Reklama [góra]

W 1939 drogami polnymi uciekaliśmy do Warszawy


Unikatowe zdjęcie. Na pieczęci nazistowskie godło.Fotografia najprawdopodobniej pochodzi z legitymacji wystawianej dla Polaków przez Urząd Pracy (des Arbeitsamtes) z czasów faszystowskich.

Pani Amelia z koleżankami
Urodziłam się w 1927 roku. Otrzymałam na imię Melania Barbara. Chrzestna moja wybrała dla mnie imię Barbary, która jest patronką śmierci. Właściwie to od lat Barbara jest patronką górników – uśmiecha się pani Amelia. Przylgnęło do mnie imię Amelka i tak do dzisiaj zostało. Urodziłam się w mojej rodzinnej wiosce Krajewo Wielkie. Dziś wioska przynależy do gminy Krzynowłoga Mała, powiatu przasnyskiego, województwa mazowieckiego. W wiosce znajdowała się szkoła czteroklasowa, która mieściła się w prywatnym budynku, obok znajdował się „kawałek” boiska. Kościół znajdował się w Krzynowłodze Małej. Lekcje religii odbywały się w wakacje. Pani nauczycielka z naszej małej wiejskiej szkoły była osobą bardzo wierzącą. Rano lekcje rozpoczynała modlitwą. Gdy mieliśmy wolne, graliśmy w piłkę, głazy, klasy. Piłki „kulaliśmy” z sierści krowy, skakanki robiliśmy z powoju. Kilka gałęzi powoju łączyliśmy z sobą i wyplataliśmy. Lalki robiliśmy ze starych szmat, starych sukienek.

Małżonkowie
Zaczęła się wojna

Wojna wybuchła w piątek. W ostatnią niedzielę sierpnia przebywałam w Krajewie Wielkim. Tam przyjeżdżał taki duży pojazd, w tyle miał zamontowaną tubę, przez którą wydobywał się głos donośny, w sposób stanowczy oznajmiał, że tylko patrzeć jak Niemiec napadnie na nasz kraj. Chyba w ten sam dzień po południu stałam przed domem, patrzę przed siebie a tu dwóch polskich ułanów idzie w pobliżu. Zauważyłam szable w pochwie, menażkę i chyba szpadel zamocowane do pasa. Pobiegłam szczęśliwa do domu i mówię, że nie musimy już bać się tego Niemca, o którym głośno było słychać przez tubę, ponieważ do naszej wioski dotarło dwóch naszych ułanów. Boże, jak ja się cieszyłam, kiedy ich zobaczyłam. Myślałam, no teraz to oni tego Niemca załatwią. Mówiłam do mamy, że naszych jest dwóch, Niemiec jeden. Przebiją tego jednego nasi. W przeddzień wybuchu wojny mama wyprała torbę szmacianą na książki, zeszyty. Przygotowana wychodziłam do szkoły, rodzice pamiętam, „kręcili” się po pomieszczeniach. Nagle blisko naszego domu, zaczął się pojawiać taki dziwny stukot, dudnił coraz mocniej. Gdzieś koło południa ktoś dotarł do wioski albo odsłuchał radia. Wtedy jeden drugiemu przekazywał, że Niemcy „weszli” do Polski, zabijają wszystkich kogo popadnie od kołyski, kto żyje. Jakoś tak szybko ludzie w pośpiechu opuszczali domy z tym, co udało się „z sobą zabrać”. Moi rodzice również dołączyli do konwoju. Mama zabrała krowę i wyhodowanego dużego tucznika. Z tym tucznikiem to później był problem, po kilku kilometrach tak się „zaziałał”, uparł się, nie było rady, pozostał. Zostawiliśmy go w zaroślach. Z nami wyruszyła też moja siostra Stanisława, która była dużo ode mnie starsza, podobnie jak jej dzieci. Dołączył do nas mój przyszły małżonek (oj wtedy mi do głowy nie przyszło, że to będzie mój mąż) z rodzicami. On przez cały czas jechał na rowerze, który otrzymał przed wojną od ciotki z Warszawy. Ta ciotka to była pani profesor. Był z nami jeszcze brat Kostek i szwagier Bronisław. Do Warszawy wlekliśmy się polnymi drogami. Do stolicy to trzeba było gdzieś 120 km pokonać, kawał drogi. Szosa do stolicy była zatłoczona podążającymi wojskami najeźdźców. Zapamiętałam pojazdy, motory. My poruszaliśmy się drogami polnymi. Zaczęło brakować jedzenia. Nocowaliśmy w takich gniazdach; na wozie i pod wozem. Wszystko się pchało do Warszawy, szli „kupami”. Pamiętam, padało wtedy. Jeden z sąsiadów z naszej wioski, taki wie pan, wiejski muzykant. On miał z sześcioro dzieci tak powiedział: nie, chyba nie jedziem dalej, jedziem, jedziem i co, jeść nie ma co. Po polach wtedy chodziło się, żeby ziemniaka znaleźć. Ludzie, właściciele biegali, krzyczeli, każdy swojego bronił. „Kupa” ludzi wejdzie na pole, dłuższa chwila i nie ma ziemniaków. Nie ma co się dziwić miejscowym, że jak te wilki bronili tego, co posadzili. No i ten nasz muzykant - sąsiad zdecydował, że cofnie się sam o kilka, kilkanaście kilometrów, aby przekonać się na własne oczy o zagrożeniu. Ta jego żona, jak ona płakała, nie chciała jego samego puścić. Przestrzegała, lamentowała, że jeśli Niemców napotka, zabiją.

Siostra mojego męża Irena z małym Jurkiem, na moich kolanach mały Ździchu
Sama wtedy myślałam tak po cichu, co on zrobi , jeśli spotka gdzieś tam Niemców. Poszedł, cofał się, gdzieś po drodze zdobył rower. Kilka rodzin z wioski zdecydowało, że będzie oczekiwać na powrót sąsiada. Minęło dużo czasu, gdzieś tam zaczęli pomiędzy sobą mówić, że chyba zamordowany, nie powróci. Wychodziliśmy na drogę – patrzeć. Powrócił, okazało się, że po drodze napotkał niemiecką kuchnię polową. Był bardzo głodny, podszedł do kucharza i zaczął gestykulować,no bo oni po polsku nie rozumieli. Tak „na miga” prosił o coś do zjedzenia. Ryzykował, ale głód zrobił swoje. Opowiadał później, że najadł się tam tak, do syta. Poprosił, znowu gestykulując o „coś do zjedzenia” na drogę. Jakoś się dogadał, bo dali mu chleba i zupy w „coś”wlali. Przywiózł jedzenie. Każdy z nas coś polizał. Zdecydowali wtedy dorośli, że można wracać do domów. Ludziska „się pościągali” do kupy i wyruszyliśmy z powrotem. Droga powrotna trwała z trzy dni. Gdy wróciliśmy do domu, to pies skakał na wysokość dobrego metra z radości. Wydaje się, że takie kury, nie myślą. A one, tak jakby powiedzieć chciały, że się radują. A ile jaj było w gniazdach na łące. Cały kosz wiklinowy. Kłopot był, że te nasze chłopy nie powróciły. Żona szwagra bardzo tęskniła za mężem. Ona tak przerażająco płakała w te dni, że mama zdecydowała się spać w ich połowie domu. Taki spokój trwał przez jakiś czas, aż nastąpiła zmiana.

Mój mąż Tadeusz Roman
Mój brat, szwagier i dwóch sąsiadów dotarli do tej Warszawy. - Panie, jaki tam wtedy był głód. Oni później opowiadali przerażające historie. Brat i szwagier to później nie mógł się „wypowiedzieć”, jakiej tam użyli biedy. Byli świadkami bombardowań, zbrodni i śmierci. Zapamiętałam, gdy opowiadali o ofiarach bombardowań, których ciała były rozerwane, rozrzucone. O ofiarach, które w ciągu chwili utraciły nogi, ręce, stały się kalekami. A to nogi nie miał , to ręki nie miał. Ilu tam pomordowanych i kalek było. Ja po wojnie byłam w Warszawie, jak to wszystko wyglądało, płakać tylko, szkielety budynków i wszędzie gruz i prawdziwa nędza. Wtedy miało miejsce jeszcze pamiętam, takie zdarzenie. Opowiadali o kilku koniach, to były chyba polskie konie wojskowe, wokół których ludzie przypominający wrony, odcinali w pośpiechu kawałki surowego mięsa i je zjadali. Nie było co jeść. Bombardowane sklepy były, piekarnie. Tak było, ja tu nic nie wymyślam. Bombardowali mocno, każdy gdzie mógł to się ukrywał. Gdzieś tam poszła pogłoska, że tam gdzieś jest czynna piekarnia i można chleba dostać. Pod strachem szli, kule świstały w powietrzu ale z głodu każdy szedł, głowę krył. Doszli w nocy do piekarni, w pobliżu której oczekiwali ludzie. Upieczony chleb miał być wyniesiony przed piekarnię.

Brat opowiadał, że nie było żadnej pewności, czy starczy dla wszystkich, tyle narodu oczekiwało. Mówił, ze po cichu pomiędzy sobą jeden drugiemu po kawałku się podzieli. Naraz samolot nadleciał i łup w tę piekarnię, ludzie się rozbiegli. Jedna chwila, bomba spadła, budynek przestał istnieć. O chlebie mogli tylko pomarzyć. Dalej gdzieś po ciemku, po omacku włóczyli się po mieście, poszukiwali jedzenia. Oni tam w tej Warszawie to z dwa tygodnie byli, bo miasto otoczone, nie puszczali Niemcy. Brat mój był ciemnej skóry, włosy czarne, przypominał wyglądem Cygana. Został zatrzymany, okupanci doczepili się do niego , że jest Żydem. Krzyczeli Jude, Jude. Opowiadał, że gdyby nie najbliżsi, z którymi dotarł do stolicy i przez cały czas przebywał, Niemcy by go zabili albo wywieźli. Oni poręczali, pokazywali dowody, dokumenty osobiste, które zabrali na drogę. Zapewniali, że to jest „swój”, Polak. Uniknął zatrzymania w przeciwieństwie do szwagra, który został wywieziony do rzeszy „na roboty”.

Mój mąż Tadeusz Roman
Pani Amelia z synem

Niemcy zdecydowali, że w mojej wiosce powstanie doświadczalne gospodarstwo – hodowla koni. Przesiedlenia

Niemcy podjęli decyzję, że na połowie obszaru naszego powiatu powstanie doświadczalna hodowla koni. Klacze miały być, żeby się źrebiły. Na obszarze połowy powiatu zaplanowali, że powstaną ogromne obszary pastwisk dla koni. Taki był plan. Wszyscy mieszkańcy mojej wioski i sąsiednich zostali przesiedleni. My zamieszkaliśmy w wiosce Ulatowo – Adamy. Powiat pozostał Przasnysz, województwo warszawskie. To było to samo, tylko połowę powysiedlali. Tutaj oprócz nas, zamieszkała jeszcze jedna rodzina. Dwie inne rodziny z naszej wioski zamieszkały w sąsiednim Ulatowie Borzuchy. Czas szybko płynął, dzieci dorastały. Niemcy swoich oddawali do Armii i brakowało rąk do pracy. Wtedy u jednej z tych rodzin w „Borzuchach” powstał problem. Najstarsza córka ich przed wojną pracowała w Warszawie. Została tam, jak wybuchła wojna. Ona już nie powróciła do rodziny. Poszła pogłoska, że została wywieziona na Rzeszy. Niemcy swoich oddawali do wojska, brakowało tam ludzi do roboty. Sytuacja się skomplikowała, gdy okupanci zdecydowali, że kolejnych dwoje najstarszych dzieci zostanie też wywiezionych. Rodzice, aby ratować sytuację, przeczuwali co stanie się, gdy wszyscy „porozwłóczą” się po świecie, poprosili o wspólny wyjazd wszystkich członków rodziny na zachód do Rzeszy. Otrzymali zgodę. Wtedy to mój brat też dostał nakaz wyjazdu do Niemiec „na roboty”. Taki niepewny był nasz los. My jako wysiedleni byliśmy traktowani jako niewolnicy, do roboty.

Mój brat
Mój brat Kostek

Brat Kostek został wywieziony do Rzeszy. Pracował tam ciężko w lesie. Miałam gdzieś zdjęcie brata z tego lasu. On nam mieszkał w wiosce. Jak Ruskie nachodzili, oni bombardowali Niemców, oni się bronili, jak to na wojnie. Brat bał się wraz z kompanami o życie, opowiadał, że tak wtedy bez przerwy strzelali i strzelali. Gdy front nadciągnął „na dobre” zmówił się z innym, że uciekną w kierunku rzeki, gdzie były zarośla. Oni tam planowali się ukrywać, przetrwać, aż pojawią się „Ruskie”. Brat opowiadał, że gdy tak uciekali w kierunku zarośli, świsnęła mu nagle kula „koło” ucha. Biegł dalej przed siebie, w pewnej chwili kula wbiła się w bok ciała i „po za skórzu” przeszła w kierunku drugiego boku, szczęśliwie nie uszkodziła kręgosłupa. Przecięła koszulę i pozostała zakrwawiona w podszewce marynarki. Szli po nocach, po nierównej drodze, przeszywający ból w plecach narastał, z rany sączyła się krew. Szli najczęściej nocą. Resztkami sił szedł za kolegami. Gdzieś tam nagle przed nimi wyrósł konwój wojsk ruskich. Były tam sanitariuszki, one opatrzyły i przemywały ranę. Jedna z tych sanitariuszek miała duży brzuch, wie pan jak na wojnie. Tą kulkę przywiózł do domu. Powrócił do zdrowia. Cieszył się dobrym zdrowiem, nie tak dawno brat zmarł na Mazowszu.

W odwiedzinach w RFN, lata 80 te, u dawnych mieszkańców domu w którym mieszkamy od lat

Koniec wojny

Na wysiedleniu mieszkaliśmy do końca wojny. Gdy Rosjanie pokonali Niemców, można było wracać do rodzinnego Krajewa Wielkiego. Minęły trzy lata. Wracaliśmy do domu bez niczego, ponieważ byliśmy „wysiedleńcami” i niczego nie mogliśmy zabrać do domu. Krowa, którą wcześniej z domu tutaj przywlekliśmy, musiała tam zostać. Konfiskowali zwierzęta dla niemieckiego wojska. - Widzi pan, ludzie ludziom robią krzywdę. Okazało się, że w naszej wiosce, przez cały czas tworzenia tego doświadczalnego gospodarstwa, zatrudnionych było kilku „naszych”. Tam zarządzał kulawy Niemiec,co się nie nadawał na wojnę. Robotnikami byli Polacy, to nie byli miejscowi, pochodzili nie wiadomo skąd. Moi kuzyni przed wojną wybudowali drewniany dom. Zaczęła się wojna, musieli ten dom zostawić. Do tej strefy doświadczalnego gospodarstwa normalni mieli zakaz. Jak ktoś zaryzykował, to kula w głowę. Okazało się, że zimą, tym zatrudnionym tam robotnikom nie chciało się chodzić do lasu po drzewo. Wygodniej było palić deskami, drzewem pochodzącym z tego domu. I tak dom nie przetrwał. Ci sami ludzie, którzy byli robotnikami w naszej wiosce przez cały czas istnienia doświadczalnego gospodarstwa, dom i zabudowania później podpalili. Zamieszkaliśmy w naszym rodzinnym domu, który przez czas nieużytkowania też był zniszczony. Stał, ale w środku nie można było zamieszkać. Zamieszkaliśmy u kuzynów, oni mieli córkę, starszą ode mnie. Pozwolili nam zamieszkać w ich domu. I tak, oni zamieszkali w jednej połowie a my w drogiej. W oknach zapamiętałam, nie było szyb no i nigdzie nie można było ich zdobyć. Mama to szmatami, czym mogła pozostawiała, żeby ciepło było. Az kilka lat po wojnie, zaczęli się ludzie budować. Kupowali cement, sami wykonywali pustaki. Mój mąż, kiedy mi się jeszcze nie śniło, że będzie moim mężem, nauczył się robic sam pustaki. Wiedział, jaka proporcja piachu , cementu.

Pani Amelia z koleżanką
Siostra mojego męża Irena z najstarszym synem
Ten szwagier o którym mówiłam, że to on też z moim bratem był w Warszawie, został wywieziony do Niemiec. Gdy się skończyła wojna, szedł tam ze znajomymi chłopami z jego stron w kierunku Polski. On tam gdzieś spotkał wojskowy „ruski” samochód. Zabrali jego z dwojgiem znajomych. Ten samochód przywiózł ich do Swobnicy. Pan wie, gdzie znajdował się majątek ? Jak się jedzie do Grzybna, tam gdzie obecnie znajduje się ferma. Blisko zamku. Tam znajdowała się niemiecka gorzelnia. „Ruskie” zostawili tą trójkę, aby pilnowali gorzelni, a sami musieli gdzieś jeszcze dojechać. No i zostali sami w opuszczonej Swobnicy. Pan sobie wyobraża, oni chyba tylko w tym czasie byli w Swobnicy, puste domy, sztućce, łyżki, poduszki i i pióra na ulicy. Żywej duszy no i zamek pusty chyba był też pewnie. Porozmyślali się, w końcu jeden z nich mówi, chyba się tutaj zostanie. Tam u nas też wszystko porujnowane, pieniędzy nie ma, za co tam reperować. A tutaj domy stoją, w nich łyżki, miski. Jest i zboże. Tam wszędzie można się było dostać. No i mój szwagier zadecydował, że tutaj zostanie. Pociąg był za darmo. W końcu się dogadali, że szwagier tutaj zostanie a tych dwóch krajanów pojedzie do centrali po swoich i rodzinę szwagra. I tak się stało. I w taki sposób osiedliły się rodziny trzech pierwszych osadników. Rudzieńscy, oni pochodzili z naszej wioski. Drugi osadnik był z Przasnysza, niestety nie pamiętam już nazwiska. Trzeci osadnik to mój szwagier – Bronisław Miecznikowski. Po jakimś czasie szwagier z żoną odwiedzili nas. Opowiadali, że dobrze się żyje. Za nimi pojechało kilka rodzin od nas: Luberadzki, Próchnicki, Miecznikowski Franciszek i Pigeński Mieczysław. I tak do wioski, która nazywała się wcześniej Dziczy las przybywali kolejni osadnicy. Później już nie Dziczy las a Lipka, ale krótko. Później Swobnica. Przyszedł czas, że ci, co nie dawno jeszcze wyjechali, przyjeżdżali w odwiedziny. Opowiadali, jak się na zachodzie żyje. Zapewniali, że osadnicy otrzymują od państwa po osiem hektarów ziemi. Wyszłam za mąż w 1952 roku. Mój małżonek Tadeusz Roman. Po ślubie zamieszkałam z mężem u teściów. Było ciasno. Kiedyś małżonek powiedział: Dawaj, pojedziemy na ten zachód. Ziemię tam dają. Chciał pojechać na obszar byłych Prus Wschodnich. Blisko naszej wioski biegła przed wojną granica polsko - niemiecka. Mówił, że tam duże obszary łąk. Moja serdeczna koleżanka Janina Miecznikowska, po mężu Karpińska, wcześniej tutaj do Swobnicy przyjechała. Chciałam pojechać tam, gdzie mieszka Janka. Wyruszyliśmy z dwojgiem synów, Zdziśkiem i Jurkiem koniem do wioski Chorzele, potem dorożką do stacji kolejowej Opaleniec. Tutaj dorobiliśmy się jeszcze dwoje dzieci, Halinki i Mirka. Później przyszedł czas na czwórkę wnuków i czwórkę prawnuków.

Dawni mieszkańcy Swobnicy
z synem Ździsiem
Komunia syna Mirka
Wspomnień pani Amelii wysłuchał w III 2018 roku autor publikacji Andrzej Krywalewicz.

"Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora".

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.