Reklama [góra]



Kanibalizm dziś jest niewyobrażalny, przerażający. Wtedy było inaczej ...

"Kiedy rozeszła się wieść, że gdzieś w polu padł koń, ludzie w pośpiechu biegli i każdy chciał, choć kawałek mięsa przynieść dla rodziny. Moja babcia, schorowana przyszła na końcu i już niewiele z konia zostało, jedynie przedramię końskie i porozrywane nadpięcia i ścięgna. Dla rodziny i tak było święto. Dla moich rodziców ogromnym wstrząsem był widok mojej siostry i mnie, niespełna rocznego dziecka, jak z wielkim apetytem próbowaliśmy oderwać, chociaż kawałek mięsa od kości. Te opowieści o głodzie przerażają mnie do dzisiaj. Kilka ziemianek dalej kobieta miała troje małych dzieci..."


Jedno z najstarszych zdjęć rodziny pani Teresy. Lata 30 te minionego stulecia. Nikt z osób na fotografii nie pomyślał wtedy, że przed nami trauma wojenna. Fotografia wykonana w okolicy Wołkowyska (dzisiejsza Białoruś) - w czarnej chustce: moja praprababcia- Marianna Zwirkowska-Kołsut (matka Magdaleny Kołsut-Klimek w szarej sukience- ona z kolei jest matką Rozalii Skrzypczyk, a ona z kolei jest matką Teresy Tulskiej) pozostali na zdjęciu to córki z zięciami, brat Wojciech Zwirkowski( w środku z wąsami)


Państwo Teresa i Kazimierz Tulscy z Chojny. Oboje małżonkowie poznali się tutaj, w pobliżu miasta. Przybyli z rodzicami pierwszymi powojennymi transportami kolejowymi.

Państwo Tulscy 4 miesiące po ślubie
uroczystość 50 lecia małżeństwa Teresy i Kazimierza Tulskich, rodziną i znajomymi

Dotarli do Godkowa koło Chojny w dniu 1 maja 1946

Pani Teresa urodziła się 9 XI 1942 na terenie Prus Wschodnich, w miejscowości Gajdao w pobliżu miasta Fischhausen w powiecie Königsberg. Rodzice Rozalia i Wacław Skrzypczyk pochodzili z małych wiosek położonych koło Wołkowyska, dzisiejsza Białoruś. Wioski, z których pochodzili rodzice były położone blisko siebie. Dziadkowie (rodzice taty) posiadali duże gospodarstwo rolne ponad 25 hektarowe. Jako młode, jeszcze bezdzietne małżeństwo rodzice zostali wywiezieni na roboty do Prus Wschodnich. Na roboty do Niemiec zostało wywiezione rodzeństwo Wacława Skrzypczyk, szesnastoletni brat, dwudziestoletnia siostra i drugi brat Jan z żoną i czwórką dzieci i wiele rodzin z wioski. Tutaj przyszłam na świat. Rodzice i inni Polacy jak również ludzie innej narodowości np. Rosjanie, Białorusini mieszkali w barakach. Mama musiała gotować posiłki i chodzić w pole lub pracować w ogrodzie, gdzie musiała mnie zabierać ze sobą. Żywność była reglamentowana, mama mówiła, że pożywienia starczało, przynajmniej nie głodowali. Po urodzeniu mnie, dość szybko mama doszła do sił, z wózkiem udawała się do pracy. Wspominała, że otrzymywali większe racje żywnościowe za to, że dziecko, czyli ja, urodziło się na terenie Niemiec, więc traktowana byłam, jako niemieckie dziecko. Gospodarze posiadali dużo koni, ojciec opiekował się końmi, w pole nie chodził. Po zakończeniu wojny powrócili z Prus Wschodnich w rodzinne strony. W tym czasie organizowano wyjazd na Ziemie Zachodnie, które zostały przyłączone do Polski. Wyruszyli w długą drogę, dotarli do Godkowa koło Chojny w dniu 1 maja 1946. Stąd pieszo wyruszyli w poszukiwaniu domu dla siebie. Wtedy większość domów była już zajęta. W tym transporcie przybyły również rodziny: Studniarz, Wojewoda, Jankowscy, Piątkowscy, Kuś, Prus i jeszcze inni. Pochodzili oni wszyscy z jednych stron.


Drugi od prawej Wacław Skrzypczyk (ojciec Teresy Tulskiej) z kolegami w wojsku
Tata pani Teresy w wojsku
Ojciec pani Teresy -Wacław Skrzypczyk  konno w Mirowie
Po wojnie zapamiętałam wyjazdy z rodzicami z Mirowa do Chojny. Naprzeciwko zrujnowanego ratusza był duży rynek. Z pobliskich wiosek przywożono tutaj chyba wszystko. Ustawionych było kilkanaście stołów, obok były małe ubojnie. 

Handlowano serami, masłem, mlekiem, ziemniakami, jajkami. Pamiętam jak tata z furmanki prosiaki sprzedawał, dużo ludzi podchodziło, pytali lub kupowali. W miejscu gdzie dziś znajduje się pizzeria Capri i rząd wybudowanych budynków, znajdowały się kamienice, w których brakowało okien, stały same ściany bez dachów i ścian działowych. Podobnie było blisko katedry, ulice zrujnowanych kamienic, budynków mieszkalnych. Cały plac w pobliżu ratusza był zastawiony furmankami. W Godkowie uruchomiono szkołę podstawową, do której uczęszczałam. Wychowawczyni nazywała się pani Kazimiera Nowacka. Pamiętam panią Zofię Martynowicz, pana Zdzisława Mogielnickiego. Dzieci uczęszczały do szkoły z Jelenina, Narostu z Godkowa Osiedla, Godkowa i Młynar. W Mirowie, co niedziela organizowano potańcówki. Miejscowy grajek, Mikołaj Borys pięknie grał na harmonii. Pomagaliśmy panu Borysowi ziemniaki zbierać, pomagaliśmy przy żniwach, a on w zamian w niedzielę grał nam do tańca. Mieszkał w pałacu, tak brzmiała potoczna nazwa dużego domu gdzie, po wojnie zamieszkało kilka rodzin. W czasach rządów Gomułki w Mirowie powstał kołchoz, rodzaj rolniczej spółdzielni produkcyjnej, był to element świadomej polityki mającej na celu ubezwłasnowolnienie chłopów poprzez zabranie im ziemi Chodzili, agitowali i prawie wszyscy mieszkańcy wstąpili w szeregi spółdzielni. Kilku gospodarzy nie przystąpiło, odmówiło, byli przez to prześladowani. Po przeciwnej stronie pałacu stało kilka dużych budynków gospodarczych i gorzelnia. Hodowano tutaj konie, krowy, owce, świnie. Pomiędzy pałacem, a zabudowaniami znajdowało się podwórko. Tutaj wcześnie rano ustawiali się robotnicy, następował przydział prac. Jeden pracował przy krowach, drugi przy koniach. W polu pracowali wszyscy, bez podziału. W przydomowym gospodarstwie każdy mógł hodować tylko jedną krowę, świnię i drób. Kołchoz długo nie funkcjonował i po jego rozwiązaniu, gospodarze odebrali swoje ziemie i pracowali już na swoim. Wprowadzono obowiązkowe dostawy zbóż, ziemniaków i zwierząt rzeźnych z gospodarstw rolnych. Gdy ktoś odmówił, to zaraz przyszła komisja, karano grzywną pieniężną. Zdarzyło się, że gdy rodzice oddali mięso i zboże a okazało się, że ilość jest zbyt mała, rodzice wówczas musieli dodać do mięsa dużą ilość wełny owczej.

Franciszek i Rozalia Tulscy (rodzice Kazimierza Tulskiego) z dziećmi: Ireną i  Kazimierzem
Dwie siostry Franciszka Tulskiego (ojciec Kazimierza): Janina, Henryka z dziećmi. W środku Józefa Tulska (matka Franciszka Tulskiego)
W Godkowie istniało w świetlicy stałe kino, na filmy udawaliśmy się pieszo albo rowerem lub furmanką

Pieszo chodziliśmy do Morynia około 7 km. w jedną stronę. Tam była poczta, tam załatwiało się wszystkie sprawy urzędowe, to tam uczyłam się sztuki krawieckiej u pani Byczek. Nie było autobusów.

Kiedy miałam 18 lat poznałam mojego męża Kazimierza, wkrótce pobraliśmy się. Ślub nasz odbył się w urokliwym kościółku w Mirowie 25 czerwca 1961 roku. Po ślubie wyjechaliśmy na Dolny Śląsk do teściów. Mąż pięć lat pracował w Kopalni Węgla Kamiennego Słupiec. Tam urodziły się nasze dzieci, córka Bożena i syn Jarosław.

W Godkowie prężnie działał Zakład Urządzeń Okrętowych BOMET wraz z mężem postanowiliśmy powrócić w moje strony rodzinne, do Mirowa i małżonek podjął pracę w Bomecie. Produkowano kausze na liny, zasuwy do statków. Wspomina pan Kazimierz - Byłem kowalem, ciężko pracowałem. Wiele elementów wykonywałem ręcznie. W Godkowie, na stacji kolejowej wzdłuż rampy stały wagony, na które ładowano wyprodukowane przez nas części do wyposażenia statków. Zdecydowaną większość eksportowano do Związku Radzieckiego. W Dębnie powstała Spółdzielnia Mieszkaniowa, później została przeniesiona do Gryfina. Otrzymaliśmy pożyczkę bezzwrotną na mieszkanie w Spółdzielni Mieszkaniowej w Gryfinie, którą to należało odpracować. W 1972 roku otrzymaliśmy upragnione mieszkanie w pobliżu kościoła św. Trójcy w Chojnie, gdzie mieszkamy do dzisiaj.

Lubiłam słuchać opowieści teściowej Józefy i teścia Franciszka - mówi pani Teresa. Lata spędzone gdzieś głęboko w Tajdze, w syberyjskim kołchozie odcisnęły głębokie blizny, które często krwawiły. Gdy we wspomnieniach pojawiał się głód, nędza to teściowa płakała i przez dłuższy czas milczała.


Uczniowie i nauczyciele Szkoły Podstawowej w Godkowie, do której uczęszczała Teresa Tulska

Mama w pierzynę opatuliła moją siostrę, zabrała poduszkę, woreczek kaszy...

Pan Kazimierz urodził się 6 I 1943 w miejscowości Czarny Dół, posiołku na Syberii. Rodzice pana Kazimierza przed wojną mieszkali w wiosce Święcica Mała. Wieś należała obszarowo do Gminy Mścibów, powiatu wołkowyskiego, województwa białostockiego. Dzisiaj ten obszar leży na terenie Białorusi. Rodzice taty pochodzili z rodziny leśników. Moi rodzice Józefa i Franciszek wzięli ślub przed wojną. W 1939 urodziła się moja najstarsza siostra Irena. 10 lutego 1940 roku przyszli Sowieci pod mój rodzinny dom. To była sobota. W dzień poprzedzający wywózkę mama upiekła kilka chlebów. Noc, łomotanie do drzwi. Otwieraj!! Rodzicom dali piętnaście minut na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy, tylko tyle ile zdołali unieść. Mama w pierzynę opatuliła moją siostrę, zabrała poduszkę, woreczek kaszy, kilka upieczonych bochenków chleba, i kilka ubrań. Saniami dojechali do dworca, gdzie był punkt zbiorczy. Tam zostali ulokowani w wagonie kolejowym, drewnianym, ładowali ich po 60 osób. W wagonie znajdował się żelazny piec, tak zwana koza i dziura do załatwiania się. U góry w wagonie było niewielkie okienko zamknięte i zakratowane. Zamknęli ich w wagonie, słychać było płacz. Bez wody i jedzenia przez cztery dni czekali na odjazd. W końcu skład wyruszył, nie wiadomo, dokąd. W odstępach, co trzy, cztery dni pociąg zatrzymywał się, wówczas przynoszono w wiaderku gorącą wodę nazywaną potocznie „kipitok”. W wagonie było 60 osób i jedno wiadro wody do picia. Oczywiście nie starczało dla wszystkich.


Przetrwał kufer pani Rozalii Skrzypczyk, który został przywieziony z Rosji w transporcie kolejowym na ziemie zachodnie

Dom rodzinny Rozalii i Wacława Skrzypczyk  w Mirowie

Pociąg ruszył, ludzie płakali, krzyczeli a po tych młodych ludziach ślad zaginął
Śniegi były do płotów, ludzie umierali jak muchy.

W czasie transportu, z głodu zmarł mój dziadek Józef Prus, ojciec mojej mamy. Mama opowiadała, że cztery bochenki chleba, które szczęśliwie upiekła w sobotę rano 10 lutego, łamała na małe kawałki i dzieliła swoją rodzinę. Głód panował przerażający, dzieci i osoby starsze umierały w zamkniętych wagonach. Rodzice wspominali, że dużo wyczerpanych ludzi umarło. Gdy po trzech, czterech dniach pociąg zatrzymał się, otwierano wagony i wchodziło dwóch uzbrojonych Rosjan. Przy temperaturze minus 30 stopni rozsuwali drzwi na oścież i zmarłych ludzi wyrzucano z wagonów w śnieg, jak worki ziemniaków za nogi i ręce. Gdzieś w połowie drogi pociąg zatrzymał się w lesie. Otwierano drzwi, głośno pokrzykiwano, że przez połowę dnia skład będzie miał postój. Ludzie opuszczali wagony w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Mama również opuściła wagon. W oddali był widoczny dom z zabudowaniami. Doszła do budynku, zastukała do drzwi, otworzyła kobieta. Mama słowami, gestami prosiła o jedzenie. Otrzymała ciepłą zupę, a do ręki cztery gotowane buraki na drogę. W transporcie jechali moi rodzice, moja roczna siostra, bracia mojej mamy: Stefan, Aleksander i Eugeniusz oraz rodzice mojej mamy Józef i Aleksandra Prus, proszę spojrzeć na starą fotografię, oni jechali razem. Tygodnie mijały, w wagonach prawdopodobnie połowa ludzi nie przetrwała. W czasie kolejnego postoju, pociąg zatrzymał się w polu. Dwóch braci mojej mamy, Aleksander i Stefan, oraz wielu innych młodych mężczyzn, przemęczeni i głodni opuścili wagony, pobiegli do innego składu pociągu, w którym przewożono zboże. Każdy liczył na to, że uda mu się w kieszeniach, woreczkach przenieść dla rodziny, choć trochę zboża. Niestety zostali zatrzymani przez NKWD. Około 100 młodych mężczyzn popędzono „pod karabinem” do pobliskiego lasu. Pociąg ruszył, ludzie płakali, krzyczeli a po tych młodych ludziach ślad zaginął. Bracia matki również nie powrócili. Mama po wojnie długo poszukiwała braci przez Czerwony Krzyż, prosiła o pomoc znachora, chodziła do wróżki. Wszystko na nic, nigdy się nie odnaleźli.

Historyczna fotografia rodzinna pana Kazimierza wykonana przed wywózką na Syberię. Rozalia Tulska( matka Kazimierza Tulskiego) z rodzicami Aleksandrą i Józefem Prus oraz bracia: Jan, Eugeniusz i dzieci
Rodzina pani Teresy. Rozalia i Wacław Skrzypczykowie z dziećmi: z córkami  Teresą i Haliną i synem Wacławem (juniorem)


Zamieszkaliśmy w ziemiankach - Przez dziurawy dach przebijały się drzewa i krzewy

Nadszedł kres strasznej podróży, pociąg zatrzymywał się, co jakiś czas i grupowali nas około 100 osób, po czym opuszczaliśmy wagony. Po sześciu tygodniach, w kwietniu rodzice i najbliżsi, co przeżyli dotarli do dworca w Archangielsku. Załadowano na przyczepy i wieziono do celu. Wysokie trawy, step a w pobliżu wszędzie las. Grupa około 100 osób, pieszo dotarła do dużego gospodarstwa. Hodowano w nim bydło i kozy. Otrzymaliśmy trzy dni na zagospodarowanie się. Opuszczone ziemianki, przez poprzedników, trzy na trzy metry, nie nadawały się do zamieszkania. Przez dziurawy dach przebijały się drzewa i krzewy. Wewnątrz znajdował się zardzewiały piec nazywany powszechnie kozą. W pobliżu ziemianki stało kilka drewnianych kwater, które zamieszkane były przez miejscowych. Dla nowo przybyłych przyniesiono po snopku słomy. Mróz puścił, z ziemi można było pozyskać błoto, glinę. Z krowiego łajna, słomy i gliny wykonali zabezpieczenie na dach. W ziemiance mieszkali obok siebie babcia z synem Eugeniuszem, rodzice z siostrą Ireną i Rosjanka z dwójką dzieci, która przybyła tutaj razem w transporcie.

„Was panowie z Polski przywieziono tutaj, żebyście wyzdychali”

Minęły trzy dni. Wcześnie rano kazano wszystkim stawić się na plac. Przybyło kilku miejscowych z kołchozu. Już na wstępie przestrzegli, że „kto nie rabotajet, nie kuszajet”. Przewodniczący przywitał wszystkich po rosyjsku słowami: „ Was panowie z Polski przywieziono tutaj, żebyście wyzdychali”. Eugeniusz był jeszcze dzieckiem, miał 12 lat, otrzymał pracę w polu, miał pasać krowy i zbierać zwierzęce łajno. Tatę przeznaczyli do kuźni, był kowalem, była to ciężka praca i dlatego otrzymywał większe racje żywnościowe. Babcia do pracy nie nadawała się, według ich oceny była za stara. Zbierała z synem Eugeniuszem zwierzęce łajno po polach, układali je w sterty, potem dodawali wodę, słomę i w taki sposób wytwarzali cegły do budowy domów, które zamieszkiwali członkowie NKWD. W pobliżu nie było rzeki, nie było studni, a więc wodę przywożono wozami ciągniętymi przez woły, w beczkach z miejsca oddalonego około 1,5 km. Przez krótkie lato starali się wykonać i wysuszyć jak najwięcej z łajna brykietów, które w czasie długiej, przeraźliwie zimnej zimy służyły do opalania w piecu. Głód panował przerażający, wszy i pluskwy były wszędzie, niczym nie można było tego robactwa wytępić, dzieci były tak pogryzione, że ciągle płakały. Gdy przyszła wiosna, zbierano nasiona traw, pokrzywę, lebiodę. Latem było trochę lżej, były jagody, grzyby i choć nie można było wychodzić do lasu i zbierać, ludzie lekceważyli zakaz. Nawet pod groźbą pobicia wyruszali do lasów. Gdy przyszła zima, nie było co zjeść, wszyscy głodowali, było strasznie zimno i wtedy najwięcej umierało zesłańców. Ziemia skuta mrozem, pokryta śniegiem, nawet korzonka nie można było z ziemi wyciągnąć. Zakładano pułapki na myszy, to, co się tam złapało, zjadano. Jakie były racje żywnościowe? Posiłki były tylko dwa razy dziennie, chleb: 20 dkg Na osobę dorosłą i 15 dkg na dziecko. Zupa, w której pływało ze dwadzieścia ziaren kaszy i śladowe ilości suchej ryby dla zapachu, a właściwie smrodu. Albo kilka małych ugotowanych ziemniaków. Rano kubek wody przegotowanej i kromka czarnego chleba z trocinami. Mama była przekonana, że do chleba używano zgniecionych korzeni. Wieczorem podawano znowu kubek przegotowanej wody.


Mirowo- Wacław Skrzypczyk(drugi z prawej) z kolegami
pierwszy z lewej Kazimierz Tulski z kolegą Stefanem

Kanibalizm dziś jest niewyobrażalny, przerażający wtedy było inaczej

W porze letnio-jesiennej nauczono się odróżniać zioła, zbierano je suszono i sporządzano z nich napary, używano, jako herbaty. Rozwolnienia, czerwonki, dyzenteria i inne choroby, to była codzienność. Krzyże pogrzebanych wyrastały jak grzyby po deszczu. Wystarczyło wyjść z ziemianki i się rozejrzeć. 

Miejscowi z NKWD zapijali się. Pijani, często byli agresywni i okrutni wobec naszych ludzi, bili tak długo, aż zabili. Wszyscy się ich bardzo bali i chowali się gdzie tylko mogli, żeby się nie narazić.

W okresie żniw, ziarna zbóż usypywano w sterty, niczym nie przykrywano. Pilnowano, żeby nikt nie podbierał. Przyszedł deszcz, śnieg. Na zewnątrz sterty tworzyła się warstwa zrośniętego zboża, a Rosjanie ze środka nabierali suche zboże dla swoich rodzin. Tyle zboża się marnowało, a tak wielu ludzi umierało z głodu. Gdy wiosna przyszła to zrośnięta zewnętrzna warstwa kopca służyła do wykonania placków. W podobny sposób gotowano zupę wrzucając do gotującej wody pozyskane kawałki. Na wiosnę, kiedy puściły mrozy ludzie na polach szukali przemarzniętych ziemniaków, jeżeli takie znaleźli to w domu gotowano z nich zupę tak zwaną polewkę. Kiedy rozeszła się wieść, że gdzieś w polu padł koń, ludzie w pośpiechu biegli i każdy chciał, choć kawałek mięsa przynieść dla rodziny. Moja babcia, schorowana przyszła na końcu i już niewiele z konia zostało, jedynie przedramię końskie i porozrywane nadpięcia i ścięgna. Dla rodziny i tak to było święto. Dla moich rodziców ogromnym wstrząsem był widok mojej siostry i mnie, niespełna rocznego dziecka, jak z wielkim apetytem próbowaliśmy oderwać, chociaż kawałek surowego mięsa od kości. Te opowieści o głodzie przerażają mnie do dzisiaj. 

Dziś kanibalizm przeraża, jest niewyobrażalny. Tam miało miejsce takie zdarzenie... Kilka ziemianek dalej kobieta miała troje małych dzieci i kiedy jedno z nich zmarło, opowiadano, że aby pozostałe dzieci mogły przeżyć, nie pochowano zmarłego dziecka, kobieta karmiła dzieckiem… pozostałe przy życiu dzieci.
Mirowo - Wacław Skrzypczyk (drugi z prawej) z kolegami

Dwa razy umierałem w konwulsjach matka silnie trzymała, podtrzymywała przy życiu, przeżyłem
Urodziłem się w tych potwornych warunkach, w bardzo mroźny dzień 6 stycznia 1943 roku. Dwa razy umierałem w konwulsjach matka silnie trzymała, podtrzymywała przy życiu, przeżyłem. Ojciec codziennie pracował do późna w kuźni, matka od rana pracowała przy orce wołami, a woły jak to woły zatrzymały się, trawy poskubały i pomału do przodu. Wspominała, że prowadziła zwierzęta do obór, gdy słońce zachodziło. Babcia z synem Eugeniuszem chodziła na pole łajno na „kiziaki” zbierać. Dzieci, ja i moja siostra, całymi dniami siedzieliśmy zamknięci bez opieki dorosłych. Wieczorami, z każdej części lasu słyszało się wycie wilków. Podchodziły bardzo blisko obór, podkopywały się, żeby dostać się do zwierząt, zdarzało się, że napadali na ludzi, one też głodowały. Zimy były najgorsze, wiele ludzi umierało z zimna, głodu i chorób. Miejscowa ludność, choć sama miała niewiele, dzielili się tym, co mieli. Przez długie lata towarzyszył mi taki nawyk, aby zawsze w domu znajdował się chleb, musiał być zapas, jego nie mogło zabraknąć. Jako dziecko, mając do wyboru cukierki czy chleb, zawsze sięgałem po chleb!


Rozalia i Wacław Skrzypczykowie z córką Teresą na robotach w Niemczech

Dotarliśmy do Szczecina. Zamieszkaliśmy przy ulicy Grzymińskiej, blisko rzeki Odry

Niedaleko naszej lepianki mieszkała rodzina Tryców z dwoma córkami. Gdy pan Tryc odmówił przyjęcia obywatelstwa rosyjskiego, zamknęli go w piwnicy, bili, polewali zimną wodą, cucili ponownie bili, nie wytrzymał tego i zmarł, ale nie ugiął się. Przyszedł czas na naszą rodzinę, babcia, mama i ojciec odmówili przyjęcia obywatelstwa rosyjskiego i konsekwencją tego był 6 miesięczny pobyt naszej rodziny razem z dziećmi, w miejscowym więzieniu. Po opuszczeniu więzienia, powróciliśmy do swoich ziemianek do naszej gehenny.

Kiedy rozniosła się wieść, o formowaniu się i tworzeniu Polskich Siły Zbrojnych – Armii Andersa, ojciec zdecydował, że przyłączy się do wojska. Doszedł z frontem do Wrocławia. Nam udało się zdobyć dokumenty, opuściliśmy miejsce kilkuletniego zesłania. Po ogłoszeniu końca wojny po długiej powrotnej drodze dotarliśmy do Szczecina, było już ciepło, był piękny lipiec. Zamieszkaliśmy przy ulicy Grzymińskiej, blisko rzeki Odry.

W miejscowości Trzebiszewo, południowy wschód Gorzowa, osiedliła się rodzina mojego ojca, babcia Józefa z czterema córkami i dwoma zięciami. Mój dziadek, Wojciech Tulski zaginął, był poszukiwany, ale nie odnalazł się. Wszyscy się szukali, przez znajomych, przez Czerwony Krzyż, nie było telefonów, poczta działała powoli. Moja babcia, Józefa Tulska z domu Siak była bardzo silną i upartą kobietą, po wielu trudach odnalazła syna, mojego ojca Franciszka Tulskiego i moją matkę Józefę Tulską z domu Prus. Zorganizowała spotkanie w Trzebiszewie. Tam spotkała się większość mojej rodziny. Tak ludzie w różny sposób się odnajdowali.


Rodzice pani Teresy. Bohaterka wspomnień stoi w obecności rodziców i ojca siostry Janiny Skrzypczyk. Zdjęcie zostało wykonane w Prusach Wschodnich

W Mirowie osiedliła się babcia i zamieszkała wspólnie z synem Eugeniuszem, który ocalał i wrócił z Syberii..

Kiedy już rodzina nacieszyła się sobą, ojciec zabrał mamę, siostrę i mnie do nowego domu, który już na nas czekał w Dzikowcu na Dolnym Śląsku. W miejscowości Mirowo koło Chojny zamieszkał trzeci z synów babci, Jan z rodziną, on jeden uniknął zsyłki. W Mirowie osiedliła się babcia i zamieszkała wspólnie z synem Eugeniuszem, który ocalał i wrócił z Syberii. Gdy skończyłem 18 lat przyjechałem do Mirowa na ślub swojej kuzynki. Poznałem wówczas moją przyszłą żonę Teresę.

Doczekaliśmy się jednego wnuka i dwie wnuczki, oraz trzy prawnuczki i jednego prawnuka. W 2011 obchodziliśmy 50 rocznicę pożycia małżeńskiego i z tej okazji otrzymaliśmy od Pana Prezydenta okolicznościowe medale.

Choć wielu z nas zginęło, ślady męczeństwa wyznaczają na skutej lodem ziemi syberyjskiej bezimienne krzyże naszych najbliższych, powróciliśmy wyniszczeni chorobami, głodem po to aby dać świadectwo prawdzie.

Medal za długoletnie pożycie małżeńskie


Wspomnień Państwa Teresy i Kazimierza Tulskich z Chojny wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w roku 2019.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.