Reklama [góra]


Bochenek chleba w piecu nie przetrwał, zwierzęta martwe leżały na łąkach

Nazywam się Stefania Bigus, po mężu Pleśniak. Urodziłam się 2 lutego 1937 roku w Borkach Wielkich w powiecie tarnopolskim województwa tarnopolskiego. Mój rodzinny dom gliniana dość obszerna lepianka znajdował się na tak zwanej kolonii, w pobliżu wioski Borki Wielkie. Obok znajdował się budynek gospodarczy. Rodzice posiadali kawałek pola. Z każdym rokiem wojny zapamiętywałam więcej. Pierwszy rok wojny pamiętam jak przez mgłę. Przez długi okres w naszym domu wspominali ten dzień, gdy Ruski przyszedł do nas i poprowadził nas do Borek. W pierwsze dni od wybuchu wojny w mojej wiosce wszystko odbywało się bez zmian, życie płynęło po staremu i wielu tutejszych z początku nie wiedziało, że jest wojna - zaczyna opowieść pani Stefania. To był koniec 1939 albo już 1940. Ja byłam mała ale później u nas przez długie lata wspominali ten dzień, gdy mama zagniotła ciasto na chleb i rozpaliła w piecu. Tata przebywał gdzieś na na dworze. W czasie kiedy mama ułożyła chleb na długiej drewnianej łopacie i włożyła do pieca, do domu powrócił tata. Powiedział wtedy, że do wioski „idą Ruskie”. Minęło kilka – kilkanaście minut, gdy w domu pojawił się jeden z nich. Powiedział on wtedy w swoim języku coś mniej więcej takiego, że wystarczy jedna bomba a spalimy się wszyscy żywcem. Brat mamy mieszkał w Borkach Wielkich. Poprosiła tego żołnierza aby pomógł nam wydostać się bezpiecznie z kolonii do Borek Wielkich. Odległość wynosiła około 1 kilometra. Rosjanin zgodził się po czym do lufy karabinu zamocował czerwoną szmatę – kawałek materiału. Opuścił dom, a my za nim „gęsiego”. Starsze rodzeństwo, rodzice później wspominali często tą naszą drogę. Mówili, że przez cały czas gdzieś "za plecami" była strzelanina, pociski "pryskały"



Dotarliśmy do domu szczęśliwie, nikt nie został ranny. Dom wujka składał się z dwóch pokoi. Zamieszkiwało siedmioro domowników, nas było również siedmioro. Obiady gotowano w dużym garnku. Gdy minął drugi lub trzeci dzień pobytu, tata zdecydował się udać na kolonię, do naszego domu. Wierzył, że będzie w piecu chleb. Zastał dom spalony, wszystko zostało podpalone. Zwierzęta martwe leżały na łąkach. Chleba nie było. Tata dość szybko został powołany do wojska. W domu się przyjęło, że tata jest na wojnie, tak zapamiętałam. Mama z bratem, u którego teraz przebywaliśmy, zbudowała lepiankę z gliny, którą ugniatano nogami. Belę ze słomy ugniatano gliną wewnątrz i zewnątrz. Praca ciężka, mozolna ale gdy udało się ten etap zakończyć, zapanowała wśród nas radość. Miejscowy gospodarz dom dachu pokrył umiejętnie strzechą. Mama trzymała jedną świnię „na zabicie”. Wujek oddał nam kilka kur. Podłoga wykonana z gliny była gładka. Tutaj dożyliśmy do ewakuacji. Mama doiła u gospodarzy krowy, za co otrzymywała mleko, ser. Do lasu mama chodziła z siekierą i workami, gdzie przygotowywała drzewo na opał. Przynosiła również słomę. Przyjęło się w naszym nowym domu, że w dni robocze opalaliśmy słomą a w świąteczne drzewem, ale nie zawsze tak było. Później do pieca dobudowaliśmy zapiecek, na nim leżały kufajki. Odtąd tam spaliśmy.


Od czasu jak zabrali tatę na wojnę, zostało nas pięcioro i mama. Później było znowu spokojnie - po dawnemu, do czasu repatriacji. Przesiedlenie ludności polskiej miało miejsce  pod koniec wojny albo już po zakończeniu. W tej chwili nie powiem dokładnie. Do domów w których mieszkali Polacy przychodzili jacyś urzędnicy, informowali, że wszystkie polskie rodziny muszą się zgromadzić z swoim dobytkiem przed dworcem kolejowym w ustalony dzień. Rozpoczął się czas zapisywania na listę. W jakim mieście znajdował się dworzec, już teraz nie pamiętam. Gdy dotarliśmy na dworzec, pociąg złożony z wagonów towarowych stał na peronie. Ze skromnym dobytkiem żegnaliśmy naszą ziemię. Zabraliśmy z sobą krowę, kozy, żywność i odzież. Trudno uwierzyć w tej chwili ale pociąg jechał do celu przez około trzy miesiące. Po drodze było bardzo dużo postojów, oczekiwania. Gdy pociąg zatrzymał się na stacji, dowiadywaliśmy się u kolejarza,na jak długo przewidziany jest postój pociągu. Wtedy w pośpiechu wykonywano paleniska. Zapasy mąki, kasz, chleba w końcu wcześniej lub później skończyły się. Im dłużej jechaliśmy tym mocniej odczuwaliśmy głód. Utkwiło mi w pamięci pewne zdarzenie z tego okresu. Pociąg tradycyjnie zatrzymał się gdzieś „w polu”. Maszynista opuścił lokomotywę. Po jakimś czasie ten sam maszynista powrócił pijany i „dawaj jechać”. Wtedy drugi maszynista krzyczał, aby wstrzymał jazdę. Jednak uruchomiony skład pociągu toczył się już do przodu po ślepym torze, który nagle urywał się (jak się później okazało) na wysokiej skarpie. W wagonie, w którym jechaliśmy przebywało jeszcze sześć lub siedem rodzin z dobytkiem. Każda rodzina miała swój kąt. W ścianach znajdowały się otwory. Szczęśliwie trzeźwy maszynista dosłownie w ostatniej chwili zapanował. Pociąg bardzo gwałtownie zaczął hamować. W naszym wagonie upadaliśmy na ziemię, zapanowało wtedy wielkie zamieszanie i było bardzo niebezpiecznie. Świadkowie tego zdarzenia długo jeszcze później na postojach opowiadali o tym co widzieli.

Postój w Poznaniu, niespodziewane spotkanie z tatą

Tata przez te długie lata wojny, kiedy żyliśmy w naszym domu – lepiance, zbudowanym przez mamę i przyjaznych ludzi na posiadłości wujka przybywał na wojnie. My jechaliśmy gdzieś w nieznane z innymi rodzinami, które tak jak my, opuścili swoje. Pociąg zatrzymał się w Poznaniu. Wierzyć się nie chce – mówi pani Stefania Bigus - ale w w tym samym czasie przebywał na poznańskim dworcu nasz tata. Skończyła się wojna i tata podobnie jak inni żołnierze odszedł do cywila. Wtedy na tym poznańskim dworcu ktoś powiedział tacie, że w tym długim składzie bydlęcych wagonów, jadą rodziny przesiedlone z Tarnopolszczyzny. Coś tam tacie podpowiedziało chyba, skoro dotarł do składu. Podchodził do każdego wagonu. Wypytywał się ludzi skąd jadą.

Dworzec w Poznaniu na widokówce wykonanej w czasie II wojny światowej
Nie pamiętam dziś dokładnie, kiedy tata wszedł do naszego wagonu. Pamiętam, że mama ze szczęścia to głośno krzyczała, kiedy się witaliśmy. Ja i najmłodszy brat nie poznaliśmy taty. Brat wtedy powiedział „ja pana nie znam”. Siostra Frania miała wtedy 18 lat. Tatę oczywiście poznała, bardzo się cieszyła, płakaliśmy bo cały czas nie mogliśmy uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Marysia wtedy przebywała w wagonie, gdzie były zwierzęta. Ona tam, wie pan, pracowała. Nie wiem, czy ktoś Marysię zawołał, czy przyszła sama, ale gdy zjawiła się w wagonie, od razu tatę rozpoznała. Oj co to była za radość. Kiedy wspominam siostrę Marysię to coś mi się przypomina. Gdzieś w drodze, pociąg się zatrzymał. Marysia otworzyła wtedy zasuwy drzwi i w chwili gdy pociąg raptownie ruszył, masywne drzwi się przesunęły do siebie i zatrzasnęły. Marysie utraciła palce dwa prawej ręki. To była  rodzinna  tragedia. Szukaliśmy w pociągu lekarza, niestety daremnie.


Z Bań do Żelechowa

Niech pan sobie wyobrazi, że ten cały długi skład pociągu dojechał na stację w Baniach. Po drodze już "tu na zachodzie" sporo rodzin wysiadło ze "swoim". Nie pamiętam jaka to była pora dnia. Opuszczaliśmy szczęśliwie wagony a wraz z nami nasz dobytek, zwierzęta. Dość szybko perony małej stacji i teren wokół niej został zapełniony. Gdzieś około albo ponad 100 osób, dorośli, dzieci, osoby starsze przebywało teraz na stacji w Baniach. Tata jeszcze w czasie drogi w nieznane mówił, że gdy dojedziemy na miejsce, będzie szukał domu gospodarskiego w wiosce. Tutaj na miejscu zorientował się, że Banie to miasteczko, miasto małe z opustoszałymi domami stojącymi blisko siebie. To nie było miejsce o jakim myślał. Udał się wraz z kilkoma innymi osobami w poszukiwaniu domu. W tym czasie mama i moje rodzeństwo czekaliśmy gdzieś w pobliżu stacji.

Stacja kolejowa w Baniach upamiętniona na zdjęciu z lat 30 tych XX w.
Wtedy z mamą pamiętam, że poszliśmy w kierunku miasteczka pieszo. Zapamiętałam, że szliśmy od stacji z górki, mijaliśmy po prawej stronie jezioro. Doszliśmy gdzieś do rzeki. Od miejsca gdzie stoją dziś pojedyncze domy naprzeciwko brzegu jeziora aż do młyna było dużo zabudowań. Dom przylegał do domu. W niektórych budynkach brakowało drzwi. Do jednego z tych opustoszałych budynków weszłam. Zapamiętałam łazienkę, w niej dużą wannę, rozrzucone jakieś ubrania, sprzęty. Tutaj wtedy nie było żywej duszy, wierzyć się nie chce. Banie były mocno „rozbite”, niektóre budynki stały całe. My z mamą baliśmy się przez całą drogę i to bardzo. Nie mieliśmy pojęcia jacy ludzie mogą przebywać w opustoszałym miasteczku. Nawet dzisiaj gdy wspominam tą drogę w kierunku zabudowań to czuje strach. Tata wrócił wozem zaprzęgniętym w konie. Był zmęczony ale zadowolony. Toboły, wszystko co przyjechało z nami z odległych Borek Wielkich znalazło się na wozie. Były tam pierzyny, poduszki, koce, krowa i koń. Jak „Cyganie” wyruszaliśmy w ostatni odcinek drogi. Dojechaliśmy do Żelechowa, nasz dom stoi w środku wioski do dzisiaj. Numer budynku to chyba 41- zastanawia się pani Stefania, ale po chwili wahania dodaje, że chyba 41, że nie jest pewna.

Wyszłam za mąż za Antoniego Pleśniaka. W 1966 wraz z mężem zamieszkałam w Swobnicy. Wtedy to była inna wioska niż dziś. Był tutaj sklep obuwniczy, wspomina pani Stefania, ośrodek zdrowia, apteka, stomatolog, skup zwierząt. Tutaj niech pan zobaczy stał młyn na Tywie. To była bogata wioska. Później pobudowano kiosk z kurczakami, nowy duży pawilon sklepowy. Mój mąż otrzymał pracę w SKR jako mechanik. Początkowo pracował w Swobnicy, później w Baniach. Ja stróżowałam w SKR. Doczekaliśmy się czworo dzieci, dwie córki i dwoje synów. Później przyszedł czas na wnuki, na dziesięcioro wnucząt.



Wspomnień wysłuchał w dniu 8 sierpnia 2017 roku Andrzej Krywalewicz


Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?

Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999


Zdjęcie poznańskiego dworca z okresu II wojny pochodzi z: http://fakty.interia.pl/historia/news-zwisajaca-reka-maszynisty,nId,983066

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.