Od Zubowa do Rudnicy. Wspomnienia Kazimiery Wawrzyńczyk (Wołowicz)



Śmierć dziadka na froncie I wojny światowej

Nazywam się Kazimiera Wawrzyńczyk z domu Wołowicz. Urodziłam się 12 lutego 1933 roku w województwie tarnopolskim, u swojej babci, we wsi Słobódka Strusowska[1].

W czasie pierwszej wojny światowej zginął nasz dziadek Paweł Wołowicz, który miał wówczas stopień kapitana. Pozostawił po sobie czworo dzieci: trzech synów: Mariana, Jana i Jurka oraz jedną córkę – Józefę. Najstarszym z rodzeństwa był mój tata, miał wtedy zaledwie 14 lat. Najmłodsza Józefa miała tylko sześć lat. Z rodzinnych opowieści wiem, że po pewnym czasie do babci przyszło urzędowe zaświadczenie informujące, że jej mąż poległ na froncie. Nie było jednak ciała, pozostał po nim tylko dokument.

Dziadkowie należeli wówczas do zamożnych gospodarzy i posiadali sporo ziemi. Jednak w wyniku wojny ich życie z dnia na dzień bardzo się skomplikowało. Zostali przecież bez mężczyzny, bez gospodarza domu. Rodzinną sytuacją zainteresował się „żywo” miejscowy proboszcz, pamiętam jego nazwisko – Szmelter. Dziadek był blisko związany z kościołem i często wspierał go finansowo. W rozmowie z duchownym babcia przyznała, że ziemia formalnie należy teraz do synów, ona sama nie wie, jak dalej ma sobie poradzić. „Jednak Bóg chciał jakoś pokierować tymi dziećmi”. 

Burza, która odebrała matkę

Nie minęły nawet dwa miesiące, gdy nad Zubowem przeszła gwałtowna burza. Mój tata, jako najstarszy z rodzeństwa, powiedział wtedy do matki, że weźmie szpadel i pójdzie pod  stodołę, aby wykopać rów i odprowadzić wodę, by nie zalała zboża „chcieli uniknąć strat – zgnicia zbiorów”. Mama jednak kazała mu zostać w domu, gdyż w kołysce „na biegunach” spała sześcioletnia Józia. Cała sytuacja skończyła się tragicznie. Piorun uderzył nagle, zabijając na miejscu matkę mojego ojca.

Sieroty – decyzja ciotki Anastazji i rola proboszcza

Dzieci straciły zatem ojca na wojnie, a teraz matkę, pozostając zupełnymi sierotami. W tym okresie żyła jeszcze siostra ich matki – Anastazja mieszkająca po sąsiedzku. To ona podjęła decyzję, że przyjmie dzieci pod swój dach.

Krótko po tej tragedii, proboszcz zapewnił, że nie zostawi Anastazji samej z problemem. Kobieta rozpłakała się i zapytała „Jak mam się odwdzięczyć i co mam ofiarować na kościół za dzieci”. Ksiądz odpowiedział, że zabierze wszystkie dzieci, pośle je do szkoły i zadba o ich przyszłość, ponieważ ma takie możliwości, ale w zamian „chodź 10 morgów musicie przepisać na kościół”. Anastazja nie zastanawiała się długo i zgodziła się te warunki.

 Na początku dzieci codziennie chodziły do księdza, który obiecał szybko wybudować im nowy dom „organistówkę” zlokalizowaną obok plebanii. Nie został jednak rozwiązany los najmłodszej, sześcioletniej Józi. Duchowny zaproponował, by oddać ją siostrą zakonnym w Trembowli, gdzie miała być wychowana. Babcia Anastazja postanowiła jednak, że dziewczynka zostanie z nią jeszcze przez jakiś czas. Ksiądz ostatecznie przystał na jej prośbę.

Fot. 1. Zdjęcie rodzinne. Siedzą babcia Anastazja i dziadek Paweł Nanowscy. Po lewej stronie znajduje się Anna, za babcią stoi Marysia, obok Anny, Marian. Za dziadkiem widoczna jest Emilia – matka, natomiast po prawej stronie znajduje się Michał. Słobódka Strusowska, lata 20. XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Kazimiery Wawrzyńczyk.

Józefa dzieciństwo w klasztorze

Niestety nieszczęścia nie ustawały. Po pewnym czasie mała Józka zachorowała. Ksiądz wezwał lekarza, który zabrał dziewczynkę samochodem do szpitala w Trembowli, prowadzonego przez siostry jezuitki[2]. Józka leżała tam długi czas. Jako sześcioletnie dziecko zdawała sobie sprawę, że jest sierotą. Być może dlatego przełożona często  zabierała ją ze sobą na obchód, „To trzymała jej jakieś pudełko innym razem teczkę”.

Gdy zbliżał się czas jej powrotu, siostry nie chciały, by wracała do Anastazji, ponieważ w  domu chorował jej syn na szkarlatynę[3] i obawiano się o zdrowie dziewczynki. Ostatecznie siostry zakonne zdecydowały się wziąć Józię pod swoją opiekę, jednak babcia Anastazja, musiała przekazać klasztorowi 2 morgi ziemi lub 1000 zł. Józi było tam dobrze, ukończyła „małą maturę”. Po pewnym czasie jedna z sióstr zakonnych z Krakowa zabrała ją ze sobą. Z rodzinnych przekazów wiem, że w trakcie drugiej wojny światowej, Józka uciekła z Krakowa pod Warszawę razem z siostrami do innego zakonu. „Ten ich zakon znajdował się w Piastowie pod Krakowem. I tak samo nazywała się miejscowość, pod Warszawą”. Józka po wojnie przyjechała do Rudnicy, nas odwiedzić.

Edukacja synów i nowe drogi życia

Julek i Janek uczęszczali na miejscu do szkoły podstawowej. Mój tata po ukończeniu siedmiu klas został wysłany przez księdza do Trembowli. Zamieszkał w bursie, zdał „małą maturę”[4], po szkole mógł podjąć pracę „umysłową”. Został pracownikiem poczty.  

Z kolei Jan został oddelegowany do Lwowa „na szkołę muzyczną”. W przyszłości został organistą w kościele – był też moi ojcem chrzestnym. Pamiętam, jak od najmłodszych lat zabierał mnie do kościoła i zrobił mi mały podest. Zawsze mówił, „ty też śpiewaj tylko po cichutku”. Jego chór śpiewał także na weselach u bogatych ludzi i często zabierał mnie wtedy ze sobą.

Trzeci z braci wrócił do babci i powiedział, że zostaje na miejscu.

Rodzice i początki wspólnego życia

Mój tato, Marian Wołowicz, urodził się 1908 roku, a mama Emilia, z domu Nanowska przyszła na świat w 1911 roku. Matka na co dzień mieszkała w Słobódce Strusowskiej, oddalonej o około pięć kilometrów od Zubowa[5]. Rodzice poznali się na zabawie. Po pewnym czasie Emilia zamieszkała ze swoim partnerem w jego rodzinnym domu w Zubowie. Dziadek nie do końca to akceptował, wiedząc, że gdy bracia będą wracać do domu, trzeba będzie im prać i gotować.

Całe gospodarstwo zostało przepisane na mojego tatę, ponieważ był najstarszy z rodzeństwa. Dwa lata przed moim narodzinami, w 1931 roku, rodzice wzięli ślub. W 1938 roku ojciec wybudował własny dom, do którego cała rodzina się przeprowadziła. Z opowieści rodzinnych wiem, że duży wkład w budowę domu miał ksiądz. Projekt budowlany kosztował wówczas 1500 zł, jednak dzięki jego pomocy ojciec zapłacił jedynie 200 zł. W tym samym roku na świat przyszła moja młodsza siostra Irena.

W Zubowie uczęszczałam do szkoły podstawowej, gdzie uczyłam się między innymi języka polskiego i ukraińskiego. Języka ukraińskiego uczyła nas Nadia, córka popa, z kolei polskiego – nauczycielka, której nazwiska dziś już nie pamiętam. Budynek szkoły był wzniesiony z białego kamienia, którego w okolicy było bardzo dużo. Wielu mieszkańców znajdowało pracę przy jego wydobyciu i obróbce, a kamień sprzedawano nawet za granicę. Powstała o nim piosenka „Biały kamień na Podolu”[6].

Wieś i jej życie codzienne

W naszej wiosce działał sklep „Kooperatywa”, prowadzony przez Polaka, chyba o nazwisku Ostrowski. Można było u niego kupić niemal wszystko: wiadra, naftę czy inne potrzebne rzeczy. Gdy kobiety zabiły kurę i oporządziły kurę, sklepikarz odkupywał ją od gospodyń. Był to dobry człowiek, często sprzedawał ludziom „na zeszyt”. W Zubowie swoje zakłady prowadzili również szewc i kowal. Działał także dom kultury, gmina, a nawet przedszkole dla dzieci. Do Trembowli, skąd kursowały pociągi[7] było około 7 kilometrów.  

Zubów był dużą wsią, liczącą niemal 800 numerów. „Wieś była mieszana”, mieszkały tu zarówno rodziny polskie, jak i ukraińskie[8]. Pamiętam dobrze, że we wsi stały studnie przy drogach, „Głównych traktach, nie na podwórku”. Wodę noszono więc do domów w wiadrach, zawieszonych na koromyśle[9]. Wieś była podzielona na części – na przykład na „Staryszkówie”, znajdowały się dwie studnie, kolejne dwie przy szkole i cerkwi, a piąta przy cmentarzu. Wszystkie zbudowane były z białego kamienia, którego w okolicy nie brakowało. Gospodarze ustawiali też na podwórkach beczki, do których zbierali deszczówkę.

Ludzie tych terenów często znajdowali zatrudnienie w dużych gospodarstwach i na polach. Dziadek opowiadał mi, że początkowo zboże przewożone wozami zaprzężonymi w konie, ale „Gadzina”[10] na tym cierpiała, obijając sobie kopyta. Dlatego z czasem z tego zrezygnowano. Na przykład Łemkowie[11], pracujący sezonowo na polach, po zakończeniu żniw zwozili worki ze zbożem do Trembowli. Gdy brakowało worków używano beczek. Stamtąd zboże transportowano dalej między innymi do Krakowa. Na górali mówiono u nas „Kraków”, a na Ukraińców „Hoculi”[12]. To oni najczęściej pomagali przy żniwach.

Na marginesie dodam, że dobrze pamiętam Trembowlę, był tam zamek, a na podzamczu studnia, wokół której stały murowane domy[13].

Tarnopol i rodzina w mieście

Do Tarnopola mieliśmy około 20 kilometrów. Mieszkała tam nasza ciocia Katarzyna Grzyb, po mężu Nanowska. Miała dwóch synów: Jana i Józefa. Chłopacy byli wykształceni „pracowali na urzędach”. Ciocia zajmowała się domem oraz działką, na której uprawiała warzywa. Była to zamożna rodzina, jej mąż pracował w Ameryce i gdy tylko mógł, przyjeżdżał, przywożąc pieniądze. Ich dom był zlokalizowany blisko dworca, przy ulicy Lelewela 9. Drugi dom przy ulicy Polnej, był wynajmowany i należał do naszej rodziny.

Ziemia bogata, ludzie niespokojni

Jeszcze przed wojną na naszych ziemiach osiedlali się nawet Mazurzy. Była tu żyzna ziemia – czarnoziem[14], działały kamieniołomy, a cegłę można było samemu wyrobić. Trzeba było tylko kupić drzewo.

W naszym domu mieliśmy radio. Pamiętam audycję, w których powtarzano hasło: „Guzika nie oddamy”, tato bardzo się wtedy denerwował i mówił „Słyszysz, jak kłamią? U nas Ruski już byli”.

Ojciec przed wojną pracował na miejscowej poczcie. W 1939 roku zdjął mundur, poodcinał wszystkie guziki z orłami i zakopał je za domem. Mama przyszywała mu do koszuli czarne „wyglądał jak wyglądał”. Tłumaczył, że tak chodzi, bo nie ma marynarki. Kilka razy wzywano go na NKWD i pytano, dlaczego tak się ubiera. Odpowiadał „Dajcie mi na garnitur”. Gdy przestał pracować na poczcie, zaczął robić przy kamieniołomach, ale i to  nie trwało długo.

Coraz częściej słychać było, że kogoś zamordowano, ginęli głównie Polacy zwłaszcza ci bogatsi. Ukraińcy nie posiadali takich dużych majątków, jak Polacy. Co więcej, często wcześniej u nich pracowali „Występowała zatem ludzka zazdrość i nienawiść”[15].

Gdy zaczęły się mordy na Polakach, ludzie zaczęli grupować się w domach, żeby było bezpieczniej. Tymczasem Sowieci działali inaczej „ruscy tak szpiclowali”, przyjeżdżali nocą tam, gdzie było niewiele osób. Podjeżdżali samochodami pod domy, dawali ludziom 30 minut na spakowanie rzeczy. Na wyjściu trzeba było oddać kluczę od domu i to był koniec.

Noc po której ojciec posiwiał

W Zubowie dwóch braci, Ukraińców, wybudowało sobie czworak. Jeden z nich należał do bandy, drugi do niczego się nie wtrącał. Pewnego dnia ten młodszy przyszedł do nas i wywołał ojca na podwórze. Powiedział tylko: „Marian bierz kobiety, dzieci i uciekaj”. Dlaczego, tak postąpił, nie wiem. Ojca ludzie lubili. Pracował na poczcie, pomagał innym „Trzeba było komuś napisać podanie pomógł”. 

Któregoś ranka powiedzieliśmy ojcu, że chyba jest chory. Odpowiedział, że nie. Przez jedną noc całkowicie osiwiał. Tej nocy widział przez okno sześciu Ukraińców na koniach oraz dwa samochody. Wśród nich był Piotr Smolak. Nagle podszedł do niego młodszy brat i powiedział „Petro zostaw Mariana, widzisz jaki to spokojny człowiek, zamordowaliście Ludwika, zostawcie go, on wam nigdzie nie ucieknie. Niech się dzieci nacieszą ojcem i nie róbcie alarmu we wiosce. Przyjdzie czas i wyrżniemy wszystkich”. Ojciec wszystko to słyszał.

Tato miał w  domu broń, jako pocztowiec. Z rodzinnych opowieści wiem, że tej samej nocy matka przebudziła się, gdy koń zarżał. Postanowiła wstać, sprawdzić co się dzieje, wiadomo było coraz niebezpieczniej. Zaczęła płakać. Tata natychmiast kazał jej być cicho, żeby nie pobudziła dzieci, które jak wstaną narobią krzyku i dopiero będzie źle. Powiedział wówczas do żony „Patrz mam tu broń, jak będę wiedział, że się dobijają do drzwi, to najpierw zabije dzieci na śpiącą, potem ciebie i na końcu siebie – zdążę. I nikt mi tej myśli nie odbierze”. Rano był już siwy, jak wam wspominałam.

Śmierć Ludwika Stefanickiego

W tym samym czasie Ukraińcy zabili Ludwika Stefanickiego[16], który przywoził ze Lwowa materiały edukacyjne dla dzieci. Chłopak przed wyjazdem chciał pożegnać się z matką. Pamiętam, jak uczył mnie potajemnie z czasopisma „Ster”[17] modlitwy „Zdrowaś Mario”. Często powtarzał, „Wrócę za kilka tygodni, to masz mi powiedzieć z pamięci, gdzie są przecinki”. Mama mówiła mu nieraz, Ludwik odpuść jej, wiesz, jak ona płacze. Brał mnie wówczas za głowę i mówił „Ucz się polskiego, bo z polskim cały świat zwiedzisz”.

Rano przyszła do nas matka Ludwika, zapłakana, zdruzgotana. Odprowadziłam ją do  domu. Chłopak leżał jeszcze w „kukuruzie”. Sąsiad pomógł wyciągnąć ciało i położyć je na wozie. Razem z ciotką liczyłam te 31 ran od bagnetów w jego ciele. Na końcu powiedziała, „Idź Kaziunia, do domu, bo tato będzie na ciebie czekał”.

Ojca jednak już nie było. Poszedł pieszo do Trembowli na pociąg i pojechał do Tarnopola, do ciotki Kasi. Na miejscu powiedział do jej syna, „Słuchaj jedź po ciocie Milę, nie wiem co się stało, ale Ludwik miał już być, a go nie ma, pewnie coś się stało”.

Gdy wróciłam do domu, zapytałam matkę, gdzie jest ojciec. Odpowiedziała, nie wiem, zaraz pewnie wróci. Spytała mnie też, czego się dowiedziałam. Powiedziałam, że stryjka Ludwika zabili, ale to nie były zwykłe kule, bo miał wielkie dziury w ciele. Mama nakazała mi nikomu nic nie mówić.

Ucieczka i życie w ukryciu

Na drugi dzień z Tarnopola przyjechał samochodem syn cioci Katarzyny. Powiedział do Emilii, „Co możesz, to wrzuć na samochód, weź dzieciom także pierzyny. Resztą się nie martw, jakoś zaradzimy”.

W naszym domu, była babcia Anastazja, mama mojej mamy. Bardzo się rozpłakała i powiedziała „Dziecko ja zostanę, z tobą nie pojadę. Ja mam już 80 lat, co mi dziecko zrobią”.  

Gdy dojechaliśmy do Tarnopola, ciocia rozpłakała się na nasz widok. Ktoś musiał wcześniej powiadomić ojca, o tym co się stało z Ludwikiem. Tata powiedział wówczas do mnie „Tyle ty dziecko umiesz, ile cię nauczył, bo teraz już cię nikt nie będzie uczył”.

W Tarnopolu ojciec i ciocia doszli do wniosku, że nie pójdziemy do naszego mieszkania, które mieliśmy w tym mieście. Ktoś już tam mieszkał. Tata mówił, że zna go zbyt dużo osób i bał się Ukraińców. Sądził, że gdybyśmy tam zamieszkali, to mogłoby się to źle skończyć. Zamieszkaliśmy więc u ciotki, na poddaszu, gdzie były dwa pokoje i kuchnia. Do szkoły nawet nie poszliśmy, „Tak żyliśmy jak ci Cyganie”.

Chodziliśmy wyłącznie do kościoła. Pewnego dnia ciocia Kasia, zobrazowała księdzu całą naszą sytuację. Duchowny przekazał ją zaufanej osobie i w ten sposób zrodził się pewien pomysł. Obiecano, że „wkręcą” Mariana do pracy w szpitalu. Został zatrudniony jako ślusarz, a papiery wystawiano tak, jakby „zwariował”. Codziennie chodził do szpitala i wracał do domu. Znajomi nieraz go zaczepiali, ale on patrzył na nich z boku, z nikim nie rozmawiał, bał się konsekwencji.

W tamtym czasie Niemcy stacjonowali jeszcze w Tarnopolu[18]. Z klasztoru do organistówki wypędzono siostry zakonne, a w dużym budynku klasztornym urządzono szpital. Siostry musiały pracować przy rannych niemieckich żołnierzach. Pamiętam, że często bywałam na dworcu kolejowym w Tarnopolu i słyszałam jęki rannych. Chodziłam tam jako swoisty „łącznik” w zamian otrzymywałam od „takiego pana” na przykład torbę ze słonecznikiem. 

Codziennie chodziłam też z ulicy Polnej do śródmieścia z kanką o pojemności 2,5 litra.  Przynosiłam w niej obiad od sióstr zakonnych, które opiekowały się rannymi Niemcami. „Kazano mi usiąść do ławki, odłożyć kankę i modlić się, po jakiś czasie zawsze jakaś siostra przynosiła mi pełną kankę jedzenia” Było to chyba w pobliżu kościoła pod wezwaniem św. Piotra i Pawła[19].   

Decyzja ojca

Ojciec powiedział kiedyś „Jak mnie zabiją to kule, nikt mnie nie będzie zabijał nożami”. Matka strasznie płakała i namawiała go, żeby zrezygnował ze swojej decyzji.

W papierach ojciec miał wpisane, że jest „nienormalny”, choć w rzeczywistości potrafił wszystko naprawić i był bardzo zaradny. Zapewne dlatego podjęto decyzję, że nie zostanie przyjęty do wojska, lecz skierowany do Strusowa, na folwark, gdzie znajdowało się wiele maszyn.

Po pewnym czasie tato razem z Janem Drozdowskim pojechali w pole, aby naprawić zepsutą maszynę. Trzeci z mężczyzn, Stanisław został na miejscu. Po godzinie 16:00  przyjechał goniec ze Strusowa i przekazał, że tej nocy będą spać u sołtysa, a rano przyjedzie po nich samochód. Sołtysem wsi był Ukrainiec, jego żoną Polka.

Noc u Sołtysa

W nocy do domu gospodarza przyjechali Ukraińcy. Jan Drozdowski obudził się pierwszy i zaczął gwałtownie budzić Mariana, mówiąc, że sołtys rozmawia z „ruskimi z lotniska” i pytają o robotników. Po chwili mężczyźni wpadli do pokoju. Jana zabili na miejscu strzałem z broni palnej. Ojciec próbował uciekać przez okno, lecz został schwytany, rzucony na podłogę i brutalnie pobity.

Rano jeszcze żył i powiedział do sołtysa „żeby moja żona dobrze się opiekowała dziećmi”.  W wyniku ciężkiego pobicia zmarł. Tak opowiadała później żona sołtysa. Tato zmarł rankiem 28 sierpnia 1944 roku.

To jednak nie był koniec. Rano sprawcy zapytali sołtysa, gdzie jest trzeci mężczyzna. Ten odpowiedział, że nie wie. Spytali więc jego dzieciaka, a ten jeszcze zaspany odpowiedział nie wiem „psu pod ogonem”. Roześmiali się i odjechali. Trzeci mężczyzna prawdopodobnie wcześniej ukrył się w gnojowniku i dzięki temu ocalał. To był jakiś miejscowy, który pomagał im na polu.

Pogrzeb i ostanie pożegnanie

Wkrótce we wsi pojawił się rosyjski patrol. Jeden z dowódców udał się do księdza i nakazał pochować ojca na cmentarzu w Słobódce Strusowskiej, przy rodzinnych grobach – dziadkach. Tak też się stało. Pod dom przyjechały trzy wojskowe samochody pełne żołnierzy. Zabrali ciało ojca, położyli je na wozie i zawieźli na cmentarz. Ksiądz odprawił mszę, a na zakończenie powiedział „Nie bójcie wszystkich do domu odwiezie wojsko”. Ojciec pracował na poczcie i znało go dużo osób, dlatego na pogrzeb przyszło sporo ludzi. Do dziś jego szczątki spoczywają na tym cmentarzu.

Dziesięć lat temu mój najstarszy syn Zdzisław Wawrzyńczyk pojechał na Ukrainę w ramach wycieczki organizowanej przez nadleśnictwa, żeby zobaczyć, jak wygląda życie u naszych sąsiadów. Odnalazł rodzinny grób i zrobił zdjęcie nagrobka ojca.

Dzień po pogrzebie. Rozmowa z komendantem

Po pochowaniu ojca wojskowi pozostawili nas jeszcze jeden dzień w Strusowie na folwarku. Pamiętam, że zapewniono nam pierzyny, jedzenie i świeże mleko. Zapewniono nas również, że na drugi dzień otrzymamy transport do Tarnopola. Tak jednak zwlekano z tą decyzją, że minął cały tydzień. W tym czasie do matki przyszedł goniec i ostrzegł ją, że grozi nam śmierć. Nie minął nawet dzień, gdy pojawiła się kolejna osoba, przekazując jeszcze bardziej przeraźliwe słowa.

Decyzja matki

Nasza sytuacja była wówczas bardzo trudna. Nie mieliśmy zapasów jedzenia ani drzewa na zimę. Towarzyszył nam  ciągły strach o to, co przyniesie kolejny dzień. Wtedy matka podjęła decyzję. Ubrała nas w letnie płaszczyki i poszliśmy do siedziby miejskiego „wojenkomatu” w Strusowie.

Na posterunku stał żołnierz, który nie chciał nas wpuścić do środka. Wtedy matka zaczęła do niego krzyczeć „To mnie zabij”. Hałas usłyszał komendant, który wyszedł z pokoju i zapytał, czemu ta kobieta tak krzyczy. Emilia odpowiedziała, że chcę się z nim spotkać. Rozmawiali ze sobą po rosyjski. Komendant przez dłużą chwilę przyglądał się mamie i powiedział „Wpuść te rybionka[20]”. Po czym zaprosił matkę do swojego gabinetu. Zza biurka zapytał, co ją do niego sprowadza. Matka stojąc, zakomunikowała po rosyjsku „Jeszcze mój mąż nie ostygł, zabiliście mi męża”. Zapadła cisza. Po chwili Rosjanin, zapytał – masz dowód? Tak oprawcy byli w rosyjskich mundurach. Następnie dodała „Teraz odwołuje się do twojego sumienia. Masz serca trochę, mi już wszystko jedno, nie mam z czego wyżywić swoich dzieci, nie mam opału na zimę. Jeśli mają zamarznąć lub umrzeć z głodu to zabij moje dzieci i mnie, tylko żebym widziała”. My strasznie płakali. Wtedy komendant wziął Emilię za ramiona i powiedział „Siadaj barysznia”. Matka nie ustępowała, kazała się nie dotykać. „Zabiliście mi męża, teraz zabijcie nas”. Komendant odpowiedział kobieto „My nic nie wiedziemy”. Po chwili mężczyzna stanowczo powiedział siadaj. Ja też w Rosji zostawiłem żonę i trojkę dzieci. Nie zabiję was i nie pozwolę was zabić. Matka nie wytrzymała i się rozpłakała. Wtedy „Ruski” zapytał się, co umiesz robić? „Wszystko, bieda nauczyła mnie wszystkiego”. Rozumiem, ale tak, żebyś mogła przeżyć, chleb umiesz piec? Matka odpowiedziała – tak. „Dobrze, a bułki albo pączki? Mamusia powiedziała, że też. Dajcie mi tylko produkty Charaszo barysznia, to my ci pomożemy”.

Zima, która nauczyła życia

Komendant wyszedł z pokoju i po kilku minutach wrócił z innymi żołnierzami. Przez kolejną godzinę siedzieliśmy w stołówce i piliśmy gorącą herbatę. Do wojenkomatu przywieziono butlę z 60 litrami oleju rzepakowego, worek mąki oraz trzy kostki drożdży. Na koniec komendant powiedział do matki, na początek powinno wam to wystarczyć. Zrób o własnych siłach ciasto i bułki. Sama tego sprzedawać nie możesz, „Dam ci kwit. Twoja rebiata, będzie to sprzedawać”.

Kosz pełen chleba, bułek i pączków zaniosłyśmy na rynek do Strusowa. Powiem szczerze, bałam się, że gdy żołnierze dorwą się do wypieków, nie zostanie nam ani grosz. Jednak, gdy wróciłyśmy do domu i matka zaczęła liczyć pieniądze, okazało się, że mamy dwa razy więcej, niż się spodziewałyśmy. Sądzę, że to było wojsko z frontu, chłopaki chcieli zjeść czegoś innego. Tak chodziłam w drewniakach całą zimę z 1944 na 1945 rok, na rynek sprzedawać chleb, bułki oraz pączki.

Wyjazd bez powrotu

W 1945 roku dostaliśmy zgodę na wyjazd od rosyjskiego komendanta. Co więcej, wystawił nam przepustkę, aby nikt nie wyrządził nam żadnej krzywdy.

W Tarnopolu rozpoczęto organizację wyjazdów do Polski. Mamusia poszła i także nas zapisała. Pewnego dnia przyszedł do nas goniec od komendanta i powiedział: „Słuchaj barysznia, jak wyjdziesz z domu, to już nie wrócisz, nasz człowiek zabierze wam klucze, taka jest zasada. Chyba, że przyjmiesz ruskie obywatelstwo to ci pomożemy”. Matka spojrzała na tego mężczyznę, a ten zdzwiony zapytał, czego tak na mnie patrzysz? Ja też mam żonę i dzieci. Tak, ale moje dzieci nie mają ojca. Pojadę tam, gdzie jedzie moja rodzina. Od tej chwili chodził za nami po domu i powtarzał „Bierzcie co chcecie, lecz jak wyjdziecie za próg, to już nie ma powrotu”.

Wagon pełen rodzin

Najpierw zorganizowano transport dla ludzi, którzy dotarli do Tarnopola, a nie byli jego rdzennymi mieszkańcami. Pamiętam, jak matka podawała nam rzeczy do rąk, a my wynosiliśmy je na ulicę. W sumie nie było tego dużo: poduszki, pierzyny i kilka blach chleba owiniętych w płótno[21].

Cały nasz dobytek ułożyliśmy w węglarce. Pamiętam, że w tym mieście mówili na nie „50”. W jednym wagonie znalazło się 12 innych rodzin. Dziś, gdy o tym myślę, nie potrafię sobie tego wyobrazić, jak wszyscy zmieściliśmy tam swój dobytek i siebie nawzajem. Gdy padał deszcz, każdy tulił się, jak mógł, by chronić się przed zimnem.

Postój w Czarnym Lesie

Pierwszy postój miał miejsce jeszcze przed granicą, w okolicach Czarnego Lasu[22], gdzie przed wojną znajdowały się koszary wojskowe. Znałam to miejsce, czytałam o nim w książce oraz w czasopiśmie „Ster”. Nagle wzdłuż składu szedł rosyjski żołnierz z tłumaczem. Zrozumieliśmy, że muszą odczepić dwa parowozy, które bocznym torem pojadą do żurawi wodnych, aby nabrać wody.

W pewnym momencie usłyszeliśmy w oddali strzały. Dziś tłumaczę to sobie tak: gdyby strzelali do nas, to by nas zabili. Wśród ludzi wybuchł przeraźliwy krzyk. Zaczęto śpiewać „Serdeczna Matko” i po chwili strzały „pomału pomału” ucichły. Krótko, po tym dziwnym incydencie nadjechały nasze parowozy.

Pamiętam, że przejechaliśmy Medykę, a stamtąd skierowano nas do Rzeszowa. Na miejscu czekało na nas wojsko i zachęcano wszystkich, by udać się do pobliskiej stołówki, gdzie przygotowano ciepły posiłek. Tego nigdy nie zapomnę. Moim zdaniem żołnierze musieli wcześniej wiedzieć o naszym transporcie.

Pierwsze lata na Śląsku

Nas transport dotarł na Śląsk, gdzie cześć ludzi pozostała w Katowicach. Nasza rodzina przyjechała 19 maja 1945 roku do Bytomia[23]. Na dworcu, jak to dzieci, mieliśmy czekać, natomiast matka wraz ze swoim bratem poszli do miasta, żeby zobaczyć, jak wygląda sytuacja, jakie są zniszczenia i czy można znaleźć wolne mieszkania.

Po pewnym czasie na dworcu pojawili się pracownicy magistratu, którzy tłumaczyli przybyłym, gdzie znajdują się wolne lokalne. Już wtedy starano się rozdzielać według pochodzenia „Kto z miasto – to do miasta, kto ze wsi – to na wieś”. W ten sposób spędziliśmy trzy dni na dworcu.   

Pamiętam, że za Bytomiem, na polach w Karpiu[24], znajdował się obóz dla polskich robotników przymusowych. To właśnie tam mogliśmy się umyć i spożyć posiłki, które nam przygotowano. Otrzymaliśmy również nowe ubrania. Spędziliśmy tam około półtora tygodnia, po czym zostaliśmy zakwaterowani w Bytomiu, przy ulicy Karola Miarki 42. Mieszkaliśmy tam aż do 1948 roku.

W Bytomiu miałam rozpocząć naukę szkolną od nowa. Mój rocznik powinien trafić do piątek klasy. Pamiętam, że w sekretariacie kazano mi się podpisać, lecz ze strachu nie potrafiłam tego zrobić. Kobieta siedząca za biurkiem powiedziała wtedy „O ty dziewczynko, chyba pójdziesz do pierwszej albo drugiej klasy, skoro nawet pisać nie umiesz”. Strasznie się rozpłakałam i powiedziałam mamie, że nie pójdę do żadnej szkoły. Wówczas z biura wyszła inna kobieta i zapytała, skąd ten hałas. Matka odpowiedziała, że córka boi się i nie chce iść do szkoły. Kobieta wzięła mnie za rękę i powiedziała spokojnie „Chodź ze mną, ja cię na spokojnie przepytam”.

Lekarz z Tarnopola – wyjazd do Chojnic

Pamiętam też, że jeszcze w Tarnopolu mieliśmy swojego lekarza, nazywał się Jabrumko, był Żydem i zapisał się na wyjazd do Palestyny. Matka poszła do niego, gdy byliśmy już w Bytomiu, ponieważ moja dwunastoletnia letnia siostra bardzo tyła i jednocześnie miała silne duszności. Po badaniu lekarz powiedział do mamy „Niech pani wyjeżdża z tym dzieckiem nad morze, bo ona ma bardzo słabe serduszko”. Emilia z zaświadczeniem od lekarza poszła do magistratu. Urzędnicy zapisali ją na transport do Chojnic.

Nie tam, gdzie miało być

Otrzymaliśmy osobny wagon. Zaopatrzono nas w jedzenie, „A nawet jakąś szafę nam dali”. Problemem okazała się lokalizacja. Zamiast do Chojnic, dotarliśmy do Chojny. Na miejscu kierownik pociągu polecił matce, zgłosić się do magistratu. Emilia pokazała mu zaświadczenie, że naszym miejscem docelowym miały być Chojnice. Kolejarz odpowiedział tylko „Niech się Pani cieszy z tego, co dostała”. Matka odpowiedziała „No nie wiem, czy się będę cieszyć”. 

Emilia udała się zatem do PUR-u[25]. Na miejscu pokazała wszystkie dokumenty i zapytała, co ma robić w tym miejscu z dwójką małych dzieci: z kim handlować, jak żyć pośród takich zniszczeń. Urzędnik zdecydował, że zostaniemy wysłani gdzie indziej. Ponownie udaliśmy się zatem na dworzec kolejowy. Doczepiono do składu trzy wagony, z których jeden po drodze został odczepiony. Nasza podróż zakończyła się w Siekierkach.

Targowanie się o przyszłość

Na stacji podszedł do nas polski oficer i powiedział, że zaraz przyjdą żołnierze, aby pomóc nam się rozładować. Pamiętam, że ludzi samochodami obwożono po okolicy i pokazywano wolne domy. Matka jednak znów była niezadowolona. Zwróciła się do wojskowego, „Zaraz zaraz, tu same lasy, gdzie ja znajdę pracę, jak ja dzieci wychowam”. I dodała „Nie, ja z wagonu nie wysiadam”. Reakcja wojskowego była jedna „Mocno się zdenerwował”. Wtedy matka opowiedziała całą naszą historię. „Męża zabili Ukraińcy, teraz zabijcie mnie w Polsce”. Po chwili zjawił się inny wojskowy – kapitan. Emilia ponownie opowiedziała całą naszą historię. Mężczyzna spojrzał na nią i powiedział, „Zatrudnię panią na strażnicy u siebie”. Matka zapytała co miałaby, tam robić. Wojskowy powiedział „Sortować ciuchy, prasować. Ludzie na kuchni mają ciężej”. To jednak nie rozwiało jej obaw. Tu nawet szkoły nie ma dla dzieci, wszędzie gruz i zniszczenia. Matka powiedziała, „Nie wysiadam z wagonu. Jak chcecie to mnie wyrzucie, ja będę siedzieć na stacji”. Wojskowy odpowiedział, że nie ma zamiaru nikogo wyrzucać. Tak matka targowała się o naszą przyszłość przez trzy dni.

W końcu ze Szczecina przyjechał inny wojskowy. Zaprosił matkę do swojego samochodu i powiedział, że pokażę, jak wygląda praca na strażnicy. Dodał, że wojsko odbudowało już 42 domu Rudnicy i zapewniał, że wszystko się ułoży, a wojsko pomoże.

Matka zgodziła się. Wybrała ładny dom z trzema pokojami i kuchnią, choć pomieszczenia gospodarczego nie było. W tej kwestii mogło jednak wojsko. Ostatecznie matka podjęła pracę na strażnicy przy bieliźnie. Często jej pomagałam. Do szkoły już nie wróciłam, gdyż życie było ciężkie, musiałam pomagać matce. Bochenek chleba ważący 1,5 kilograma kosztował 8 złotych.

Emilia przez półtora roku starała się o emeryturę wojskową. Gdy ją otrzymała, żywo nam  trochę lżej. Wiosną dużo ludzi dorabiało, pracując w lesie, kto dobrze sadził, ten dobrze zarabiał.

W Osinowie i Kostrzynku po wojnie osiedliło się wielu żołnierzy. Tam także działały strażnice wojskowe. W Osinowie stała duża, piękna fabryka, „A po jej prawej stronie było piękne osiedle, ale tam nikt nie mieszkał”. Często chodzili tam spacery i zwiedzanie, inni jeździli na „szaber”[26]. Starsi opowiadali, że w domach pozostały zapasy pościel i słoiki z przetworami.

Fot. 2. Zdjęcie rodzinne. Od lewej: najstarszy syn Zdzichu; poniżej po lewej stronie Andrzej; w środku Irena w wianku; obok Danusia w warkoczach; na końcu bohaterka fotografii, obok niej mąż oraz jej mama. Stara Rudnica, lata 70 XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Kazimiery Wawrzyńczyk.

Od zabawy do wspólnego życia

W 1950 roku do Rudnicy przyjechała rodzina z Kieleckiego. Pewnego dnia przyjechał do nich brat z Warszawy, nazywał się Julian Wawrzyńczyk. Odbyła się wówczas zabawa na wiosce. „Poprosił do tańca, nie deptał po nogach”. Później się dowiedziałam, że mój przyszły mąż, był dobrym krawcem. Pracował w cywilnym zakładzie w Warszawie. Pewnego razu uszył mundury dla dwóch czy trzech kapitanów. Wojskowi postanowili zabrać go do siebie i odtąd szył już wyłącznie wojskowe mundury na Okęciu.

W 1950 roku wyszłam za niego za mąż, mając 18 lat. Ślub cywilny odbył się w Cedyni, a kościelny w Moryniu.

Fot. 3. Zdjęcie weselne Kazimiera i Marianna Wawrzyńczyk. Stara Rudnica, 1950 rok. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Kazimiery Wawrzyńczyk.

W 1951 roku na świat przyszło nasze pierwsze dziecko, Zdzisław. Po pewnym czasie wyjechałam z mężem i małym dzieckiem do Raszyna, gdzie mieszkaliśmy przez trzy lata, przy samym kościele. Tam urodziła się Danusia (1953 rok). Kolejne dzieci przyszły na świat już w Rudnicy: Irena (1957 rok), Andrzej (1959 rok) oraz najmłodsza Roma (1968 rok).

Fot. 4. Kazimiera i Marian Wawrzyńczyk. Chrzciny syna Zdzisława. Stara Rudnica, 1952 rok. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Kazimiery Wawrzyńczyk.

Moja mama została w Rudnicy. Ja z kolei „wierciłam dziurę w brzuchu dla męża”, żebyśmy wrócili do Rudnicy. Tłumaczyłam mu, że na miejscu nie ma krawca i że będzie miał pracę. W 1955 roku poszliśmy z dziećmi, na otwarcie mostu w Siekierkach[27]. Przyjechał tam jakiś major z WOP-u, który od razu rozpoznał mojego męża. Julian powiedział, że teraz tu mieszka. Wojskowy zapytał, z czego żyjemy. Mąż odpowiedział, że szyje dalej i że na Zachodzie, pracy mu nie brakuje. Po pewnym czasie na nasze podwórko przyjechał wojskowy gazik wojskowy i przywiózł materiał na dwa mundury.

Przyjechał do nas pewnego dnia pan Michał Nizo z Izby Handlowej w Dębnie. Moja mama siedziała wtedy w pokoju z dziećmi. Mężczyzna przedstawił się i powiedział: „Dzień dobry, Pani Milu”. Matka odpowiedziała, że nie przypomina sobie, aby go znała. Wówczas pan Nizio zaczął opowiadać historię naszej rodziny i okazało się, że moja mama bardzo dobrze znała jego ojca. Jego rodzina miała drugi majątek w Strusowie, obok ziemi naszego dziadka.

Kontroler poprosił, żeby zrobić mu wiejską kawę z mlekiem. Po jej wypiciu powiedział „co tu zrobić z Pani córką”. Moja mama odpowiedziała, że oni nie mają żadnych majątków. Mąż w końcu zapytał wprost, po co pan przyjechał. Kontroler odpowiedział „coś wam pokaże, bo jesteśmy z jednej wsi. Okazało się, że ktoś doniósł na męża, gdyż wiadomo szył po cichu dla ludzi. Julian nie miał zarejestrowanego zakładu”.

Pan Nizio powiedział, że nie ma innego wyjścia, Julian musiał wziąć dodatkowe siedem hektarów ziemi na siebie, albo miał skończyć z szyciem. Matka się odezwała, przecież ja ma siedem hektarów ziemi i moje dzieci mi pomagają. Usłyszała jednak, że to za mało. Ojciec przyznał się, że szyje i że ma maszynę. Nizio zapytał, gdzie trzyma skóry. Julian powiedział, że nocą przybija skórę do podłogi i robi obrysy, a w dzień chowa pod podłogę. Pamiętam jak dziś słowa kontrolera. „Ty mój żołnierzu, i tak ci ludzie twojej ciężki pracy zazdroszczą”.

Finał był taki, że mama miała przepisać swoje siedem hektarów ziemi na mnie. Powiedziała, że już wcześniej to proponowała, ale młodzi nie chcieli się na zgodzić. Pan Nizio stwierdził na koniec, że jeśli Julian będzie miał trzynaście hektarów ziemi i pojawi się kolejna skarga, nikt nie będzie się nią przejmował, „ bo będzie oparcie, że pan pomaga państwu, a że szyjesz po godzinach, to już twoja sprawa”.

Gdy otrzymaliśmy wezwanie, pojechaliśmy do sądu w Gryfinie. Urzędniczka zapytała, dlaczego mama nie podała, ile miała hektarów w Rosji. Matka odpowiedziała, że nie wyjechała z Rosji, tylko z Polski. Kobieta stwierdziła, że w dokumentach widnieje większy areał. Mama powiedziała „tyle ile mi przyszło na myśl tyle zapisałam”. Na koniec zapytała, to na kogo przepisujemy ziemię, na córkę. Emilia powiedziała, że nie, na dwójkę na córkę i zięcia.

Po pewnym czasie pan Nizio przyjechał zobaczyć, gdzie mamy pole. Powiem wam, że mój mąż na rolnictwie „to się słabo znał”, ale dostał kolejną radę. „Jak ma pan takie duże znajomości, to proszę jechać do PGR-u, oni pomogą, pan im pomoże. I tak się stało. Mężczyźni razem pojechali także do Osinowa, gdzie mąż dostał pracę w PZZ i pracował tam, aż do emerytury.

Nie nacieszył się jednak długo życiem, trzy lata po przejściu na emeryturę zmarł. Zostałam sama.

Fot. 5. Mąż Julian na wozie, na dole bohaterka podaje siano. Stara Rudnica, lata 60 XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Kazimiery Wawrzyńczyk.

Sanktuarium w Siekierkach

Kiedy przyjechaliśmy do Rudnicy, były tam dwa zniszczone kościoły[28]. W jednym z nich na słupach wisiały łańcuchu, a w środku były końskie odchody. Świątynia była mniejsza i miała dziurę w dachu, prawdopodobnie po bombie. Udało ją odbudować, kobiety malowały ściany pędzlami zrobionymi z trawy. Jak równano gruzy, to okrywano silosy z wapna, którym później bieliliśmy ściany. Początkowo wodę nosiliśmy z kanału. Gdy siadało się na ławkach, człowiek cały był biały, jakby je czymś bielono. Dlatego przenieśliśmy ławki z drugiego kościoła.

Po jakimś czasie przydzielono nas do Klępicza, gdzie pracował January Żelawski. Ksiądz przyjechał, zobaczył kościół i trud, jaki włożyliśmy w jego odbudowę. Przyjechał także biskup gorzowski, aby poświęcić świątynię, „gdyż chcieliśmy chodzić do kościoła, nie budynku”. Biskup zobaczył, czerwoną, starannie umytą posadzkę oraz szachownicę ułożoną z tataraku, który mężczyźni nacięli nad kanałem. Zachwycony zapachem zapytał, kto miał taki pomysł.

Pewnego dnia przyjechał do Rudnicy „Niemiec” i wręczył 800 złotych na kościół. Powiedział, że uciekł stąd zza Odrę i że był tu kościół katolicki. Odpowiedziałam, że wiem tylko w innym miejscu. Odpowiedziałam, że wiem, gdyż ze stamtąd mamy drewnianą pasyjkę. Mężczyzna powiedział, że krzyż zrobił, jego dziadek.

Za parę tygodni ksiądz zostawił zapalony paschał kościelny przy beli drewnianej. Zadymił cały kościół „żyletkami skrobaliśmy, że tę szadź zerwać”.

Wspomnień Pani Kazimiery Wawrzyńczyk wysłuchali we wrześniu 2025 oraz styczniu 2026 roku autorzy publikacji Michał Dworczyk i Andrzej Krywalewicz.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.



[3] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/P%C5%82onica (dostęp 12.12.2025 r.).

[4] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ma%C5%82a_matura (dostęp 12.12.2025 r.).

[6] Zob. https://archiwumpiesni.pl/song?id=319 (dostęp 04.12.2025 r.).

[8] W 1921 roku Zubów był wsią sołecką, parafia Ostrowczyk, gmina Darachów. Mieszkańców było 813 w 148 domach: w tym 385 Polaków, 428 Rusinów. W 1931 roku było mniej mieszkańców: 728, i mniej domów: 144. Polacy stanowili ok. 40%. Zob. https://mojekresyy.blogspot.com/2012/10/zubow.html (dostęp 09.12.2025 r.).

[9] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Koromys%C5%82o (dostęp 04.12.2025 r.).

[10] Przest. ogół zwierząt hodowanych w gospodarstwie wiejskim. Zob. https://wsjp.pl/haslo/podglad/97997/gadzina/5238935/domowa (dostęp 09.12.2025 r.).

[12] Polski wybitny znawca Huculszczyzny, geograf, krajoznawca i piewca Huculszczyzny Henryk Gąsiorowski (1878-po 1939) napisał, że „Huculi to najciekawszy zabytek etnograficzny nie tylko na ziemiach polskich, lecz i w Europie”. Stanowią oni niespotykaną gdzie indziej mieszaninę antropologiczną i kulturową. Można spotkać wśród nich typy polskie, ukraińskie, węgierskie, rumuńskie i ormiańskie (bo z tymi narodami mieli codzienną styczność), a nawet cechy antropologiczne południowosłowiańskie, albańskie, tureckie, tatarskie i cygańskie. Zob. https://dk.com.ua/polacy-na-huculszczyznie-1/ (dostęp 09.12.2025 r.).

[13] Do dzisiaj z twierdzy ostały się wały, mury obwodowe i zarysy baszt. Jest stąd najpiękniejszy widok na miasto i okolicę. Zob. https://www.kresowianie.info/artykuly,n883,trembowla_jej_mieszkancy___w_historii_i_w_oczach_kresowian.html (dostęp 09.12.2025 r.).

[14] Zob. Prof. J.H., Co daje województwo tarnopolskie gospodarstwu domowemu, „Wschód Lwów Stanisławów Tarnopol”, nr 94, 1938, s. 7.

[15] Od 2007 roku IPN prowadzi dla terenów powojennej Polski długofalowy program „Straty osobowe konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939–1947. Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Pami%C4%99%C4%87_o_zbrodniach_OUN_i_UPA (dostęp 09.01.2025 r.).

[16] Takie informacje można znaleźć na stronie Facebook (przyp. aut.). 16 lipca 1943 roku we wsi Podhajczyki pow. Trembowla: „16.VII.1943. Stefanicki – absolwent gimnazjalny – zamordowany” (AAN, AK, sygn. 203 /XV/ 28, k. 73 – 90). Inni: We wsi Podhajczyki Justynowe pow. Trembowla: „16.07.1943 r. został zam. Stefanicki, absolwent gimnazjum” (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw.). W mieście powiatowym Trembowla „16.07.1943 r. został zamordowany Stefanicki, absolwent gimnazjum”. (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie...,jw.). Zob. https://www.facebook.com/ludobojstwo (dostęp 12.12.2025 r.).

[18] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tarnopol (dostęp 08.01.2026 r.).

[20] Wpuść te dzieci (przyp. aut.).

[21] Zob. szerzej. K. Oczko-Kędra, Przesiedlenie ludności polskiej z województwa tarnopolskiego w latach 1944–1945 w świetle raportów obwodowej Delegatury Rządu RP na Kraj w Czortkowie, s.51-61.

chrome-extension://efaidnbmnnnibpcajpcglclefindmkaj/https://polska1918-89.pl/pdf/przesiedlenie-ludnosci-polskiej-z-wojewodztwa-tarnopolskiego-w-latach-%2C4558.pdf (dostęp 23.01.2026 r.).

[23] Zamiarem władz było skierowanie w drugiej połowie 1945 r. jak największej części transportów ze wschodu w stronę Wrocławia i dalej, tak by w miarę szybko i sprawnie zapełnić osadnikami miasta i wsie Dolnego Śląska. Jednak większość przybyszów, po dotarciu do punktów etapowych PUR na Górnym Śląsku, bynajmniej nie zamierzała jechać dalej. Bytom czy Gliwice, a w najgorszym razie położone nieco dalej na zachód Opole były postrzegane jako kres podroży. Zob. B. Tracz, Byle nie dalej na zachód! Polacy z Kresów na Górnym Śląsku, Przystanek Historia https://przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/wysiedlenia/88828,Byle-nie-dalej-na-zachod-Polacy-z-Kresow-na-Gornym-Slasku.html (dostęp 10.01.2026 r.).

[24] J. Lusek, Praca przymusowa jeńców wojennych w Bytomiu w latach II wojny światowej, w: Oblicza Wojny, t. 4, Łódź 2021.

[27] R. Michalak, Strategiczna zapasowa przeprawa kolejowa na Odrze koło Siekierek. Rocznik Chojeński 3, 2011, s.131.

Prześlij komentarz

Nowsza Starsza