Reklama [góra]


"Zaczęła się wojna (...) dużo się zmieniło" - moje dzieciństwo w Nowogródczyźnie - wspomnienia Pani Marii z Widuchowej


Aby się cofnąć do okresu swojego dzieciństwa i młodości muszę przywołać dawne województwo nowogródzkie. Nazywam się Maria Burchot. Urodziłam się 29 XI 1929 roku. Mój rodzinna wioska nazywała się Cacki. W pobliżu, znajdowało się duże miasto Lida. Moi rodzice: Paulina, Antoni Borusewicz. Mieszkaliśmy w domu zbudowanym z drzewa.

Moja wioska oraz wioski sąsiednie były zamieszkiwane przez Polaków. Budynek szkoły, do której uczęszczałam, znajdował się w sąsiedniej wiosce Nieciecz, został oddany dla nas uczniów kilka lat wcześniej.

Dyrektor szkoły grał często na harmonii, nosił nazwisko Raba. Jego żona była również nauczycielką w naszej szkole. W naszym małym gospodarstwie była krowa. Gdy przez dłuższy czas nie uczęszczałam do szkoły, Pan Raba przyszedł do moich rodziców, bo chciał dowiedzieć się, dlaczego nie ma mnie w szkole. Gdy okazało się, że zajmuję się wypasaniem naszego zwierzątka, namawiał rodziców, aby wysłali mnie do szkoły.               
                                  
  Ciotka Józefa z wujkiem. Zdjęcie wykonano w Carstwie Rosyjskim w Odessie
1 września rozpoczęła się wojna, Zaczęłam wtedy naukę w klasie III. Dużo się zmieniło, zaraz na początku roku szkolnego 1939/40 przybyło wielu nowych nauczycieli mówiących po rosyjsku. Lekcje odbywały się w języku rosyjskim. Zapamiętałam takie zdarzenie z tego okresu.

 Do wioski przybył  policjant w granatowym mundurze. Przekazał informacje, że gdzieś w naszej okolicy został zrzucony szpieg.   Dorośli mieszkańcy, nauczyciele, uczniowie poszukiwali w okolicznym lesie i terenie spadochroniarza.

 Małe, rozproszone grupy poszukiwały spadochroniarza. Ja tego dnia spóźniałam z wypędzeniem krowy na pastwisko, nie poszłam do szkoły.

Gdy wracałam  do domu,  zwróciłam uwagę na ukrywającego się w Lesie Orzechowym (leszczynowy) mężczyznę, który ukrywał się w krzakach, kolor ubrania był charakterystyczny. Był to kolor pomiędzy zielonym i brązowym.

Gdy wróciłam do domu, rodziców nie było. Wrócili w ten dzień późno. Opowiedziałam o ukrywającym się w gęstych leszczynach mężczyźnie, tato wzruszył ramionami, powiedział, że to już za późno.

17 września zapamiętałam dobrze ponieważ przez wioskę przejechało kilka czołgów.
     
Osadnicy Piłsudskiego

Po zakończeniu I wojny światowej, kiedy kształtowały się granice II Rzeczpospolitej, wysiłek wielu żołnierzy został wynagrodzony uzyskiwaniem przez nich obszarów ziemi na kresach. Osadnictwo miało na celu wzmocnienie polskości na ziemiach wschodnich odrodzonej ojczyzny. 17 XII 1920 roku Selm Ustawodawczy uchwalił ustawę o nadaniu ziemi żołnierzom Wojska Polskiego.  Pierwsze dni po wkroczeniu armii sowieckiej to czas anarchii. Ten sprzyjający okres został skutecznie wykorzystany przez miejscowe środowiska kryminalne i odwołujące się do  ówczesnych przywódców komunistycznych, które organizowały akcje rabunkowe i złodziejskie swoimi działaniami wymierzone przeciwko osadnikom, ziemianom, zamożniejszym chłopom, policjantom, oficerom WP.
                                                                        

Czas "wściekłych psów"

W moich rodzinnych stronach wielu "piłsudczyków" otrzymało ziemię i w dość krótkim czasie zaczęli gospodarzyć "na swoim". Proces osadnictwa wzbudził poczucie krzywdy i wrogość wśród niektórych miejscowych.

Niechęć była skierowana wobec "uprzywilejowanej" ludności polskiej. W połowie lat 20 tych grupy wywrotowców, kierowane przez sowietów napadały na polskie ośrodki, Osadnicy zaczęli tworzyć zbrojne patrole. Konflikt ustał i do wybuchu wojny, sytuacja na naszym pograniczu się unormowała. W chwili, kiedy władze radzieckie po 17 IX rozpoczęły swoją działalność, niechęć ludzi skierowano wobec osadników i ich rodzin.

Nastąpiły deportacje osadników wojskowych. To była zima, nie pamiętam jaki to był miesiąc. Gdy osadnicy zostali wywiezieni z naszej wioski, nastał czas "wściekłych psów". Pozostawione bez opieki psy dziczały. W tym czasie zbiegł z grupy deportowanych, powrócił do wioski Stanisław Tobota, późniejszy żołnierz AK "Ojciec".

Pochodził spod Warszawy i do wybuchu wojny gospodarzył wraz z żoną w swoim gospodarstwie. Miał córkę i syna. Po ucieczce ukrywał się, miał prawdopodobnie schron, czy coś w tym rodzaju. Później przyłączył się do zgrupowania partyzanckiego Armii Krajowej. Jego postać pojawi się w późniejszej części wspomnień.

W połowie 1941 roku rozpoczęła się wojna bolszewicko - niemiecka. Obszar województwa nowogródzkiego został zaanektowany w ciągu tygodnia. W początkowym okresie Białorusini przyjmowali wobec Niemców postawę bierną. Jednak  polityka okupantów, ściąganie kontyngentów, wywożenie wielu osób dorosłych do pracy do Rzeszy, morderstwa na ludności cywilnej sprawiły, że ludzie popierali sowiecką partyzantkę,wstępowali do małych oddziałów. Nie było jeszcze wtedy polskich oddziałów partyzanckich. 

Gdy nastał etap "niemiecki" II wojny światowej na naszych terenach,  Rosjanie w pośpiechu opuszczali teren Nowogródczyzny. Wcielano mężczyzn do pracy przy budowie lotniska, które powstawało blisko mojej wioski. Następowały masowe represje niemieckie wobec bezsilnej ludności cywilnej.Wtedy miało miejsce takie zdarzenie. Pod kościół w Niecieczy podjechał samochód z niemieckimi żołnierzami. Przyjechali, aby zatrzymać księdza. Miejscowi stanęli w jego obronie. Wtedy nie dopuścili do aresztowania, ale w kolejnych dniach dziewięciu księży zostało zamordowanych.

Kupiec Gierszowic.  Getto w Lidzie. Egzekucje

Mój tato przed wojną pracował jako cieśla u Żyda, który nazywał się Gierszowic. Wdowiec, miał trzy córki, był kupcem. Przed wojną wykonywał podkłady pod tory kolejowe. Gdy  w 1941 r. wkroczyli Niemcy, Giersztowic nawiązał z nimi kontakty i nadal produkował podkłady pod tory kolejowe, dzięki czemu tata również znalazł u niego zatrudnienie.

Niemcy dość szybko zaczęli realizować eksterminację społeczności żydowskiej. Zaraz na początku Niemcy zamykali Żydów w gettach zorganizowanych w miastach i miasteczkach. Ich celem było wyniszczenie ludności. Z oddzielonych miejsc, gdzie przebywali Żydzi, transportowano w wybrane wcześniej miejsce, ukryte w lesie. Ofiary otrzymywały szpadle i zmuszane były do kopania dołów w ziemi.

W tym czasie młodzi Białorusini wstępowali do niemieckiej policji, wykonywali ich polecenia. Przed egzekucją społeczności żydowskiej, policjanci Białorusini otrzymywali od hitlerowców duże ilości alkoholu, który wypijali przed i w trakcie egzekucji. Wykonywali dokładnie zalecenia Niemców. Ustawiali ofiary przed dolami i strzelali w tył głowy. Później oprawcy sprawdzali, czy ofiary dają oznaki życia.  Świadkowie tych zdarzeń, świadkowie morderstw, wspominali później w wiosce, że często zdarzało się. że ofiary jeszcze oddychały, żyły, co jednak nie miało żadnego znaczenia.

Wrzucano wszystkich do dołu i zasypywano ziemią. W czasie, kiedy rozpoczęły się okrucieństwa Niemców wobec Żydów, do mojego domu przybył w tajemnicy pan Gierszowic.

Był przekonany, że on i jego córki zostaną pominięci przez Niemców, na co w jego mniemaniu duży wpływ miała  współpraca z Niemcami - produkcja podkładów kolejowych w jego warsztacie . Rodzice sugerowali, aby opuścił wraz z najbliższymi dom, proponowali pomoc w ukryciu. On  wspominał, że jeszcze przed wojną wykonał w swoim domu wnękę, w której skrywa wiele kosztowności.

Myślał, że w razie poważnych problemów ukryte wartościowe przedmioty pomogą i uratują życie jego i córek. Tak się nie stało. Pan Gierszowic został zamknięty wraz z najbliższymi w Getcie utworzonym w pobliskim mieście Lida. Zamordowany został, podobnie jak większość jego rodaków strzałem w tył głowy,  gdzieś w pobliżu miasta.

Niemcy nie byli zbyt widoczni, pewnie z uwagi na wioski ukryte w lasach, dużą ilość partyzantów początkowo sowieckich, później również polskich. Osiem kilometrów od wioski znajdował się most metalowy nad rzeką Dzitwa. Był pilnowany przez Niemców. Oni tam byli bardzo widoczni. Tam byli bezpieczni.

Za Niemcami przyszła partyzantka
                 
Nasilił się terror sowieckich partyzantów i band rabunkowych. Sowieci początkowo przyjeżdżali do naszej wioski po "samogonkę" i jedzenie. Później rabowali, mordowali, podpalali. Powstała potrzeba, aby otoczyć opieką ludność cywilną. W odwecie zaczęły się formować polskie oddziały Armii Krajowej.  Oddziały sowieckie były wobec oddziałów AK nastawione wrogo.

Chcieli aby Polacy podporządkowali się komunistom. Podejmowali walkę. Jak dobrze zapamiętałam, to po raz pierwszy  pomiędzy naszymi partyzantami i sowieckimi doszło do walki za wioską. Nasi przygotowali zasadzkę, zaatakowali, doszło do wymiany ognia, wtedy ucierpiał tylko koń naszych. Do partyzantki uciekali często ukrywający się z różnych powodów mieszkańcy mojej wioski i innych sąsiednich.

Zapoczątkowana przez Armię Krajową akcja partyzancka rozpoczęła się gdzieś tak w 1942 roku. Byłam świadkiem przysięgi grupy żołnierzy.

Obserwowałam to wydarzenie z okna mojego domu, bo przysięgali na moim podwórku. Przybyło sześciu partyzantów.

Z tej pierwszej grupie zapamiętałam czterech żołnierzy: Michał Górski (nazwisko przybrane, po wojnie zamieszkał w Gorzowie, założył rodzinę, nie powrócił nigdy do swojego prawdziwego nazwiska). Antek Łaniewski, Michał Wojciuk, Stasiu Tobota (  który pojawił się początku moich wspomnień, kiedy wspomniałam o deportowanych na wschód Rosji we wrześniu 1939 "osadnikach Piłsudskiego").
                                                         

Mama

Moja mama
Zdarzyło się, że jeden z partyzantów Anatol Radziwonik, pseudonim Olech został ranny w czasie walki. Mama odwiozła rannego do lekarza do Bielicy. Tam żołnierzowi pomógł lekarz. W następnych trzech dniach pod nasz dom zajechał samochód terenowy z funkcjonariuszami NKWD. Mama została zatrzymana, eskortowana do siedziby NKWD, gdzie rozpoczęły się żmudne przesłuchania. Nie przyznała się do zarzutu udzielenia polskiemu partyzantowi pomocy.

Powróciła do domu. Zaczęła się ukrywać, ukrywała się przez cztery lata. Czy Pan sobie wyobraża, co my wówczas przeżywaliśmy  ? Zadaje pytanie pani Maria. Pojawiali się o każdej porze dnia i krzykiem żądali wejścia do domu. Do dzisiaj, gdy wspominam ten czas, boję się zwyczajnie. Nękali nas rewizjami, które często były  bezlitosne i nieludzkie. Przez pierwsze dwa lata prawie codziennie rewidowali. Używali bagnetów, siano w oborze było za każdym razem nakuwane i przerzucane.

W tym okresie został zamordowany sowiecki partyzant. Do  domu przychodzili i krzyczeli, straszyli, że zamordują. Dwukrotnie wraz z siostrą zostałyśmy zatrzymane i odwiezione do sąsiedniej wioski, gdzie przez okres trzech dni byłyśmy przesłuchiwane.

Pierwsze przesłuchanie odbyło się  w domu jednorodzinnym, który sprawiał wrażenie opuszczonego. Wewnątrz domu, w jednym z pomieszczeń przebywali milczący żołnierze sowieccy o twarzach złych. Oni wyrzucili meble z pomieszczenia, przynieśli dużo siana.

Dowodził tej grupie kapitan Charełkin, który jeszcze w trakcie moich wspomnień pojawi się. Otrzymywałyśmy wodę do picia, żadnego jedzenia nie otrzymałyśmy w czasie tych trzech dni, które trwały "wieczność".

Kilkakrotnie byłam przesłuchiwana, za każdym razem odmawiałam wskazania miejsca ukrywania się mojej mamy.  Przebywaliśmy wraz z funkcjonariuszami NKWD i żołnierzami w jednym pomieszczeniu. Byłam tak mocno wyczerpana psychicznie, że gdy poprosiłam, aby umożliwili mi wyjście na zewnątrz w celu załatwienia swojej potrzeby, zatrzymałam się przed studnią i pomyślałam o tym, aby nagle zanurzyć się w wodzie, utopić  i mieć to wszystko za sobą.

Przyglądał się temu zdarzeniu żołnierz, który otrzymał zadanie pilnowania mnie. W niedzielę rano, po przebudzeniu, kapitan wskazał na leżącą na stole kartkę, którą podpisałyśmy. Powiedział: Wstawajcie, dzisiaj niedziela, pójdźcie do kościoła.

To była wielkanoc, rok chyba 1946. Gdy wracaliśmy do domu, przed kościołem  stało wiele osób. Wtedy, gdy po raz pierwszy zostałyśmy z siostrą zatrzymane, gdy po trzech dniach umożliwiono nam powrót do domu, ci zwykli żołnierze przepraszali nas, kapitan dumny nie poczuwał się do tego.W tym czasie w domu opiekowali się gospodarstwem kuzyni ze strony ojca.

Nadeszła jesień 1946 albo 47 roku, czas zbierania warzyw. Mama ukrywała się w wiosce Myto, oddalonej od naszej wioski o 10 km. Pracowaliśmy w polu, gdy przyszła do nas mama przyniosła świeże warzywa, coś do zjedzenia. Przebywała krótko.  Ktoś z "życzliwych" sąsiadów doniósł o tym. Po kilku dniach przyjechał kapitan Charełkin.

Zażądał, aby wskazać miejsce gdzie przebywa mama, wiedział o wizycie mamy. Gdy wraz z drugim funkcjonariuszem wszedł do kuchni, zaproponowałam ciepły posiłek. Usmażyłam mięso, zapytał, czy nie mam alkoholu.

Postawiłam alkohol. Nieproszeni goście zjedli posiłek, spożyli alkohol i spokojnie opuścili dom. Nie wiem ile dni minęło, kiedy pod nasz dom ponownie przyjechał kapitan Charełkin z wojskiem - wspomina pani Maria Burchot.

Ponownie zostałam wraz z siostrą wywieziona i przesłuchiwana. Podczas transportu okazało się, że jadą z nami w "nieznane" osoby, które również były przesłuchiwane. Dotarliśmy do Krywic. Tam znajdował się opuszczony majątek. Przebywaliśmy w wąskim pomieszczeniu, trzy doby bez posiłków.

Przesłuchiwano nas i zastraszano, nie używano wobec nas przemocy. Gdy po raz drugi zostałyśmy przesłuchane, próbowano różnych sposobów, aby uzyskać informacje, ale nieugięta nie wyjawiłam nigdy żadnej informacji,

Zaczęli mnie przestrzegać straszną karą 20 lat więzienia na zesłaniu. Byłam bardzo głodna, w pewnej chwili poprosiłam o coś do zjedzenia. Odmówili, ktoś z nich powiedział, że wraz z siostrą zostaniemy wysłane do obozu pracy, na co bezradna odpowiedziałam, że tam też żyją ludzie.

                                                                           
Mój małżonek - Idzi
W wiosce przebywała kobieta, która pochodziła znad Niemna. Ona rozpoznała w dwóch funkcjonariuszach  NKWD, kapitanie Charełkinie i innym, który wykonywał polecenia kapitana - lojalnych, współpracujących z Niemcami cywili. Przeprowadzono szybkie dochodzenie i dokonano egzekucji publicznej.

Moja mama ukrywała się przez okres czterech lat. Została zatrzymana w drodze na pocztę. To był najprawdopodobniej rok 1947 lub 48. Wojenny Trybunał w Grodnie zasądził wobec mamy 25 lat więzienia, 5 lat pozbawienia praw publicznych i pozbawienie mienia.

Transportem kolejowym została wywieziona do Irkucka. Przebywała w obozie pracy 5 i pół roku. Naczelnik obozu wykazał się dużą odwagą, był zdania, że więźniowie zostali zbyt surowo osądzeni. Zaproponował aby wobec więźniów, również wobec mojej mamy dokonano "przesądzenia" niewinności. Sprawa odbyła się w Grodnie, mamie przywrócono wszystkie prawa.

Powróciła do domu w 1953 lub 54 roku. Siostra zaopiekowała się mamą, która wymagała opieki, ludzkiego wsparcia i życzliwości.

W zachowaniu mamy pojawiały się nieregularnie zaburzenia psychiczne. Siostra bardzo się zaangażowała aby wspomagać mamę w powrocie do zdrowia. Udało się. Ja wówczas przebywałam w Polsce, pojechałam do taty, o czym opowiem w dalszej części.

Tata

Wspomniałam już Stasia Tabota "Ojciec". On był w dobrych  stosunkach z rodzicami. Odwiedzał nas, wspólnie z tatą pomagał w gospodarstwie. Za udzielanie pomocy Stasiowi Tobole i innym ze zgrupowania został skazany na zesłanie.

To był najprawdopodobniej rok 1944. Początkowo przebywał w więzieniu w Lidzie, później został odwieziony na odległy rosyjski wschód. Trafił do miejscowości Pieczara (poczta Uchta). W 1948 roku powrócił z zesłania schorowany do Polski, dotarł w Lubelskie, ważył 37 kilogramów. Przeżył dzięki pomocy dobrego lekarza. Na zesłaniu pracował jako zdun, cieśla, murarz.

Gdy wykonywał prace, spadł z dużej wysokości, Później opowiadał, że przeżył, co należy uznać za cud. Czas pobytu w w odosobnieniu przypłacił ciężkim wycieńczeniem, atakami epilepsji i alkoholizmem. Gdy nastał czas kołchozów, pojawiła się szansa wyjazdu do taty. Wtedy już pisaliśmy regularnie z tatą.

Mama odbywała karę więzienia. Otrzymałam zaproszenie. Wystąpiłam do władz ZSRR z prośbą o udzielenie mi zgody na wyjazd do Polski. Po długich dziewięciu miesiącach oczekiwania otrzymałam zgodę. Podróż  odbywałam w zatłoczonym wagonie osobowym. Granicę przekroczyłam w Terespolu.

To był rok 1950 albo 51. Gdy zobaczyliśmy polskiego żołnierza, nastała atmosfera euforii, płakaliśmy ze wzruszenia. Szybko się okazało, że wśród podróżnych znajduje się wielu tajnych funkcjonariuszy NKWD, Polaków, którzy na zlecenie sowieckiej policji politycznej wykonywali przydzielone  zadania. Umiejętnie starali się nie różnić od innych pasażerów.  Przysłuchiwali się rozmowom lub śledzili konkretne osoby.

Gdy wyruszyłam w drogę do ojczyzny, ktoś przestrzegał mnie, abym nie wypowiadała się źle o sytuacji politycznej na dawnych kresach Polski, teraz we władaniu ZSRR.

Dojechałam do Białej Podlaskiej. Stąd innym pociągiem do Włodawy. Tutaj oczekiwał na mnie tata z gospodarzem, u którego był zatrudniony. Zaprzęgiem konnym dojechaliśmy do Dębowa, blisko Romanowa. Gospodarstwo w którym pracował i mieszkał tata znajdowało się blisko rzeki Bug. Za nocleg, wyżywienie i drobne kwoty pieniędzy wykonywal pracę w gospodarstwie. Zamieszkałam w skromnie umeblowanym pokoju razem z tatą. Od pierwszego dnia podjęłam ciężką pracę.

Będąc w Dębowie nawiązałam kontakt z sąsiadem z rodzinnych Cacek Stasiem Radzikiem. On przebywał w odosobnieniu na Syberii, stamtąd został skierowany do Polski. Dotarł na tereny przyznane Polsce po wojnie, na Pomorze Zachodnie, do Babinka. 

Po raz pierwszy uległam namowom Stasia. Dojechałam do Babinka. Dobrze się tutaj poczułam, okazalo się, że mieszkał w wiosce mój dawny sąsiad, pan Brylewski, dużo nam pomógł. Po dziesięciu dniach udałam się w drogę w Lubelskie, aby ściągnąć tutaj tatę. 

Powróciłam do Dębowa, tata początkowo zdecydowanie odmawiał. W końcu uległ namowom. Przez Warszawę, Stargard, Szczecin dojechaliśmy pociągiem do stacji kolejowej Widuchowa, stąd do Babinka.
                                                                       
Pani Maria
Po długich 12 latach moi rodzice są znowu razem

Pracę w PGR wykonywałam w magazynie i kuchni. Tutaj poznałam mojego przyszłego małżonka Idziego. Ślub nasz odbył się w 1954 r. W roku 1956 wysłalam zaproszenie dla mamy i siostry. Otrzymały zgodę od władz radzieckich. Szczęśliwie dotarli do Babinka. Ostatni etap podróży od stacji w Widuchowej do Babinka pokonali wozem drabiniastym. Moi rodzice po 12 latach znowu byli razem, byliśmy wszyscy razem.
                          

Urodziłam czworo dzieci, drugi syn umarł rok po urodzeniu w wyniku zatrucia. Córka i dwaj synowie założyli rodziny. Doczekaliśmy się wraz z małżonkiem siedmiu wnuków i czworga prawnuków. Po kilku latach zdecydowaliśmy się z mężem, że opuścimy Babinek aby osiąść już na swoim, w pobliżu Odry i góry w Widuchowej.

We wspomnieniach pani Marii odnajdujemy nie tylko informacje o losach bohaterki i jej bliskich, ale i zaskakujący obraz niepokoju lat powojennych. Jeszcze lata pięćdziesiąte nie przyniosły stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa mieszkańców "Kresów". Często przenosili się na "Dziki Zachód", by skorzystać z nowej szansy na odnalezienie własnego miejsca w zmienionym, zrujnowanym świecie. Młodzi i silni często "podnosili się", rozpoczynając nowe życie. 

Ciężko poranieni fizycznie i emocjonalnie dorośli najczęściej wracali do bliskich, aby wśród nich zakończyć ostatni etap swojego życia.                                                               
                                                                     

Wspomnień wysłuchał w dniu 10 II 2017 roku autor Andrzej Krywalewicz

Rysunek wykonał Marcin Yperyt Przydatek
Zdjęcia wykonał Mirosław Wacewicz




Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?
Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.