Fot. 1. Z moją najstarszą córką Janiną. Trzcinsko -Zdrój, ulica 9 maja, 1952 rok. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.
Zofia Drużka z Trzcińska Zdrój
Urodziłam się 4 sierpnia 1932 roku w Landestreu[1], niemieckiej kolonii na wschodzie. Większe miasto w pobliżu kolonii, to Kałusz[2]. Kolonia znajdowała się w województwie stanisławowskim[3]. W 1939 roku Landestreu przemianowano na Mazurów. Rodzice moi to Jan i Julia, nazwisko panieńskie Pytlak. Tato był zatrudniony w Urzędzie Gminy w Nowicy[4] jako księgowy, później sekretarz gminy. Żyliśmy z pensji taty.
Mój brat Władysław urodzony w 1925 roku. Mama dziedziczyła ziemię. Nie uprawialiśmy jej, była dzierżawiona, co stanowiło dodatkowy dochód. W wiosce żyli dziadkowie ze strony mamy. Landestreu zabudowane było drewnianymi domami. W wiosce była szkoła dla młodszych, natomiast w Nowicy zbiorowa. Właściciel sklepu w naszej wiosce nazywał się Puzio. Funkcjonował w budynku jednorodzinnym, na parterze. Istniał jeszcze drugi większy sklep kooperacyjny.
Nasze życie przed wojną toczyło się w wiosce Landestreu
Mieszkało tam wielu
Niemców. Byli to ludzie bardzo pobożni, mieli swój własny, murowany kościół.
Pamiętam, że Wielki Piątek to było u nich tak ogromne święto, że palcem nie
tknęli żadnej roboty. U nas, w naszej społeczności, w Wielki Piątek ludzie
normalnie szli do swoich zajęć. Nasz kościół z kolei był zbudowany z drzewa. Cmentarze
mieliśmy osobne – ich, niemiecki, leżał na wzniesieniu i był ogrodzony takim
zębatym, żeliwnym płotem, a nasz był dużo skromniejszy.
Przed wojną relacje z miejscowymi Niemcami układały się naprawdę dobrze. Podobnie zresztą jak z Ukraińcami. Młodzi spotykali się, chodzili razem na zabawy, wszyscy żyli ze sobą w zgodzie. W okolicy było sporo rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich. Polsko-niemieckie zdarzały się, ale rzadziej. Nasz dom był z drewna, ale został otynkowany. Na dachu leżała dachówka. W tej części Landestreu, gdzie mieszkaliśmy, od strony ulicy, do każdego domu przylegały potężne sady. To były duże powierzchnie, myślę, że mogły to być około hektarowe powierzchnie. Przez nasz sad przepływała mała rzeczka. W ogrodach stały specjalne, murowane suszarnie do owoców. W środku miały blaszane podłogi, a paliło się w nich z zewnątrz. Jabłka, gruszki i śliwki wsypywało się do takich wiklinowych koszy, i w nich suszyło się je na zimę. Dzisiaj sobie myślę, że to musiało być dla tych rodzin dodatkowe źródło dochodu, bo wszystko było dobrze zorganizowane. Zresztą cała okolica to było prawdziwe zagłębie drzew owocowych, słynące ze śliwek i powideł. W naszej części wsi, blisko naszego domu, u jednego z gospodarzy stały duże, miedziane kotły. Urządzenie działało, jak należy. Gdy przychodził sezon na śliwki węgierki, ten gospodarz udostępniał innym rodzinom z sąsiedztwa te kotły, w których te śliwki się smażyło. Trzeba było to cały czas mieszać dużymi, drewnianymi łopatami, które przypominały wiosła. Usmażone powidła przelewało się do glinianych garnków i wsuwało prosto do nagrzanego, chlebowego pieca. Na wierzchu zapiekała się twarda skorupa. Dzięki temu ta marmolada mogła stać i stać w piwnicy, i się nie psuła. Moja babcia robiła też sery. Najpierw odciskała je w woreczkach lnianych w kształcie rożka, a potem na taką odciśniętą, okrągłą formę kładła duży kamień. Jego ciężar sprawiał, że z sera spływała cała reszta wody. Z czasem ser z wierzchu lekko pleśniał. Tę warstwę pleśni się usuwało, a środek robił się twardy. Gotowe sery owijało się w lniane ścierki i przechowywało. Kiedy przychodził taki czas w roku, że krowa przestawała dawać mleko, my w chłodnej piwnicy mieliśmy zapasy. Były tam sery i solone masło ubite w drewnianych beczułkach. Babcia mieszkała z nami w czasie, gdy mój tato pracował w urzędzie gminy. W pewnym momencie w ukraińskiej wiosce Łdziany[5] utworzono nową gminę wiejską i przeniesiono tam tatę na stanowisko sekretarza. Rodzice wzięli mnie i zamieszkaliśmy w Łdzianach, a mój brat został z babcią w domu rodzinnym i chodził do szkoły w sąsiedniej Nowicy[6].
Fot. 2. Z moim małżonkiem Franciszkiem. Trzcińsko Zdrój, 1949 rok. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.We wspomnianej Nowicy żyło przed wojną parę spolszczonych rodzin niemieckich, mówiących na co dzień po polsku. Do jednej z nich wżenił się wujek Janek, pojmując za żonę Katerinę. My mówiliśmy do niej Kasia. Ona była spolszczona, imię Kasia pasowało do niej najbardziej. Gdy ruszyły wywózki Niemców do Rzeszy, ciotka wraz z bliskimi wyjechała. Wujek chciał jechać z nią, ale rodzina odradzała, strasząc, jaki los może spotkać Polaka w Niemczech. Został – schronił się u krewnych w Kałuszu. Wujenka zabrała dwójkę dzieci, Stefcię i Bronka, i sama udała się w transport. Po wojnie wujek Janek jechał na Zachód razem z nami, w tym samym wagonie. Na miejscu ułożył sobie życie od nowa: poślubił skromną, dobrą kobietę, z którą doczekał się Marysi i Bronka. Po jakimś czasie dawni małżonkowie jednak się odnaleźli. Nie wiem, z czyjej inicjatywy do tego doszło, ale spotkali się w Połczynie-Zdroju, gdzie mieszkała wujenka. Weszła tam później w nowy związek i wraz z partnerem przeniosła się do Głogówka[7].
Wywozili bez litości
Wojna zastała nas w
Łdzianach. Najpierw przyszli Ruscy. Z samego początku zachowywali się
łagodnie, ale bardzo szybko zaczęli wywozić ludzi na Sybir.
Dla nich nawet zwykły listonosz to już była „szycha”. Wywozili rodziny
listonoszy, leśników, urzędników. Brali każdego, kogo tylko uznali za
niebezpiecznego – bo ktoś był wykształcony, bo umiał czytać i pisać, bo miał jakąkolwiek
wiedzę.
Landestreu i Szerokie Pole[8] były przedwojennymi koloniami, w których od pokoleń żyli obok siebie Niemcy galicyjscy, Polacy i Ukraińcy. Jak wspomniałam, Landestreu założyli osadnicy niemieccy; podobnie powstało Szerokie Pole. Od końca grudnia 1939 roku do lutego 1940 roku niemieckich mieszkańców tych wiosek przesiedlono na tereny zajęte przez Rzeszę[9]. W ich miejsce sprowadzono przesiedleńców z ZSRR, mocno zrusyfikowanych Niemców znad Morza Czarnego. Oni nie mówili po niemiecku, może jakieś pojedyncze słowa. Część polskich rodzin musiała opuścić swoje domy. Wysiedleni zostaliśmy na Szerokie Pole, aby dla przybywających ze wschodu zapewnić odpowiednie dla nich warunki do życia, jednocześnie nas ich pozbawiając. Kto chciałby zostawić ojcowiznę, pozwolić, aby obcy w twoim domu był gospodarzem?
Fot. 3. Od lewej: ja, w środku moje kuzynki Helena i Wanda, po prawej koleżanka (imię i nazwisko niezapamietane). Trzcińsko Zdrój, 1949 rok. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.Z tym dobytkiem wyjechaliśmy na Szerokie Pole
Niemcy podstawili furmanki. Komunikat poszedł do ludzi, ile czasu na spakowanie. Kazali wszystko zabrać, co kto miał. Z tym dobytkiem wyjechaliśmy na Szerokie Pole. Kilka załadowanych wozów odjechało jednocześnie, wśród nich była moja rodzina. Zamieszkaliśmy na Szerokim Polu w domach, właściwie małych domkach, w których do niedawna mieszkali Niemcy.
Od tej pory nie ujrzę już nigdy swojego domu
Okupacja niemiecka. Zrobiło się jeszcze gorzej. Było po prostu bardzo źle. Ten czas kojarzy mi się przede wszystkim z przymusowymi kontyngentami. Bieda zrobiła się straszna, bo zwierzynę, którą rodziny chowały w gospodarstwach, trzeba było oddawać Niemcom. Wszystko pod rygorem i z wiecznym strachem w głowie, co się stanie, jak człowiek coś ukryje. Jeśli ktoś miał w domu żarna, musiał je głęboko i bezpiecznie schować albo zakopać. Jak Niemcy znaleźli u kogoś żarna, to na miejscu rozstrzeliwali albo wywozili, bo za mielenie zbóż na mąkę groziła śmierć. Mój wujek był dość bogaty, miał duże zabudowania, a wśród nich wysoką, drewnianą stodołę zapchaną po brzegi słomą. Zdecydował się ukryć te żarna właśnie tam. Wyciął w słomie taki „mniej więcej” tunel do samego środka i na końcu schował żarna, a wejście sprytnie zamaskował słomą. Ktoś niewtajemniczony - nie zauważył. Ale i tak, gdy tylko mieliśmy mielić ziarno, obowiązkowo z dwóch stron w ukryciu stali obserwatorzy i pilnowali, czy nikt nie idzie. Ziemia tam była licha, owies wyrastał nędzny, ziarna były marne. Z Landestreu na Szerokie Pola. To były naprawdę szerokie pola – ogromne łany ziemi, gdzie nie było widać ani początku, ani końca, wkoło las, stary las. Stare, wiekowe drzewa liściaste.
Fot. 4. Pani Zofia z córką Wiesią. Początek lat 60 XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.Gdyby te drzewa potrafiły mówić...
Szedł człowiek między nimi i nagle wyrastały potężne, dumne dęby i buki, pamiętające odległe, historyczne czasy.
Żeby objąć pnie niektórych z tych dębów, potrzeba było kilku osób. Pamiętam drzewa, bo często chodziliśmy tam na grzyby. Dziki podchodziły pod sam dom – jak cokolwiek z jedzenia zostało przed ogrodzeniem, to zaraz wszystko zjadły. Wycie wilków to był stały element naszego życia. Ich charakterystyczne głosy wypełniały całą przestrzeń lasu jak wiatr, nawołując się nawzajem. Zresztą w lesie żyło wtedy mnóstwo zwierząt, a prawdziwki rosły garściami. Grzyby były dla ludzi ważne, bo za niemieckiej okupacji robiło się coraz biedniej i głodniej. Grzyby stanowiły podstawowy składnik pożywienia – to było jedzenie, którym człowiek mógł się najeść do syta. Na tych szerokich polach zamieszkaliśmy w małym, biednym domku. Zajęliśmy w nim duży pokój, do którego wchodziło się bezpośrednio z sieni, jeszcze kuchnia i komórka. Po przeciwnej stronie podwórza stała dawna stajnia.
Od czasu, gdy
zamieszkaliśmy na Szerokim Polu, żyliśmy tam razem z babcią, mamą i moim
kuzynem Leonem. Kuzyn Leon był zmuszony ukrywać się. Dlaczego? Tej tajemnicy
nie odkryłam. Wiem tylko, że Niemcy wyznaczyli za
niego wysoką nagrodę. W tym samym
czasie mojego brata zabrali do pracy. Wcześniej pojawił się w naszym domu folksdojcz.
On mieszkał w okolicy jeszcze przed wojną, ale jak przyszli Niemcy, to poczuł
zew krwi, stał się wobec nich bardzo służalczy i pracował dla nich. Przyszedł
do mamy i zaczął ją przekonywać: „Niech syn pójdzie do pracy w rafinerii
ropy. Jak tam będzie pracował, to go nie wywiozą do Rzeszy i przeżyje”.
I brat faktycznie tam poszedł. Ta rafineria nie była duża, miała charakter
lokalny, znajdowała się na obszarze ówczesnej Gminy Niebyłów[10]. Młodzi, koledzy brata również pracowali na terenie rafinerii. Pilnowali
– robili obchody terenu, doglądali zbiorników, czy nic się nie dzieje, pomagali
przy cięższych pracach, przy beczkach z ropą. Dawało mu to dokument, że pracuje
dla przemysłu i dzięki temu nie wywieźli go do
Niemiec.
9 - 11 Marca 1944 roku
Wieczorem, z 9 na 10 marca 1944 roku bandyci z zamaskowanymi twarzami okrążyli zabudowania[11]. Podobno jedyną drogą ucieczki był wąski pas ziemi między domami a lasem. Domki były niewielkie i miały małe okna, w których zaczęto wybijać szyby. Do środka łatwo było się dostać: wystarczyło wyważyć drzwi siłą lub siekierą albo przez rozbitą szybę sięgnąć do klamki czy podnieść skobel. Drewniane domy nie były przecież twierdzami. Tego dnia pod wieczór poszłam odwiedzić koleżankę mieszkającą na końcu wioski, w ostatnim domku blisko lasu. W budynku mieszkały dwie rodziny, a oprócz nas były tam jeszcze dwie koleżanki. Siedziałyśmy razem i robiłyśmy pończochy z lnianych nici. Dobrze umiałam robić na drutach, więc cierpliwie uczyłam je tej pracy krok po kroku. Nagle usłyszałyśmy brzęk tłuczonego szkła. Do pokoju wszedł przerażony ojciec koleżanki i powiedział: „Uciekajcie do stajni!”. Dom był połączony ze stajnią, więc w pośpiechu się tam ukryłyśmy. Wcisnęłam się w kąt, rozglądając się za miejscem, w którym byłabym mniej widoczna. Chciałam zniknąć, stać się niewidzialna. Strach i beznadzieja były tak wielkie, że żadne słowa nie potrafią oddać tego, co czułam. Za ścianą było słychać strzały; ktoś upadł, ktoś charczał.
Po chwili wbiegł mężczyzna, który wiedział, że się tam ukryłyśmy, i zawołał: „Dzieci, uciekajcie tam, gdzie najbliżej do lasu”. Nawoływałyśmy się szeptem, a wokół rozlegały się strzały, krzyki, płacz dzieci i ciężkie dudnienie butów. Każda z nas wyszła ze swojego ukrycia. Przez wąską szparę w lekko uchylonych drewnianych drzwiach stajni spojrzałyśmy na podwórko przylegające do lasu, po czym wybiegłyśmy na zewnątrz. Pociski poleciały w moją stronę. Jeden z nich trafił mnie z przodu, otarł się o płuca i wyszedł na wylot tuż nad łopatką. Z tyłu została straszna, rozerwana rana, wielkości dziecięcej dłoni. Dwa kolejne przebiły mi ramię. Ostatni pocisk dosięgnął mnie już na ziemi, gdy leżałam bez ruchu – trafił i rozerwał cały pośladek. Upadłam mniej więcej w połowie drogi do lasu. Leżałam przytomna na ziemi i widziałam banderowców chodzących po podwórku. Jeden z nich podszedł, kopnął mnie, a gdy upadłam na twarz, trzy razy pchnął mnie bagnetem w plecy. Czułam palące pieczenie w miejscach ran. Ciało odmówiło posłuszeństwa, ale świadomość miałam przez cały czas.
Fot.6. Najmłodsza córka Zofii - Ala. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.Od pożaru było tak jasno, że na piasku można by znaleźć igłę
Tak było, takie małe dziecko, a taki się znęcali. Miałam na sobie gruby kożuszek, więc bagnet nie uszkodził mięśni, tylko głębiej przebił skórę. Nie czułam silnego bólu, raczej pieczenie. Napastnicy poszli potem w stronę lasu. Nie chcieli zostać rozpoznani — twarze mieli zasłonięte szalikami, a na głowach szare czapki. Wokół płonęły zabudowania. Słychać było krzyki ludzi, w których mieszały się ból, rozpacz i płacz, a także ryk zwierząt z tej części obejścia, gdzie rozprzestrzeniał się ogień. Od pożaru było tak jasno, że na piasku można by znaleźć igłę. Po pewnym czasie podszedł do mnie zamaskowany mężczyzna w szarej czapce. Nie widziałam jego twarzy. Pochylił się i powiedział po ukraińsku: „Leż spokojnie, potrzebuję kilku minut”. Rzeczywiście po jakimś czasie wrócił, wziął mnie na plecy i poniósł w przeciwną stronę niż las, ku drodze, przy której stały trzy małe ukraińskie chałupki. Zaniósł mnie do jednej z lepianek. W środku nikogo nie było. Położył mnie na łóżku, oparłam głowę na kilku ułożonych na sobie poduszkach. Powiedział - przestrzegł - abym nikomu nie mówiła, że mnie uratował. Wspomniał, że ma siostry i chce, żeby przeżyły. Bardzo dobrze rozumiałam i mówiłam po ukraińsku. Potem odszedł. Zostałam sama. Miałam w sobie kilka ran, w tym ślad po bagnecie na plecach i miejsce, gdzie przeszedł pocisk. Pomimo tego, miałam pełną świadomość, co się wokół działo. Nie wiem, ile czasu leżałam, z tego wycieńczenia zapadłam w sen. Rankiem pod domami zatrzymał się samochód. Wysiadło z niego czterech Niemców. Nie mam co do tego wątpliwości, choć po latach nie jestem pewna, czy byli w mundurach. Nie wiem, skąd się tam wzięli. Jeden z nich mówił dość dobrze po polsku. Kim był – cywilnym tłumaczem, czy może Ślązakiem wcielonym do wojska. Przyglądał mi się przez chwilę, po czym wziął mnie na ręce, zaniósł do samochodu osobowego, którym przyjechali. Prosiłam Boga, żeby jak najszybciej mnie zabili. Jechaliśmy długo, aż samochód zatrzymał się przed górą. Nadal myślałam tylko o tym, żeby nie czekać na śmierć. Widziałam przecież, jak mordowano ludzi. Droga była bardzo śliska i auto nie mogło podjechać pod górę. Któryś z mężczyzn wysiadł i poszedł do pobliskiej wioski. Po pewnym czasie przyjechał Ukrainiec z końmi i wciągnął samochód pod górę. Wjechaliśmy do Doliny[12]. Dalej był już tylko szpital: pielęgniarki, metalowe łóżko i jego charakterystyczny zapach. Zostawili mnie tam. Byłam bardzo słaba, ledwo żywa, z długimi warkoczami i cała we krwi. Trafiłam jednak na dobrych ludzi. Dyrektor szpitala był bardzo dobrym człowiekiem. Od razu obcięto mi włosy i trochę mnie umyto. Przez dzień czy dwa leżałam obojętna na wszystko, co widziałam i czego doświadczyłam — jak roślina. Byłam bardzo chora i wycieńczona. Pierwszą pełniejszą świadomość odzyskałam, gdy przyszła mama. Później mówiła, że gdy mnie zobaczyła, prosiła Boga, abym umarła i przestała się męczyć. Nie miała siły patrzeć – jak ja się męczę. Tatę wywieźli w 1940 roku. Zabrali go, zatrzaskując za sobą drzwi. Ślad po nim zaginął. Nie wiedzieliśmy, gdzie jest ani co się z nim dzieje. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że w Stanisławowie wszystkich więźniów z grupy, w której znalazł się tato, rozstrzelano. Ktoś wskazał miejsce wielkiej mogiły. Mama pojechała tam, pomodliła się i wróciła do domu.
Fot. 7. Kadr z naszego rodzinnego albumu - trzy zdjęcia wykonane w Trzcińsku Zdroju w latach 60. XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.W tym samym czasie to samo piekło rozgrywało się w moim domu
Mnie tam nie było, ale całą tę historię znam z późniejszych opowiadań mamy i babci.
Kuzyn Leon wpadł przerażony do domu. Była jeszcze zima, a babcia z mamą siedziały przy piecach. Krzyczał: „Napadają banderowcy!”. Szarpał się i miotał, jakby chciał zatrzymać wszystko, co działo się wokół, i uniknąć bezpośredniego spotkania z uzbrojonymi, bezwzględnymi napastnikami. Po sąsiedzku mieszkał brat mamy z żoną i trójką dzieci. Ich dom od lasu dzielił krótki odcinek drogi, znacznie krótszy niż ten po drugiej stronie wioski, gdzie wtedy przebywałam. Leon wbiegł do domu wujka i ponownie, przerażonym krzykiem, ponaglał wszystkich do ucieczki. Nie było czasu, by znaleźć i zabrać buty, spodnie czy choćby płaszcz. Dzieci były już przygotowane do snu, w samych koszulkach. Gdy wujek Franciszek, wujenka Anna i trójka dzieci; Wandzia, Hela i Stasiu uciekali do lasu, wujenka nagle zawróciła do domu po ubrania, poduszkę i pierzynę dla dzieci — tak wynikało z relacji wujka. W czasie ucieczki trafił ją pocisk. Nie wiem, czy od razu śmiertelny. Banderowcy opuścili wieś jeszcze tej samej nocy. Z relacji z następnego dnia wiem, że krew wokół leżącej wujenki zdążyła wsiąknąć w śnieg i zamarznąć na mrozie. Tuż obok leżały rozrzucone dziecięce palta i porzucona pierzyna. Był zimowy, mroźny wieczór; szczególnie dotkliwie odczuli to ci, którzy uciekali boso po zamarzniętym śniegu. Dzieci zostały w lesie prawie bez ubrania. Las był gęsty, więc kto do niego dobiegł, mógł czuć się choć trochę bezpieczniej. W nocy wujek z dziećmi spotkał babcię i mamę. Na poranionych stopach dziewczynek utworzyła się skorupa z przemarzniętej, pozdzieranej skóry. Były skrajnie wychłodzone. Pomimo, że zbliżała się wiosna, nadal panował mróz i leżał śnieg.
Fot. 8. Zofia i Franciszek. Pamiątkowe zdjęcie w pobliżu ratusza z ulicznym "misiem". W latach 40. i 50. po miastach Pomorza Zachodniego krążyły takie dwuosobowe ekipy - jeden pozował z przechodniami w stroju niedzwiedzia, drugi obsługiwał aparat. Trzcińsko Zdrój 1949 rok Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.W nocy, a właściwie nad ranem, mama wróciła z lasu w stronę Szerokich Pól
Odnalazła tam dwie moje
koleżanki, te same, które w chwili napadu przebywały ze mną i tak jak ja. Zdołały
przeżyć, ukrywając się. Gdy zobaczyły moją mamę, opowiedziały jej co widziały
na własne oczy: - „Ciociu, banderowcy zabrali Zosię do lasu!”
Widziały bowiem tylko ten moment, gdy leżałam ranna na ziemi, a jeden z
banderowców kazał mi czekać, po czym uniósł mnie, wziął na ręce i zaczął nieść
w stronę lasu. Były pewne, że to był mój był koniec, że niesie mnie na
śmierć. Nie wiedziały, co się stało później.
Banderowcy, co na nas napadli, nie mieli mundurów. Byli ubrani byle jak, w zwykłe, szare łachy i poplamione ubrania. Wujek i trójka jego dzieci ocaleli z tej rzezi. Mój wujek, tak jak inni uciekinierzy, trafił do miasta Dolina. Tam przez jakiś czas mieszkał w zorganizowanej kwaterze, a na posiłki chodził z dziećmi do jadłodajni prowadzonej przez księży. W tej jadłodajni pracowała kobieta – stara panna. Ten samotny mężczyzna otoczony trójką maluchów od razu wpadł jej w oko. Szybko dopytała o jego status, chcąc się upewnić, czy jest wolny. Gdy dowiedziała się, że to wdowiec i poznała prawdziwe okoliczności, w jakich zaledwie parę dni wcześniej zginęła jego żona, zaczęła się do niego zalecać. Jak się okazało – skutecznie. Przygarnęła jego z dziećmi do swojego mieszkania. Jednak jego syn, Stasiu, w ogóle nie akceptował tego związku ani nowej „mamy”. Zamiast siedzieć u niej, ciągle uciekał do domu, w którym my zamieszkaliśmy po ucieczce. Moją mamę i babcię zaczął traktować jak najbliższe osoby – zostawał z nami na noc i na dzień, u nas szukając ciepła. Wujek wiedział, co się dzieje, i sam na to przyzwalał. W ten sposób Stasiu mieszkał z nami aż do samego wyjazdu na Ziemie Zachodnie.
Skośnoocy „Kałmucy”
W lesie, w pobliżu Szerokiego Pola – miejsca rzezi, znajdowała się składnica drzewa. Stacjonowali tam umundurowani – mówili o nich „Kałmucy[13]”, mieli skośne oczy. To byli żołnierze z Azji, w niemieckich mundurach. Byli bezwzględni i budzili strach. Pilnowali drewna oraz jego transportu ze składu do miejsca przeróbki. Kilkanaście osób uciekło z domu w tym, co miało na sobie. Nie wiadomo, która była godzina, gdy cała grupa ocalałych — osiemnaście osób, w tym moja mama i babcia — odnalazła się w lesie. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak trafili do składnicy. Ktoś lub coś sprawiło, że odważyli się wyjść z lasu i przedostać właśnie tam. Otrzymali schronienie, choć nigdy nie słyszałam żadnych szczegółów. Dowódca drużyny, Niemiec, udzielił im pomocy. Następnego dnia umożliwiono ocalałym transport wagonami, najprawdopodobniej kolejką wąskotorową, do Doliny. Nie wiem, czy ta ucieczka była z kimś uzgodniona. Podobno banderowcy czekali na uciekinierów w ukryciu w zupełnie innym miejscu, przekonani, że wybiorą tamten szlak. Tymczasem ratunek znaleźli właśnie w składnicy. Później, gdy ocalałych ulokowano już w Dolinie, drugiego albo trzeciego dnia banderowcy napadli na składnicę drzewa. W zemście za udzieloną pomoc doszło do strzelaniny z oddziałem Kałmuków. Ich dowódcę, ciężko rannego, przywieziono do tego samego szpitala w Dolinie, w którym przebywałam. W tej składnicy było dużo zwożonego drzewa. „Kałmucy” chyba to wszystko organizowali i pracowali w lesie, albo miejscowi pracowali, a oni pilnowali. Później małą kolejką to drzewo było transportowane do miasta Dolina, a stamtąd wywozili[14].
W czasie, gdy byłam w szpitalu w Dolinie, miał miejsce nalot. Przekonana, że to znowu napad tych bandytów i że właśnie wbijają się do szpitala, ze strachu wstałam z łóżka i stanęłam na szerokim parapecie. Byłam tak przerażona, że chciałam wyskoczyć z okna. Na szczęście w ostatniej chwili powstrzymała mnie pielęgniarka, po prostu mi nie pozwoliła. Budynek był piętrowy, a nasz oddział znajdował się na piętrze, więc ten skok mógł się strasznie skończyć.
Opuściłam szpital. Osiemnaście osób z wioski ocalało, wśród nich babcia, mama, kuzyn Leon i ja. Banderowcy napadali na wioski, omijali miasta. W jednorodzinnym domu u polskiej rodziny, duży pokój, połowa z ocalałej grupy tutaj zamieszkali. W nocy miejsca na podłodze wystarczało dla każdego. Tutaj w Dolinie dołączył do nas mój brat. Podczas napadu na Szerokie Pole nie było go z nami, nadal pracował w rafinerii, tam mieszkał. Zostaliśmy otoczeni dużą pomocą ze strony miejscowych polskich księży i rodzin polskich w Dolinie. Miasto ładne, szerokie ulice, gdy zamieszkałam po wojnie w Trzcińsku Zdroju, nie mogłam się przyzwyczaić do wąskich ulic. W mieście funkcjonowała kopalnia soli, ludzie mieli zatrudnienie, dobrze żyli.
W Dolinie, a dokładniej na obrzeżach miasta, mieszkała rodzina polsko-ukraińska. Kobieta była Polką, jej mąż Ukraińcem. Mieli syna, który stał się niebezpiecznym ukraińskim patriotą, banderowcem. Swoje skrajne poglądy wyrażał głośno i prowokacyjnie, bez żadnych oporów. Gdy planowane przez banderowców napady przeszły w etap realizacji i zaczęły się rzezie, on za każdym razem wychodził z domu, by brać w nich udział. I któregoś razu, wychodząc na kolejną akcję, rzucił prosto w oczy rodzicom: – Idę mordować Polaków. Wtedy ojciec odezwał się głośno i dobitnie: – To najpierw zabij swoją matkę, bo przecież ona też jest Polką. Ten syn, bez skrupułów czy wahania, naprawdę chciał zabić własną matkę. Ojciec zareagował natychmiast. Stanął w obronie żony. W tamtych czasach broń była niemal w każdym domu. Doszło do szamotaniny i strzałów – w rezultacie ojciec zastrzelił własnego syna, by uratować kobietę. Ta historia natychmiast przeniknęła do okolicznych domów. Wzbudziła potężne przerażenie i krążyła z ust do ust. Pamiętam, jak jako dziecko sama słyszałam, gdy starsi opowiadali. A gdy po wojnie zamieszkaliśmy już na Ziemiach Zachodnich, ta opowieść nadal żyła w pamięci i była wielokrotnie wspominana przez osadników z Kresów Wschodnich.
W Dolinie doczekaliśmy końca wojny
Po wojnie brat mojej mamy, brat Franciszek Pytlak, wyjechał na Zachód. Wujek Franciszek jako jeden z pierwszych wyruszył w drogę. O strasznym losie jego rodziny wspomniałam już wcześniej – to jego żonę zamordowali banderowcy w Szerokim Polu, on sam z trójką małych dzieci zdołał uciec do lasu i jakimś cudem przeżył. Potem w jednym z tych podstawionych, drewnianych wagonów towarowych wyjechał z Doliny z dwójką dzieci; Helą i Wandzią, bez dobytku bez niczego. Syn wujka, Stanisław, od tej chwili przeszedł całkowicie pod opieką mojej mamy. Sporo rodzin pojechało tym pierwszym transportem – w wagonach mogło być z pięćdziesiąt rodzin, a myślę, że nawet znacznie więcej. My wyjechaliśmy kolejnym transportem i trafiliśmy w Rzeszowskie, do małego miasteczka Żołynia[15] i okolicznych wiosek. Wyjechało nas pięcioro: mama, babcia, brat, syn wujka - Stasiu i ja. Moja mama pochodziła z Rzeszowszczyzny i tak jak wielu uciekinierów z Doliny myślała po prostu: „Mam tam rodzinę, to tam pojadę, tam będzie bezpieczniej”. I tak zrobiliśmy. Na miejscu jakiś gospodarz odstąpił nam duży pokój. Brat z wujkiem spali na ziemi, a my na łóżku. Pamiętam, jak nocami ze ścian i szpar wychodziły pluskwy... Bieda była straszna, chodziliśmy głodni. Na dodatek miejscowy ksiądz okazywał nam dużą niechęć. Głośno i bezwstydnie mówił przy ludziach, że gdyby na Kresach nie prowokowano banderowców, toby do tej tragedii nie doszło. Wszystkich nas to strasznie bolało. Niedługo potem, w nocy, do budynku plebanii przyszli partyzanci z Armii Krajowej i tak go pobili za te słowa, że głośno było o tym w całej okolicy. Z Żołyni wyjechaliśmy dalej, w wioski pod Przemyślem, wiosną 1945 roku. Mama znalazła porzucony, przegniły worek, w którym zostało trochę ziarna. Przebierała je palcami, ale ziaren było tam niewiele, te które wyłuskała, były marne. Mąka z tego wyszła gorzka i bardzo licha, ale i tak była dla nas najważniejszym posiłkiem. Mama z babcią codziennie gotowały z niej, co tylko się dało – zacierki na wodzie, proste kluski albo piekły na blaszce pieca proste podpłomyki, żebyśmy tylko mieli cokolwiek w żołądkach. Brat zapoznał tam pewnego Ukraińca. To był bardzo dobry człowiek. Sam w niewyjaśnionych okolicznościach stracił całą swoją rodzinę i od początku był dla mojego brata pomocny. I to właśnie dzięki jego pomocy dołączyła do nas krowa – nasza żywicielka. Z tej wioski do Przemyśla było jakieś dziesięć kilometrów, a całkiem blisko znajdowała się duża stacja kolejowa Żurawica[16]. Stamtąd wywozili wtedy pociągami wielu Ukraińców na wschód. Zajęliśmy opuszczony dom po ukraińskiej rodzinie. Na ich polu rosło mnóstwo kapusty. Brat zapałał do pracy – poszatkował tę kapustę, uszykowaliśmy drewnianą beczkę i poukładaliśmy ją do kiszenia. Ta beczka wyjedzie potem z nami w dalszą drogę, na Zachód, aż do Trzcińska. I kto potem w drodze albo już na miejscu spróbuje tej naszej kapusty, ten będzie nią po prostu zachwycony.
Do jesieni przeczekaliśmy na miejscu. W tym czasie brat załatwił wagon w Żurawicy, na który załadowaliśmy nasz skromny dobytek i krowę. Wagon dołączono do większego składu. Pamiętam, że na jednej ze stacji brat zostawił nas na chwilę i poszedł do pobliskiego miasta, żeby coś kupić lub załatwić. Wtedy do wagonu podeszli radzieccy żołnierze. Stukali w koła tak długo, że mama w końcu nie wytrzymała ze strachu powiedziała szepcząc: „A jeśli oni nas tu znajdą i zamordują?”. W końcu jednak odeszli. Szczególnie zapamiętałam dłuższy postój w Kostrzynie. Czekaliśmy tam dwa, może trzy dni. W pobliżu nie było właściwie miasta — tylko zniszczone budynki, gruzy, kikuty ścian, piwnice i małe drewniane krzyże stojące jeden przy drugim w pobliżu stacji. Miasto było mocno zniszczone.
Dojechaliśmy do Trzcińska Zdroju w samo Boże Narodzenie 1945 roku
Nasz wagon doczepiono na końcu składu do kilku wagonów osobowych. Na miejscu powitał nas wujek, stęskniony za synem Stasiem, który przyjechał razem z nami. Jak się szybko okazało, czekał na pociąg już od dwóch dni, bo trudno było skomunikować nasz wagon z innym składem. Kiedy wyładowaliśmy krowę i dobytek na peron, kilku rosyjskich żołnierzy zaczęło się nam przyglądać. Wujek podtrzymywał z nimi rozmowę. W pewnej chwili pojawiła się butelka bimbru. Alkohol rozluźnił atmosferę, zrobiło się serdecznie, niemal tanecznie. Szczególnie zapamiętałam jednego z żołnierzy — Misze, sympatycznego rosyjskiego chłopaka. Moją uwagę przyciągał też budynek dworca z niemieckimi napisami informującymi o restauracji działającej w środku. Dziś trudno mi powiedzieć, co dokładnie było w nim tak interesującego, że pamiętam. Wujek zaprowadził nas do domu, który zajął i w którym mieszkał. Nasz dobytek położono na wóz, a krowa szła obok. Szliśmy główną drogą i minęliśmy dwie duże bramy obronne. Dom, który zajął wujek, stał po lewej stronie, przy wyjeździe w kierunku Chojny, mniej więcej naprzeciw bramy myśliborskiej. Misza, szedł z nami, wesoły, jakby ochronić nas chciał. W tych pierwszych dniach Misza, przychodził pod dom, ciekawy, jak sobie poradziliśmy. Wchodził do środka, może coś do zjedzenia przynosił? Spodobał mi się ten Misza. Czas bożonarodzeniowy sprzyjał okazywaniu wzajemnie serdeczności, pomimo, że wszystko wokół nas było obce. Przychodził do nas, przynosił tuszonki mięsne, chleb. W ogóle żołnierze rosyjscy byli bardzo serdecznie wobec nas. Misza zakolegował się z wujkiem i moim bratem, czuł się z nami jak u siebie w domu.
Fot. 9. Zofia i Franciszek z przyjaciółmi podczas spaceru w parku nad jeziorem. Trzcińsko Zdrój, przełom lat 40. i 50. XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.Dni były krótkie i szybko zapadał zmrok. Nie pamiętam, czym oświetlano pomieszczenia. Wszyscy byli zmęczeni i szykowali się do snu, ale mnie ogarnął niepokój. Od czasu bandyckiego napadu na Szerokie Pola, a także późniejszych mordów koło Przemyśla, kiedy musieliśmy ukrywać się w ogrodzie pod drzewem, narodził się we mnie lęk przed zwyczajnym zasypianiem w łóżku. Przecież już wcześniej, w Szerokim Polu, chowaliśmy się przed banderowcami w dołach. Inni kładli się spać, a ja nie chciałam. Myślałam: „Jak to tak — położyć się nocą spokojnie do łóżka?”. Przez cały czas towarzyszyły mi napięcie i silny strach. Ciągle bolały mnie rany na plecach. Kiedy zobaczyłam, że wszyscy śpią, położyłam się również i przespałam pierwszą noc w Trzcińsku po ludzku.
U wujka mieszkaliśmy kilkanaście dni. W tym czasie brat poznał kolegę, którego wujek był kapitanem w wojsku i otrzymał zadanie zorganizowania grupy osadników do tego częściowo zamieszkanego miasta. Szybko sprowadził rodzinę transportem, a gdy dotarli na miejsce, rozproszyli się i miasto ich wchłonęło. Kolega brata, widząc nasze trudne warunki i ciasnotę, powiedział pewnego dnia: „Tato ściągnął do kamienicy babcię z dziadkiem. Oni zajmują dół, a góra jest niezamieszkała”. W ten sposób zamieszkaliśmy przy ulicy 9 Maja, w trzypokojowym mieszkaniu.
Gdy przyjechaliśmy tu pod koniec grudnia 1945 roku, do miasta i okolicznych wiosek przyjeżdżali nie tylko przemęczeni ludzie z Kresów - pozbawieni domów, i całego dotychczasowego życia. Przybywali tu także mieszkańcy z innych części Polski, kierowani bezsilnością wobec powojennej biedy, ruin i braku jakichkolwiek perspektyw. Obietnica opuszczonych domów i ziemi dawała szansę na życie od nowa. Nie brakowało też takich, którzy uciekali na te nieznane terenu, ze strachu – uciekinierów przed represjami, dawnych żołnierzy podziemia. Tutaj, póki co, łatwo mogli zniknąć w tłumie. Niestety, ten teren nazywany „dzikim zachodem” przyciągał również ludzi bez skrupułów. Zwykli szabrownicy z centralnej Polski, których cechowała bezwzględność, chciwość, pazerność. Ludzie, którzy brali wszystko co można było, gdzie coś znaleźli ładowali na wozy, bo przecież na plechach nie nosili. Pakowali do wagonów Przyjeżdżali tylko po to, by ograbić opuszczone domy z mebli, sprzętów, dywanów, i wywieźć to wszystko na handel.
Fot. 10. Córki Zofii z dziećmi sąsiadów -kolegami w Parku Jordanowskim w Trzcińsku Zdroju. Lata 50. XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Zofii Drużki.W mieście wciąż mieszkali Niemcy. To byli dawni mieszkańcy, którzy w niepewności i niechęci czekali na swoje wysiedlenie. Trudno jest mi dzisiaj określić, ilu dokładniej mogło ich przebywać w mieście. Najchętniej siedzieli pozamykani w swoich domach, na ulicach można ich było spotkać rzadko. W ustalonym dniu zbierali się na rynku i czekali na zorganizowany transport. Przychodzili z tym skromnym dobytkiem, jaki zdołali ze sobą zabrać – ciągnęli ze sobą torby albo pchali je o własnych siłach. Na rynku, byłam świadkiem czegoś, co mnie przeraziło. Bezduszni – nieliczni, z tych osadników, co dopiero przyjechali i zwykli szabrownicy – podbiegli do tych ludzi, wyrywając dobytek, z którym przyszli. Przecież dobrze wiedziałam, co Niemcy wyrządzali w czasie wojny i jak okropne rzeczy się przez nich działy. Jednak ten widok mnie dotknął, niezależnie od tego, co było wcześniej. Gdy na nich patrzałam, to byli już wtedy bezbronni ludzie. W końcu po tych ludzi podjechała duża ciężarówka i wywieźli ich do Chojny.
Mój mąż
Franciszek Drużka, pochodził z okolic Skały Podolskiej. Przyjechał do miasta dużym transportem w 1945 roku. Urodzony w 1929 roku. Jako szesnastoletni chłopiec, razem z matką, bratem i siostrą opuścił wagon. Na miejscu przydzielono im kawałek ziemi, więc zaczęli gospodarzyć. Mieli też konia – nie wiem, czy przywieźli go ze sobą z Kresów, kupili na miejscu, czy dostali w ramach pomocy. Dla podratowania domowego budżetu, mąż podjął pracę w lesie. Nasze losy połączyły się w 1949 roku, kiedy wzięliśmy ślub. Początki naszej rodziny były jednak naznaczone wielkim bólem. Przez konflikt serologiczny dwoje naszych pierwszych dzieci urodziło się martwych. Na szczęście los w końcu się do nas uśmiechnął i przyszła na świat trójka naszych dzieci: Janina, Wiesława oraz Alicja. Doczekaliśmy się sześciu wnuków: Joanna, Łukasz, Mateusz, Ewa, Aleksandra i Tomasz. Drogę zawodową rozpoczęłam w Gminnej Spółdzielni, pracując najpierw w sklepie z odzieżą. Z czasem objęłam stanowisko księgowej i przepracowałam w tej samej spółdzielni ponad trzydzieści lat.
Epilog
Przeszłam w życiu naprawdę dużo. Widziałam na własne oczy okrucieństwo, śmierć, której ciężko ranna uniknęłam, straciłam dom. Gdy dzisiaj patrzę wstecz na moje długie życie, to myślę sobie jedno: - Co człowiek może dać drugiemu człowiekowi?
Dobroć, łagodność, spokój.
Dzisiaj mam przy sobie dzieci, wnuki i prawnuki. Doczekałam się spokojnych dni, stabilizacji. O jedno zawsze proszę…
Aby młodzi, nigdy nie musieli przeżyć tego, co nasze pokolenie. Żeby potrafili być dla siebie zwykłymi, skromnymi ludźmi, a przez tę swoją skromność –najlepszymi ludźmi.
Wspomnień Pani Zofii Drużki wysłuchał w Lipcu 2026 roku autor publikacji Andrzej Krywalewicz.
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.
[1]Przypis autora: Landestreu to obecnie Zełenyj Jar. Zob. „Zełenyj Jar”, Wikipedia, https://pl.wikipedia.org/wiki/Ze%C5%82enyj_Jar (dostęp: 04.08.2026 r.).
[2]Kałusz — miasto w obwodzie iwanofrankiwskim w Ukrainie. Zob. „Kałusz”, Wikipedia, https://pl.wikipedia.org/wiki/Ka%C5%82usz (dostęp: 04.08.2026 r.).
[3]Województwo stanisławowskie — jednostka administracyjna II Rzeczypospolitej istniejąca w latach 1920–1939.Zob. „Województwo stanisławowskie”, Wikipedia, https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojew%C3%B3dztwo_stanis%C5%82awowskie (dostęp: 04.08.2028 r.).
[4]Nowica — dawna gmina wiejska w powiecie kałuskim województwa stanisławowskiego. Zob. „Nowica (gmina)”, Wikipedia, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowica_(gmina) (dostęp: 04.08.2028 r.).
[5]Łdziany – dawna gmina wiejska w powiecie kałuskim województwa stanisławowskiego II Rzeczypospolitej. Siedzibą gminy były Łdziany. (dostęp: 11.08.2026 r.)
[6]Nowica–https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowica_(Ukraina). (dostęp: 11.08.2026 r.)
[7]https://pl.wikipedia.org/wiki/G%C5%82og%C3%B3wek (dostęp: 16.08.2026 r.)
[8]Szerokie Pole / Pohersdorf (powiat Doliński) – kolonia założona przez osadników niemieckich, pierwotnie pod nazwą Pohersdorf. W okresie II Rzeczypospolitej oficjalna nazwa miejscowości brzmiała Szerokie Pole (przyp. aut.).
[9]Przesiedlenie niemieckich mieszkańców Landestreu do Rzeszy w styczniu 1940 r. odbyło się na mocy radziecko-niemieckiego traktatu o granicach i przyjaźni z września 1939 r., w ramach akcji Heim ins Reich („Powrót do Rzeszy”). Ewakuowani z Galicji Wschodniej trafiali najczęściej na tereny okupowanej Wielkopolski, określane jako Kraj Warty, skąd wcześniej władze niemieckie wysiedlały ludność polską.
[10]Ośrodkiem wydobywczym na terenie ówczesnej gminy Niebyłów w powiecie kałuskim (województwo stanisławowskie) były zakłady naftowe spółki „Pionier” (kopalnia „Pionier-Ślązak”) oraz Towarzystwa Naftowego „Niebyłów”. Pola naftowe tego rejonu eksploatowano zarówno w samym Niebyłowie, jak i w okolicy.
[11] Napad w marcu 1944 roku na wieś Szerokie Pole (powiat Doliński) był częścią masowej akcji eksterminacyjnej prowadzonej przez oddziały UPA w Małopolsce Wschodniej. W wyniku napaści zginęło od 58 do 100 polskich mieszkańców wsi. Dzień po tragedii przybyłe na miejsce pododdziały niemieckiej żandarmerii i wojsk węgierskich ewakuowały ocalałych Polaków do Doliny. Zbrodnia została opisana w oficjalnych opracowaniach historycznych oraz na stronie Wikipedii pod hasłem: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Szerokim_Polu (dostęp: 15.08.2026 r.)
[12]https://pl.wikipedia.org/wiki/Dolina_(miasto) (dostęp: 11.08.2026).
[13](przypis autora): Kałmucy (w relacjach świadków często: „Kałmyki”) to naród pochodzenia mongolskiego z rejonu ujścia Wołgi. W czasie II wojny światowej zasilili oni szeregi kolaboracyjnego Korpusu Kawalerii Kałmuckiej (Kalmücken-Kavallerie-Korps). Latem i jesienią 1944 roku formacja ta w niemieckich mundurach pacyfikowała polskie wsie i walczyła z partyzantami (m.in. na Zamojszczyźnie i Kielecczyźnie). Ze względu na charakterystyczne, azjatyckie rysy twarzy, w pamięci lokalnej ludności termin „Kałmuk” stał się trwałym synonimem bezwzględnego żołnierza ze Wschodu w służbie niemieckiej.
[14](przypis autora): Kałusz, Dolina oraz całe Przedkarpacie to tereny wyjątkowo bogate w gęste kompleksy leśne. Dla niemieckiego przemysłu wojennego pozyskiwane tam drewno miało znaczenie strategiczne. Masowo wykorzystywano je m.in. do budowy baraków wojskowych, skrzyń na amunicję, stempli kopalnianych oraz podkładów kolejowych niezbędnych do transportu na froncie wschodnim. Surowiec wycinany przez miejscowych robotników ładowano na lokalną kolejkę wąskotorową (leśną), zwożono do węzłowej stacji w Dolinie, a stamtąd towarowymi pociągami wywożono w głąb III Rzeszy.
[15]https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBo%C5%82ynia (dostęp: 16.08.2026 r.)
[16]https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBurawica_(stacja_kolejowa) dostęp: 16.08.2026 r.)















