Reklama [góra]

/center>

"Stąd nie było ucieczki, w lasach nie było dróg, jeśli nie masz broni to po Tobie, pomyślałem..."

                                                                 

Nazywam się Andrzej Stańko. Urodziłem się w rozległym Województwie Lwowskim w dniu 12 XII 1926 roku w wiosce Dobra. W pobliżu mojej wioski znajduje się miasteczko Sieniawa, które przed wojną w zdecydowanej większości było zamieszkałe przez ludność żydowską. Mama miała na imię Katarzyna, tata Jan. Posiadałem ośmioro rodzeństwa, najmłodsza siostra Stefania żyje do dzisiaj na południu Polski. Rodzice zajmowali się gospodarstwem, uprawiali ziemię. Mieszkaliśmy w drewnianym domu pokrytym strzechą, takich budynków w Dobrej było dużo. Szkoła była murowana. W naszej wiosce znajdował się kościół katolicki i cerkiew prawosławna. Ludność stanowili Polacy i Ukraińcy, Żydzi. Największą społecznością byli Ukraińcy, Polaków było dużo mniej. (Do 1939 roku w Dobrej mieszkało 2530 mieszkańców w tym: 1880 Ukraińców, 630 Polaków, 20 Żydów)
(źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Dobra_(powiat_przeworski dostęp: 10.01.2017)
                                                                       

Dobre były relacje pomiędzy naszą mniejszą społecznością i Ukraińcami. Święta obchodziliśmy dwukrotnie każdego roku. Zapamiętałem, że lubiłem chodzić na teren parafii, gdzie znajdował się staw. Łowiłem w nim ryby, które zanosiłem mamie. W pobliżu wioski było dużo lasów.

Bohater wspomnień

Wywózka - długie pięć lat II wojny światowej spędziłem wraz z rodziną na zesłaniu


Dość dobrze zapamiętałem pewną noc. Było to krótko po wybuchu wojny. Nie pamiętam, jak bardzo zmieniło się nastawienie ludności Ukraińskiej wobec Polaków po wybuchu wojny. W nocy przyjechało do wioski kilka dużych samochodów. Działacze NKWD wkraczali do każdego domu, przerywano sen domowników, pozwolono się ubrać i ustalano głośno personalia. Bezwzględnie wyprowadzano nas w pobliże samochodów, po czym wchodziliśmy do przyczep pokrytych plandekami. Jeden z moich braci w tą pamiętną noc przebywał w wiosce oddalonej od Dobrej o około 10 km. Kiedy tylko jeden z odpowiadających za deportację polskiej ludności stwierdził, że brakuje w mojej rodzinie brata, zażądał aby jeden z kierowców dostarczył go do miejsca wywózki. Mogliśmy zabrać z sobą trochę odzieży, mąki, podstawowych przedmiotów do codziennego użytku typu łyżka, talerz, nóż. Istniał mały limit kilogramowy na rodzinę, który nie mógł być przekroczony. Ta masowa wywózka Polaków musiała mieć miejsce w I połowie 1940 roku. Samochodami zostaliśmy zawiezieni do dużego miasta. Nie jestem pewien ale to był chyba Jarosław. W tym dużym mieście zostaliśmy zaprowadzeni pod eskortą do drewnianych wagonów. Droga do Nowosybirska była bardzo ciężka. Dziwię się dzisiaj, że w takich nieludzkich warunkach dojechaliśmy całą rodziną do Nowosybirska. Dotkliwy głód i mróz, choroby związane z brudem, towarzyszyły przez długich dziewięć albo dziesięć dni. W mieście Nowosybirsk pokonaliśmy, drogę do rzeki Ob. Tutaj dostaliśmy się na mały statek, przypominający barkę i popłynęliśmy dalej w nieznane.

Moja żona z siostrą Stefanią

Ślub mojego brata

Stąd nie było ucieczki, w lasach nie było dróg, jeśli nie masz broni to po Tobie, pomyślałem.

                                                                     
       
Nie wiem jak długo płynęliśmy statkiem. Nie pamiętam nikogo poza moją rodziną, ten etap drogi to zwyczajna w głowie pustka. To świadczy, jak bardzo musiałem być przemęczony. miałem wówczas 16 lat. Od brzegu rzeki szliśmy wycieńczeni, prowadzeni przez kogoś miejscowego, kto oczekiwał na brzegu. Dotarliśmy na miejsce. Wszędzie był las. W rozproszeniu znajdowały się skupiska ludzi. Do jednego z takich skupisk dotarliśmy. Ludność w większości to byli Rosjanie, którzy najczęściej z przyczyn politycznych zostali tutaj deportowani i zmuszeni do walki o przetrwanie. Mieszkali w ziemiankach. Grupa Polaków, z którą tutaj dotarliśmy, musiała w własnym zakresie stworzyć warunki do życia. Więźniowie rosyjscy użyczali nam siekier, łopat. Nocowaliśmy albo w kilku w ziemiankach, na ziemi albo pod gwiazdami. Od rana bez najmniejszych skrupułów karczowaliśmy las. Wartość drzewa była nie do opisania. Drzewo było budulcem, dawało nam ciepło, dzięki drzewom mogliśmy przeżyć. Ręcznie transportowaliśmy drzewo do miejsca, gdzie miały powstać ziemianki ręcznie. Znajdowało się tutaj dużo rzeczek i cieków, co bardzo utrudniało transport. Wówczas układaliśmy podłużnie pnie drzew, dzięki czemu powstawały bezpieczne przeprawy, to było wielkie udogodnienie podczas transportu.
                                                                         
Mój pierwszy motor
Rodzina bohatera wspomnień

Zimą temperatura spadała poniżej 40 stopni


Nie pamiętam, ile czasu potrzebowaliśmy, aby zamieszkać w powstałych ziemiankach. Posiołek, do którego dotarliśmy i w którym przyszło nam żyć trzy długie lata zamieszkiwali Rosjanie, którzy zostali deportowani tutaj wcześniej i my - Polacy. Takich rozproszonych"wspólnot" było kilka. Funkcjonariusze NKWD przebywali w jednym miejscu, oddalonym od innych społeczności. Nie pamiętam, czy widziałem budynek w którym oni mieszkali. Zimy tutaj były długie i uciążliwe, okresy wiosny i lata trwały krócej niż w Polsce. Żywność była skwapliwie reglamentowana. Od samego początku życia na zesłaniu uświadamiano nam, że na jedzenie musi każdy zapracować. Dostawaliśmy małe, zmarznięte, zwiotczałe ziemniaki, z których była gotowana zupa. Zupa taka miała specyficzny zapach. Dodawano do niej co ziemia wydała jadalnego, między innymi koniczynę, mlecz, szczaw. Chleb czarny przypominał glinę zmieszaną z wodą. Głód i niedobór witamin powodował szkorbut, kurzą ślepotę. W okresie trwania niezmiernie krótkiego lata i jesieni zbieraliśmy runo leśne. Zimą temperatura spadała poniżej 40 stopni.

Nocowaliśmy pod gwiazdami, póki glina nie przeschła. Później zamieszkaliśmy w ziemiance która powstała na moich oczach od podstaw. Nie pamiętam z ilu pomieszczeń składała się wewnątrz ziemianka. Podłoga, to było gliniane klepisko. Na środku stał piecyk żelazny nazywany - "komech". Spaliśmy w zmajstrowanych z desek pryczach do spania, po kilka osób w trzech pionach. Przykrywaliśmy się ubraniami, wysuszonym sianem i odpowiednimi chwastami. Wykonywaliśmy ręcznie wszelkie prace związane z uprawą ziemniaków i wycinką drzew. Pewna sytuacja związana z moim tatą utkwiła mi w pamięci. Pracowaliśmy przy zbieraniu ziemniaków w polu. Niespodziewanie po zakończeniu pracy ustanowiony strażnik przeszukiwał i sprawdzał nasze kieszenie. U mojego taty w kieszeni znalazł pięć ziemniaków. Tata został ukarany pobytem w karcerze. Nie wiem, ile czasu spędził w odosobnieniu.



Dziewięć długich dni trwała droga do jezior bogatych w ryby

W drugim albo trzecim roku naszego zesłania pewien Rosjanin opowiedział, że w kilka dni można dojść do jezior bogatych w ryby. Nie wiem, czy ten Rosjanin był zesłańcem, trudno mi dzisiaj powiedzieć, jaka wówczas przypadła jemu rola. Mógł być również miejscowym mieszkańcem albo nadzorującym więźniów.  Skromnie wyekwipowani wyruszyliśmy w długą drogę. W plecakach znajdował się prowiant, sieci i niezbędne narzędzia. Nasza droga trwała dziewięć długich dni. Ze mną wyruszył Rosjanin przewodnik, córka rodziny, która mieszkała w sąsiedniej ziemiance i dwóch moich braci. Gdy opuszczaliśmy posiołek była późna jesień. Droga nasza trwała dziewięć dni. W tym czasie przekroczyliśmy strefę zimy. Warunki atmosferyczne zmieniały się wraz z każdym kilometrem pokonanej drogi. Rosjanin dobrze się orientował, znał drogę. Na miejscu okazało się, że na lustrze wody jest lód. Rozkładanie sieci było utrudnione, ryb było mało. Rosjanin się szybko zniechęcił i zaproponował dalszą drogę do wód, gdzie w jego przekonaniu ryb było znacznie więcej. Zdecydowanie odmówiłem, powziąłem decyzję o powrocie do domu. Wyruszyliśmy w drogę powrotną przygnębieni wszechobecnym zimnem. Rosjanin pozostał. Nie pamiętam, czym się żywiliśmy Spaliśmy pod drzewami w zabezpieczonych w miarę naszych możliwości miejscach. Zapamiętałem, że gdzieś w połowie drogi przed nami pojawiła się ziemianka, ognisko i miejscowy, który był owinięty  skórami najprawdopodobniej z niedźwiedzia. Do desek, które stanowiły dach ziemianki były zamocowane również skóry. Gdy zbliżyliśmy się do ogniska, pojawiły się dzieci, w których wzbudziliśmy duże zainteresowanie, hałasowały. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek, posililiśmy się, nie zostaliśmy aby przenocować. Wtedy miałem dużo czasu do rozmyślań. Pomyślałem wówczas, że tutaj nie ma żadnych dróg, nie ma szans ucieczki a jesli nie masz broni to po Tobie.  Gospodarz owinięty starannie skórami (to były chyba skóry z niedźwiedzia albo wilków - mówi po chwili pan Andrzej)  wytłumaczył nam, że  wzdłuż drogi powrotnej do miejsca, z którego wyruszyliśmy, znajdują się wydrążone w korze brzóz charakterystyczne ślady. Opowiedział, że jakiś czas wcześniej mozolną pracę drążenia znaków w korze brzóz wykonał ktoś, kto przez dłuższy czas przebywał w jego gospodarstwie. Nie pomylił się, ponieważ przez kolejne trzy cztery dni oznaczenia doprowadziły nas do celu. Doszliśmy do wioski, w której znajdował się młyn. Pojawili się jacyś ludzie. Pytali, gdy zorientowali się, że jesteśmy Polakami, zawołali mężczyznę. Po jakimś czasie przyszedł ten mężczyzna, okazało się, że jest Polakiem. Tak poznałem pana Ożgę, który wraz z najbliższymi będzie mi towarzyszył w drodze powrotnej na zachód i zamieszka również w Lubanowie. Nowo poznany okazał się przyjacielskim i życzliwym człowiekiem. Z jego pomocą dotarliśmy do rodziny. Po jakimś czasie do posiołka został przywieziony na saniach Rosjanin - przewodnik. Ktoś wcześniej dokonał amputacji obu nóg do kolan z powodu odmrożenia. Widok cierpiącego utkwił mi w pamięci. Przerażający.


Proszę zobaczyć, mówi pan Andrzej, po czym zdejmuje skarpety. Szczęśliwie zachowałem stopy, pomimo bolesnych i trwałych zmian.


Moje stopy również uległy odmrożeniu. Na miejscu stwierdziłem bolesne zmiany, duże bąble na powierzchni stóp. Odmroziłem nogi w drodze powrotnej, rodzice dali mi skórę z konia. Własnoręcznie uszyłem skarpety. Byłem pewien, że jeśli  skarpety wykonane ze skóry konia będę nosił, to problem ustanie.  Proszę zobaczyć, mówi pan Andrzej, po czym zdejmuje skarpety. Szczęśliwie zachowałem stopy, pomimo bolesnych i trwałych zmian. W tym czasie otrzymałem nową pracę, woziłem słomę 6 kilometrów w jedną stronę. Siano było układane na duże sanie, po czym posłuszny koń wyruszał w znajomą drogę do wioski, w której znajdowało się dużo zwierząt (bydło, świnie, konie). Tam nocowałem.`
                                                                         



Dwa lata w sowchozie blisko miasta Woroneż

W 1943 lub 1944 roku, tak w połowie roku przyjechali do osady urzędnicy, przedstawiciele władzy sowieckiej. Poinformowali, że mężczyźni znajdujący się w odpowiednim przedziale wieku, w wyznaczonym czasie mają dotrzeć do miejsca, gdzie cumował statek. Z moim bratem Szczepanem udaliśmy się wraz z innymi w to miejsce. Okazało się, że Polacy nie podlegają wymienionej grupie. Wróciłem ze Szczepanem do rodziny. Po tygodniu  ponownie statek zacumował do prowizorycznego nabrzeża. Zarządzono, że pozostający Polacy mają ustalony czas aby zapakować swoje rzeczy i przybyć na nabrzeże przed zachodem słońca. Wyruszyliśmy w drogę z najbliższymi. Gdy słońce wschodziło dopłynęliśmy do małego portu. Tam znajdował się dworzec kolejowy i oczekiwał na naszą grupę pociąg z rodakami. Oczekujący na nas to byli Polacy, którzy żyli w sąsiednim posiołku. Wyruszyliśmy w nieznane. Pokonaliśmy pociągiem ponad 3000 km.Przybliżyliśmy się do granicy z Polską. Dotarliśmy do Woroneża. W pobliżu tego dużego miasta, znajdował się sowchoz. Warunki do życia były nieporównanie lżejsze i lepsze w porównaniu z tym co pozostawiliśmy w niekończących się lasach Nowosybirska. Budynki na terenie sowchozu były murowane, znajdowała się mleczarnia. Dobrze się tutaj czułem, cieszyłem się korzystną dla mnie i moich najbliższych zmianą.Sekretarz partii wyznaczył mnie do pilnowania majątku. Otrzymałem od niego karabin. Wydarzyła się wówczas śmieszna historia. W pobliżu sowchozu stacjonowali żołnierze radzieccy, byli u siebie. Z tej jednostki wojskowej pod osłoną nocy przybywali żołnierze i kradli słomę. Prawdopodobnie uzbrojony wartownik pilnujący w nocy stanowił dla nich problem. Gdy drzemałem, spokojnie ktoś z nich pojawił się koło mnie i zabrał przydzielony mi karabin.

Do Polski
  
Na początku maja 1945 roku dotarły do nas szczęśliwe informacje, że wojna została zakończona. Możemy szczęśliwie wracać do Polski. Trudno mi dzisiaj powiedzieć, jak długo trwała droga do Szczecina. W tym pięknym mieście na dworcu kolejowym, położonym blisko dużej rzeki, wsiadłem wraz z rodzicami i rodzeństwem do wagonów osobowych niezbyt długiego składu pociągu. Stacja na której wysiedliśmy to było Lubanowo, w którym wówczas, zapamiętałem stacjonowało radzieckie wojsko. Z nami przybyli: pan Ożga z rodziną oraz Bolek i Mietek Jasińscy.Moją przyszłą żonę Antoninę poznałem na początku lat pięćdziesiątych. Ojciec mojej żony, przyjechał z wioski Borki, z Ziemi Kieleckiej za chlebem. Podejmował pracę sezonową, później ściągnął do Lubanowa dziewięcioro dzieci, wśród nich była moja żona Antonina.
                                                                         
Na wspólnym zdjęciu bohater wspomnień i autor publikacji

Rysunki pokazane w artykule, wykonał Marcin Yperyt Przydatek.

Kliknij i zapoznaj się z innymi publikacjami Andrzeja Krywalewicza

Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?
Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999




Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.