Reklama [góra]



Diabelskie "kołchoźniki" nad Wieluniem. Ocaleni, bez mamy z ukochaną klaczą Gniadą do małej wioski Rurka (krótko po wojnie Trzcinna)

11 IV 1931 roku to dzień moich urodzin. Rodzinna wieś nazywa się Cieciułów koło Wielunia. Dziś wieś znajduje się w województwie opolskim, w gminie Rudniki. Nazywam się Bronia Urbaniak, z domu Musiał. W domu nas było jedenaścioro i bieda. Najmłodsza siostra Ania urodziła się sześć tygodni przed wybuchem wojny. Mama Józefa, tata Wincenty. Dwoje braci zmarło przed wojną.

Powojenne zdjęcie wykonane w Rurce z siostrą Kasią (po prawej). W środku moja córka Agnieszka



Ziemniaki przez jesień, zimę rozsypane, przechowywaliśmy były pod łóżkami


W pobliżu Żytniów, tutaj znajdował się stary, drewniany kościół. Drogę z Cieciułowa do Żytniowa pokonywałam wiele, wiele razy i jak zamknę oczy to widzę drogę do krzyża i stąd dalszy odcinek do Żytniowa. Ale o tych wędrówkach później jeszcze opowiem. Trasa dla pielgrzymów w kierunku Częstochowy prowadziła przez nasze rodzinne okolice. Nasz dom, podobnie do innych zabudowań w wiosce, pokryty był słomą. Dwu rodzinny. Z jednej strony część należała do nas, z drugiej do rodziny wujka Wędłocha. Nasza część domu i zabudowania gospodarcze dzieliła ściana. Do części mieszkalnej i gospodarczej prowadziło wspólne wejście prosto „z progu”. Zapamiętałam kuchnię i duży pokój. Nasze życie rodzinne toczyło się w tym jednym dużym pokoju. Ziemniaki przez jesień, zimę rozsypane, przechowywane były pod łóżkami. Tutaj się wszyscy musieliśmy pomieścić za dnia i nocy. Bieda była. Często w jednej ręce cebula, w drugiej ugotowany ziemniak. Tak się przeżyło. Mama każde dziecko rodziła sama. Zdarzało się, że podczas porodów uczestniczyła wiejska baba. 

Autorka wspomnień. A.D. 2020

Dzieciństwo - wędrówki do Żytniowa, krowa przekroczyła miedzę, służba, szkoła


Dzieciństwo to praca, pomoc rodzicom, opieka nad młodszymi. Pasłam krowę. Nasza łąka sąsiadowała przez miedzę z polem sąsiada. Gdy krowa przez nieuwagę przekroczyła miedzę i weszła w jego zboże, nie raz dostało mi się, ciął batem, nie patrzył. Nie liczyło się, że byłam dzieckiem. Taki to był człowiek narwany. Gdy ukończyłam osiem lat rozpoczęłam służbę u gospodarza, nazywał się Breja, mieszkał w końcu wioski. Był majętniejszy. Posiadał konie i krowy. To był rok 1938. Pomagałam w kuchni, a gdy trzeba było, to w gospodarstwie. Jak się dostało kromkę chleba, to człowiek chował, aby było na „zaś”. Gdy wybuchła wojna i mieszkańcy naszej wioski opuszczali płonące domy, Breja doszedł do taty, zabiegał abym pozostała z jego najbliższymi. Tata wówczas powiedział – Jak my z dziećmi się najemy to i dla Broni starczy. 

Z siostrą Kasią

Dzieciństwo to piesze wędrowanie do pobliskiego Żytniowa. Za różnymi sprawami tam się udawaliśmy. Gdy do kościoła, to ubrania i obuwie na przebranie w worku i tak do drewnianego krzyża dochodziliśmy. Tutaj w potoku nogi obmywaliśmy, czyste ubrania i buty zakładaliśmy. 

Panie my dzięki cebuli to przeżyliśmy. Tata za chlebem co roku wyjeżdżał do Niemiec. Granica była blisko, tak tuż, tuż. Zastanawiam się nie raz, jak ta nasza mama sobie radziła? 

W 1938 poszłam do szkoły. Wcześniej tata wczesnym rankiem wyruszył do Wielunia kupić odzież, obuwie, to co mama uznała za potrzebne do szkoły. Dotarł do handlowej ulicy, rozpoczął poszukiwanie i zakup towarów. W pewnej chwili wymacał się za kieszeń, wyrżnięta. Biedny, przeżył. Był silnym wysokim mężczyzną. Nigdy nas nie bił, ale jak się zasłużyło to było źle. A wydawało się mamie, że ten sposób na przechowanie pieniędzy jest dobry. Co ta nasza mama biedna musiała sprzedać, żeby kupić żywności, jakieś ubrania, obuwie. Szkoła znajdowała się w Cieciułowie. Budynek jak na szkołę wiejską był duży, został zbudowany kilka lat przed wybuchem wojny. Ze szkoły rozpościerał się niezapomniany widok na stawy, wodę. Nauczycielka nazywała się Dąbrowska. Miła, serdeczna, uczynna. Gdy rozpoczęła się wojna, uczący dotąd nauczyciele mężczyźni powołani zostali do wojska. Do Cieciułowa przybyli niemieccy osadnicy, między nimi Niemcy znad Morza Czarnego. Utworzona została jednoklasowa klasa tylko dla dzieci osadników niemieckich. 

1939 - Bombardujące Wieluń samoloty, nasz rodzinny Cieciułów płonie

Nie był zły, nie był dobry jak to Niemiec


Początek wojny, to bombardujące diabelskie Wieluń samoloty, które ja nazywam "kołchoźnikami”. Wcześnie rano, znienacka, głośno rozpoczął się nalot. W wiosce zapanował popłoch, strach. Wcześniej mówili ludzie, że wojna wybuchnie. Kto pomyślał, że w pobliskim Wieluniu wczesnym rankiem zacznie się wojna. Miasto to tak stłukli, ze szkoda gadać. Cieciułów oddalony był od granicy z Niemcami o dwa, no może trzy kilometry. W domu zapanowała panika, w pośpiechu przebudzeni, opuściliśmy łózka. Nie wiem dokładnie, ile czasu upłynęło do czasu przybycia szwaba, gdzie jednego, kilku a może i kilkunastu szwabów. Tak jak wspomniałam, domy w dużej większości pokryte były słomą. Wypędzali z domów, podpalali. Uzbrojony, w dłoni trzymał chyba pochodnię. Nie był zły, nie był dobry jak to Niemiec. Krzyczał aby opuścić zabudowania. Widać i czuć było w powietrzu dym. Tatuś podbiegł, prosił aby się wstrzymał. Wyjaśniał, że żona urodziła sześć tygodni wcześniej córkę. Coś nerwowo mówił, sprawiał wrażenie, że odpuści. Ustąpił, opuścił nasz dom. My w pośpiechu gromadzimy się przed wejściem do domu od strony ulicy i kierujemy się do Żytniowa. Rodzice mają nadzieję, że dom siostry mamy ocalał w oddalonej o trzy kilometry wiosce. Gdy uszliśmy jakiś kawałek drogi, tata głośno oznajmił, że nasz dom również płonie. Jednak podpalili. W wiosce znajdowały się dwa sklepy, jeden z nich, który nazwano Duboś płonął. Przechodzący, odważni wchodzili do płonącego pomieszczenia. Co komu się udało wynosił i zabierał z sobą. Mama wspomniała o cukrze, wbiegłam do pomieszczenia, ze strachu złapałam karton z cukierkami i przeniosłam w kierunku rodziny. Tak wyszło, zamiast cukru cukierki. Blisko nas szli inni mieszańcy. Dotarliśmy do zabudowań cioci. Przyniesiono dużo słomy, to zapamiętałam. Gdzieś w stodole, przytuleni jeden do drugiego zasnęliśmy. Później w mojej pamięci następuje dziura, powiedziałabym ciemność, mrok. Nie wiem w jakich okolicznościach znaleźliśmy się w dużej grupie pieszych. Z jednej, drugiej strony umundurowani pokrzykują i kierują nas w stronę dawnej granicy z Niemcami. Przebywamy gdzieś w przygranicznym majątku, małym mieście. Znowu spokój i znowu nie pamiętam, co tam się wydarzyło. Powrót do Cieciułowa. Na zgliszczach rodzice próbują egzystować. Gdzie śpimy, gdzie spędzamy czas, trudno w tej chwili powiedzieć. 

Mój mąż przed uroczystością I Komunii z bratem Mietkiem na przedwojennej fotografii

Zawierucha wojenna

Było nas jedenaścioro. Czworo rodzeństwa zmarło przed wojną. Teresa, Kuba, Tomek. Czwartego z rodzeństwa imienia nie pamiętam. Na początku wojny siostra Stefka wraz z trzema kuzynkami została wywieziona do pracy. Znalazła się we Francji, po wojnie, tam pozostała. W tym mniej więcej czasie Marysia, Józia, Antek również zostali wywiezieni do Rzeszy. 

Tata podobnie jak rodzeństwo opuścił nas, trafił do dużego majątku we wschodnich Niemczech. Ściągnął nas do siebie. To najprawdopodobniej był rok 1941, ponieważ często po wojnie tata wspominał, że w majątku jako robotnicy przymusowi spędziliśmy prawie cztery lata do końca wojny. Majątek nazywał się Friedrichfelde, położony był blisko Argemunde. Blisko górka porośnięta lasem. 

Drogi nie pamiętam. Mama, dwoje rodzeństwa: Kasia, Anna i ja znaleźliśmy się blisko taty. I takie urywane epizody z mojego życia będą towarzyszyć mojej dalszej opowieści. Zamieszkujemy w czterorodzinnym budynku. Tata znał się na pracy przy koniach. Rzetelnie, dobrze zajmował się końmi. Powoził bryczką, dowoził miedzy innymi ciepłą kawę bez cukru dla robotników pracujących na polach (również dla mamy). Właściciel majątku nazywał się Scherman. Kulawy, wspierał się laską jak chodził. Nigdy nie widziałam jego żony i dzieci. Drugą co do ważności osoba był brygadzista. Nazywał się Wichtoch (tak się wymawiało te nazwiska, ale czy dobrze zapamiętałam pisownie, tego nie powiem). On dysponował pracą. W dni robocze rano wchodził do każdego mieszkania robotników aby przydzielić pracę. Wymagał porządku, był na porządek uczulony. Mama z pół godziny przed jego przyjęciem szorowała drewnianą podłogę. Tutaj żywności nie brakowało. Obowiązywały kartki na masło, cukier, buty (między innymi, te towary akurat zapamiętałam). Buty masywne. Zapamiętałam uginające się czubki butów i drewniane podeszwy. Buty marzenie.

Kołchoz w Rurce. Mój mąż z panem Cieślą z Strzelczyna w pobliżu stawu i pałacu. W oddali nieistniejące zabudowania gospodarcze

Nagle na niebie pojawił się mały radziecki samolot bojowy

Nie ukończyłam 14 lat. Pracują od wczesnego ranka dorośli i niepełnoletni, którzy ukończyli 14 lat. Nie przekroczyłam jeszcze tej ważnej tutaj liczby. Jestem wciąż traktowana jak dziecko, co wkrótce się zmieni. Wyznaczano mi lżejszą pracę, gdy była potrzebna siła robocza. Zbierałam ziemniaki do kosza, za każdy uzbierany kosz otrzymywałam kartkę (znaczek). Radość sprawiało mi później przyklejanie znaczków do dużej kartki. Wynagrodzenie otrzymywałam w kopercie.

Mama pracowała przy zbiorach ziemniaków, buraków. Została zastrzelona 20 kwietnia 1945 roku. Biedna była, co ona w tym życiu użyła. Jak to było? Na zewnątrz ustawiono urządzenie do sortowania ziemniaków. Wykonywała pracę, obok jeszcze jedna Polka, para Rosjan i chyba jeszcze jedna kobieta ze wschodu. Nagle na niebie pojawił się mały radziecki samolot bojowy. Pilot a może drugi z obsługi przekonani, że urządzenie do sortowania jest działem – bronią palną, skierowali serię bezpośrednio w kierunku robotników. Wszyscy zginęli na miejscu. Ten gospodarz nie wyraził zgody na taki ludzki pochówek. Upierał się, że zostaną pochowani w mogile zbiorowej, przysypani wapnem, bez trumien. Sprzeciwił się miejscowy kowal. W tym samym dniu odbyło się pięć pogrzebów, jeden po drugim. Pogrzeby odbywały się po cichu, bez obecności innych osób. Dzisiaj gdy opowiadam o tym tragicznym zdarzeniu, mam przed oczyma pogrzeby z początków pandemii koronowirusa. Tylko woźnica, zbita "naprędce" skromna trumna z desek sosnowych, trzy, cztery osoby i strach. Takie mam skojarzenie, to mi przychodzi do głowy.

Tatuś bryczkę miał, cztery konie, siwki piękne. On w czasie gdy pojawił się ten samolot oddalił się od urządzenia do sortowania i tak ocalał. Tatuś to był dusza, do końca życia nie związał się, żył sam, lubił w karty grać. 

Koniec wojny

Gdy się miało ku końcowi, upatrzyłam na łące pasącego się konia. Podchodziłam, nie uciekał, odważnie z ciekawością patrzył mi w oczy, zaczepiał. Kilka razy dziennie przychodziłam na łąkę, przynosiłam coś do zjedzenia. Z daleka głośno reagował, parskał, ogon jak wskazówki dużego zegara kołysał się. Zaprzyjaźniłam się, czekałam na każde spotkanie, prowadzałam po za łąkę na spacer. Nazwałam Gniada. 

Myślę, że zima miała się ku końcowi, wiosna się rozpoczynała. Rosjanie przekraczali Odrę w drodze na zachód. Chciałoby się powiedzieć; jedni „naprędce” uciekali przed drugimi. Moi rodzice pozostali. Tata zaopatrzył wóz w dobre, silne konie. Ze skromnym tobołkiem wyruszyliśmy w kierunku Odry. Z nami, moja kochana klacz Gniada, zawsze blisko mnie. Napotykani po drodze różni ludzie mówili, że po przekroczeniu rzeki wioski i miasta należą teraz do Polski. Namawiali aby się tu osiedlać. Docieramy do drewnianej przeprawy. Oczekuje kilka wozów. Ludzie podchodzą jeden do drugiego, dzielą się tym co usłyszeli. Przyszedł czas na nas. Wzdłuż przeprawy promowej drewnianej na całej długości zamocowany był gruby sznurek. Pomału przemieszczamy się do przodu. Bliżej końca drewnianej przeprawy, obserwuję topiącego się konia. Mocno ściskam napiętą linę i ile mam sił,wciągam konia z pochylonej części mostu do góry. Początkowo idzie bardzo opornie, koń bezradnie próbuje dostać się do poziomu mostu. Szybko dołącza do pomocy tata i jeszcze kilku życzliwych ludzi. Uratowałem konia. Właściwie to dwa konie uratowałam. Ludzie wdzięczni po drugiej stronie Odry podchodzą dziękują, wdzięczni długo jeszcze machają gdy oddalamy się w kierunku zabudowań. Dotrze z nami do małej wioski otoczonej lasem, gdzie przeżyje kilka dobrych lat blisko mnie. 

Małżonek na fotografii wykonanej w czasie kilkuletniego pobytu - pracy przymusowej w Rzeszy

Drewnianym promem na wschodni brzeg Odry

Przeprawą dotarliśmy do zniszczonej Widuchowej. Tutaj zatrzymuje nas umundurowany i cywil. Wychodzą przed jeden z budynków, które ocalały. Witają, pytają o sytuację po tamtej stronie rzeki. Potwierdzają, że jesteśmy już w Polsce. Doradzają aby tutaj zostać. Tata upiera się, że pragnie znaleźć dom z podwórkiem blisko lasu. Odprowadzają do rozwidlenia dróg i wskazują w którym kierunku powinniśmy udać się w dalszą drogę. Widuchowa sprawiała wrażenie opuszczonego miasteczka. Nasz wóz pomału jedzie opuszczonymi ulicami miasteczka.

Wioski mijane po drodze podobnie jak to miasto, które niedawno opuściliśmy wyglądają na pozostawione. Po drodze mijamy ludzi na wozach, żołnierzy jadących na koniach. Pamiętam kobietę z wózkiem głośno płakała, nikogo nie zauważała. Zjeżdżamy z góry do miasta. Co zapamiętałam ? W oddali duży kościół, domy, stodoły. Początkowo zabudowania nie tknięte przez pociski. Im bliżej wielkiego zniszczonego kościoła, tym więcej wokół ruin i cegieł. Co tam gruzu było. Po drodze walające się różne przedmioty, pierze, sterczące koła, zabawki dziecinne. Zapamiętałam skierowaną do nieba sterczącą lufę działa albo czołgu. Ludzi dużo się przemieszczało. Dużo Ruskich mundurowych było.Tak zapamiętałam Chojnę. Stąd zmęczeni lasem dojeżdżamy do wioski.

Wioska przez pewien czas nazywała się Trzcinna później Rurka

Niemców mężczyzn nie było, tylko Niemry, dzieci i starsi ludzie


Nazwa jej brzmiała Rörchen . Z góry tata oceniał gdzie prawdopodobnie nikt jeszcze nie zamieszkał. Upatrzył sobie dom, tutaj się zatrzymaliśmy. Zabudowania z daleka widać, że nieruszone. Większość domów została już chyba zajęta. Niemców mężczyzn nie było, tylko Niemry, dzieci i starsi ludzie. Dwóch księży było na wiosce. Jak dziś pamiętam ich twarze, zachowanie. Była plebania katolicka i ewangelicka. Do dziś przetrwały budynki ceglane przy drodze do Chojny jeden z prawej, gdzie sklep był, drugi z lewej, tam małe krzyże żeliwne w bramie. Ewangelicki pastor opuścił wieś. Katolicki ksiądz przez jakiś czas jeszcze był, chyba tak długo jak przebywali inni Niemcy. Odprawiał msze, był wzywany do ludzi, gdy uznano, że z jakiejś przyczyny powinien być ksiądz. Zmarłych zawijano w dywany i grzebano w ziemi. Po wojnie trumien brakowało. Może stolarzy brakowało? Przyszedł czas, kiedy Niemcy mieli wyjechać za Odrę. On wracali tak samo jak my. Walizki po rowach leżały do samej Chojny. Im ciężko było, mebli żadnych nie brali, tylko walizki. Przez te rowy szli. Część walizek, ciężko widocznie im było, wyrzucali.

Rok 1973. Ja z małżonkiem w Polanicy Zdrój
W domu w którym zamieszkaliśmy mieszkały Niemki, biedne, tułały się. W każdym chyba domu pomieszczenia zajmowali Niemcy. Dwie albo trzy kobiety mieszkały w domu, który zajęliśmy. Praca, pomoc to był ich obowiązek. Stale tą zalewajkę trzeba było im robić. Do nas chętnie w dzień po kilka przychodziło do roboty. Zalewajka zawsze stała przygotowana na kuchni. Nie każdy dawał im pojeść. Drzewo ręcznie rżnęli, ziemniaki w kopcach sortowały. Na polu tez robota była. Nie było tak źle.


Mój mąż Józef Urbaniak


Mój mąż Józef Urbaniak pochodził z Wierzchlasu koło Wielunia. Gdy brał udział w odgruzowywaniu Wielunia został zatrzymany podczas łapanki. Dotarł do dużego miasta Norymbergi. Pracował w dużym magazynie żywnościowym. Nocował w zbiorowym lagrze. Potajemnie ukrywając wynosił z magazynu żywność dla innych kompanów. Został zatrzymany, zrewidowano, znaleziono ukrytą żywność. Był katowany. Majster z magazynu podły był. Takie lanie dostał. Odnalazł rodzinę. Jego najbliżsi zamieszkali po wojnie w Rurce. Przyjechał tu na Pomorze dokładnie 7 stycznia. Tutaj się poznaliśmy. Ślub nasz odbył sięw 1948. Bryczką przystrojoną do małego kościoła w Chojnie. Tam nasz ślub. Zdjęć ślubnych nie posiadam.

Wioska przez pewien czas nazywała się Trzcinna. Pojawił się mężczyzna. To był wykształcony człowiek, był urzędnikiem Komisji Ustalanie Nazw tutaj na Ziemiach Odzyskanych. Chodził, poznawał, rozmawiał z ludźmi, skąd przybyli i tak o wszystkim. Na noc ktoś przenocował. Wyruszał pieszo w teren, wieczorem powracał. Po jakimś czasie nazwę Trzcinna zamieniono na Rurkę.


Powojenna rzeczywistość. Kołchoz


Po wojnie w Rurce powstał kołchoz. Do roboty zapisywaliśmy się. Sama tam przepracowałam ponad 22 lata. W pałacu ulokowano biura, kilka mieszkań podzielili. Kuchnia czynna była, stołówka. Mieszkałam tam kilka lat. W powstałym kołchozie mąż został brygadzistą. Rano ktoś uderzał silnie metalową sztabą, jak w dzwon tak wydobywał się dźwięk. W ten sposób oznajmiano początek roboczego dnia. Ludzie zbierali się na placu. Mąż przydzielał zajęcia. Wiedział gdzie, bo wcześniej w biurze się dowiadywał. Później ludzi pilnował, dojeżdżał do wyznaczonych wcześniej miejsc. W kolejnych latach przyjeżdżali do pomocy młodzi ludzie. Służba Polsce, tak chyba nazywali te grupy. W pałacu przygotowywano im spanie.



Przyszedł rok, że jesienią dzień i noc padał deszcz. Blisko stawów w Rurce utworzyło się bagno. Gniada tam utonęła.

Żyło się dobrze. Co tydzień do pałacu przyjeżdżało ruchome kino objazdowe. Świeże filmy co tydzień.Panie lubię filmy oglądać. Co jeszcze zapamiętałam? Pałac ładny, umeblowanie zostało. Ściany, schody takie. Dyrektorem był Balicki. Za tego dyrektora już pracowałam. W pobliżu pałacu, na drewnianym podeście z malutkich kamieni ułożyłam orła. Pomagała mi koleżanka. Gdzieś zdjęcie było, nie mogę odnaleźć. W pobliskiej kapicy działała gorzelnia. Podobnie jak przed wojną. Urządzenia do destylacji pozostały nietknięte. Tą gorzelnię to szybko zlikwidowali. 

Pracowałam fizycznie, narobiłam się. Pić nie piłam, słomka w buzi, nic nie potrzebowałam, żadnej wody, nic.

Później lżej było, nastąpiła stabilizacja. Co roku wyjeżdżałam na odpoczynek do ładnych miejsc w Polsce. W Czechosłowacji, NRD, na Węgrzech odpoczywałam. Urodziła się córka Agnieszka. Odnalazłam miejsce gdzie mama została pochowana w 1945. Lata coraz szybciej upływają. Małżonek pochowany jest na cmentarzu w Rurce.



Wspomnień pani Broni Urbaniak z Rurki wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w VII 2020.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.