Reklama [góra]


W Myśliborzu po wojnie koty były na wagę złota

Pani Łucja Szczygłowska w przyszłym roku ukończy 100 lat. Wieloletnia nauczycielka, związana silnie z harcerstwem przed i po wojnie. W 1946 roku do Myśliborza dotarli najbliżsi. Pani Łucja odnalazła bliskich. Tutaj drogi ich życia ponownie się połączyły. Po latach traumy wojennej znowu byli razem. Z tym miastem i regionem związała większość swojego życia. Szacowna mieszkanka miasta nad Myślą opowiedziała o latach dzieciństwa i młodości w ukochanym miasteczku na Wileńszczyźnie. Zbieg okoliczności, przypadek - wyprawa z młodymi przemytnikami wojłoków (walonków)za pobliską granicę zdecydował, że Pani Łucja uniknęła wywózki na Syberię w przeciwieństwie do najbliższych, którzy spędzili tam ponad sześć lat. Małżonek Eugeniusz Szczygłowski w czasie wojny był żołnierzem AK, przybrał pseudonim „Ryś”. Po zakończonej wojnie 9 września 1945 roku wraz z wraz z innymi kolegami pod dowództwem Stefana Bembińskiego „Harnasia” uczestniczył w akcji oswobodzenia więźniów. Czterema samochodami militarnymi wjechali w pobliże więzienia, wysadzili bramę więzienną. Przejęli klucze od strażników. Akcja się powiodła. Uwolniono około 300 więźniów, w tym 60 żołnierzy AK.....

Początek lat 30 tych ubiegłego stulecia. U góry Jadwiga (lat 9) i Wanda (lat 12).
Poniżej jestem ja (mam 7 lat) z bratem (5 lat)

Dzieciństwo, młodość na Wileńszczyźnie

Nazywam się Łucja Szczygłowska, z domu Maciusowicz. Urodziłam się 22 listopada 1922 roku.  w Swięcianach. Rodzice Leontyna i Józef. Moje rodzinne miasto – małe moje miasteczko to Święciany na Wileńszczyźnie. Początkowo mieszkaliśmy w środku miasteczka. Później ojciec otrzymał trochę pieniędzy od swoich rodziców z Podbrodzia. Babcia, która mieszkała w Święcianach dodała grosza od siebie. Wymurowali nowy dom. Zamieszkaliśmy w nowym parterowym drewnianym domu za miastem. Było tutaj sześć pokoi, kuchnia i łaźnia. Mama nie pracowała. Hodowała świnie i krowę. Mleko świeże codziennie od krowy, za którym nie przepadaliśmy. Rodzice zmuszali nas abyśmy pili mleko, cóż było zrobić, niechętnie piliśmy to mleko. I tak się żyło. Tatuś był nauczycielem przyrody, geografii w gimnazjum, zastępcą dyrektora i harcmistrzem. Rodzeństwo: siostra Wanda w 1917 urodzona, potem przyszła na świat w 1920 Jadwiga. Rok 1922 - pojawiłam się w tym roku na świecie. Brat urodził się w 1924. Najmłodsza siostra Zofia urodziła się znacznie później, w roku 1931. Zimy były mroźne Dzieciństwo, młodość to jedna para butów. W tych butach szło się do szkoły i w tych samych butach jeździło się na nartach. Suszyło się buty na piecu. Nikt nie miał podwójnych butów jak teraz. Kto wtedy posiadał dwie pary butów ? Górka za domem. Indywidualnie kilka kilometrów w kierunku góry. Z miasteczka dużo ludzi przybywało na wysokie wzniesienie. Mieliśmy normalne ubrania, dresy. Mrozu nie odczuwało się. Po powrocie do domu gorącą herbatę wypijałam. Jazda na nartach nie jest skomplikowana. Metodą prób i błędów uczyliśmy się swobodnie jeździć. Spędzając tak dużo czasu na nartach, każdy z nas szybciej lub wolniej opanowywał jazdę, skręcanie. Pokonywaliśmy kilka kilometrów dziennie. Sport w moim życiu zawsze był i jest ważny.

Inaczej było w ciepłe miesiące – wiosną, latem i wczesną jesienią. Gdy myślę o tym czasie to zawsze w moich wspomnieniach Jezioro Narocz. Jak rodzice mieli czas, udawaliśmy się nad jezioro pływać. Każdy z nas umiał pływać. Wakacje, ojciec bardzo mocno zaangażowany w harcerstwo, był harcmistrzem. – Właśnie tam na oknie ustawiłam kartki z życzeniami świątecznymi od szczecińskiego harcerstwa jakie niedawno otrzymałam. (rozmowa miała miejsce przed świętami Bożego Narodzenia A.D.2020 przypis: AK)

Dom babci Maryny w Nowo - Święcianach

W naszym miasteczku kilka instytucji i Jezioro Nawroć

Kościół duży wybudowany z cegły, blisko plebania. W pobliżu Wilno. Tam jeździliśmy na odprawy harcerskie pociągiem. Wąskotorówka znajdowała się w Nowo Święcianach. Stacja kolejowa znajdowała się w Nowo Święcianach. Od stacji odchodziła kolei wąskotorowa Nowe Święciany- Łyntupy przez Swięciany. Wilno jak zapamiętałam? Bogato urządzone. Tutaj pochowane zostało serce Piłsudskiego, istniał Uniwersytet. Zapamiętałam kilka ulic upamiętniających naszych literatów: Mickiewicza, Sienkiewicza. Najbardziej liczne społeczności: Polacy, Żydzi, Litwini. Gimnazjum do którego uczęszczała nasza młodzież sąsiadowało vis - a - vis z gimnazjum litewskim. Żydzi w swoich rękach trzymali handel. Zapamiętałam, że później powstawały katolickie sklepy. Bojkotowano „trochę”  w tym czasie  handel skupiony w rękach Żydów. Z dworca w Wilnie do siedziby harcerstwa piechotą. Komunikacja miejska skupiona była na autobusowej. Komunikacja tramwajowa tu nie istniała.

Byłam niewysoka, bo babcia wymodliła się abym nie urosła na wysoką kobietę, nie lubiła wysokich ludzi. Tata przeciwnie był wysoki, szybko chodził. Do szkoły zawsze z tatą pieszo. Szkoła znajdowała się z pół kilometra od domu. Początkowo nie nadążałam, później przywykłam do tego stopnia, że gdy urodziłam córkę i syna, spacerowałam z wózkiem szybko. Nie potrafiłam chodzić pomału.  

Nasze miasteczko. Do dworca kolejowego z pół kilometra. Zabudowa w większości stara, wśród nich budynki urzędowe i mieszkalne. Mieszkali blisko siebie Polacy i Litwini ale nie przyjaźniliśmy się specjalnie. Żydów było również dużo. Zdolni, uczyli się dobrze, sportami się zbytnio nie interesowali. W przeciwieństwie do nas, my bardzo interesowaliśmy się sportami. Nie wyobrażaliśmy sobie, żeby nie było łyżew. Kiedyś sami zorganizowaliśmy lodowisko. Okazało się, że spędzaliśmy tu dużo czasu, wyniki w nauce były gorsze. Zlikwidowano lodowisko. W domu narty każdy posiadał, łyżwy nie każdy.

Powroty ze szkoły, mama naturalnie obiad przygotowała. Później czasu trochę dla siebie. Mama nauczyła Jadwigę doić krowy. Miała silne ręce. Gdy na mnie przyszła kolei na naukę wskazywałam na małe dłonie. W pobliżu ogromne jezioro. Mama dobrze pływała. Dzieci musiały mieć zapewnioną opiekę osób dorosłych.

Nasz tata podczas prowadzenia lekcji szkolnych w Gimnazjum w Święcianach

Rodzice

Sowiecka agresja na Polskę nastąpiła 17 IX 1939. Wileńszczyzna w ramach paktu Związku Radzieckiego z III Rzeszą znalazła się pod okupacją radziecką. Już 10 października 1939 roku administracja radziecka przekazała Litwie części obszarów województwa wileńskiego i miasto Wilno. Po zajęciu przez Armie Czerwoną rodzinnych Święcian, miasto zostało przyłączone do Białoruskiej SRR. Wielu Polaków, którzy byli zaangażowani politycznie, wywieziono w głąb Rosji. Oddalone o 10 kilometrów Nowe Święciany zostały przyłączone do Litwy. Nowo utworzona granica rozdzieliła moją rodzinę i babcię.

 8 grudnia 1939 w święto Matki Boskiej nie idę do szkoły

Nie wiedzieliśmy początkowo, że może wybuchnąć wojna. Później takie słuchy chodziły, że coś  rodzice rozmawiają o wojnie. My zastanawialiśmy się co to wojna, kto z kim będzie się bił ? A potem raptem wkroczyli Rosjanie, wkroczyli Niemcy. Ukończyłam naukę w szkole powszechnej, szykowałam się do nauki w gimnazjum. Rosjanie szybko rozprawiali się z władzami szkolnymi. W naszej szkole dyrektor, zastępca czyli mój tata i inni nauczyciele, których uznali z różnych przyczyn za niebezpiecznych, zostali zatrzymani. Pozostawili nauczycieli o poglądach lewicowych. W miejsce nauczycieli zwolnionych zatrudnieni zostali nowi, nieznani. Mama pozostała bez żadnych środków do życia. Po kilku dniach do naszego domu zastukało trzech sowieckich oficerów, z żądaniem udostępnienia jednego z pokoi i zamieszkali.  

Święta, które wcześniej były dniami wolnymi zostały zniesione. I tak 8 grudnia święto Matki Boskiej było odtąd zwyczajnym dniem. W drodze do szkoły spotkałam kilku znajomych. Zdecydowaliśmy, że zbojkotujemy naukę w szkole, udamy się do kościoła. W kolejny dzień wezwał nas do gabinetu nowy dyrektor – Rosjanin. Wyczytał nazwiska uczniów, którzy zostali usunięci ze szkoły. Usłyszeliśmy – „Zabieraj swoje bomagi i idzij damoj”. Zapytałam – „Na zawsze?”. Odpowiedział – „Da wsjegda” . Pięciu uczniów zostało wydalonych. Zastanawiałam się co powiem mamie? Powiedziałam mamie prawdę. Usłyszałam – „Źle zrobiłaś. Co teraz będziesz robiła?”

Kraków - 1937 rok. Wycieczka uczniów z klasy IV z Święcian. Pierwszy z prawej strony w długim płaszczu to tata

Wojłoki czyli walonki przemycamy przez pobliską granicę

A granica była blisko. Polacy handlowali wojłokami. Jeden z chłopaków, który znalazł się w grupie usuniętych ze szkoły przemycał walonki. Jego matka szyła wojłoki – walonki, on przemycał. Zapytałam jego czy weźmie mnie z sobą, a po chwili oznajmiłam, że chcę z nim  jutro przekroczyć granicę. On z bratem i walonkami, a ja z nartami, plecakiem przekroczyliśmy granicę. To był 10 grudnia 1939 roku. Mówię do nich po drugiej stronie w Nowych Święcianach na takiej kościelnej ulicy, że blisko kościoła mieszka moja babcia. Nie dali się prosić. Chwila szczęścia to świadomość, że idę do babci na herbatę. Z tego wszystkiego kilka razy podskoczyłam w górę z radości. Z Witkiem i jego bratem doszliśmy do domu babci, przedstawiłam chłopaków. W chwili gdy babcia chciała podać herbatę przyszli Litwini, nazywaliśmy ich „kałapotosiego” z racji komicznych uniformów, w które byli ubrani. Powiedzieli, że jesteśmy przemytnikami, po czym zaczęli moje ubrania sprawdzać. Babcia po rosyjsku – Zostawcie tą dziewczynę. Oni przystali na to, ale po chwili jeden z nich powiadomił, że jutro musimy wstawić się do starosty. Witka i jego brata zabrali.

Uniknęłam wywózki na Syberię

Rano z babcią udałam się do starosty, który zdecydował, że ja muszę zostać stąd wydalona bo oni Polaków nie przyjmują. Babcia mówiła dobrym litewskim. On zluzował w pewnej chwili, powiedział – Musicie pisać do prezydenta. On uciekł później na Prusy Wschodnie. Udało mi się zostać. W Wilnie Polacy otrzymali możliwość nauki w szkołach polskich. Nauczycielki mieszkające blisko babci gdy się dowiedziały, że przebywam sama na Litwie, zaprowadziły i przedstawiły mnie w domu dla sierot. Tutaj otrzymywałam pomoc. Zostałam na Litwie u babci. Tutaj uczęszczałam do Technikum. Potem tak zrobili, że dużo osób uciekało na stronę granicy z Rzeszą, tam znajdowali pracę. W tym czasie w moim rodzinnym mieście miała miejsce masowa wywózka ludności polskiej w głąb Rosji. Zabrali do Rosji moich bliskich. Uniknęłam wywózki na Syberię.

Podjęłam pracę jako służąca w niemieckiej rodzinie, którzy tu mieszkali. W 1946 moi wrócili z Syberii. Przez około rok poszukiwali dokumentów, nie mogli wyjechać bezpośrednio po zakończeniu wojny. Myśmy wiedzieli, co się mniej więcej dzieje po tej i tamtej stronie granicy bo czytaliśmy lokalną prasę.

Moi ukochani bliscy


Gdy  nieświadoma co mnie czeka, przekraczałam granicę aby udać się do babci, moi najbliżsi pozostali w Swięcianach. Później po kilku latach dowiedziałam się prawdy o wydarzeniach jakie miały miejsce w tym czasie. 

Pokój zajmowany był nadal przez oficerów. Dwóch z nich sprowadziło do naszego domu rodziny. Do jednego z oficerów dołączyła żona z siedmiosiecznym dzieckiem. Do drugiego przyjechała żona z czworgiem dzieci. Po raz pierwszy widzieli piece kaflowe w pokojach. Co jakiś czas kierowali nowe żądania. Zamieszkali w kolejnych pokojach. Zaproponowali, aby mama opiekowała się ich niemowlęciem. 10 października tata został aresztowany. Najprawdopodobniej przeczuwał co się zdarzy. Pozostawił złotą obrączkę i ulubiony zegarek. Tata posiadał w swoim pokoju bogaty księgozbiór. W tym samym dniu Rosjanie dokonali rewizji. Szczególnie pokój taty został dokładnie przeszukany. Książki  rozrzucone pozostawiono. Bieda zaczęła coraz mocniej zaglądać do oczu moim najbliższym. Zdecydowali, że przedostaną się nielegalnie przez granicę do babci (którą wcześniej przekroczyłam z Witkiem i jego bratem). Plan się nie powiódł. W wyznaczonym miejscu panowała zamieć. Zrezygnowani, zawrócili do krewnych, którzy mieszkali w pobliżu granicy. Zima miała się ku końcowi. Oni cały czas z nadzieją, ze uda się. Nie udało się…

Los moich najbliższych

13 kwietnia 1940 roku do drzwi domu krewnych zastukali żołnierze radzieccy. Oni mocno stukali do drzwi, sanie na których zajechali pozostawili pod domem. Szybko okazało się, że moja rodzina znalazła się na liście przestępców, którzy zostali przeznaczeni – skazani na wywózkę do Kazachstanu. Na dworcu w Święcianach oczekiwał na moich ukochanych pociąg z wagonami towarowymi. W tym czasie tata oczekiwał na wyrok i dalszą decyzję co do jego losu w celi więziennej w Święcianach. W pierwszym etapie wywózki utwierdzano ich w przekonaniu, że spotkają się z tatą. W bardzo ciężkich warunkach jechali w nieznane. Podczas postojów otrzymywali kaszę i wodę. Dużo osób zapadało w choroby, umierali. Minęły dwadzieścia dwa dni. Pociąg dotarł do stacji Bułajewo koło Pietropawłowska. Stąd wozami do kołchozu Kaganowicz. Dotarły pierwsze listy od rodziny dowiedzieli się, że tacie zasądzono osiem lat lagru i wywieziono do Mączygorska w obwodzie (obłość) Murmańsk na półwyspie Kola. Stamtąd tata pisał piękne listy do każdego z osobna. Przeżyli piekło na ziemi. Siostry pracowały w państwowym ogrodzie warzywnym. Brat wykonywał ciężką pracę fizyczną – oswajał woły, które stanowiły główną silę zaprzęgową. Był furmanem, rąbał lód do chłodni, pasał byki. Gdy rozpoczęła się wojna niemiecko - radziecka - moich najbliższych wywieziono do Uspienki. Tam głód, bieda. Ratowali się lebiodą, jagodami, grzybami. Zima przyszła sroga. Coraz częściej godzili się z myślami, że śmierć jest już tuż tuż. Mrozy dochodziły do minus 40 stopni C. Zamieszkali w Domu Ludowym, jedzenie przygotowywali na ogniskach. Dwie osoby nie wytrzymały, odebrały sobie życie. Otrzymywali nadal listy od taty. Opisywał w listach swoje kłopoty ze zdrowiem. Do końca pocieszał i wierzył, że wszyscy się znowu spotkamy. Tata opuścił lagier w poważnie złym stanie zdrowia. Zmarł z wyczerpania w Taszkiencie. Znajomy taty, który z nim przebywał w lagrze do końca, dotarł z tatą do Taszkientu. Przez cały czas blisko taty. W Taszkiencie, dokąd dotarli panował tyfus brzuszny. Ludzie zapadali masowo na tą chorobę. Znajomy okazał się bardziej odporny, przetrwał w przeciwieństwie do naszego ukochanego taty.

Na progu domu babci Maryni w Nowo Święcianach - po prawej babcia Marynia, po lewej Wiktoria - przyrodnia siostra babci (mieszkająca wówczas w Kownie)

  Po pięcioletnim pobycie w dalekiej Rosji moi najbliżsi upodobnili się do miejscowej ludności pod względem ubioru. Warunki życia bardzo ciężkie. Dokuczały im komary. Były dni, że w powietrzu unosiły się ich całe chmury. Gryzły potwornie. Lasy, zagajniki wilgotne, to było miejsce ich wylęgu. Owady szczególnie agresywne były wieczorami. W pobliżu słone jeziora, wodę pitna dostarczali im woziwody. Bardzo często to dzieci dźwigały po dwa wiadra na wątłych plecach. Uciążliwe potwornie były również pluskwy, które zagnieździły się w ścianach baraków. Nocą żerowały, potwornie gryzły. Aby uniknąć pogryzień przez pluskwy mieszkańcy nocowali pod chmurką. Ludzie różnej narodowości gromadzili się na placu pod pomnikiem Stalina. Nie ważna była przynależność narodowa i status. Najbardziej dokuczliwe pluskwy okazały się w czasie upałów.  Warunki bytowe wśród miejscowych Kazachów również coraz trudniejsze. Państwo nałożyło poważny kontyngent w postaci zboża i siana. Jako kraj posiadali wiele bogactw. Niestety w  żaden sposób bogactwa nie przekładały się na poziom ich życia. Byli otumanieni polityką przywódców, na czele ze Stalinem.  Panowały różne śmiertelne choroby, między innymi malaria i gruźlica. W przypadku gruźlicy szanse na przeżycie były minimalne. Umierali na gruźlicę rodziny; dzieci później dorośli. Choroby, które dziesiątkowały ludzi były skutkiem głodu.


Z moim mężem

Marzyli o powrocie do ojczyzny

Podczas repatriacji wymagano wniosków o powrót do kraju. Wielu rodaków w 1939 roku podało jako narodowość inną niż polska, w wyniku czego zostali pozbawieni możliwości legalnego powrotu do kraju. Żadne prośby, wyjaśnienia w późniejszym czasie nie pomogły w powrocie tych rodzin do Polski. W asyście miejscowej milicji przedstawiano podpisane oświadczenia z 1939. Z tego powodu dużo rodzin polskich pozostało w Kazachstanie. W taki sposób – widzi pan – Rosjanie umiejętnie wykorzystywali nieświadomość ludzi, którzy przerażeni konsekwencjami wyrzekli się prawdziwej przynależności narodowej. Powrót moich bliskich okazał się również pełen zawiłości. Problemy wyniknęły z innego powodu. Dokumenty zawieruszyły się. Szczęśliwie po jakimś czasie dokumenty odnalazły się. Moi ukochani wyruszyli na zachód. Długa droga powrotna odbywała się również w wagonach towarowych. To był czerwiec. Wszystko było inaczej niż w 1940. Tak później wspominali najbliżsi. Dotarli do Brześcia. Transport ponad tysiąca osób skierowano do Poznania. Tutaj nastąpiło rozdzielenie Sybiraków. Polacy narodowości żydowskiej zostali skierowani przez Wrocław na obszar województwa jeleniogórskiego. Pozostałych Sybiraków skierowano do Stargardu Szczecińskiego. Tutaj dokonano kolejnego podziału. Część skierowano do Myśliborza, pozostałych do Bursztynowa (później Pełczyce).

Bohaterka wspomnień z przyjacielem rodziny Ferdynandem Łukasikiem (XII 2020)

Dotarli do Myśliborza. Przez okres dwóch tygodni przebywali w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym (P.U.R.). Repatriantom, przesiedleńcom Urząd Miasta przydzielał kwatery w mieszkaniach poniemieckich. Moi najbliżsi otrzymali mieszkanie przy ulicy Żymierskiego.  Znajdowało się na parterze, składało z dwóch izb mieszkalnych i kuchni. Elektrownia została zniszczona, prądu nie było. Wspominano, że zamiast syberyjskich pluskiew, harcowały po mieszkaniu szczury. Koty w miasteczku były na wagę „złota”.

Rok 1946

Wojna się skończyła. Oprócz ludzi, którzy poszukiwali szansy do życia, przybywali zwykli szabrownicy. Zabierali to wszystko, co przedstawiało w ich mniemaniu wartość. Dworzec w Myśliborzu był zapchany meblami i różnymi sprzętami. Stopniowo nowo przybyli otrzymywali poniemieckie meble, sprzęty kuchenne wybrakowane przez szabrowników.

Ja z babcią po wojnie mieszkaliśmy nadal w Nowo Święcianach. Babcia Marynia lubiła ludzi; gwar i towarzystwo. Oni zdecydowali, że wraz  z babcią udamy się w daleką drogę do miasta, którego nazwa brzmiała Myślibórz. W roku 1946 opuściliśmy wagon pociągu, nasze tobołki stanęły na peronie dworca kolejowego w Myśliborzu.  Miasto spokojne, bezpieczne.

Zapamiętałam przyjazd do Myśliborza

Ludzie idą od dworca w kierunku miasta. Ciemno było, oświetlenie nie działało. Bliżej rynku dwóch milicjantów stało w pobliżu jadłodajni, baru. Poprzez uchylone okno słabo oświetlonego lokalu wydobywał się gwar; głośne rozmowy i  toasty. Jak to w gospodzie. Zatrzymałam się i nieśmiało zapytałam – gdzie znajduje się ulica Żymierskiego? Wskazali chatkę. Doszłam do celu. Zaczęłam stukać, przeżegnałam się. Po sześciu latach mocno zachrypniętym głosem powiedziałam – Mamo. Po drugiej stronie słyszę mocny głos mojej ukochanej mamy, której nie widziałam sześć długich lat. – Kto tam ? Po chwili drzwi uchylają się drzwi i słyszę – Bożeś mój Bożeś. … Przed sobą widzę: Zosia, która wówczas miała już z czternaście lat i brat z bratową. Takie to było spotkanie moje. Później zaczęłam naukę w Technikum i już mieszkałam u nauczycielki. W domu na Żymierskiego było ciasno.


Szkolny teatr amatorski moją pasją , obok sportu, harcerstwa

Mój mąż Eugeniusz Szczygłowski w czasie wojny był żołnierzem AK, przybrał pseudonim „Ryś”

Po zakończeniu wojny w Radomiu złą sławą okryło się miejscowe więzienie. Więziono tutaj żołnierzy Armii Krajowej, którzy byli przesłuchiwani, bici a wręcz torturowani. Zawsze jeden argument – należałeś do konspiracyjnej organizacji AK. W tej sytuacji podjęto decyzję, że należy pomóc więzionym. Zaplanowano zorganizowanie akcji w celu oswobodzenia więźniów. Mój mąż  wraz z innymi kolegami pod dowództwem Stefana Bembińskiego „Harnasia” we wrześniu 1945 roku uczestniczył w akcji oswobodzenia więźniów. Czterema samochodami militarnymi wjechali w pobliże więzienia, wysadzili bramę więzienną. Przejęli klucze od strażników. Akcja się powiodła. Uwolniono około 300 więźniów, w tym 60 żołnierzy AK. Liczyli, że żołnierzy AK w więzieniu przebywa więcej... Później salwował się wraz z kolegą, który nazywał się Bożek na „Dziki Zachód” – uciekli z Radomia, dotarli do Myśliborza. Tutaj czuli się bezpieczniejsi. Jednak wszystko do  „czasu”. Był poszukiwany. UB swoje wtyki miało i tutaj również ich ludzie teren penetrowali. Zawodowo po przyjeździe do Myśliborza Eugeniusz rozpoczął pracę w Liceum Ogólnokształcącym. Uczył fizyki, chemii, astronomii. Był v-ce dyrektorem i dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego w Myśliborzu. Na Młyńskiej „na górce” w kamienicy, która stoi do dziś istniała siedziba UB. W piwnicach przetrzymywano, przesłuchiwano zatrzymanych. Funkcjonariusze byli bezwzględni. Mój mąż nie uniknął konsekwencji…

Po dłuższej chwili milczenia w pewnej chwili pani Łucja spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała:

- W przyszłym roku 22 listopada skończę sto lat życia. Czy Pan sobie wyobraża jak wiele może się zdarzyć przez długie sto lat, jedno długie stulecie ?



Pani Łucja z autorem publikacji (XII 2020)

Bohaterka wspomnień Łucja Szczygłowska AD 2020


Wspomnień Pani Łucji Szczygłowskiej wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w Grudniu 2020 roku.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.