Reklama [góra]

Opowiem panu o zbrodni, która się zdarzyła w Baniach krótko po wojnie


Pani Julia Zawadzka z Bań: – Urodziłam się 25 czerwca 1926 roku. Moja rodzinna wieś to Aleksandrowo. W mojej wiosce znajdowało się 15 budynków. Mieszkały tutaj rodziny polskie. Blisko Aleksandrowa Kłodawa, tam mieszkało dużo Żydów. Rodzice moi: Antoni Węglarek, Władysława Węglarek. Stryj, tatusia brat wrócił, z rosyjskiej niewoli. Gdy wrócił, był bardzo chory, leżał, długo. Cztery siostry i czterej bracia: Bronisław, Genowefa, Helenka, Feliks, Zenon, Marysia, Gienia i ja.

Kuźnia mojego taty – moje dzieciństwo

U nas z naszej rodziny prawie wszyscy to rzemieślnicy. Tata kowal, inny brat ślusarz, a jeszcze inny wypalał cegły. Tata ciężko pracował, konie kuł, miał dużo pracy. Konie do podkucia. Niedaleko nas Kocewia Duża i Mała. Jak ktoś bliżej miał jechali do Kłodawy. Jednak wielu przyjeżdżało do warsztatu taty. Z naszej wioski to przyprowadzali konie bezpośrednio do kuźni, z innych pobliskich miejscowości przyjeżdżali. Wcześniej podkowy cztery dla każdego konia były przygotowane, zawieszone na drucie. Później, gdy stryjek, rodzony brat taty, pozbierał się po niewoli, podjął pracę u taty, pomimo że był ślusarzem. Tatuś i mama umarli, a stryjek nami się opiekował. Był dla nas jak ojciec. Ziemię uprawiał.  Przyjeżdżał do mnie na zachód. Stryjek to jeszcze zegary naprawiał, ludzie zaczęli przynosić zegary. Razem w kuźni pracowali, kiedy miał robotę w kuźni, żelastwo położyli i jak dwóch biło w żelazo, to szybciej szło. Numery zamocowane obok podkowy. Ogień mocno się palił w kuchni, tam, gdzie robił podkowy. Jak żelazo wyciągnie się rozżarzone, czerwone, na podkowy, to jak dwóch biją raz, dwa, to żelazo tak szybko nie ostygnie. Gdy oczy zamykam, to słyszę dźwięczne uderzenia żelaza, widzę, jak te iskry „pryskają”. Później, gdy przyjeżdżali, to już podkowy były ponumerowane, przygotowane.  Kuźnia wybudowana z drzewa, blisko domu. Robota stale była, stryj okazał się bardzo przydatny. Tata wieczorami lubił spędzać czas z dziećmi, opowiadał, było wesoło.

Ślub mojej siostry Helenki z Romkiem Pawłowskim

Szkoła

Szkoła znajdowała się ponad dwa kilometry od Aleksandrowa w wiosce Kocewia Duża. Chodziliśmy szosą Warszawa Poznań albo na skróty przez łąki. Ale tutaj nie zawsze było bezpiecznie, rodzice zawsze krzyczeli, aby iść szosą. Wie pan, jak idzie się na „szagę”, to jest szybciej. Jak był mróz, zdarzyło się nieraz, że but został pod lodem. Stoję na lodzie, pod lód zaglądam, a tu nagle pokrywa zamarznięta, na której stoję, pęka. Tak niebezpiecznie bywało. Kocewia Duża  domy wzdłuż drogi, nie wiem, jak długa była ta wioska, w środku szkoła. Do szkoły z pobliskich wiosek chodzili uczniowie. Wacław Woźnicki nauczyciel, dobry nauczyciel.

1939

Zbliżał  się nowy rok szkolny. Miałam pójść do piątej klasy. Potrzebny był nowy płaszcz, szkoła się zaczynała. Poszłam z mamą do Kłodawy. Ogrodnik zatrzymał mamę w pobliżu Kłodawy.  Powiedział: Pani Węglarkowa, wojna wybuchła. Mama się rozpłakała, ten ogrodnik płakał. Pomyślałem wtedy, „żeby raz już była ta wojna”. Myślałam: mam nowy płaszcz, brat przygotował rower, abym mogła dojeżdżać do szkoły i teraz nagle jakaś wojna. Panie  stryjek, tata, opowiadali dużo, mówili, że wojna będzie. Gdy bombardowali, to wielu szukało schronienia w naszej wiosce. Chowali się w szopie, piwnicy.

                                     Ja z warkoczami IV klasa w Szkole Podstawowej w miejscowości Kocewia Duża

Początki wojny

W naszych okolicach dużo Niemców mieszkało od dawnych czasów. Gdy zaczęła się na dobre wojna, to zaczęli napływać koloniści – Niemcy. Byli butni, raziła ta ich pewność. Oni żądali, aby się im kłaniać. Zaczęli się stawiać, jakaś kłótnia z dziećmi była. My w domu sobie gadaliśmy, że będziemy się w drugą stronę odwracać, udawać, że ich nie widzimy. W tym czasie z jakiegoś budynku wychodzili Niemcy, cywile, mijali się z moim przyszłym mężem i jego tatą. Mój przyszły małżonek zlekceważył Niemców  może inaczej: nie ukłonił się. Nagle Józefa trafił silny cios w głowę. W obronie syna stanął ojciec, który też został poturbowany.

Im więcej Niemców do Aleksandrowa i okolic przybywało, tym więcej domów i gospodarstw było przez nich zajmowanych. Kilka rodzin naszych zostawiło cały dobytek i zostali wywiezieni do Rzeszy. Ludzi powywozili do Niemiec. Był taki Karolewski, dość bogaty. Wszystko zostawili, pościele, pierzyny. My na razie pozostawaliśmy u siebie. Do naszego domu przybył Otto Nerbas. Potrzebował młodej osoby do pracy w jego gospodarstwie. Padło na moją starszą siostrę Helę. Jednak gdy ten Niemiec dłużej pobył w naszym domu, przyjrzał się, że rodzice moi nie są młodzi. Zdecydował, że nie starsza siostra, tylko ja będę pracować w jego gospodarstwie. Opuściłam dom rodzinny z małą torbą. Żona Niemca nazywała się Frida Nerbas. Była niska i gruba. Dobra kobieta. Początkowo posiadali jedno dziecko. Później urodziło się kolejnych czworo, „co rok prorok” (uśmiecha się pani Julia). Najstarszy syn miał na imię Horst. Młodsze rodzeństwo: Alfred, Helmut, Rose Marie. Najmłodsza córka, Rose Marie, zmarła w latach wojny. Było mi wtedy przykro. Gdy jeszcze żyła, to gospodyni często mówiła do mnie: Zobacz, jaka ona do mnie podobna. Najstarszy Horst był dobrym chłopcem. Spędzałam z dziećmi dużo czasu, polubiłam tego pięcioletniego syna gospodarzy. Nauczyłam go mówić wiersz: 

„Kto ty jesteś? Polak mały.
Jaki znak twój? Orzeł biały.

Gdzie ty mieszkasz? Między swemi.

W jakim kraju? W polskiej ziemi (...)”.

Przełom lat 60/70. W mojej ulubionej roli życiowej  gospodyni domu
Horst się nauczył i coraz lepiej wymawiał te słowa. Kiedyś przebywał z nami ich ojciec. Gdy w trakcie zabawy chłopiec kilka zdań wymówił, ojciec się sprzeciwił. Gospodarz był „narywisty” i często zły bez widocznego powodu. Gdy mały otrzymał cukierki, ciastka, dzielił się ze mną, najczęściej na zewnątrz lub w  takim miejscu, gdzie nikt tego nie widział. Młodszym braciom szeptał, aby się ze mną dzielili. A mi tak bardzo chciało się jeść słodycze. Gdy w ich domu pojawili się goście i częstowali dzieci słodyczami, mały Horst pamiętał zawsze o mnie. Ten Otto, gospodarz, dobrze, powiedziałabym, „płynnie” mówił po polsku. Gospodyni nie znała polskich słów.

Przypomina mi się w tej chwili jeszcze taka sytuacja z tamtego okresu. Rosłam, dorastałam coraz szybciej. Dwie krowy należące do gospodarzy, u których służyłam, „dawały” dziennie ponad 20 litrów mleka, bywało więcej, bywało mniej. Mleko gospodarz odstawiał, otrzymywał oprócz zapłaty deputat masła. Co jakiś czas udawał się do Łodzi. Dokonywał zakupów, co było potrzebne, starał się zdobyć. Towar nie był łatwo dostępny nawet dla Niemców. Brakowało wszystkiego, był limitowany. Istniał system „punktów” dla Niemców, ale pomimo to trudno było kupić poszukiwany towar. Gospodarz zabierał z sobą masło, jadąc do Łodzi, w ten sposób było łatwiej wystarać się o różne potrzebne towary. Przed jego wyjazdem powiedziałam tak pół żartem, pół serio, aby kupił materiał jakikolwiek na sukienkę. Powrócił z miasta. Przywiózł materiał. Wchodzę do domu, żona gospodarza mówi do mnie: Pan nakupił i dla Ciebie. Spojrzałam na materiał koloru maliny, dotknęłam. Pomyślałam: ale on ma gust, taki piękny materiał. Udałam się do krawcowej, mojej siostry. Uszyła bluzkę i całą sukienką układaną. Byłam szczęśliwa.

Tułaczka u obcych

Nastały czasy, że potrzebowali do pracy każdych rąk. Dorosłych nie było, dziećmi się posługiwali. Codziennie dwie krowy wydoić, to był dla mnie duży wysiłek. Ręce mnie bolały tak bardzo, że siedziałam pod krową i płakałam. Byłam zbyt młoda i trudno było mi sobie poradzić. Kiedyś gospodarz zawiózł mnie do lekarza. Otrzymałam paski, które na dłoniach należało odpowiednio zawiązać, wzmocnić. Było lżej doić. On miał brata, na imię miał Johan. Gdy zaczęła się praca przy żniwach, zbieraniu ziemniaków, brat z służbą przybywał do majątku do pomocy. Pomagali. Później my pracowaliśmy w majątku u brata gospodarza. Kiedyś miał miejsce taki epizod. Furmanką dotarliśmy do sąsiedniej wioski, w której mieszkał ten Johan. Gospodarz mój przed podjęciem pracy powiedział do brata, że jestem bez śniadania, żeby przygotowali coś do zjedzenia. Usmażyli jajka, zjadłam. Kopaczka zamocowana do dwóch koni czekała. Poszliśmy zbierać ziemniaki. Kopaczka rozrzucała, często daleko. I tak zbierało się w kosze i na furmankę wysypywało. 

Tutaj mieszkali jeszcze rodzice gospodarza  i dwoje rodzeństwa; brat o którym przed chwilą wspomniałam, ale była jeszcze siostra, ona mieszkała z tym bratem i jego rodziną. Była najmłodsza. Jeśli mnie pamięć nie myli, to ta rodzina zamieszkiwała nasze tereny jeszcze z okresu zaborów. Oni teraz byli panami – gospodarzami  my, mieszkańcy wioski, zdegradowani zostaliśmy do funkcji służących, niewolników bez praw. Później w tej rodzinie doszło do pewnej tragedii. Młody Niemiec, cywil, spotykał się z siostrą gospodarza. Odbył się ślub młodej pary. W tym czasie młody otrzymał wezwanie do wojska. Niedługo po ślubie, pod dom, w którym zamieszkali młodzi, podjechał pojazd. On był po wojskowemu ubrany. Oddalił się do budynków gospodarczych, nie wracał. Powiesił się. Ten mój gospodarz mocno przeżył to zdarzenie. W tym czasie gospodarz też został wezwany do wojska. Zostałam z gospodynią. Przybyło jeszcze pracy.

Łapanka

Blisko znajdowała się wieś Rdutów. Z pobliskich wiosek nagnali młodych do kościoła, który znajduje się w tej wsi. Moja siostra Hela znalazła się w tej grupie. Przy ogrodzeniu żandarmi pilnowali terenu. Sporządzili listę, prawdopodobnie przy nazwiskach były napisane nazwy miejscowości na terenie Rzeszy, gdzie młodzi mają zostać wywiezieni. Tam nie wolno było przychodzić. Gdy dowiedziałam się o Heli, prosiłam o pomoc gospodarza, aby siostra mogła w jego gospodarstwie pracować. On pomimo tej tragedii w rodzinie pojechał na miejsce, rozmawiał tam z kimś „wpływowym”  z kimś, kto miał dużo do powiedzenia. Nie udało się. Było już za późno. Po jakimś czasie gospodarz otrzymał też mobilizację do armii. On nie miał więcej niż 35 lat. Do końca wojny nie powrócił już do rodziny. Trafił do niewoli rosyjskiej. Krótko po wojnie otrzymałam list od gospodarza. Nie pamiętam dzisiaj, w jaki sposób list dotarł. Pytał, czy wiem cokolwiek o losie jego rodziny. Udałam się z listem w ręku do majątku, gdzie zostali spędzeni po wojnie Niemcy. Przebywali w tej koloni z dobry rok albo dłużej. Jaka tam wtedy bieda była u nich! Ruskie, jak wchodzili do domów, zabierali i krowy, i kury, świnie, co miało wartość w tamtych czasach zabierali z sobą. Oni najbardziej skorzystali. Polacy wtedy bali się jeszcze ruszyć. Odnalazłam gospodynię i troje synów, przywitałam się. Ona chciała rozmawiać, cieszyła się ze spotkania. Była zaniepokojona dalszym losem. Pokazuje list i mówię: od męża, przeżył i poszukuje rodziny. Nie wiem dokładnie, co było dalej, oni się odnaleźli, nie było już między nimi córki Rose Marii. Przypomniało mi się coś jeszcze. Kilka lat po wojnie przyjechał do naszej wioski Otto. W tym czasie mieszkałam już na dobre w Baniach. Brat do mnie napisał, opisał okoliczności odwiedzin. Poszukiwał rodziców, oni z jakichś powodów nie dołączyli do niemieckiej kolonii w majątku. Rodzice jego po wojnie jakiś czas mieszkali na swoim w wiosce Pniewo pod Krośniewicami. Może dlatego, że żyli tutaj od czasów zaborów, byli później inaczej traktowani. Nie wiem. Był, szukał śladów. Brat pisał, że były duże trudności z ustaleniem ich losów.

Ślub kuzyna mojego męża Janusza Kaźmierczaka (byłam świadkiem)

Wesele córki Danusi w naszym domu na Jagiellońskiej. W środku mój małżonek. 

Nowe wysiedlenia

Moich rodziców wysiedlili. Wcześniej otrzymali zapłatę za buraki, które odstawili. Worek cukru dostali. W nocy pod dom podjechali w konie „żółtki”. Opanowali wioskę, to była zaplanowana „akcja”. Przebywałam w tym czasie u gospodarzy. Codziennie wieczorem pod dom przyjeżdżał Polak, zabierał kany z mlekiem i jechał dalej po kolejne. Podjechał pod dom i mówi: Ty, Węglarkowa, w wiosce wysiedlanie. On nie był z naszej wioski. Zaczęłam płakać, nie zwracałam uwagi na to, co mówi gospodyni, zaczęłam biec w kierunku domu. Dobiegłam, patrzę: przed domem dużo „żółtków”. Gdzieś dopatrzyłam mamę, ze łzami podchodzę. Pilnowali, aby dobytek pozostał. Przywitałam się i płaczę. Mama po cichu radziła, aby się nic nie odzywać. „Żółtki” byli bezwzględni, okrutni dla ludzi. Starsze rodzeństwo było rozproszone. W domu rodzice i tylko dwoje najmłodszych. Wróciłam do gospodarstwa bezradna i bez siły do życia. Jak się okazało, rodziców wywieźli do jakiegoś pobliskiego większego miasta. Gdzie? Nie wiem. Pozwolili wziąć w koszu trochę chleba. Tam opuścili przyczepę i ktoś, kto ich przywiózł (i innych z naszej wioski), powiedział: Idźcie, gdzie chcecie. 

Bezsilni rodzice powrócili na pieszo do Aleksandrowa. Dom nasz zajęty. Za rodzicami wstawiła się starsza siostra Gienia, która pracowała u innych niemieckich gospodarzy. Rodzice poszli pod dom gospodarzy, u których siostra pracowała i mieszkała. Przyszedł Niemiec i pyta się, co to za ludzie koczują pod domem. Siostra odpowiedziała, że to rodzice. Wrócili, nie mają dokąd pójść. On stanowczo na to, że nie mogą tutaj pozostać. Siostra wtedy się postawiła i powiedziała: To moi rodzice, pójdę za nimi, niech mnie pan zabije. Pójdę za proszonym. Niemcy przemyśleli, że tata kowal, że wielu może się przydać tu na miejscu. Pogadali sobie i wrócili. Jeden z nich oznajmił, żeby pozostali. Dom nasz był zajęty. Rodzice zamieszkali w połowie domu, w drugiej połowie cielaki. Wie pan, co miał człowiek do gadania, nic nie miał. Później te cielaki zabrali, nie wiem, może się wstydzili i zabrali. Połowy tej drugiej nie dali.

W wiosce żyli Niemcy, starsze ludzie. Nie mieli dzieci. Kiedyś przychodzi do rodziców ten starszy Niemiec. Był spokojny, opanowany. Powiedział, że mojego brata Wiesława „naznaczyli”, że wezmą brata do pomocy. Oni nie mieli dużego gospodarstwa, oni, wie pan, byli starsi. Potrzebowali, żeby gęsi wypaść, pomóc w gospodarstwie. Brat poszedł do nich boso, szron już był. Niemka pyta: Nie masz butów? – No nie mam – odpowiedział. Dostał buty po gospodarzu, pamiętam, że były za duże. Wiesiu u tych ludzi miał dobrze. Starsi, jak wspomniałam, nie mieli własnych dzieci. Trafił do tych ludzi w zimę. W pokojach było zimno. Niemka kładła się blisko brata, przytulała jego do siebie, żeby zasnął. On był małym chłopcem. W domu nic nie było, nie było gdzie butów kupić, oni już wtedy rządzili, jaka wtedy była bieda.  

Brat  Bronek Węglarek. Zdjęcie wykonane w Kłodawie. Tutaj Bronek uczył się zawodu kowala, później w pobliżu Kłodawy prowadził zakład kowalski

Wojna pomału się kończyła, nasze życie się zmieniło

Gdy powoli wojna miała się ku końcowi, pojawili się Rosjanie. Koło 21 podjechali pod nasz dom motorami. Szybko dostali się do środka i lufami karabinów skierowanymi do przodu dosłownie się wdarli. Oni, z tego co zapamiętałam, spodziewali się Niemców. Głośno potwierdziliśmy, że jesteśmy Polakami. Zrobiło się spokojniej. Ktoś wyjaśnił, kto jest kim. W tym czasie przebywał w naszym domu sąsiad, tak swoją drogą to mój przyszły małżonek – Józef. Ich bardzo ciekawiło, jak dojechać do pobliskiej wsi Dzierzbice i jeszcze kawałek drogi dalej. Wskazali mojego brata Bronka i Józka, aby udali się z nimi. Wsiedli z nimi i poprowadzili. Później opowiadali, że gdy dojechali za Dzierzbice, gdzieś tam, kazali się im schować. Nie wiem w tej chwili, czy oni wrócili na pieszo, czy ktoś ich odwiózł. W tym miejscu, jak się później okazało, Niemcy uciekali w popłochu na wozach. Rosjanie coś wiedzieli, oni bardzo chcieli tam dojechać. Świadkowie, którzy tam dotarli później opowiadali, że dobytek z wozów był rozrzucony. Co się stało z Niemcami, nie wiadomo było.

Po wojnie pisali, mówili, że warto na zachód pojechać. Mój małżonek – wtedy jeszcze nie był małżonkiem – zdecydował się pojechać w długą, nieznaną drogę. Gdy powrócił, nie przyznał się, że został okradziony. Wtedy był zwyczaj chowania pieniędzy w naszywkę skórzaną z tyłu na spodniach, chyba zresztą do dzisiaj istnieje ten zwyczaj... (zastanowiła się przez chwilę pani Julia). Pieniądze zrolowane wsunął za zaszewkę, tam zostały odpowiednio zabezpieczone. Jak się później okazało, nieskutecznie. Dotarł do Bań, na ulicę Ogrodową, tam po wojnie w jednym z opuszczonych domów zamieszkali Rutkowscy. Oni później opuścili miasteczko. W Baniach znajdowało się polskie wojsko i stali Ruskie. Budynek, w którym stacjonowali, stał blisko kina, tam w tym mniej więcej miejscu stoi dzisiaj blok mieszalny, na ulicy Ciasnej.

Rosjanie to z dwa dobre lata stali w miasteczku. Mój mąż był kołodziejem. Oni gdy się dowiedzieli, że mąż planuje tutaj zamieszkać, zaprowadzili do domu, który zamieszkiwał do końca wojny kołodziej z żoną i synem. Tam na podwórku znajdował się warsztat. Mąż zajął dom na ulicy Jagiellońskiej. Gdy małżonek przybył po raz pierwszy da Bań, w „Gminie” namawiali, aby pozostał. Zapewniali, że potrzebny jest tutaj na miejscu kołodziej. Dom i warsztat może w każdej chwili zająć. Odpowiedział małżonek, że zostaje, ale wcześniej jedzie po żonę, przyjechał. Dom został zabezpieczony, zajęty. Nie wiem, jak to się odbywało. Powrócił. Mama mówi: Co Ty myślisz, że ja ci córkę oddam i pojedzie... A mój mąż na to, że nie, że chce mnie poślubić, no i poślubił. Wzięliśmy ślub w Dzierzbicach. Pojawił się wtedy problem, bo małżonek do samego końca nie przyznał się, że został okradziony. Jaki organista był zły, gdy się okazało, że nie ma pieniędzy na opłacenie...

Brat Felek Węglarek (urodzony w 1921)
                                         
Z jedną walizką na zachód

Z jedną walizką przyjechałam z nowo poślubionym małżonkiem Józefem na zachód. Jesień 1945. Panie, jakie wagony były załadowane, to trudno sobie wyobrazić. Wagony bydlęce pełne, ktoś w tym ścisku leży na podłodze, tak to zapamiętałam. Trudno było przejść. Ludzie, panie, jak śledzie, gdzieś to tu, to tam wódkę piją, śpią, głośno mówią, awanturują się. Różni ludzie. Nagle jak jeden mi nogi przycisnął, zaczęłam z bólu płakać. Zdarzało się, że bili się w wagonach. Dojechaliśmy do Dąbia. Stąd pociągiem do Gryfina i dalej do Bań. Na stacji w Baniach zawiadowca mówił, wyjaśniał, miły był. To był chyba pan Podniesiński. Po wojnie jeszcze dość długo Niemcy przebywali na ulicy Różanej. Część mieszkańców opuściła miasteczko, gdy wojna się kończyła. 

Nie wiem, z jakich powodów część Niemców pozostała. Wśród nich kołodziej z rodziną. On otrzymał „prykaz” od Ruskich albo już od polskiej władzy z „Gminy”, żeby wstawiał się do warsztatu w godzinach porannych do pracy. Nie wiem, kto wówczas decydował o tym, ale to chyba już nasi, „z Gminy”. Małżonek płacił codzienne dniówki, jednak ktoś, kto rozdzielał Niemców do pracy, zastrzegł, aby „nie za dużo”. Kołodziej był otyły, lubił wódkę, przychodził z synem. Syn jego był przystojnym młodym mężczyzną, takim go zapamiętałam. W godzinach porannych przyszli do warsztatu, mąż dołączył. W warsztacie znajdowały się trzy stanowiska. Było stanowisko główne i dwa boczne. Mąż zostawiał miejsce przy stanowisku głównym dla Niemca. Któregoś razu on powiedział, że teraz to miejsce jest dla małżonka i odszedł pracować do bocznego. Gdy przychodziłam do warsztatu, rozmawiałam z małżonkiem, syn kołodzieja, młody Niemiec zawsze się przysłuchiwał rozmowie, później o czymś miedzy sobą rozmawiali. Odnosiłam zawsze wrażenie, że on rozumie, o czym mówimy. A może to tylko takie było wrażenie. Mąż każdego dnia w warsztacie, roboty przybywało. Przypominam sobie, że obawiał się też, aby Niemcy urządzeń warsztatu nie wynieśli.

Mąż opowiadał, że gdy przyjechał pierwszy raz do Bań, zaraz po zakończeniu wojny, Niemcy coraz mocniej byli uświadamiani, że oni będą musieli swoje domy opuścić. Między innymi na podwórku domu kołodzieja gromadzili zastawy kuchenne, cenne wyposażenie domów. Później to najpewniej różnymi metodami przenosili na Różaną. Nie wiem. Powiem tak, mąż źle się czuł, ja źle się czułam, żeśmy zajęli dom, warsztat innych ludzi. Co jakiś czas zostawiałam męża, dom, i jechałam w rodzinne strony. Tutaj z początku było bardzo trudno zdobyć pożywniejsze jedzenie. W swoich stronach dużo łatwiej było o słoninę i inne produkty. Mięso szybko się psuło, nie przywoziłam. Przed powrotem kupowałam dla męża pół litra wódki, a niech się cieszy, myślałam. Wracałam tradycyjnie pociągiem. Nowy dzień przyszedł, po pracy Niemca z synem zaprosiłam. Stół, jak mogłam, przygotowałam, zastawiłam. Ojciec z synem chodzili w „klumpach”, butach wykonanych w całości z drzewa. W pokoju znajdował się duży głośnik od „naszych”. Mąż wódkę postawił, mnie poprosił do tańca starszy Niemiec. Tańczyliśmy, on w tych wielkich, ciężkich „klumpach”, tańczył pod takt. Utkwił mi w pamięci ten wieczór.

Pierwsza kolorowa fotografia, na której zostałam utrwalona. Gorzów Wlkp

Z początku zamieszkaliśmy u Rutkowskich. Mąż wychodził codziennie rano do warsztatu. W tym czasie przychodził ojciec z synem – Niemcy. Kiedyś do warsztatu przyszedł pan Stanisław Kowalczyk. Wywiązała się rozmowa. Gość zapytał, dlaczego zamieszkujemy na Ogrodowej, skoro dom pusty stoi na Jagiellońskiej, po czym postawił się, powiedział: Żona musi być przy tobie. Zamieszkałam w domu. Tam, panie, garnku nie było, wszystko opróżnione. W pokoju od ulicy stała zniszczona leżanka. Później pan Kowalczyk wziął mnie na chrzestną ich córki Marysi.

Wtedy tutaj było już trochę Polaków, ktoś musiał naprawiać koła od wozów. Zapamiętałam pogrzeb jakiegoś Niemca. Wyszłam na skrzyżowanie Grunwaldzkiej i Jagiellońskiej. Niemcy szli od Różanej w kierunku cmentarza czwórkami, ubrani na czarno, smutni. Sporo ich było. W dzisiejszym parku też był cmentarz. Bliżej ulicy Gdańskiej znajdowały się zabytkowe groby, płyty, ogrodzenia. Na tym cmentarzu została pochowana jedna z pierwszych osadniczek, starsza kobieta, nazywała się Wiśniewska. Zapamiętałam jej grób. W tych pierwszych miesiącach po wojnie została pochowana na terenie dzisiejszego parku kolejna kobieta – Pawłowska. Na cmentarzu w kierunku Kunowa przez jakiś czas przestrzegano przed pochówkami. Istniała opinia, że teren jest zaminowany. Taka sytuacja trwała przez jakiś czas. W tym powojennym okresie sama bałam się chodzić po miasteczku. Zawsze z mężem chodziliśmy, spacerowaliśmy w kierunku dzisiejszego ośrodka zdrowia.

Pogrzeb  Stanisława Pawłowskiego w Baniach – lata 60 te. Z przodu w pierwszym szeregu idzie  mój syn Włodzimierz 
Osadnicy pomorskiego miasteczka

W pobliżu zabudowań należących do rodziny Świebody, bliżej górki, stał budynek i szopka. W szopce porządek jak w mieszkaniu. Tam znajdowało się dużo słoików, poukładane jak w domu. Wzięłam te słoiki do domu. W pobliżu rosło dużo drzew owocowych wiśni, czereśni. Z zerwanych owoców zrobiłam pierwsze przetwory. Zdarzyło się, że przyszła żona byłego właściciela domu, kołodzieja. Przyniosła wiadro i łyżkę wazową. Gdy zobaczyła przetwory w słoikach, powiedziała, że jestem gospodarna. Banie w tym czasie były jeszcze opustoszałe, takie ciemne, sprawiało wrażenie niebezpiecznego – dlaczego? Nie potrafię odpowiedzieć. W okresie powojennym nie było za bardzo co jeść. Zwierzęta to chyba w większości zostały wywiezione przez Niemców. Jeśli ktoś przechwycił, to trzymał dla siebie. W Baniach po wojnie zamieszkał pan Kikosicki na ulicy Ogrodowej. Z małżonkiem znali się od „przed wojną”. On przywoził furmanką z Gryfina cukier, słoninę, różne rzeczy i tutaj sprzedawał. To był taki pierwszy powojenny sprzedawca. Zapamiętałam kilku pierwszych osadników, którzy przybyli do Bań jako jedni z pierwszych. Pan Lipski i Nowacki zamieszkali z rodzinami na ulicy Ogrodowej. Pan Nowacki, serdeczny, przyjacielski, z żoną, pierzyny nam pożyczał. Pan Derewianko – kominiarz, zamieszkał koło kościoła. Pan Rutkowski, Strzelecki z rodzinami. Z tamtych pionierskich czasów zapamiętałam pana Kulasę – stolarza, kolegował się z mężem. Początkowo jeszcze był kawalerem, później ożenił się, mieszkał na Chrobrego. Wyjechali z Bań. Dwoje bracia – Kopczyńscy – mieszkali na Sienkiewicza. Byli budowlańcami. Na Sportowej Emilia i Stanisław Haczyk, który w tych pierwszych powojennych latach był sołtysem. Pan Toszek – rzeźnik. Gdy odbywał się ślub mojej siostry Heleny i Romana Pawłowskiego, pan Toszek uroczyście asystował strażakom, było uroczyście, ładnie. Rzemieślnicy trzymali się razem. Pan Wilk, Kikosicki, Hałas (jeden z pierwszych sołtysów), mieszkał z rodziną na Sienkiewicza, rodzina sąsiadów Paluchów, Watras (pełnił wiele funkcji), pani Tomaszkiewicz z „Gminy”, wesoła i zaradna, ona mnie bardzo lubiła. Jedną  z pierwszych, jeśli nie pierwszą restaurację w Baniach prowadził pan Jasmont, inteligentny, cierpliwy. W tej chwili wielu z pierwszych osadników zapomniałam, przychodzi mi jeszcze do głowy: Wilczek Zenon, jeden z pierwszych wójtów, odwiedzał małżonka; Adamczyk – urzędnik; Wawrzyniec Madej – był komendantem; Adolf Sawicki – I prezes GS; rodzina Wieczorków. Pana Kowalczyka wspomniałam. Ludzie przybywali różni, Niemcy jeszcze byli. Tak jak powiedziałam, bałam się chodzić w kierunku miasteczka.

Moja pierwsza noc w domu kołodzieja

Dotarliśmy, zamieszkaliśmy w domu, który mąż przed powrotem w rodzinne strony zabezpieczył. W jaki sposób? Nie wiem. Udało się, nikt domu nie zajął. Gdy podjechaliśmy pod dom, przed budynkiem obok siedział pan Toronowski, to była jedna z pierwszych osób, którą tutaj poznałam. No tak, zajęliśmy dom. Pomieszczenia prawie opustoszałe, w pokojach od podwórka ciemne tapety, brudno jak diabeł. Okiennice były zamknięte. Koło naszego domu leżała duża topola. Na topoli usiadły dwie kobiety, jak się później okazało panie Markiewiczowe. Naprzeciwko naszego domu budynek był opuszczony, niezamieszkały. Ten dom stoi do dzisiaj. Podeszli Rosjanie. One się upierały, że chcą zająć ten dom. Słyszałam, jak jeden z nich mówił, że „przyjechały na germańskie postronki, dom jest zajęty dla wojskowego”. Zdecydowanie nie pozwalał zająć. Przysłuchiwaliśmy się tej rozmowie w ciemnym pokoju, w obcym domu, gdzieś na obcej ziemi. Topola jeszcze jakiś czas leżała przewrócona, „złamana”. Zaczęło się nowe życie. Dostaliśmy 2 hektary ziemi, ziemię obrabialiśmy. Ktoś zawsze się znalazł, co miał konie, pomógł. Później dokupiliśmy kilka hektarów.

W połowie Jagiellońskiej, pomiędzy blokami na Ciasnej i garażami blaszanymi, stał dom. Zamieszkał w nim po wojnie mierniczy, drogomistrz Konikiewicz. Poszłam do niego z płaczem, że ziemia rozrzucona, że ciężko. On miał dwa konie, dobry chłop z niego był. Konikiewicz był pierwszym  burmistrzem. Pochodził z Poznania. Miał dwie córki, one jego tutaj odnalazły. Był dobrym gospodarzem, dobrze zarządzał. Umiał to, mądry człowiek. W tym czasie, jak poszłam do Konikiewicza prosić o pomoc, dowiedziałam się, że z naszej wioski dużo do Obryty koło Pyrzyc przyjechało. Kolejni przyjeżdżali. Napisałam do mamy, żeby podała jedzenia. Tak jak wspomniałam, po wojnie nie było co zjeść, była bieda, zwierząt nie było. Gdy jechał kolejny transport „naszych” do Obryty, mama podała do wagonu kozę, kartofli sporo. Później z tych kartofli to do jedzenia starczyło na długo i jeszcze nasadziłam. Opowiedziałam Konikiewiczowi, że do Obryty mama podała jedzenie, kozę, potrzebuję się tam dostać. Pojechaliśmy jego furmanką. On całą drogę opowiadał o tym, co w Baniach, o rzeczywistości. Gdy przejeżdżaliśmy przez Parnicę, to psy zaczęły dobiegać do furmanki i ujadać. Tak zapamiętałam Parnicę.

Najmłodszy synek Włodzimierz na głównej ulicy miasteczka – ulicy Grunwaldzkiej

Różni ludzie przybywali. Czas szabrowników

Zaraz po wojnie to nastał czas szabrowników. Przyjeżdżali, szukali, szabrowali i coraz lepiej im to szło. Panie, ile oni skradli, wywieźli. W sąsiednim budynku przez jakiś czas zamieszkał mężczyzna, małżeństwo, w tej chwili już nie pamiętam. Oni byli poszukiwani, prawdopodobnie mieli na sumieniu kilka zbrodni, krótko po wojnie Co tutaj robili, czego poszukiwali i skąd przybyli, nie odpowiem na to pytanie. Akcja krótko po wojnie została przeprowadzona jak na tamte trudne czasy sprawnie. Dom otoczony, para zatrzymana, wywieziona do więzienia. W tamtych czasach groźnie to wszystko wyglądało.


Zapomniana zbrodnia z ulicy Osadniczej

Opowiem panu o zapomnianej zbrodni – kto dziś o tym bardzo smutnym zdarzeniu, które miało w Baniach krótko po wojnie, pamięta? Na osadniczej zamieszkało kilku zasłużonych w wojnie z rodzinami. Zamieszkał tam młody mężczyzna z ciotką. Starsza kobieta, miała mocno zaokrąglone plecy i garb. Zamordował młodą kobietę, która otrzymała po wojnie dom na ulicy Osadniczej. Ona służyła w czasie wojny w wojsku, zasłużona, młoda jeszcze, samotna kobieta. Ona chyba często ubierała się w mundur. Nie wiem, czy ona przypadkiem nie była oficerem. Nie wiem, co ich łączyło, czy się znali przed wojną, czy coś ich łączyło z lat wojny. Ja zapamiętałam takie zdarzenie. Mój dom blisko ulicy Grunwaldzkiej. Po wojnie gdy przyjechałam, miasteczko cały czas jeszcze było opustoszałe. Panowała cisza. To były wczesne przedpołudniowe godziny. Słychać było, jak ktoś płacze, krzyczy. Panie, to był głos rozpaczy. Wyszłam z domu w kierunku dobywającego się głosu. Zauważyłam koło posterunku, że starsza kobieta lamentowała. Bardzo krzyczała, szukała pomocy. Z słów zorientowałam się, że została zamordowana kobieta z Osadniczej, „umundurowana” czy „wojskowa”, która mieszkała tam samotnie. Zapamiętałam wykrzykiwane słowa: Zamordowali wojskową, zakopali w ziemi. Co było później, tego już dziś nie opowiem. Mnie przeraziła wtedy ta zbrodnia, młodej dziewczyny bardzo żal było. Przecież on niewinna była. Chciałam wziąć udział w pogrzebie. Po wojnie w miasteczku niebezpiecznie było, różni ludzie pojawiali się. W dzień pogrzebu męża w domu nie było, bałam się opuścić dom. Została pochowana na terenie starego cmentarza, gdzie dzisiaj znajduje się park albo na Kunowskiej. Gdzie dokładnie została pochowana wojskowa, nie odpowiem dzisiaj na to pytanie. On tutaj mieszkał krótko. Kto zamordował? Mówili, że do niej przychodził chłopak, że chyba znali się z przed wojny. Czy tutaj spotkali się przez przypadek, czy odnaleźli, nie wiem. Zapamiętałam, że chyba strzelił z pistoletu czy karabinu w głowę. Zakopał w ziemi. Rano z Gryfina przyjechali, w kajdankach zaprowadzili do miejsca, gdzie dziewczyna została zakopana. Ta starsza kobieta z garbem to była mordercy ciotka. Ona chyba w nocy obserwowała gdzieś w ukryciu, jak on tą dziewczynę ułożył w dole i ziemią przysypał. Inni ludzie mówili, że usłyszała strzały i nie mogła do rana zasnąć. Gdy zabójcę schwytano, doprowadzono na miejsce zbrodni. Wskazał miejsce, gdzie zakopał zwłoki. Ponoć musiał na kolanach rękoma odkopywać ziemię.

W tych latach powojennych miało miejsce jeszcze inne zdarzenie, które zapamiętałam dość dobrze. Maż mój wykonał sam kołyskę z drzewa, pomalował dla malutkiej córki. Podjechali pod nasz dom cywile, weszli do środka. Od samego początku łóżeczko przykuło ich uwagę. Zabrali lustro, szybko się zorientowałam, że to złodzieje, jawnie kradną, wynoszą. Byłam w strachu. W łóżeczku leżała nasza córka, która później zmarła. Jeden z tych bandziorów podszedł do łóżeczka i: Dawaj, żeby dziecko wyciągnąć. Mąż bardzo rozzłoszczony, ręce trzymał z tyłu splecione. Powiedział: Ja wykonałem to łóżeczko, żona malowała, a teraz chcecie ot tak zabrać? Stanowczo sprzeciwił się. Wirowało już w powietrzu, szykowało się do bójki. Bardzo się wtedy bałam, jednak oni opuścili dom, nie wrócili. Później ludzie mówili, że to byli Niemcy. Może to byli „jacyś volksdeutsche”? – zastanowiła się przez dłuższą chwilę pani Julia.

Rodzina najważniejsza

Doczekaliśmy się szczęśliwie dzieci. Najstarsza córka Wiesława zmarła. Później urodziła się Danusia, Henio i Włodzimierz. Mój małżonek Józef zmarł 10 V 1984 roku. Na zachodzie, w Baniach, przeżył prawie 40 lat. Rodzina nasza jest silna. Szanujemy się. Dzieci mieszkają w Gorzowie. Więzi między nami bardzo silne, pamiętają o mnie, nie ma dnia, aby ktoś z moich dzieci, wnuków i prawnuków do mnie nie zadzwonił. W Gorzowie spędzam wiele czasu, ale tutaj u siebie jest mi najlepiej. Ile mam jeszcze sił, uprawiam ogródek i cieszę się każdym dniem.

Syn Włodzimierz w V klasie Szkoły Podstawowej w Baniach. Od góry Stanisław Pająk, Marysia Przerada, Danusia Suszyńska, Ewa Wróbel, ks. Benedykt, Grażyna Haczyk, Małgorzata Szwedo, Ela Skorupska, Kazik Kocur, Ewa Śliwka, Jola Gruszczyńska, Irena Skrobiszewska, Mariola Drzewiecka, Jola Skrzypa, Ela Szymczyk, Danusia Pawłowska, Irek Stachniuk, syn Włodek, Waldek Górski, Bogdan Hajduk, Andrzej Pinda, Rysiek Jurkowski, Krzysiek Wawrzyniak 


Od lewej ja i siostry: Marysia, Helena i Gienia
Wspomnień Pani Julii Zawadzkiej wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w VII, IX 2018 roku.

Fotografie pochodzą z rodzinnego albumu Pani Julii.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.