadała. A jak to nam się znudziło, to śpiewaliśmy. Nieraz do późnego wieczora, albo nawet do północy. Sąsiad Stefan Borczyński grał na akordeonie, a myśmy śpiewali. Wesoło było."
Projekt realizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Dziedzictwo społeczne” prowadzonego przez Centrum Archiwistyki Społecznej.
Tags:
Aktualności



