Reklama [góra]


Tata trafił do obozu w Ostaszkowie. Jedynym śladem pobytu taty w obozie jest list.

Wspomnienia pana Michała Dębowskiego, mieszkańca Karska koło Myśliborza.

Wspomnień wysłuchałem w czasie wyprawy rowerowej zorganizowanej dla wychowanków Placówki Opiekuńczo Wychowawczej nr 3 w Trzcińsku Zdroju. Dziesiąty dzień naszej wyprawy (23VII) przywiódł nas do Karska. Tutaj spotkałem się z panem Michałem. Z tego spotkania pochodzą zamieszczone wspomnienia.

Urodziłem się 2 II 1926 r. w osadzie położonej w przedwojennym powiecie Stołpce. Tata mój był legionistą i jako osadnik Piłsudskiego przejął gospodarkę, która składała się z 15 hektarów ornych i 5 hektarów łąki. Tata we własnym zakresie wybudował z drzewa dom, stodołę i budynek gospodarczy. Tutaj wraz z moimi najbliższymi mieszkaliśmy do 10 lutego 1940 r. Miałem pięć sióstr i dwoje braci. W kolejności przyszedłem na świat jako drugie dziecko. Gdy 17 września 1939 r., wkroczyli Rosjanie, tata, jako że był Piłsudczykiem, został aresztowany. Został osadzony w najcięższym obozie dla polskich jeńców wojennych w Ostaszkowie, gdzie przebywał do 30 maja 1940 r. Napisał stamtąd jeden list. Wspomniał w liście, że przebywa wraz z innymi na wyspie. Tak jak zostało napisane w książce „Mord Katyński”, po tym terminie ślad zaginął.

Zdjęcie pana Michała wykonane najprawdopodobniej w Sielcach w 1944 - miejscu formowania się Armii Polskiej

Pustelnia Niłowo Stołobieńska - dawny klasztor na wyspie na jeziorze Seliger. W czasie II wojny światowej znajdował się tutaj obóz jeniecki (IX 1939 - V 1940) dla jeńców polskich - Ostaszków.


Były obóz jeniecki w Ostaszkowie. Zdjęcie wykonane w 1991
10 lutego 1940 r. z mamą i rodzeństwem zostaliśmy wywiezieni jako rodzina „Osadnika Piłsudskiego” do Wołogodzka. Kolonia – osada, która była zamieszkiwana przez rodziny osadników – Piłsudczyków została opuszczona. - Cała wioska opustoszała i pustka była, porozbierali chyba później budynki, tego to już nie wiem – dopowiada pan Michał. - W wagonach bydlęcych przez okres dwóch tygodni jechaliśmy stłoczeni, nie wiedząc, dokąd jesteśmy transportowani. Luty w roku 1940 był bardzo zimny, zapamiętałem, że temperatura w czasie naszej tułaczki na wschód Rosji wynosiła około minus 40 stopni. Było przeraźliwie zimno, na drewnianych ścianach zapamiętałem grube powierzchnie lodu, sople. Głód panował okropny. Dotarliśmy do Wołogodzka, do rejonu 44 (tak przez miejscowych był określany ten teren).

Po dłuższej chwili milczenia pan Michał ponownie wspomina przyjazd do miejsca zsyłki wyznaczonej przez okupantów: - Tam gdzie wysiedliśmy z pociągu było dużo śniegu i mróz, bo przecież, gdy wyjeżdżaliśmy z rodzinnych stron, tam też był bardzo silny mróz. Dalsza droga obywała się saniami. Gdzieś długo lasami prowadziła dalsza droga. Tutaj stały cztery drewniane baraki. Każdy barak przedzielony był na kilka pokoi. Moja rodzina podobnie jak inne, zamieszkała w jednym takim pomieszczeniu. Stała tutaj metalowa „koza”, w której paliliśmy drzewem. Wcześnie rano z mamą i najstarszą siostrą Anną wstawaliśmy do pracy. Ciężko pracowaliśmy przy wyrębie drzewa. - Czy ktoś was nadzorował ? - zapytałem. - Był zawsze na miejscu, taki jak nadleśniczy, on później liczył, ile zrobione. Z powodu lichego odżywiania latem i zimą chorowaliśmy my dzieci i dorośli na zapalenie oskrzeli i płuc. Gdy blisko byli Niemcy zostaliśmy przetransportowani do Kazachstanu. Pokonaliśmy drogę ponad 3000 kilometrów, znowu w podobnych warunkach, ale nie było już tak zimno. Dojechaliśmy do rejonu Semipałatyńsk. Po przyjeździe do Kazachstanu wszyscy, całe rodzeństwo zzachorowało na tyfus brzuszny z powodu złego odżywiania i wycieńczenia. Potem wszyscy zachorowaliśmy na malarię. - Ciężka bardzo choroba, początkowo zimno, silne dreszcze, trzęsło, silna gorączka. Choroba nawracała. Gdzieś w 1944 zaczął się czas werbowania ochotników do Polskiej Armii. W tym obozie gdzie przebywaliśmy, przyjechało kilku sowieckich urzędników, którzy spośród naszych wybierali do służby w wojsku. Oni wtedy zdecydowali, że muszę odczekać pół roku i zostanę skierowany na zachód, tam gdzie formowała się armia, do miejscowości Sielce. Trafiłem do III Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta.

Jak na miejsce dotarłem, to armia jeszcze stała. Później ruszyła na front i już tak do końca. Gdy doszliśmy gdzieś blisko Warszawy, to na małym pontonie gumowym zamierzaliśmy popłynąć na drugą stronę Wisły, i jak „któryś” z kolei siadł do pontonu, to powietrze zeszło. Jakoś dopłynęliśmy. Później my braliśmy udział w walkach, ale ja już prawie nic nie pamiętam z tego okresu – powiedział po chwili pan Michał i zapadło długie milczenie. - Moja dywizja przełamała Wał Pomorski. Naszą dywizję dali bokiem.

Szliśmy uzbrojeni i pieszo, pieszo… Szliśmy dzień i noc, duże odległości pokonywaliśmy. Na Wale Pomorskim nałapali Niemców tyle, że nie wiem co z nimi było później. Niemców prowadzili, kilku grajków grało marsz a oni szli, szli i szli. Pieszo szliśmy i szliśmy. Zapamiętałem Dębno, Banie i chyba Pyrzyce. Później to już tylko nocą maszerowaliśmy. Następuje cisza, po dłuższej chwili pan Michał wspomina. Gdy dotarliśmy nad Odrę, brałem udział w forsowaniu Odry. Oglądał pan „Czterej pancernych”, jak forsowali Odrę ? To tak wyglądało. Pontony gumowe, a z przodu drewniane duże takie łodzie i tam saperzy. O, tak to wyglądało. Dużo, bardzo dużo, tutaj zginęło kolegów moich. Nawet ponton zrobili drewniany i tam czołgi przejeżdżały. I wtedy piechota szła. Wie pan, dużo pochowanych kolegów na cmentarzu w Siekierkach. Byłem tam wiele razy. Odnalazłem groby. Ale już starczy, zapomniałem…


Pan Michał upamiętniony na zdjęciach wykonanych w okresie powojennym

Nastąpiła znowu cisza, którą po dłuższym czasie przerywa pan Michał. - Zostałem ranny. Doszedłem aż za Berlin. Później po zakończeniu wojny wróciliśmy do Warszawy jako wojsko. Koszary tam zajęli Ruskie. Przewieźli nas koło Lublina, na teren obozu w Majdanku. No bo co mieli z nami zrobić? Zostaliśmy skoszarowani w byłym obozie. Zostałem zwolniony z wojska. Pojechałem na zachód szukać gospodarki, nie mogłem znaleźć. W końcu koło Zgorzelca, blisko miasta Lubań Śląski znalazłem wolną gospodarkę. Rodzina przyjechała do Kamienia Pomorskiego. Przyjechałem tutaj. Mama i najbliżsi wyszli na spotkanie. Nie mogłem rozpoznać wielu osób najbliższych. W 1952 przyjechałem do Karska, tutaj zostałem. Trzy lata później ożeniłem się, przyszły na świat dzieci, nastała w moim życiu stabilizacja.

Gdy żegnam się z panem Michałem, następuje chwila ciszy, po czym mój nobliwy rozmówca mówi, ściskając mi serdecznie dłoń.

- Wie pan? Skończyłem 91 lat. Kto w to uwierzy co panu opowiedziałem ?

Zdjęcie zabudowań dawnego obozu jenieckiego wykonane w 1991 roku w Ostaszkowie (fot. policjapanstowowa.pl)
Wspomnień pana Michała wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w dniu 23 VII 2017 r.



Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?

Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.