Reklama [góra]

Ludwikówka na Wołyniu. Krzewy, drzewa zarosły, zasłoniły pozostałości naszej wioski


Urodziłam się na Wołyniu w 1941 roku w wiosce Ludwikówka. Rodzice moi: Maria i Piotr. Mała wieś, właściwie to była kolonia, zamieszkała w całości przez Polaków. Wioska położona na Wołyniu do wybuchu wojny zlokalizowana była w Gminie Młynów, Powiecie Dubno. Czasy wojny, malutkie dziecko i wydarzenia wojenne, nic szczególnego. Ojca wcielono do służby wojskowej. Babcia Ewa, mama, brat mamy Adam Wojtasik i ja pozostaliśmy w drewnianym budynku. Babcia Ewa stanowcza i zaradna. Doskonale i trafnie oceniała człowieka po chwili rozmowy. Została pochowana w Piasecznie. Ze wspomnień zapamiętałam, że dom nasz był drewniany, wewnątrz kilka pomieszczeń. Najważniejsza to kuchnia, ognisko życia rodzinnego. Miała duże znaczenie w życiu codziennym, co wnioskuje do dziś z wielu zapamiętanych "strzępków" rozmów. Tutaj skupiały się wszystkie zajęcia domowników. Piec duży murowany z dużym paleniskiem, fajerkami. Z przodu duchówka służąca do pieczenia ciast, chleba i przechowywania ciepłych potraw. Dwa pomieszczenia sypialne również skromnie wyposażone w drewniane tradycyjne wykonane przez wiejskiego stolarza meble; łóżka drewniane, sienniki z sianem, duży stół, szafa, ławy z desek. Z opowiadań zapamiętałam, że wieś była ładnie położona przy lesie.

Brzozy w pobliżu Jeziora Dłużec w Baniach. Obok mnie dwie uczennice szkoły handlowej - praktykantki. Po mojej prawej stronie Stasia Wrona, która w latach późniejszych przerosła swoją pracowitością i zaradnością wszystkich naszych handlowców. Po lewej Józia Król

Komunia mojego syna Bogdana. Upamiętniona rodzina Iwko. Rodzice mojego męża: Agnieszka i Stanisław, obok brat Stasiu z bratową Krysią i  dzieci
  Rodzice i synowie


Ludwikówka wioska położona w płytkim wąwozie blisko lasu

Byliśmy przywiązani do natury. Kilkanaście lat temu przebywała w ośrodku w Baniewicach Ukrainka, która pochodziła z moich rodzinnych okolic. Opowiadała, że śladu nie ma już dziś praktycznie, po tej wiosce. Wszystko jest inaczej. Krzewy, drzewa zarosły i zasłoniły pozostałości naszej wioski. Podczas rozmowy z Ukrainką zorientowałam się, że jej małżonek wiedział o pogromie ludności polskiej w Ludwikówce. Ze wspomnień babci, mamy zapamiętałam, że w czasie wojny przez tereny na których mieszkaliśmy bardzo często przechodził front, przechodzili i nawracali Niemcy, Rosjanie. Przez jakiś czas to „jedni”, to „drudzy” przejmowali władzę. Wtedy też „pomieszkiwali” w domach w Ludwikówce, również w naszym domu. Przynosili suchary, kawałek chleba, kostki cukru, no bo co żołnierz mógł przynieść ? Ponoć jak małe dziecko było w rodzinie, to żołnierze, bez znaczenia Ruski czy Niemiec mieli do dzieci słabość, bawili się, życzliwi wobec maluchów byli. Jednak chyba w czasie pobytu wojsk nic tak szczególnie niepokojącego się nie wydarzyło. W tym wojennym okresie mama pracowała na dworze, uzyskiwała „jakiś” tam dochód z pracy w rolnictwie. Zarobiła „złotówkę” dziennie, to było bardzo dużo. Nie wiem dokładnie jaką wartość posiadał pieniądz wtedy ale zapamiętałam, że za dniówka dużo dla nas znaczyła. Był grosz, byliśmy szczęśliwi.

 Mój brat Janek z mamą i żoną Stanisławą
Później w wiosce miało miejsce tragiczne zdarzenie. Po wojnie, gdy mieszkaliśmy w Piasecznie, szczególnie babcia przypominała, wspominała o tym zdarzeniu. To już było bliżej końca wojny. Ukraińcy, którzy mieszkali na tym terenie, podszeptywali Niemcom, że w Ludwikówce znajduje schronienie radziecka partyzantka i Żydzi. Niemcy posługując się ukraińską milicją wcześnie rano dowodzili akcją okrążenia wioski. Mężczyźni powyżej 14 lat zostali „zgonieni” do kilku stojących blisko siebie stodół, po czym podpalili budynki używając ręcznych granatów. Kobiety z dziećmi popędzili do pobliskiego Dubna. Przebywały tutaj do czasu, kiedy Niemcy zorganizowali wywózkę do Majdanku. Ci, którzy przeżyli opowiadali o mordzie w naszej wiosce.

Prawdopodobnie wioska od tego zdarzenia przestała istnieć. Zamordowano wszystkich mieszkańców naszej wioski. Bezpośredni udział w akcji brali Ukraińcy. Wielka tragedia, która się wówczas w Ludwikówce wydarzyła przez długie lata zadomowiła się w naszych sercach. Jakiś czas wcześniej, przed tym zdarzeniem niektórzy mieszkańcy zdecydowali się opuścić wieś. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego wśród opuszczających wieś znaleźliśmy się my.

Mój mąż Janek

Ukrywaliśmy się w lasach

Opuściliśmy dom i z innymi w nocy skierowaliśmy się do lasu. Babcia opowiadała później, że z małą pierzyną i chlebem, uwędzonym mięsiwem, słoniną opuściliśmy rodzinne strony. Czy nasza ucieczka miała jakiś związek z ludobójstwem w Ludwikówce, nie potrafię odpowiedzieć. Czy ktoś wiedział o planowanym masowym morderstwie? Nie wiem.

Uciekaliśmy, przebywaliśmy w lasach. Ponoć byłam grzeczna, gdy sytuacja wymagała spokoju, dziwnie to wyczuwałam. Uciekaliśmy w kierunku Dubna. Tutaj otrzymaliśmy wsparcie, pomoc. W miastach było bezpieczniej. Tutaj przebywało wielu naszych, którzy podobnie jak my ratowali się ucieczką. Znaleźli się ludzie, którzy dobrze wiedzieli o tym co się w Ludwikówce wydarzyło. Opowiadali okropności, że nikt nie przeżył, domy, zabudowania zostały spalone. Mama chodziła do kuchni prowadzonej przez Niemców, pracowała w pralni, sprzątała. W jednym małym pokoju żyliśmy. I gdzieś tu nagle kończy się wojna, ludzie z sobą rozmawiają, dzielą się wspomnieniami, radzą. Wieś spalona, zniszczona, zrównana z ziemią. Gdzie żyć, gdzie zamieszkać ? Innego wyjścia nie mieli. Gdyby żyła jeszcze moja babcia, mama, dużo mogłyby opowiedzieć.

Ukochany mój koń, który chodził za mną jak pies


Tata powrócił z niewoli, odnalazł nas w Dubnie

Wielu naszych decydowało się na wyjazd do Polski. Zdecydowała babcia. Z tego okresu mam „przebłyski” pamięci. Pociąg jedzie długo, zatrzymuje się, dłuższe postoje. Biegam, bawię się, w wagonie drewniana podłoga z desek. Gdy pociąg zatrzymuje się na zewnątrz, dłuższe postoje, blisko siebie ludzie ustawiają paleniska. Te chwile przerywane, krótkie pamiętam. (jaka była pogoda). Podczas postojów gdzieś tam z innymi dziećmi biegam, cieszę się przestrzenią. Tata z niewoli powrócił do Dubna, tam nas odnalazł. Opowiadał o wielkiej bitwie, zasadzce niemieckiej i niewoli. Obszar oddzielony zasiekami, strażnicy, głód i wszy. Mama później, gdy dorastałam wspominała, że powrócił bardzo „zabidzony”, zamyślony i potrzebował czasu, normalnego życia aby było jak dawniej. Pociąg najprawdopodobniej dotarł do Stargardu, skoro ostatnią stacją na naszej drodze na zachód był Tetyń. Tutaj znaleźli się ludzie, którzy doradzali aby przez las kierować się do Piaseczna. Tam miało być dużo domów opuszczonych.

Mój teść z bratem Tomaszem i zięciowie Tomasza
Rodzice i synowie

Odnaleźliśmy spokój w domu z podwórkiem, ogrodem z drzewami owocowymi

Zamieszkaliśmy w dużym domu z podwórkiem, ogrodem z drzewami owocowymi. Tata nauczył się naprawiać maszyny do szycia. Miał złotą rączkę do spraw mechanicznych. Jeździł po wioskach, z pustych domów zabierał, jeśli mieszkali ludzie proponował, że odkupi. Do Piaseczna przybył transport koni z UNRRY. Otrzymaliśmy narowistego konia. Tata sobie z nim poradził, oswoił. Rodzice kupili krowę. Otrzymaliśmy z nadania chyba 7 hektarów ziemi. Później rodzice dokupili kolejne 4 hektary. Powstały kołchozy. Powstał w naszej wiosce. Koń z UNRRY, krowa trafiła do wspólnego gospodarstwa. Rodzice rano wychodzili pod siedzibę kołchozu, tam rozdzielano pracę. Powracali późno, przemęczeni. Gdy kołchoz rozwiązano, tata wyruszył po konie. Wtedy wyprawiano się po konie na wschód Polski. Tak robiło wielu. Tutaj na zachodzie był problem z końmi. Tata pojechał w Rzeszowskie. Przywiózł w wagonie dwa konie jeden gniady, drugi siwy. Z tych powojennych czasów utkwiły mi w pamięci rozmowy rodziców, babci o niesprawiedliwości wynikającej z obowiązkowych dostaw. Wprowadzono obowiązkowe dostawy zboża, mleka, żywca. Świnie udało się odchować, duża odwieziona na skup do Bań. Tata otrzymał za nią „ćwiartkę „ wartości. Później pamiętam rozmowy , rodzice twierdzili, że świnia za którą tata otrzymał 400 złoty była warta ponad 1500 złoty. Podobnie było ze zbożem. Oficjalnie o tym nie rozmawiano, jednak wieczorami pomiędzy swoimi utyskiwano.

W sali remizy w Baniach z małżonkiem Jankiem - 1959

Ta sama zabawa w towarzystwie przyjaciół - 1959

Obowiązki: wypasanie krów i szkoła

Pierwsze lata szkoły. Dużo obowiązków. Nauka to swoją drogą. Po szkole moim obowiązkiem było zagonić krowy na wypas i pilnować. Podobnie było w dni wolne, święta. Sporo było ugorów, gdzie wypasało się „bydlaczki”. Od strony Dłużyny pod lasem, tam dużo czasu się spędzało albo na Kamczurze, czyli w pobliżu stawów. Kamczura to od nazwiska mężczyzny, który zamieszkał w pobliżu gospodarstwa rybackiego. Tam wtedy było kilka stawów. Przywożono później wyrośniętą młodzież, która w ramach organizacji „Służba Polsce”. Wykonywała trudną pracę przy powstawania nowych stawów, usypywaniu grobli. To dzisiaj zapomniana organizacja. Kto dziś pamięta tą organizację ? – zastanowiła się przez dłuższą chwilę pani Zofia. 

Pojawił się transport, to jeszcze nie były autobusy. Ciężarówka z plandeką. Wewnątrz ławki, krzesła, coś tam było. Zatrzymywała się koło sklepu. Był tam ustalony punkt. W Piasecznie podobnie jak w każdej wiosce życie się toczyło i toczy koło sklepu. Sklep należał do Gminnej Spółdzielni w Baniach. Ciężarówka rano wyruszała najczęściej do Gryfina. Zdarzało się, że przyczepa pełna, brakowało miejsca. 

Szkoła 7 klasowa. Mnie objął system 7 klasowy. Dzieci z Górnowa i Piaskowa. Nauczyciele: Pani Gomuł – kierownik szkoły, Pani Kacpar – jedna z pierwszych nauczycielek. Później doszła pani Jedyńska, później wyszła za mąż za leśniczego Tadeja. Pani Basia Mazan. pan Kubacki uczył zajęć sportowych. Wiejska szkoła, Sali gimnastycznej nie było. W klasie ławki zestawiało się na bok, po czym na środku ustawiano kozła, czy jak to się nazywa. Klasy początkowo łączone.

Brat Janek na przepustce. W tle upamiętnione domy ulicy Sportowej w Baniach
Z teściami na przysiędze u brata męża - Stanisława  - Hel

Duży, okazały głaz w pobliżu jeziora. Co się z nim stało ?

Do Bań to już była wyprawa. Na piechotę lub ewentualnie rowerem. Na drodze mijało się furmanki. Z górki i koło Grabarczyka „na skróty” docierało się do miasteczka. Koło jeziora znajdował się duży głaz. Grobla przy wjeździe do Bań prawdopodobnie usypana, wcześniej jezioro stanowiło jedną całość. Tam gdzie dzisiaj nad brzegiem jeziora znajdują się ławki, znajdował się duży głaz. Ponoć kiedyś te jeziora się łączyły. Tam „ na styku” głaz postawiony. Jeszcze go „trochę widzę”, duży kamień, stał długo jeszcze. Małżonek jako podrostek po wojnie biegał, bawił się w różnych miejscach miasteczka. O tym kamieniu to również opowiedział. Syn bogatego mieszkańca i uboga dziewczyna pokochali się. Mezalians. Rodzice chłopaka nie zaakceptowali związku. Młodzi nie potrafili żyć bez siebie, utopili się w pobliżu miejsca gdzie dzisiaj ławki. Tam ustawiono kamień. Prawdopodobnie to ojciec chłopaka ustawił kamień. Wydrążono w nim kilka zdań. Co stało się z kamieniem, nie mam pojęcia. Opowiadał o tartaku, hydroforni pałacu w pobliżu drogi do Piaseczna. Tutaj gdzie przystanek autobusowy znajdowała się zwarta zabudowa małych kamienic. W pobliżu górki łączącej ulicę Chrobrego i Ogrodową stał hotel.

Utrwalony Plac Jagielloński i ulica Grunwaldzka w Baniach  (koniec lat 50 tych)


Jedno z najstarszych zdjęć z rodzinnego archiwum. Upamiętnieni rodzice męża Agnieszka i Stanisław

Rodzina

Małżonek mój przybył do Bań po wojnie. Poznaliśmy się w 1958. Ślub nasz odbył się w roku 1959. Moje ukochane dzieci Ela i Bogdan. Moje ukochane wnuki Kasia Agatka Kamilka Sara Igor. Później przyszedł czas na prawnuków Lena Marcinek Lila.

Mój syn Bogdan


Ukochane wnuczki Kasia i Agata

Moja mama do śmierci wspominała Ludwikówkę. Mówiła - "Pięknie tam u nas było, blisko las. A teren, jak spojrzysz przed siebie, to górki i górki do końca, a końca nie widać". Marzyła, aby pojechać w rodzinne strony. Nie udało się, nie było takiej możliwości. 

Prawdopodobnie po latach gdy udało się komuś dotrzeć i odnaleźć ślady Ludwikówki, odnajdywano ślady uliczek, budynków a nawet studni. Szczęściarze, którzy tam dotarli, wspominali,że panuje tam wyjątkowa cisza.

Wspomnień pani Zofii Iwko wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w IX 2018 roku


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.