Reklama [góra]

W Czernielowie Mazowieckim generała Żukowa widziałam na własne oczy

W Strzeszowie mieszkają dwie siostry, Maria Hrycaj i Stanisława Piotrowska. Pani Maria urodzona w 27 maja 1934 w wiosce Czernielów Mazowiecki, siostra moja Stasia młodsza jest ode mnie cztery lata. Urodziła się w 1938 roku. Dwa lata później przyszła na świat Kazimiera w roku 1941 (najmłodsza Anna urodziła się w Strzeszowie). Rodzice Antonina i Wiktor. W mojej wiosce mieszkało siedem rodzin ukraińskich, kilka rodzin żydowskich, pozostali Polacy. Gdy poszłam do szkoły, dołączyłam do klasy w której wielu urodzonych było w 1932. Szkoła znajdowała się w wiosce „wprzód” kościoła. To był stary budynek, wyglądał na opuszczony. Później „za Ruskich” szkoła została przeniesiona do pobliskiego majątku. Kilka pomieszczeń okazałego budynku mieszkalnego pełniło funkcję klas szkolnych. W naszej wiosce wiele….młyn, dom ludowy, mleczarnia, sklep. 

Na podwórku w Strzeszowie u Mielników. Stanisława Piotrowska z synem Tadeuszem, Maria Hrycaj z córką Teresą



Wykonano w Strzeszowie u Antoniny i Wiktora Mielnik. Od lewej Stanisława Piotrowska, Maria Mielnik (mama Wiktora Mielnika), Antonina Mielnik, Maria Hrycaj z córką Teresą, obok Marian Hrycaj, na końcu Wiktor Mielnik. Lata 50 te

U góry Stanisława Piotrowska, Ludwik Piotrowski. Na krześle od lewej Antonina Mielnik, Ela Piotrowska, Wiktor Mielnik

Koleżanki Marii Hrycaj ze Strzeszowa. Od lewej Anna Ostrowska z domu Czubko, Julia Bobowska, Stanisława Śmiechowska z domu Dorocicz. W tyle od lewej Janina Sierko z domu Dorocicz obok Maria Hrycaj z domu Mielnik, Katarzyna Mintaj z domu Tyczyńska, Adela Waczyńska z domu Zymanczuk, ostatnia z prawej Danuta Hołyńska z domu Olbracht


Po jakimś czasie, usłyszałam, że tak wyglądają dojrzałe, czerwone owoce porzeczki

Bardzo dobrze tutaj żyło się ludziom. W pobliżu rzeka Gniezna. Rzeka okrążała nasz ogród na wzniesieniu jak wyspę. Od wysokości naszego ogrodu rzeka płynęła do młyna. Tam znajdowała się żelazna krata, na niej zatrzymywały się liście, gałęzie. Później wody rzeki mocno przyśpieszały, teren pagórkowaty, woda z rzeki spadała z wysokości na koło wodne. Młyn drewniany na podmurówce kamiennej. Tak to zapamiętałam. Gdy upały to szliśmy na ogród i ze wzniesienia w kierunku rzeki zbiegaliśmy. Dziadek sąsiadów pilnował nas i dzieci z kilku sąsiednich domów. Żniwa, ludzi w domach nie było, „wszystko” gdzieś w polach. Gdy my zbyt mocno dokazywaliśmy to zrywał pokrzywy i nagle niepostrzeżenie zatrzymywał się blisko nas i „parzył” uśmiechając się. Na sąsiednim ogrodzie rósł okazały krzew porzeczkowy. Gdy pierwsze tygodnie lata były upalne, to zrywaliśmy niedojrzałe, zielone owoce. Nigdy chyba nie doczekaliśmy aby owoce dojrzały – uśmiecha się pani Maria. Zielone co roku tradycyjnie „obiedliśmy” gdy tylko się pojawiły. Gdy dziadek się oddalił, zatrzymywaliśmy się przy dużym krzewie. My dziadka pilnowałyśmy – głośno śmieje się pani Stanisława. Aż później przyniosłam dojrzałe porzeczki do domu. Ktoś głośno powiedział, że to są tak wyglądają dojrzałe, czerwone owoce porzeczki. Bardzo się dziwiłam.

Zdjęcie wykonane w Strzeszowie. W dolnym rzędzie od lewej Antonina Mielnik obok Marian Hrycaj mąż Marii na kolanach wnuk Sebastian Gorzelanny obok Maria Hrycaj z domu Mielnik. W górnym rzędzie od lewej Wiktor Mielnik a obok Jan Gorzelanny zięć Marii i Mariana, ojciec Sebastiana

Zdjęcie wykonano w Rurce. Mieszkanie prywatne lub świetlica. Z lewej Józef Markowski, Genowefa Siwiera z domu Sowa, Eugeniusz Rataj, Józefa Piotrowska, obok mężczyzna nie znany i Maria Zarkowska

Pójdźmy przed dom. Nasz tata wykonał tą pięknie rzeźbioną skrzynię. Przetrwała do dzisiaj

Wioska zbita. W środku wioski dom ludowy, sklep, mleczarnia. Żydzi mieli swoje dwa sklepy w swoich domach. Jeden z nich nazywał się Szlomko a drugi….zapomniałam. Chleba nie kupowało się w sklepie, piekło się w domu. We młynie kaszę, mąkę robiło się i woziło. W tym młynie to co z drzewa było zrobione to wszystko wykonał nasz ojciec Wiktor Mielnik. Jakie robił kołowrotki, drewniane wrzeciona, różności. Szewcem też był, buty robił. Każdy z nas chodził w butach wykonanych przez tatę. Po 1945, gdy zamieszkaliśmy już tutaj „na zachodzie”, tata nasz również wykonywał buty. Pozostała skrzynia drewniana, którą wykonał tata. Pójdźmy przed dom, tam w komórce do dzisiaj stoi. Udaliśmy się. Skrzynia pięknie rzeźbiona …

Pozostała skrzynia drewniana, którą wykonał tata
Zimy. Kładliśmy się na śniegu i „odbijaliśmy orły”. Śniegu dobre pół metra. Głębokie ślady pozostawały. Często śniegu tak dużo, że nie było widać zabudowań sąsiadów. Jedyny środek lokomocji to sanie. Późną jesienią domy ocieplaliśmy. Słoma gryczana, mówili, że ona cieplejsza była. Dzieciom było wesoło, bo należało po sianie deptać. Przychodziły dzieci sąsiadów, ubijaliśmy słomę. Ustawiano później słomę w pionie i w ten sposób izolowało się ściany. Pozostawały tylko okna. Gdy „przyszła” mocna zima to również okna były zasłaniane słomą z gryki. „Wprzód” przyszli Ruskie. Pamiętam kiedyś do naszego domu dotarło trzech Ruskich, mocno pijani. Musieliśmy ustąpić miejsca w pokoju. Rano opuścili – wspomina pani Stanisława. Po chwili milczenia przyznaje –My Ruskich się nie baliśmy. Później gdy Niemcy pojawili się to byli tacy urzędowi. Przyszli do szkoły pamiętam, przyglądali się, jeden z nich w czasie lekcji w mundurze chodził „urzędowo” po klasie, przyglądał się. Ruskie byli przyjemniejsi.

Stanisława Piotrowska z domu Mielnik

Marian Hrycaj u teściów Antoniny i Wiktora Mielnik

Kim był zabójca, który tak jawnie, bez strachu w biały dzień zastrzelił ?

Z czasu, gdy Niemcy zajęli nasze tereny zapamiętałam takie zdarzenie. Chodziły pogłoski, że jeden z miejscowych ukrywał w swoim domu Żyda. Młody chłopak, miał rodziców i siostrę. Mieszkańcy wioski, świadkowie widzieli to zdarzenie. W jasny dzień pojawił się przed stodołą cywil, który skierował broń i strzelił do mężczyzny. Czy było dochodzenie, nie wiem. Niech pan sobie wyobrazi, w jasny dzień w naszej spokojnej wiosce zastrzelono mężczyznę. Czy naprawdę ukrywali w domu Żyda, nie mam do dzisiaj pojęcia. Kim był zabójca, który tak jawnie, bez strachu w biały dzień zastrzelił ? W tym czasie zaczęli pojawiać się cywile, osoby obce. Pojawiali się nagle na ulicach, przed kościołem, sklepem, pod otwartymi oknami. Wszędzie tam gdzie spotykają się ludzie. Niemcy albo może "jakieś tajniaki" podsłuchiwali rozmowy mieszkańców naszej wioski.

Anna Jawna z domu Mielnik, Teresa Gorzelenna z domu Hrycaj

Kulik w Strzeszowie w kierunku Jeziora Strzeszowskiego, lasu i Swobnicy koniec lat 50 tych

Klara i Mundek

Trudno mi jest w tej chwili powiedzieć kiedy Żydzi opuścili naszą wieś. Żyło ich przed wojną kilku, może kilkanaście osób. Za czasów Niemców nie przetrwał żaden. Czy ktoś uprzedził i pomógł, czy zostali wywiezieni w na stracenie, nie wiem. Pojawili się w naszej wiosce Żydzi z Tarnopola. Starsza kobieta i młody chłopak. Klara i Mundek „przechowywali” się w wiosce. Oni prawdopodobnie uniknęli zorganizowanej wywózki i los ich zesłał do Czernielowa. Wieczorem chodzili po domach prosili o jedzenie. Gdzie nocowali, nie wiem. Wieczorem wnuczka z babcią poszły do obrządku doić krowy. Późno było, gdzieś po ósmej wieczór. Wróciły do pokoju. Spać się położył do drewnianych łóżek. Coś słychać. Jedna drugiej pyta słyszysz ? W pokoju ciemno, wie pan przecież jak jesienią szybko ciemno się robi. Oświetliły pokój, spod drewnianego łóżka wysuwa się Klara. Zresztą co tutaj dużo mówić. Do naszego domu też przyszła, gdy było już ciemno. Rodzice dawali koniom, krowom na noc siana, słomy. Tata poszedł a drzwi otwarte były. Światła elektrycznego nie było, pomieszczenie ciemne. Ona z ulicy chyba dojrzała drzwi otwarte i zatrzymała się w korytarzu. Patrzę przed siebie a tutaj tylko złote zęby się odbijają. Patrzyłam przez chwilę i sama do siebie powiedziałam - O Klara. Istniało niebezpieczeństwo, że ktoś z ulicy zobaczy i może ”przedstawić” Niemcom.

Antonina Mielnik z domu Piotrowska i Wiktor Mielnik

Rurka koło Chojny. Pierwszy od lewej Ludwik Piotrowski


1944

Gdy Niemców pogonili Ruskie to Klara z Mundkiem chodzili już po wiosce bezpiecznie. Przeżyli i nie musieli się już ukrywać. W tym czasie pasłam krowy za naszą stodoła, oni szli ulicą, ubrani byli normalnie podobnie jak większość ludzi u nas. Przyglądałam się im, początkowo się bałam bo strach związany z ukrywaniem Żydów pozostał głęboko, ale po krótkim czasie pomyślałam, że oni są już bezpieczni. Jakiś cud – przeżyli. W naszej wiosce zaczęło się w tym czasie pijaństwo. Oni też tam poszli na majątek. Z miejscowej gorzelni kto mógł wynosił spirytus. Ruskie i nasi. Oni najprawdopodobniej wrócili później do Tarnopola. Jeden z miejscowych przyniósł do domu wiadro spirytusu. Spirytus się w domu rozlał, pożarł rozprzestrzeniał się szybko. Spłonęły zabudowania, ten mężczyzna też spłonął.


Pierwszy od lewej Jan Piotrowski Stanisława Piotrowska z domu Mielnik, Wacław Piotrowski z tyłu Antoni Żakowski

Żukowa widziałam na własne oczy

Proszę sobie wyobrazić, że w naszej wiosce przebywał w tym czasie generał Żukow. W chyba każdym domu zamieszkali żołnierze. Nasz dom rodzinny, później dwa zabudowania a w trzecim mieszkał Generał i jego najbliżsi podwładni. Przed domem przez cały dzień i całą noc stał wartownik. W dzień to mogło być ich nawet kilku. Gdy podjeżdżał samochód, sprawdzali. My biegaliśmy tam jako dzieci. Pan sobie wyobrazi, że ja Żukowa widziałam na własne oczy. Widziałam, widziałam jak wyszedł przed dom, z kimś rozmawiał i wszedł do samochodu. A wszyscy – o Żukow! W moim domu i domach sąsiadów, zamieszkali też tacy ważniejsi oficerowie. W dzień spędzali dużo czasu u Generała. Wtedy, gdy oni przez jakiś czas stacjonowali w Czernielowie, to ścięto topole nad rzeką. Z drzew zbudowano przeprawę na drugą stronę. Po drugiej stronie rzeki, wzdłuż zabudowań znajdował się pas startowy. Tam startowały, lądowały „takie kukuryźniki”. Załoga składała się z dwóch osób. Głośne maszyny.

Moja babcia dużo czasu spędzała przy krośnie.....Z lnu płótno lepsze i droższe

Nasza wioska była taka dokładna, można by powiedzieć gospodarna. Krowy były pasione co roku w innym miejscu. Obornik był zbierany. W ten sposób pozyskiwano nawóz, można było też tym palić. Gdy ktoś miał ogród w pobliżu rzeki, to w rzece płótna były moczone. Najpierw siało się len, konopie, później wiązało się w małe snopki i czyściło się nasiona, które były później wykorzystywane w gospodarstwie. Snopki były moczone w wodzie i ziemią się przekładało. Gdy słoma przegniła, zrobiła się łamliwa, wówczas suszono i wkładano do międlicy. Tak powstawało przędziwo czyli nici, które na warsztatach przędzono. Tak powstawało płótno. Moja babcia dużo czasu spędzała przy krośnie, przyglądałam się, uczyłam. Słoma gryczana była palona a po spaleniu popiół używano jako środek piorący. Do beczki wlewano gorącą wodę i wkładano woreczki z popiołem. Poskładane płótno przez kilka dni moczono w tym roztworze. Po kilku dniach „zanieśli” do rzeki, płukano, rozciągano kawałki po 2, 3 metry na trawie. Szare płachty pod wpływem wody i słońca stawały się białe. Można było szyć portki, koszule, kalesony i inne rzeczy potrzebne na co dzień. Pozostawały resztki słomy, które później już w płótnie „drapały” skórę. Ale ludzie przyzwyczajali się do tego. Wszystko było lniane, Żydzi dużo płótna kupowali. Nasza wioska „stała” lnem. Płótna przędzono z lnu i konopi. Z lnu płótno lepsze i droższe.


A jak wesoło było tym kobietom, żartowały, opowiadały. To były czasy. Zapamiętałam z tych czasów taki wiersz – wspomniała pani Stanisława.

Nad wodą zgarbiony stary dąb żylasty
Kędyś piorą płótna wesołe niewiasty.

Rurka koło Chojny. Pogrzeb lata 50 te

Tata na wojnie


W 1939 z naszych stron „mało” miejscowych poszło na wojnę. Później jednak wszystkich zdrowych do 60 lat wcielono do wojska. Dużo ludzi poległo, zginęło bez wieści na wojnie. Wielu nie wróciło. Dużo młodych zginęło. Sąsiad nasz Żarkowski Franciszek, miał dwóch synów. Z wojny powrócił ojciec ze starszym synem Janem, młodszy Antek nie wrócił. Nasz tata trafił do Warszawy. Często wspominał pewne zdarzenie z tych czasów. W jakich okolicznościach tam się znalazł ? - na to pytanie teraz już nie odpowiem. A oni tam ukryci, pragnęli jakoś przetrwać.


Ślub Stanisławy Piotrowskiej z domu Mielnik z Ludwikiem Piotrowskim 22 I 1956 w Strzeszowie
To był najprawdopodobniej rok 1944 albo 1945. Pociski spadały jak groch. Tata z kolegą znalazł bezpieczne schronienie w piwnicy. W jakich okolicznościach tam się znaleźli, na to pytanie teraz już nie odpowiem. Przykryli się płaszczem. Przez małe okno obserwowali jak ludzie przebiegali, w zamieszaniu szukali miejsc do ukrycia. W nocy coś płonęło, oświetlało ulicę. Musiało być tam zimno, skoro nagle tata poczuł ciepło bezpośrednio w jego pobliżu. Zapytał się kompana czy on tez czuje to ciepło? Po chwili kompan z całą siłą opadł na niego, wtedy tata zorientował się, że tamten nie żyje. Po jakimś czasie dostał się do niemieckiej niewoli i został wywieziony do Rzeszy jako robotnik przymusowy. Trafił do niemieckiej wsi, do gospodarstwa. Po latach wspominał tych gospodarzy jako dobrych ludzi. Był tam dobrze traktowany. Zapamiętałam Marzec 1944. Wtedy masowo wcielano mężczyzn do wojska. Nie było zlituj się, kto zdrowy a nie skończył sześćdziesięciu lat był dokooptowany. Wtedy przez naszą wieś szli z innych wiosek w kierunku Zbaraża. Stamtąd zorganizowany był dalszy ich transport.

Zdjęcie komunijne z lewej Antonina Mielnik za nią Antoni Czubko, Ludwik Piotrowski, Maria Hrycaj, Marian Hrycaj (za Marią), obok ksiądz Anatol Strzałkowski. Komunijny to Tadeusz Piotrowski, obok Stanisława Piotrowska a obok Bronisława Zięba (z domu Dziadas) z Janem Ziębą (chrzestny Tadeusza)

Ela Piotrowska

Koniec wojny. Dotarło urzędowe pismo. Tata nie został odnaleziony. W domu rozpacz

Skończyła się wojna. Jakiś czas po zakończeniu, do naszego domu dotarła wiadomość, która przyniosła wielki smutek. W urzędowym wojskowym piśmie poinformowano, że ojciec nie został odnaleziony. Pozostaliśmy mama, babcia Maria, rodzeństwo. W domu rozpacz. Z naszych terenów zaczęli wyjeżdżać na ziemie odzyskane. Wyjeżdżały te rodziny. Pierwszeństwo miały te rodziny, w których byli żołnierze. Nie miało większego znaczenia, czy powrócili z wojny, czy zginęli lub zaginęli. Mojej mamie przykro było, że wyjeżdża kuzynostwo. Mówiła, że nam przyjdzie tutaj pozostać. Zdecydowała się wybrnąć z tej niekorzystnej sytuacji. Udało się. Bo musi pan wiedzieć – mówi pani Maria, że wielu nie wyjechało, pozostali na wschodzie. Taka sytuacja przytrafiła się w rodzinie mojej koleżanki. Tata jej z powodu złego stanu zdrowia nie został wcielony do wojska. Później oni nie byli brani pod uwagę. Spotkałam się z tą koleżanką po wielu latach, gdy odwiedziłam rodzinne strony.

Na dole z lewej strony Antonina Mielnik, Ela Piotrowska, Wiktor Mielnik, z tyłu Stanisława Piotrowska z synem Edwardem.

Wyjechaliśmy 15 VIII 1945 w święto Matki Boskiej Zielnej

Pierwszym transportem wyjechało dużo z naszej wioski i okolic. Później mama zapisała naszą rodzinę na drugi transport. Stacja kolejowa znajdowała się w Borkach. Tam żeśmy wywozili nasz dobytek. Dwa dni przed planowanym odjazdem pociągu odwoziliśmy. Mama, babcia, Stasia i najmłodsza siostra Kazia, miała wtedy trzy i pół roku. Wyjechaliśmy 15 VIII 1945 w święto Matki Boskiej Zielnej. Przyjechał pociąg towarowy, wagony z zamkniętymi drzwiami. Cały dobytek wrzucaliśmy górą, bo wagony były odkryte, bez dachów. No i pomału nasz dobytek trafiał do środka, nie było lekko. Wewnątrz znalazły się: wóz żelazny, pług, brony. W workach mieliśmy zboże, bo to akurat jeszcze żniwa trwały. Ludzie cepami młócili, czyścili i do worków wsypywali ziarna. Obawiano się, że tam dokąd wyruszamy nie będzie z czego chleba opiec. W składzie z tyłu znajdowały się wagony, w których były przewożone zwierzęta. Były ograniczenia. Każda rodzina mogła z sobą zabrać jedną krowę i jednego konia. U nas były dwie krowy i dwa konie w gospodarstwie.

Mama nie wróciła do wagonu...jak "że my" płakali

Mama przed wyjazdem odsprzedała krowę i konia. W czasie drogi co pewien były postoje. Wtedy mama udawała się do zwierząt. Kiedyś tak się zdarzyło, że pociąg ruszył a mama nie wróciła do nas. Płakaliśmy, jak że my „płakali”. Bo to było tak, że mama doglądała krowy, a nasza ciotka konie. Okazało się, że mama została w tym wagonie ze zwierzętami, zresztą tam dużo kobiet zostawało. Pociąg jedzie, jedzie, w wagonie rozpacz. Gdy zatrzymał się pociąg na stacji, mama wróciła do wagonu. Ale radość zapanowała wśród nas. Jakie ten pociąg panie był długi, końca nie było widać. Duża z naszej wioski jechało tym pociągiem. Z nami rodzina Bigus. Trzech braci i najstarsza siostra. Dwoje braci bliźniaków: Michał i Janek, najmłodszy Józek. Trzech braci i siostra najstarsza. Nasza droga trwała dwa tygodnie. Zboże, kury, cały dobytek w wagonie i my u samej góry. Spaliśmy na siedząco. Jedzenia takiego nie było. Krowa była mleko było. Gdy pociąg się zatrzymał, to po drabinach zamocowanych pionowo w wagonach zamocowane na stałe. Po nich schodziliśmy, gdy pociąg na dłużej się zatrzymywał. Paleniska układało się z kamieni, a na nim stawiało się dość duży garnek. Przygotowywało się zacierki, kasze jaglane i owsiane, zupy mleczne. Gdy pociąg miał pomału odjeżdżać, jeden drugiemu komunikat przekazywał. Z powrotem po drabinie wchodziliśmy do góry. Tam na samej górze pierzyny, poduszki. Tak jak powiedziałam wagony bez dachów. Tak na wierzchu się jechało, czymś w nocy okryci. Najgorzej gdy mocno zaczęło wiać i padało. Wówczas co było, przykrywało się. W naszym wagonie jeszcze pięć rodzin. Jedna ciotka, druga i trzecia z rodzinami.

Paleniska układało się z kamieni

Dojechaliśmy pociągiem do Mikulczyc ruskimi wagonami, tutaj cały dobytek został rozładowany z wagonów i oczekiwaliśmy przez około jeden tydzień na polskie wagony. To miasto to były przedmieścia Zabrza, tutaj prawie tydzień spędziliśmy. Blisko stacji łąka, tam krowy wypasali. Tam znajdowało się dużo skrzydeł samolotów. Skrzynie ludzie przynosili na peron, które przez tych kilka dni służyły jako wiaty. Tutaj nam było dobrze i bezpiecznie. Tutaj też gotowaliśmy, paleniska z cegieł ustawialiśmy blisko skrzydeł. W pobliżu kojec z kurami i zbiornik z wodą. Tam to było tak jak w domu – uśmiecha się pani Maria. Do budynku były zamocowane podłużne koryta, do których puszczaliśmy wody, ile kto chciał. Codziennie coś ciepłego do zjedzenia było. Przychodzili na stację miejscowi. Kilka rodzin się tutaj odnalazło. Cała nasza rodzina pojechała w dalszą drogę. Z domu zabraliśmy z sobą łóżko drewniane. Kawałek wagonu przykryliśmy deskami między innymi z tego naszego łóżka, zabezpieczyliśmy. W jednej strony wagonu znajdowały się worki, kury, narzędzia a druga połowa z plandeką była dla ludzi. Drzwi w tych wagonach otwierały się zwyczajnie. W większej części wagonu znajdował się nasz dobytek. Pociąg jechał i jechał. Skład znowu długi.

Nieżywi ludzie jak manekiny w sklepie

Pierwsza duża stacja jaką zapamiętałam to Kostrzyn. Miasto zniszczone i opuszczone, Niemców już w nim nie było. Ludzie oddalili się od dworca, później przynosili krzesła, stoliki, słoiki, obrazy. Wszystko nosili, ciuchy nosili. Aby dostać się do miasta należało przejść pod pociągiem, który stał na drugim torze. Ludzie przechodzili pod spodem. Mama i wiele innych osób poszło, odważyłam się z innymi pójść w kierunku zniszczonego miasta. Gdy się znalazłam pod wagonem, puk – stuk pociąg rusza. Akurat pan Kolasa przechodził, zobaczył mnie podbiegł podał rękę, gwałtownie i mocno ujął moją dłoń. Znalazłam się na powierzchni. Na stacji w pewnym oddaleniu od pociągu stali oparci o ścianę nieżywi ludzie, chyba Niemcy to byli. Wyglądali jak manekiny w sklepie. Gdy dojeżdżaliśmy do Gryfina, zapamiętałam w pobliżu miasta sady z jabłonkami. Później gdy jeździłam do Gryfina rozpoznałam to miejsce, w którym zrywaliśmy pyszne soczyste jabłka gdy pociąg przed miastem na dłużej się zatrzymał. Gryfino to takie było zniszczone, że sam gruz. Tutaj dłuższy postój, później pociąg pojechał znowu na południe, tą samą drogą. Dlaczego tak ? Nie potrafię odpowiedzieć.

Dojechaliśmy 8 IX 1945 roku do Lisiego Pola

Dojechaliśmy szczęśliwie: mama Antonina oraz my Maria, Stanisława, Kazimiera. Najmłodsza siostra Anna urodziła się w Strzeszowie. Z nami przybyły siostry naszej mamy Anna Maria Agnieszka i Franciszka. Z nami przybyła babcia Maria Mielnik. 8 IX 1945 roku dotarliśmy do Lisiego Pola. Na łące gdzie pociąg się zatrzymał stało kilka, może kilkanaście furmanek. Zorganizowany był transport ludzi z pociągu. Oczekujący byli wcześniej powiadomieni o której ma przyjechać skład z ludźmi i wcześniej już podjechali, czekali. Jedni biegli inni szli w kierunku wioski. Z mamą, którąś ciocią i kuzynami poszliśmy szukać domu. Gdzie poszliśmy tam domy były już „zajmane”. Podobała mi się ta wioska, Lisie Pole ładne. Wróciliśmy na łąkę, nie pamiętam, czy pociąg już odjechał, furmanek kilka nadal stało. Cały nasz dobytek został rozlokowany na trzech albo czterech furmankach. Wydaje mi się, że pojechaliśmy polną drogę, omijając Chojnę. Dotarliśmy do Grzybna, zajęliśmy budynek dzisiejszej plebanii. Jedna z rodzin pojechała do Kamiennego Jazu. Zapamiętałam, że tam już była rodzina Nagaj. Trzy rodziny zamieszkały w tym domu, korzystaliśmy z jednej kuchni. Wtedy dużo mężczyzn wróciło z wojny, odnajdywali się. Do nas przyjechała ciotka z Rurek. W kuchni babcia, mama, ciocie wspierały tą ciotkę, która przyszła w odwiedziny, ponieważ w 1939 jej syn brał udział w kampanii wrześniowej. Później słuch o synu zaginął, a matka codziennie oczekiwała, że zdarzy się cud i chłopak odnajdzie ją i wróci. Rozmawiają, że wielu chłopów co było na wojnie wracają. Ja siedziałam – wspomina pani Maria wpatrzona w okno w kuchni na kanapie.

Tata w korytarzu – wspomina ze łzami w oczach pani Maria

Patrzę w okno i tak siedzę, patrzę a tu tata idzie. Skoczyłam do góry i krzyczę – tata idzie. Wybiegłam do korytarza, drzwi otworzyłam, a oni nie bardzo wiedzieli, co się dzieje, ale za mną szli. Tata w korytarzu – wspomina ze łzami w oczach pani Maria. Takie życie, zdaje się, że nic…


Jak nas tata znalazł ? – Gdy jeszcze był w Niemczech, spotkał kogoś z naszej wsi, który opowiadał, że dużo „naszych” opuściło wieś i pojechali „na zachód”. Zastanawiał się, nie rozumiał; gdzie oni wyjechali ? Po zakończeniu wojny przez jakiś czas pozostawał w Niemczech. Miał tam kolegę z Łodzi, który gdy zdecydował o powrocie do Polski, namówił tatę. Gdy szczęśliwie dotarli do Łodzi, tata gdzieś tu dotarł do urzędu i trafił na życzliwych, pomocnych ludzi. Nie wiem w jaki sposób uzyskano informację, że moja rodzina pociągiem z Borek, później z Mikulczyc dotarła do Lisiego Pola. Wierzyć się nie chce, ale tak było. Gdzieś tutaj dotarł pociągiem, później znalazł się w Rurce. Ktoś tam doradził, aby pojechał z nim do Żelechowa. Ten napotkany opowiadał, że tam wiele osób zbiera poniemieckie ziemniaki. Odstawiają do gorzelni ziemniaki a w zamian otrzymują wódkę. Chłop doradzał, że tam na miejscu dużo ludzi przyjeżdża z pobliskich terenów, aby pytał ich. Okazało się, że był tam ktoś z Grzybna, który podszedł do taty i powiedział, że w tej wiosce prawdo dobnie mieszkają jego najbliżsi. I tak szczęśliwie przywitaliśmy tatę. Byliśmy razem.

I tak się kończy opowieść – uśmiecha się pani Maria

Za mąż wyszłam w 1953. Mój małżonek Marian pochodził z naszej wioski z Czernielowa, mieszkał w domu oddalonym od naszego o trzy domy. Później przyszły na świat szczęśliwie nasze dzieci: córka Teresa i syn Czesław. Wspomnienia nasze dobiegają ku końcowi, uśmiechnęła się pani Stanisława. Ja swojego męża poznałam jesienią 1955 roku. Przyjechał z kolegą Antkiem Żarkowskim do Strzeszowa, w taki sposób się poznaliśmy. Małżonek mój miał na imię Ludwik, przyjechał z Czernielowa i osiadł wraz z mamą w Rurce. Pochodzimy z tej samej wioski, jednak dopiero tutaj się poznaliśmy. Ślub nasz odbył się 22 stycznia 1956 roku. Po ślubie zamieszkaliśmy w Rurce. Tam urodził się nasz syn Tadeusz. W roku 1958 zakupiliśmy dom w Strzeszowie od rodziny Dzwonkowskich. Przyszli na świat: Edward, Ela. Do dnia dzisiejszego szczęśliwie żyjemy blisko siebie: Maria, Stanisława w Strzeszowie oraz Kazimiera i Anna w Trzcińsku Zdroju. Otrzymaliśmy w darze od losu długowieczność – uśmiechnęły się na zakończenie siostry Maria i Stanisława. Całe życie cztery siostry gdzieś zawsze blisko siebie.

Maria i Stanisława A.D. 2018 

Wspomnień Pań; Marii i Stanisławy wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w IX, X 2018 roku.
Fotografie pochodzą z rodzinnych albumów pani Marii i Stanisławy.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.


Autorem działu regionalno-historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?

Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.