Reklama [góra]

Chojna przybywających witała na dworcu okazałym napisem Królewiec

Nazywam się Jan Jakubiszyn. Urodziłem się 21 III 1938 roku w Obroszynie, wioska znajduje na południowy zachód od Lwowa, moi rodzice to mama - Anna, ojciec - Piotr. Krótko po moich urodzinach przeprowadziliśmy się i zamieszkaliśmy w Suchowoli dlatego też więcej w pamięci pozostało mi z tej wsi. Mój tata urodzony w 1900 roku. Zapamiętałem gdy do mnie mówił w czasie kiedy tutaj zostaliśmy na zachodzie na dobre i zadomowiliśmy się – „Janek ja trzy wojny przeżyłem za swojego życia”. Zapewne miał na myśli I Wojnę Światową oraz inwazję Niemców w II Wojnie Światowej a później front rosyjski. Lata mojego wczesnego dzieciństwa przypadają na późniejsze lata wojny. Tata przez ten długi kilkuletni okres przebywał na wojnie, opiekowała się nami mama. Była bieda taka, że trudno dziś sobie wyobrazić. Do chrztu każdego z nas mama używała krzyżma, takiej symbolicznej chustki do snu. Do niej były przyszyte korale. W czasie lat wojennych były takie okresy głodu, że mama korale z krzyżma, tkaniny z chrztu, kilka innych rzeczy przedstawiających jakąś wartość zapakowała w worek i z innymi kobietami szła sprzedać a raczej zamienić na żyto. Mówiło się wówczas w domu, że mama poszła na Wołyń.

Z moim rodzeństwem, od lewej strony ja, brat Józef, siostra Katarzyna, bracia Władysław i Piotr oraz kuzyn Zbyszek.

Po kilku dniach wracała. W worku przynosiła zboże. Wyobraża pan sobie, taki szmat drogi dźwigała worek z żytem, pszenicą? Później z żyta robiła produkty do zjedzenia. Ile tego żyta mogło znajdować się w worku? Z dwadzieścia kilogramów, to była wojna. Ci, którzy dokonywali zamiany przecież też nie byli tak hojni.

Podczas nieobecności mamy opiekowała się nami siostra. Po powrocie mama opowiadała, że kilka razy podczas wędrówki zachodziły do domów, które zamieszkiwali Polacy, prosiły o możliwość przespania się. Ludzie się bali, byli zastraszeni, obawiali się o własny los. Obawiali się Ukraińców, wspominali o lęku. Każdy chciał przetrwać, nie wzbudzać podejrzeń. Mama opowiadała że w trakcie wędrówki wraz z przyjaciółkami nocowały na skrajach lasów, na cmentarzach. Mówiła także, że dotarły do opuszczonej wioski, szyby powybijane, ściany zakrwawione. Widok przerażał. Kobiety obawiały się iść w kierunku kolejnych zabudowań, wycofały się. 

Pewne zdarzenia przypominam sobie z 1942 roku i czasów późniejszych.



Pierwsze wojenne zdarzenie

Wiosna lub jesień bo było błoto było mokro. Całe kolumny wycofywały się w kierunku Polski. Nas było sześcioro, wie pan jak to u dzieci ważna jest ciekawość. Wybiegliśmy na skraj drogi patrzeć jak to wojsko się wycofuje, wyjeżdża. Ni stąd, ni zowąd pojawiły się nagle samoloty rosyjskie. Niespodziewanie silne podmuchy nas przewracały, podnosiliśmy się. Samoloty bombardowały tą kolumnę. Spadały pociski na ziemię. Ci żołnierze ewakuowali się, wyskakiwali z samochodów na ziemię za blisko rosnące drzewa, do rowów. Nie było nam ani do płaczu, ani do śmiechu. Sąsiadka, która mieszkała w pobliżu drogi zobaczyła nas, podbiegła i wystraszona odpowiednio pokierowała nami, po kilku minutach znajdowaliśmy się już wszyscy w piwnicy. Przez okres bombardowania przetrzymała nas.. Mama widziała, że nas nie ma, przybiegła i szukała nas w zbombardowanym miejscu podczas nalotu.

W piwnicy przebywaliśmy krótko. Gdy ustało bombardowanie, uspokoiło się, sąsiadka porozumiała się z mamą, my spokojnie wydostaliśmy się na zewnątrz. W domu szczęście mieszało się z strachem i świadomością, że byliśmy tak blisko śmierci. Mama miała żal, mówiła:

– Jak mogliście tak, sami…

Szczególnie wobec starszego rodzeństwa okazywała żal, mówiła mocno podniesionym głosem. Staliśmy wokół mamy, przysłuchiwaliśmy się, nikt chyba z nas nie odpowiadał. Mama płakała, my płakaliśmy. Zniszczone zostały - dwa trzy samochody, pozostałe odjechały, kilka z nich zostało holowanych.

Miałem czworo braci siostrę
Zacznę od siostry Kasi, - żyje, ma dziewięćdziesiąt klika lat. Mieszka w Szczecinie. Bracia: Józef, mieszka w Dąbiu, dwa tygodnie temu pochowaliśmy Piotra w Chojnie. Później… kolei na mnie, ja mam na imię Jan i kolejno Władysław. Ostatni Stanisław - biedaczysko panie, żył tylko 33 lata. Z wojska wrócił, do łóżka trafił, nie nacieszył się wolnością. Służył w wojsku koło Koszalina jako obserwator radaru WOP. Chorował na zanik korzonków nerwowych. Kiedy wrócił, pojawiły się problemy. Wstawił się na komisje, otrzymał I grupę. Myślę…, coś dziwnego, wyglądał na zdrowego a tutaj I grupa. Przecież oni tak szczodrze nie rozdają tych grup. Z trzy lata się męczył, to ręka gwałtownie zrobiła się niesprawna, minęło trochę czasu i to samo stało się z nogą. Mama z nim jeździła w góry - tam znachor go leczył, później do Gdańska do księdza. Ksiądz z Gdańska nie próbował, zdecydowanie powiedział, ze to jest nieuleczalna choroba. Nic nie pomogło. Najwięcej czasu z bratem spędzała mama i brat Piotr. Wspólnie z bratem Piotrem przenosiliśmy Stanisława z wanny do łóżka. Biedaczysko tak się męczył.

Radar przy którym służył, przez który obserwował granice na morzu był dokładny i bardzo silny, przybliżał z daleka wiele rzeczy, które znalazły się na morzu na przykład deskę. Pełnili służbę na wieży po dwóch, na zmiany. Znajdowały się tam również okulary ochronne. Przecież te radary promieniowały. Gdy Stasio mocno zachorował, później zaczęły pojawiać się różne przypuszczenia … że tej choroby nabawił się w wojsku. Minęło już tyle lat. Później ojciec zmarł, matka, brat i tak widzi pan jak wielu najbliższych już nie ma.

Córka wybrała się na Ukrainę. Przed wyjazdem przyszła do mnie, prosi, abym wytłumaczył, gdzie mieszkałem. Ponieważ podczas wyjazdu na wschód, planuje odwiedzić moje rodzinne strony. Naszkicowałem szkołę i budynki sąsiednie, bo tam front przechodził, raz Niemcy i Rosjanie. Wskazałem w którym miejscu mieszkali sąsiedzi, wymieniłem nazwiska. Powiedziałem patrz Aniu, tutaj jest droga na Dumanów, z drugiej strony na Mszany, natomiast w tym miejscu droga do pałacu i majątku prowadziła. Tutaj - pokazuje stała karczma, w której mieszkała sąsiadka, która zaopiekowała się nami podczas bombardowania, a tam w dali nasz dom, cztery rodziny „czworak” w nim mieszkałem, a tutaj mieszkała Lubka, starsza ode mnie Ukrainka, która broniła mnie gdy w I klasie rozpocząłem naukę. Ania odwiedziła to miejsce, był z nimi lekarz z Ukrainy, który grupę prowadził. Rozpoznała wiele opisanych przeze mnie miejsc.

Wujek Marian, który odwiózł moją rodzinę w 1946 roku furmanką na stację kolejową. Stamtąd wyruszyliśmy w nieznane. Dojechaliśmy do Chojny. Zdjęcie zostało wykonane na przedmieściu Lwowa

W pewnej chwili zapytała o tą moją koleżankę Lubkę. Miejscowi, wskazali miejsce, gdzie stoi rodzinny dom Lubki zbudowany przez nią i najbliższych. Odnalazła Lubke, ona wówczas miała około 90 lat, słabo słyszała. Okazała się serdeczną kobietą. Potwierdziła, że pamięta Jakubiszynów, że dużo dzieci było w rodzinie, imiona pamiętała. Ania równocześnie porozumiewała się z Lubką oraz z córką lub wnuczką odnalezionej mojej dawnej ukraińskiej koleżanki. Muszę panu powiedzieć, że kiedyś miałem wielką potrzebę aby zobaczyć rodzinne strony mojego dzieciństwa, później to minęło. Tam Polaków było mało, chociaż kościół katolicki stał. Cerkiew zresztą też była. Liczyłem, że spotkam kolegów z dzieciństwa, bo dużo ukraińskich kolegów miałem i oni tam zostali.


Drugie wojenne zdarzenie


Front jak wspomniałem przechodził, cofał się. Przez wieś przetoczyły się oddziały niemieckie, za nimi pogoń radzieckich. Na terenie naszego podwórka zastrzelili śmiertelnie Niemca. Został porzucony. Gdy się uspokoiło wyszliśmy z domu, patrzymy ukradkiem w stronę podwórka, leży zastrzelony żołnierz. Mama wyszła z nami, przyglądamy się. Nagle mama nas cofa do mieszkania. Chciała abyśmy uniknęli tego widoku. Gdy po jakimś czasie pojawili się cofający żołnierze radzieccy, wyszła z mieszkania. Przed domem stała sąsiadka. Mama dołączyła do niej i wspólnie prosiły, aby usprzątneli zabitego. Nie chcieli. Pobiegli po chwili dalej przed siebie. Nie wspomniałem, że nasza wieś znajdowała się blisko Lwowa. Pod koniec wojny słychać było strzały w mieście. Kiedyś na piechotę udałem się z mamą w drogę pieszą do Lwowa. Opowiem panu. Droga nasza nie prowadziła szosą ale przez pola. Z Obroszyna droga prowadziła przez miejscowość Zimna Woda. Zapamiętałem podmokły teren i rzekę, którą gdzieś w wiosce przekroczyliśmy. Stamtąd dalsza wędrówka. Mijaliśmy klasztor lub zakon, murowana brama prowadziła do budynków klasztornych. Utkwił mi w pamięci obraz Święty, który znajdował się za szkłem, szkło było potłuczone. Mnie zastanowiło dlaczego szkło jest potłuczone. mama znała drogę. Zapytałem – Mamo dlaczego szyba potłuczona ?

Usłyszałem – A chodź, nie pytaj.

Filary murowane i gdzieś pomiędzy nimi obraz święty we wnęce. Tak to zapamiętałem. Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Dotarliśmy do przedmieść Lwowa. Coraz więcej ludzi i zabudowania. Ostatecznie gdzieś na przedmieściach miasta znajdował się rynek, cel naszej wędrówki.


W kierunku Mszany lipowa droga


Z naszego okna widać było kawałek tej drogi z drzewami, łąkę i tory. Tam na łące wylądował awaryjnie samolot. Na zewnątrz silna zima. Dwaj bracia starsi tam pobiegli, ja nie mogłem, bo butów nie miałem. Obserwowałem z okna. Pilot opuścił kabinę małego samolotu, poszedł pieszo w kierunki wioski - o, widzi pan tyle zapamiętałem.

W tym czasie, a był to już koniec wojny, by nieco rozweselić sobie ponurą rzeczywistość udałem się wraz z braćmi, kolegami wzdłuż torów w kierunku semaforów. Gdzie u celu zbieraliśmy i demontowaliśmy koła zamocowane do tych urządzeń. Wcześniej z desek zbudowaliśmy siedzisko. Brakowało kół aby z pobliskiej górki można było swobodnie zjeżdżać. Po kilku dniach w pobliżu semaforów wykoleił się pociąg, który składał się z trzech wagonów z bydłem. Nie wiem czy w wagonach znajdowało się bydło przewożone przez żołnierzy sowieckich z terenów wojny czy było to bydło transportowane w innym kierunku. Tata wcześniej ranny, przebywał w domu. Gdy się o tym zdarzeniu dowiedział, drewniany wóz przez nas zbudowany roztrzaskał, żeby śladu po nim nie zostało a metalowe koła wrzucił do studni. Gdyby oni się o tym dowiedzieli …, to przecież by nas rozstrzelali, albo „gdzieś” na Sybir wywieźli.

Gdy trawa się zazieleniła, to my na trawę wybiegaliśmy. Zbieraliśmy szczaw, lebiodę, pokrzywę młodą. W domu przygotowywano zupę. W majątku kuchnia była, w pobliżu drzwi do kuchni, wyrzucano obierki które zabieraliśmy. W domu je obmywano i gotowano ze szczawiem. Tak jak wspomniałem tata z wojny wrócił z ranną nogą. Pamiętam, że kładł nogę na snopku słomy, na miejscu rany kładł liście bobkowe i wygrzewał na słońcu. W pobliżu naszej wioski powstała jednostka, która miała na celu likwidacje niemieckich niedobitków i ukraińskie bandy. Gdy tacie rana się zagoiła, otrzymał powołanie do tej jednostki, pełnił tutaj wartę. Batalionem dowodził Rosjanin. Służba ta była bardzo niebezpieczna. Później wspominał, że tutaj było bardziej niebezpiecznie niż na wojnie. Mówił że na wojnie strzelają z jednej strony a tutaj podczas obławy strzelali z każdej ze stron. Wojna się skończyła. Dotarła do niego wówczas świadomość, że musi dokonać wyboru. Pozostać tutaj z rodziną i przyjąć obywatelstwo rosyjskie, czy zapisać się do listy wyjeżdżających do Polski – co raczej nie było możliwe, gdyż jako wcielony do tzw. „Istriebitielnyj batalion” musiał zostać na miejscu.

Pierwszy duży postój zapamiętałem w Pile, pociąg zatrzymał się na towarowej części dworca.

Dworzec kolejowy w Pile. Okolice bocznicy kolejowej. W tle dawna parowozownia
Stryjek furmanką odwiózł nas na stację kolejową. W 1946 ostatnim składem repatriantów wyruszyliśmy w długą drogę do Polski. Jechaliśmy około jednego miesiąca. Pierwszy duży postój zapamiętałem w Pile, pociąg zatrzymał się na towarowej części dworca. Tutaj miało miejsce takie nieprzyjemne zdarzenie. Mama wysłała nas po wodę, miasto zniszczone. W kanale ludzkie ciała. Szliśmy kierowani intuicją, w pewnym chwili natknęliśmy się na martwego żołnierza, głowę i część ramienia było widać. Tutaj była z nami mama, blisko znajdował się las. Mama powiedziała – chodźcie, chodźcie. Mnie zastanowiło dlaczego żołnierz nie ma „przyczesanych” włosów. Postój w Pile trwał dwa tygodnie. Gdzieś znaleziono w pobliżu postoju studnię. Miasto w pobliżu dworca zrujnowane, budynki kolejowe mało ucierpiały. Nie wspomniałem, że w czasie drogi otrzymywaliśmy żywność z UNRY. Suszone zupy, nasza rodzina była liczna, żywności sporo otrzymywaliśmy. Warzywa, ziemniaki wysuszone, sprasowane, na opakowaniu duży napis UNRRA. W kociołku gotowaliśmy wodę, zalewaliśmy zupę, która była bardzo pożywna. Z postoju w Pile zapamiętałem coś jeszcze. Codziennie w pobliżu składu przechodziła starsza kobieta, zatrzymywała się dłużej, przyglądała się. Kiedyś podeszła do mamy, rozmawiały. W pewnej chwili zaproponowała, że weźmie mnie na wychowanie. Zobowiązała się, ze gdy podrosnę, przywiezie mnie. Kilka razy proponowała, że pozostawi adres. Była świadoma, że nasza rodzina jest liczna, czasy ciężkie. Nie wiem czy w obawie o naszą przyszłość, czy budziły się w niej demony z przeszłości, może utraciła najbliższych? Mama wówczas tak powiedziała – „Pani jak my wojnę przetrwaliśmy wszyscy, to wierzę, że razem dojedziemy do końca”. W Pile również dotarła do nas wiadomość że tym samym transportem jedzie w ukryciu z nami mój tata – co bardzo nas ucieszyło. Po latach dowiedziałem się że narażając życie zdezerterował z przymusowej służby w pościgowym batalionie.

Widok z bocznicy kolejowej w Pile na rzekę Gwdę
W latach 70 tych gdy holowałem samochody dostawcze na platformach kolejowych, to przejeżdżałem przez Piłę. Zbiegiem okoliczności skład zatrzymał się na dłużej. Oczyma dziecka przyglądałem się zabudowaniom kolejowym. Znowu - duża ilość torów, perony a co najważniejsze kładka zamocowana nad torami, którą zapamiętałem z 1946 przetrwała. Dziwne to było uczucie, widziałem siebie jak idę z wiadrem poszukiwać wody do picia.

Dojechaliśmy do Chojny
Gdy dojechaliśmy do Chojny, to pierwsze transporty do miasta już dotarły, ludzie się osiedlali. Obiekty szpitala i budynek szkolny z czerwonej cegły zajęte przez Rosjan. W kaplicy szpitalnej drzwi były poszerzone, wewnątrz stała ciężarówka wojskowa. Gdy w 1946 zaczęliśmy chodzić do szkoły, to przez trzy bramy przechodziliśmy aby dostać się do dzisiejszego Korczaka. W każdej bramie stał wartownik sowiecki. Udostępnili budynek dzisiejszego Korczaka ale budynki poszpitalne były zajęte. Pierwsza bramka znajdowała się na wysokości dzisiejszego PKO. Kolejna znajdowała się na wysokości kaplicy szpitalnej i drogi do dzisiejszego Ośrodka. Ostatnia znajdowała się blisko szkoły z czerwonej cegły. Trzy bramy należało pokonać, aby dostać się do szkoły, ale puszczali bez problemów. Ulica Kościuszki również zajęta przez Rosjan, później stopniowo przekazywali dla miasta budynki. Zamieszkaliśmy na Malarskiej. Dworzec zniszczony, stała ogromna drewniana wiata pod którą pociąg przejeżdżał. Przez jakiś czas na dworcu znajdowała się tablica z napisem Królewiec, później zamieniono na Chojna. Pierwsza szkoła znajdowała się koło Parafii Świętej Trójcy. To był budynek piętrowy, u góry znajdowała się kuchnia, stołówka. Później w tym budynku znajdował się dom handlowy. Budynek piętrowy.

Chojna. Zdjęcie wykonane w II połowie lat 50 tych. Widok na zniszczone okolice Ratusza.
Na skwerku koło kościoła, tam gdzie dzisiaj stawiają samochody, znajdował się cmentarz żołnierzy radzieckich. Pomiędzy nimi był grób polskiego żołnierza. Gdy mieszkałem na Malarskiej, to często przechodziłem przez teren cmentarza. Na grobach znajdowały się gwiazdy a u Polaka zachował się symbol krzyża. Polak nazywał się Koldyński Zbigniew. Grobem opiekowali się kolejarze. Gdy było święto zmarłych to przy tych grobach paliliśmy świeczki, odbywały się uroczystości. Drugi cmentarz żołnierzy radzieckich znajdował się przy drodze do Godkowa. W miejscu gdzie znajduje się wiadukt kolejowy, co tory kolejowe na lotnisko prowadziły. Zaraz za wiaduktem znajdował się cmentarz. Trzeci cmentarz znajdował się w pobliżu lotniska. Tutaj pochowanych zostało wielu żołnierzy i cywili z lotniska. Na kamieniach były wygrawerowane różne symbole: śmigło, gwiazda.

W pierwszych latach to w mieście panowała taka „psychoza”, że my tutaj jesteśmy na chwilę, że Niemcy powrócą.

Rodzina
Moją przyszłą małżonkę Krysię poznałem w Chojnie na początku lat 60-tych. Gdy byliśmy w narzeczeństwie kupiłem Jawę, piękny motor którym wybraliśmy się w naszą pierwszą wspólną podróż do Kołobrzegu. Pamiętam nasze spacery po molo. Wkrótce w roku 65 pobraliśmy się. Żona urodziła się w 1946 roku, zmarła w 2006 roku. Dzieci nasze szczęśliwie przychodziły na świat i były dla nas prawdziwym szczęściem. Jurek, Ania, Dorota i Marek. Wspomniałem o naszej pierwszej wspólnej podróży, która trwa do dzisiaj pomimo, że małżonki nie ma wśród nas. 

Dziadek Janek z wnukami. Od lewej Jakub, Krzysztof, Michał i najmłodsi Maksymilian i Kacper

Moje rodzinne "strony" dziś
Wspomnień pana Jana Jakubiszyna wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w XI 2018 roku.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.