Reklama [góra]

W mroźny poranek 10 II 1940 z Zaleszczyk do krainy agresywnych niedźwiedzi

Pani Ernesta Berezowska zmarła 18 lipca 2019 roku. W styczniu 2018 roku szczęśliwie udało mi się poznać panią Ernestę, którą zapamiętałem jako osobę bardzo serdeczną, mądrą, z ciekawym poczuciem humoru. Pod koniec roku 2017 Małgosia wnuczka bohaterki wspomnień powiedziała - Andrzej, warto spotkać się z moją babcią w Rosnowie i wysłuchać, zanotować te wspomnienia. Przyznaję, że dla mnie to prawdziwe, niezapomniane przeżycie. Jestem szczęściarzem, że mogłem uczestniczyć w spotkaniu, notować opowieść i nagrać rozmowę. A dzisiaj gdy pani Ernesty już nie ma wśród nas, pozostały bezcenne wspomnienia. 

Pani Ernesta Berezowska A.D.2018

Nazywam się Ernesta Berezowska z domu Zaracka.

Urodziłam się 20.02.1929 roku we wsi Hyżne jako trzecie z siedmiorga dzieci Marii (z domu Kawalec) i Władysława Zarackich. Żyło nam się dobrze. Najstarsza siostra Natalia, brat Jan i ja uczęszczaliśmy do szkoły. Mama zdecydowała o moim imieniu. Gdy była jeszcze panną i mieszkała blisko Rzeszowa, kiedyś ze swoją mamą (a moją babcią) udała się do znajomych. W ich obecności przebywały między innymi dwie panie, z których jedna miała na imię Ernesta. Mamie imię wyjątkowo się spodobało, zapisała na skrawku papieru i schowała do torebki. W czasie mojego chrztu nagle w obecności księdza i chrzestnych otworzyła torebkę, odnalazła skrawek papieru z zapisanym imieniem, podała dla przyszłej chrzestnej i uparła się, że to jest odpowiednie dla mnie imię. I tak pozostało. 

W niedzielę pokonywaliśmy most kolejowy na rzece Dniestr


Do ukończenia nauki w I klasie mieszkaliśmy w wiosce Hyżne. Później rodzice zdecydowali o przeprowadzce pod granicę polsko rumuńską, zamieszkaliśmy w Śmgiłowa (kolonia). gdzie tato kupił dom i ziemię. W niedzielę pokonywaliśmy most kolejowy na rzece Dniestr. Po rumuńskiej stronie można było kupić takie cygańskie chusty, one cieszyły się dużym powodzeniem wśród naszych. Nie raz chłopy kupowali tam piwo. Zapamiętałam, że tam dużo Cyganów kręciło się po ich stronie granicy, za mostem. W naszej koloni „na Śmigłowie” była strażnica, stała na wzniesieniu. Stacjonowało tam Wojsko Polskie. W wiosce był mały sklepik. Szkoła znajdowała się w domu Juchy.


Zaleszczyki upamiętnione na starych przedwojennych fotografiach (zdjęcia pochodzą z Portalu HISTMAG.ORG)

Miasto Zaleszczyki, graniczące z Rumunią, oddalone od naszej wsi „bez pole” o około 1,5 kilometra

Tam znajdował się między innymi kościół, do którego chodziliśmy w święta. W pobliżu Śmigłowa znajdowała się też wieś Bedrykowce, w której mieszkali Polaki, Ukraińcy i Żydzi. W Bedrykowcach uczęszczałam do II klasy. W jednej klasie ławki ustawione w trzech rzędach, w jednym siedzieli Żydzi, my w środku, a w ostatnim ukraińskie dzieci. Zapamiętałam z tych czasów modlitwę żydowską: „Amen, Sene, Stucha, Mine” Gdy przyszła nauczycielka każda grupa modliła się, każdy sobie Rusini, Ukraińcy, Żydzi, Polacy. Później zadania podała i sprawdzała. Z naszej koloni z dziesięciu nas chodziło. Rzeka Dniestr szeroka, ładna. Gdy lato nadeszło, a jeszcze szkoła trwała, to z panią nad rzekę chodziliśmy, przy brzegu było bezpieczne miejsce, tam się kąpaliśmy. Po naszej stronie my a pod drugiej stronie Dniestru dzieci rumuńskie też mieli takie „swoje „miejsce”. W tym okresie dzieciństwa zdarzyła się nad Dniestrem tragedia. W taki słoneczny dzień utopiło się dwóch chłopców z naszej koloni. Tata coś na podwórku robił, nagle ktoś dał znać, że chłopcy z koloni utonęli… Byli to synowie dwóch braci Jucha. Oni mieli synów, rówieśników. Jeden się topił, drugi nagle postanowił ratować tego tonącego, dwoje zatonęło. Brat Janek widział tą tragedię na własne oczy, był z nimi. Zapomniałam wspomnieć o Dobrowlanach. Duża wioska w drodze do Zaleszczyk. Tam znajdował się duży bazar. Tutaj można było wszystko sprzedać: jajka, kury, zboże, kukurydzę, wszystko tam można było dostać. Jaka tam mieszanka języków była. Co kobieta tam zaniosła, to sprzedała. Chodziłam tam z mamą. W okresie szkoły przystąpiłam do Harcerstwa, moja siostra Natalia do Strzelczyków, brat Jan do Strzelców. 


Moi mężczyźni. Od lewej strony u góry Mikołaj (Emil) i Jurek. Na dole Władek i Witek

Kiedy wybuchła wojna, chodziłam do trzeciej klasy

Chciałabym opowiedzieć o tym jak zapamiętałam początek wojny. Wojna wybuchła w niedzielę. Dziadek wracał z kościoła z Bedrykowic. Po drodze mijało się dom gospodarza, który miał kuźnię. Wtedy trzeba było konie podkuć, ławka była. Dziadka nogi zabolały, przysiadł chwilę na tej ławce koło kuźni. Nagle samolot niemiecki się pojawił. Pociski omyłkowo spadły na teren graniczny należący do Rumunii. Gdy pociski spadały na ziemię, to ułamki rozpryskiwały się i spadały w dużym rozproszeniu. Taki mały ułamek spadł wtedy blisko dziadka, chciałoby się powiedzieć, musnął za uchem. Później to już samoloty jeden za drugim nadlatywały nad nasze niebo. Rodzina mojego przyszłego małżonka mieszkała w mieście Tłuste. Gdy tam spadł pocisk na ich rodzinny dom, połowa budynku zapadła się. Oni ukryci w piwnicy, przeżyli. Później Ukraińcy bardzo się rozpanoszyli. Zapanowało piekło na „naszej małej ziemi”. Panie, jakie oni podłości robili wobec naszych. Mordowali dzieci, dorosłych, zadawali tortury. Babcia moja prosiła tatę, abyśmy wyjechali do Rumuni, tam zaznamy spokoju. Tata się przeciwstawił, powiedział: - Kto nas przyjmie, zostańmy, niech się dzieje wola boża”. Deszcz rosił, my cukrowe buraki „gospodarzyli”. Do wybuchu wojny Rumunia brała masowo od naszych gospodarzy buraki cukrowe a w zamian otrzymywaliśmy cukier i melasę z trzciny cukrowej. Dlaczego tak ? - nie mam pojęcia. 

Zdjęcia ślubne. Ernesta i Władysław 26 XII 1949

To byli „uciekiniery” z Warszawy. Uciekali do Rumuni. Niektórzy się zatrzymywali i prosili o nocleg. Spali w stodołach po całej wiosce

To był początek wojny. Nasi gospodarze, również mój tata w tym czasie uzgodnili z „kimś” z tamtej strony granicy i dawaj po ten zaległy cukier pojechali. Gdy tata wrócił, był bardzo zmęczony, odpoczywał sobie, poszedł położyć się „troszku”, dzieci coś pisały. Patrzymy, a z tamtej strony idą ludzie uciekają. Mama budzi tatę i mówi, - wstawaj coś się dzieje. W kierunku od koloni do mostu „pełno” ludzi idzie. To byli „uciekiniery” z Warszawy. Uciekali do Rumuni. Niektórzy się zatrzymywali i prosili o nocleg. Spali w stodołach po całej wiosce. Rano szli na Rumunię. Później dotarli Sowieci. Patrzymy przez okno, a od strażnicy do Zaleszczyk to aż ciemno, Sowiety idą; czołgi, konie szli, szli i szli. Pamiętam gdy tak się przyglądaliśmy, jedna z koleżanek powiedziała do mnie – Patrz to takie idą ludzie, co w boga nie wierzą. Oni będą nas dusić, bić, zabijać. Ona gdzieś to musiała usłyszeć i powtarzała. I tak wszystko się wokół zmieniało, z dnia na dzień. Ukraińcy coraz pewniejsi; domy, zabudowania chodzili oglądali. Zapisywali kto ile inwentarza trzyma. Planowali kto jaki dom zajmie. Coraz gorzej było, napadali. Ktoś z naszych z koloni w tajemnicy pojechał do Zaleszczyk, gdzie stacjonowali Sowieci, poskarżyli się, że Ukraińcy coraz odważniej napadają na bezbronnych ludzi. Przyjechali Sowieci wojskowymi dużymi samochodami z przyczepami, uzbrojeni i zatrzymali Ukraińców. Oni nam zapewniali wtedy spokój. Dali naszym chłopom kilka karabinów, w co drugim, trzecim domu gospodarz trzymał pod ręką broń. Doszło do tego, że Ukraińcy przecięli kable telefoniczne, wtedy nie było już połączenia, nie było jak powiadomić i prosić o pomoc. Ukraińcy bali się sowieckiego wojska. Było trochę spokoju aż nastał luty.

I komunia święta córki Neli. Rok 1964


Luty 1940

Do mojej mamy przyszła Ukrainka i mówi: - Ja coś bym Ci powiedziała, ale nie mogę…
Ojczyzno nasza ziemio ukocana w 39 cała krwią zalana.
Nie dość, że Polskę na pół rozerwali
Jeszcze Polaków na siłę wysłali.
10 luty będziem pamiętali, 
Gdy przyszli Sowieci a my jeszcze spali
Nasze dzieci na sanie wsadzili
Na główną stację nas podwozili.

10 lutego 1940 roku godzina 6 rano do okna zapukał sowiet, kazał tacie zabrać psa, bo ten ujadał. Wszedł do domu, tatę pchnął na fotel, przystawił broń i sztylet, a mamie kazał zabrać dzieci i posadzić wszystkich na sanie. Było bardzo zimno, dużo śniegu i siarczysty mróz. Mama zdążyła zabrać pierzyny nic więcej, no i to, w co byliśmy ubrani. Najmłodsza siostra Janina miała 7 miesięcy, Stasia 2 lata, Zosia 3 lata, Kazia 6 lat, ja 10 , brat Jan 12 a najstarsza siostra Natalia 15 lat. Nasza rodzina to jeszcze babcia i dziadek - Katarzyna i Michał Kawalec, oni wraz z nami doświadczyli okrucieństwa wojny, wywózki i Sybiru. Pamiętam, jak babcia zapytała sowieta, dokąd nas wieziecie? a ten odpowiedział, że nie będzie wam źle. Na saniach zawieźli nas do stacji Zwiniacz, tam stały wagony towarowe, do których nas załadowano. 70 ludzi w wagonie i prycze potrójne, na których spaliśmy. Okienka małe, ciemno, zimno i dziura w podłodze… tak tam szliśmy za potrzebą oj….! Gdzieś po drodze pociąg zatrzymał się w Kijowie. Tutaj zatrzymali się, pół naszego transportu przyłączyli do wielkiej lokomotywy, zaś drugą połowę do drugiej. Jednych wywieźli na Syberię, w tym składzie w wagonie była między innymi cała moja rodzina a drugich do Kazachstanu. Wieźli nas tak 4 dni, najpierw polską ziemią, którą żegnaliśmy „przez szpary”. W piąty dzień sowiecka maszyna ryknęła, jakby sztyletem człowieka przeszył. 

Jurek i Witold

Mijają doby, tygodnie mijają, raz na dzień chleba i wody nam dają. Mijamy Rosję i Góry Uralu, i tak jedziemy i dalej i dalej.

4 marca stanęła maszyna i drugi transport z nami się zaczyna.

Panie jak tego 4 marca skład się zatrzymał, wokół las i blisko barak. Zimno, bardzo zimno. Ta droga kolejowa dobra, bo pomimo tego, że wszędzie las, pokonywało się takie niedostępne tereny. Słuchaj pan, tak jak ubrani opuszczamy wagony i jak kto stał, prowadzili do tej łaźni, która znajdowała się w baraku. Tutaj każdy musiał się rozebrać. Dzieci, kobiety, mężczyźni, wszyscy razem. Sowiety zrywali z nas łachmany. Dali do ręki kapkę smoły, to było mydło. Co tam płaczu, krzyku było. W górze zamontowane rury, z nich woda na przemian gorąca i zimna. Kto umyty, niedomyty wszyscy nazad ubrać się i do wagonów. Przez cały czas uzbrojeni żołnierze. I znowu w drogę, kolejny dzień w drodze. Podwieźli do jakiejś stacji. Tam podjechały duże samochody, takie wywrotki. Pokonaliśmy pierwszy odcinek. Śniegu wszędzie pełno, biało i zimno. Ludzie tak jak opuścili domy w naszych stronach skromnie ubrani, kto tam miał rękawice czy szal. Pod wpływem bolesnego zimna ludzie zrobili okrycia na głowy, stopy. Każdy jak mógł się ratował. Najgorzej to z dziećmi. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie oczekiwały na nas konie. Sowieci mówili - odwody”. Stąd dalej dobry dzień, dwa i na saniach do Tajszetu. Dość spore miasto, większe od Gryfina. Zabudowa w większości drewniana. Tutaj duży budynek, w środku taki reprezentacyjny plac, szeroki korytarz a w nim pomnik Stalina. Noc spędziliśmy w pomieszczeniach budynku, przespaliśmy na ziemi. Rano strażnik obudził, „nakazał aby pójść po czaj”. W wiadrze herbatę przynieśli. Kilka kubków było i tak przekazywali jeden drugiemu, wpierw dzieci, kobiety. Chleb z drogi został, łamaliśmy i dzielił się człowiek. Przyszedł czas na dalszą drogę. Czekaliśmy jakiś czas na podwody (sanie). Potem kierunek Irkuck. Co jakiś czas konie zmieniano, bo padały, przewracały, zdychały po drodze. Wiele razy ludzie wypadali z sani, zaprzęgi wpadały w zaspy, śniegu dwa metry. Udało się drogę przeżyć bo silny mróz trzymał śnieg. I tak przez kolejne dni w drodze, przed nami Tajga, rzeki zamarznięte. Woszczyki (furmani) śmigali batami, w nocy jedno w drugiego się wtuliło a tu nagle wywrotka. Gdy zdarzyła się po drodze osada (kilka zabudowań), to zmieniano konie. Dojechaliśmy do wsi Kalucze. Irkucka „obłoszcz”,Szetkinski Rejon, „sieło” Kalucze – z pamięci pani Ernesty. 

Pani Ernesta Berezowska A.D.2018
Ojciec kulawy z żoną, nazywał się Padał. Dostali piłkę i miotłę. Piłką odcinali z desek przymarznięte odchody

Dojechaliśmy do baraków. Tata jako pierwszy udał się do jednego z nich. Barak miał z dwadzieścia metrów długości. Na całej długości ławy zrobione z desek, pod spodem podpórki. Wyznaczone miejsca dla rodzin, oddzielone deskami. Tata wybrał miejsce dla naszej rodziny z dala od drzwi na zewnątrz. Na środku stał piecyk na pięć palenisk. Ten piec nazywał się „czuchonne”. Gdy piec się rozgrzał to żeliwo rozgrzewało się do czerwoności. Okienek po pięć z każdej strony, malutkie. Za potrzebą należało wyjść na zewnątrz. Tam kilka wychodków. Wybrali z Polaków dwoje do utrzymania porządku w wychodkach. Ojciec kulawy z żoną, nazywał się Padał. Dostali piłkę i miotłę. Piłką odcinali z desek przymarznięte odchody. No bo wie pan, dziecko poszło to wiadomo, często na deskę zrobiło. Gdy przybyliśmy, przychodzili sowieci, spisywali z ilu osób składa się rodzina, ilu rozpocznie pracę a ile osób zostanie w baraku. Przygotowali stołówkę w sąsiednim baraku. Do kuchni przywożono co pewien czas zdechłego niedźwiedzia, sachata (miejscowe zwierze przypominające jelenia). Gdy zupa została ugotowana ze zdechłego niedźwiedzia to żółte duże oczka tłuszczu pływały na powierzchni, parę liści kapuścianych i zmarznięte ziemniaki (mało).Dawali po chochli.

Karmili zupami, zdechłymi sachatami, 
Sowietskie specjały hej, tam, hej.

Strażnik był NKWD – dzistą, nosił czerwoną „dymkę”. Siedział w baraku z pistoletem. Nazwaliśmy go „German wojna”, ponieważ często pytał się naszych kobiet, - gdzie małżonek ? Nie czekał na odpowiedź. Przyzwyczajony, że często słyszał odpowiedź, - mąż przebywa gdzieś w Niemczech na wojnie odpowiadał sobie sam na pytanie – w German (czyli w Niemczech) i dodawał słowo „wojna” I w taki to sposób przylgnęło do niego przezwisko – „German wojna” śmieje się głośno pani Ernesta. On nazywał się Rukasuj. 

Pani Ernesta z wnukami
Po tylu latach bez większego problemu wymieniam 17 rodzin, które zamieszkały z moją rodziną w baraku. Michaliński, Drogopolski, Piskadło, Hawryluk, Warzocha, Dobrowolski, (znowu) Warzocha, Frontczak, Grasela, Ciąpała, Krupa, Jadach, Dziwiadowska, Furkałowski. Polański, (znowu) Frontczak, nasza rodzina i dziadkowie. Szybko uporali się z nami nowymi, chłopów policzono do pracy. Dzienna porcja chleba wynosiła: 200 gram dla „niedożywieńców”, czyli niepracujących, 400 gram dla pracujących a dla tych, którzy przekraczali normy przypadało 500 gram.

Wiosną było trochę lepiej, bo w tajdze rósł czosnek dziki, jagody i korzonki. Jedliśmy tylko te czerwone. Blisko płynęła rzeka Pojma, tutaj raz na jakiś czas złapało się jakąś rybę. Wtedy pod barakiem rozpalało się ognisko, kładło kawał żelastwa i tak piekło się ryby. Nie było zapałek, jak już ogień się rozpaliło, to podtrzymywało się, aby nie zagasł. Zaczęły zdychać konie, wówczas do zaprzęgu brali młode dziewczyny, one ciągały ścięte drzewa. Gdy nastało krótkie syberyjskie lato, udawaliśmy się po chleb. Niech pan sobie wyobrazi 37 kilometrów w jedną stronę. Plecaki zrobione z worków, odpowiednio mocowaliśmy na plecy aby bochenków w drodze „nazad” jak najwięcej zabrać z sobą. O wschodzie słońca wyruszaliśmy w kierunku osady Ławeczki, gdzie była piekarnia. Aby pokonać drogę należało przepłynąć rzekę promem, który tam w jednym miejscu przewoził w czasie krótkiego lata rzadkich podróżnych. Prom przypominał łódź drewnianą. Zdarzyło się, wracamy z workami pełnymi chleba na plecach. Dochodzimy do rzeki, a tutaj prom zacumowany, dziadka nie ma nigdzie. Słońce coraz niżej na niebie. Krzyczymy: dziaduszka ! i znowu co jakiś czas dziaduszka ! Przyszedł, okazało się, że spał w swoim bezpiecznym miejscu. Udało się szczęśliwie wrócić. Innym razem do mojej grupy dołączyła babcia moja. Gdzieś po drodze pojawił się niedźwiedź. Sprytnie zachowywał za nami dużą odległość, zatrzymywał za drzewami. Nie do śmiechu nam było. Przez ten czas odkąd tutaj przybyłam z rodziną do Kałuczy słyszało się nie raz o tym co niedźwiedzie z ludźmi uczynili. Nie zawsze niedźwiedzie schodzą z drogi człowiekowi – ostrzegano. Szedł, my przyśpieszaliśmy, co pewien czas ktoś ukradkiem odwracał głowę aby sprawdzić teren. Babcia też pełna strachu, modliła się. Spowalniał, zatrzymywał się, zjadał z krzewów czarne borówki (nazywane były tam smorodziny), maliny i ssał, cyckał mordą. Nagle cud się zdarzył. Zwierzę zatrzymało się przed wielkim mrowiskiem. Odwróciłam się, przez chwilę patrzyliśmy, jak to wielkie zwierze rozrywa wysoki kopiec i wyjada mrówki. Ten niedźwiedź to był borowik – uśmiecha się pani Ernesta, bo gdyby on wcześniej posmakował mięsa to na pewno by zaatakował, ale on był z tych co borówki, larwy mrówek zjadali. 


Silnym uderzeniem łapy zmiażdżył głowę jednego z mężczyzn

W te krótkie, upalne lata wypalano ścierniska, trawy. Kiedyś ogień się rozprzestrzenił. Pożar taki w pobliżu obozu miał miejsce w czasie zesłania mojej rodziny. W jaki sposób ugaszono pożar, nie powiem już teraz. Czy natura, deszcz czy ludzie, nie wiem. Ugadali się później chłopy, że pójdą poszukiwać zwierząt, bo była nadzieja, że podczas pożaru niektóre zwierzęta nie przeżyły. Dwóch śmiałków powędrowało w stronę, gdzie płonął las i łąki. Dopatrzyli się sachata. Nie wiem czy powiedziałam, że duże syberyjskie jelenie były nazywane sachot. W tym samym czasie, gdzieś w ukryciu to samo zwierzę upatrzył niedźwiedź. Najprawdopodobniej gdy dwoje mężczyzn podeszło bliżej do sachata, który wyglądał na martwego, niedźwiedź zaatakował. Silnym uderzeniem łapy zmiażdżył głowę jednego z mężczyzn. Po chwili drugiego mężczyznę podniósł do góry i rzucił o drzewo. Proszę sobie wyobrazić, że ten mężczyzna doczołgał się do obozu, przeżył. 

Przeklęte to Kalucze,
Zaledwie chleb połuczę, popiję wody,
I pójdźmy hej, tam, hej.

W 46 roku sowieci dali znać, że wyjeżdżamy do Polski. Zawieźli nas do kołchozu. Byliśmy tam przez tydzień, nocowaliśmy u ludzi, stamtąd zabrali nas wagonami do Kwitoku. Pamiętam, było to przed Wielkanocą, kiedy weszliśmy do wagonów cieszyliśmy się, bo było już ciepło, okna otwarte, jasno, otwarte drzwi, mniej ludzi. Zaopiekowali się nami Amerykanie, dali nam śledzie, mleko w puszkach, świeżą zupę. Przywieźli nas, jak mówili, na ziemie odzyskane. Część ludzi wysiadła w Stargardzie, część w Godkowie, my w Trzcińsku Zdroju. Osiedliliśmy się w Rosnowie i tak do dziś dnia. Kiedy przyjechaliśmy, większość domów była już zajęta, zostały takie bez drzwi, okien, w złym stanie, biednie było trzeba było sobie radzić a pomocy żadnej.



Wspomnień Pani Ernesty wysłuchał autor publikacji w I 2018 roku w Rosnowie.

4 komentarze:

  1. fajnie kiedys było

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej strasznie, niż fajnie

      Usuń
    2. -do anonimowy-
      Czy ten tekst napisałeś/Aśka ironicznie, czy w ogóle nie masz wiedzy o czasach dzieciństwa i młodości tej pani?
      Nie chciał(a)byś żyć w tych okropnyc czasach.

      Usuń
  2. Przepraszam powinno byc "napisałeś/aś"

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.