IDZI. Poszedłem szukać jajka, a znalazłem... wojnę.


Fot. 1. Idzi.  Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Rodziny Burchot.

Nazywam się Idzi Burchot. Moja ukochana mama nazywała się Agnieszka Burchot.  Chciałbym podać datę swoich urodzin i… tutaj trochę się zaczyna komplikować. Prawidłowo urodziłem się 1 września 1929 w rodzinnej wiosce, która nazywa się Nowa Wieś Książęca[1], jednak dokumenty, którymi posługiwałem się jako dziecko w Rzeszy zaginęły. Pod koniec lat czterdziestych, w czasie, gdy zamieszkałem na Ziemi Szczecińskiej, musiałem wyrobić sobie nowe dokumenty. Potrzebny mi był odpis aktu urodzenia, więc usiadłem i napisałem pismo do urzędu w Bralinie[2]. Nowa Wieś Książęca zawsze pod ten urząd należała. Tam były wszystkie nasze księgi. Jak tak pisałem to podanie, to mi się te wszystkie stare czasy przypomniały. Podałem imię, nazwisko, datę i imiona rodziców. Niby to tylko parę danych na kartce, ale człowiekowi od razu przed oczami stanęła ta nasza wieś i wszystko, co się tam działo. Zastanawiałem się nawet, czy te moje papiery w ogóle tam jeszcze są, czy ich wojna nie spaliła. Wysłałem ten list i czekałem, aż z Bralina przyjdzie potwierdzenie, że ja to ja. W końcu przyszedł list. Urzędnik musiał się pomylić przy przepisywaniu, bo datę urodzenia wpisał inną, ale tak już zostało. Nikt tego potem nie poprawił i w papierach do dziś mam ten rok trzydziesty. Przez tę pomyłkę urzędnika wyszło na to, że jestem o rok młodszy od swojej żony, chociaż tak naprawdę urodziliśmy się w tym samym roku. Często się z tego potem śmialiśmy, że mąż młodszy od żony, a wszystko przez jeden ruch pióra urzędnika tam w Bralinie.

Wychowywał mnie dziadek, ponieważ moja mama, krótko po tym, jak mnie urodziła, wróciła do pracy. Pomagała w polu, pracowała – sprzątała w pobliskim pałacu. Z dzieciństwa pamiętam przede wszystkim chwile spędzane w obecności dorosłych, taką osobą był dziadek. Wraz z upływem lat zacząłem odkrywać świat i nawiązywać koleżeństwa. Jednym z ulubionych miejsc była okolica stawów położonych we wsi, niedaleko majątku. Po zimie, gdy rzeka występowała z brzegów, tworząc rozlewiska na łąkach, biegliśmy tam, by brodzić w wodzie. Istotną rolę w naszym życiu pełnił także kościół usytuowany na wzniesieniu oraz grób proboszcza Michała Przywary[3] – dla mieszkańców był to nie tylko ksiądz, lecz również pisarz, którego bajki i legendy były czytane i znane. Mieszkaliśmy na samym skraju Polski. Granicę z Niemcami mieliśmy niemal na wyciągnięcie ręki, w zasięgu wzroku. Droga z Nowej Wsi prowadziła prosto do granicy.Dla nas, dzieciaków, to przejście graniczne nie byłżadną wielką placówką ani twierdzą. Pamiętam to tak: stało tam zwykle czterech żołnierzy. Nazywaliśmy ich kopistami (od KOP  Korpusu Ochrony Pogranicza[4]). Pilnowali porządku, sprawdzali, kto przechodzi, ale dla nas to byli swoi ludzie. Nie baliśmy się ich. Nie postrzegaliśmy ich jako jakiejś groźnej armii, tylko jako stały element krajobrazu. Ot, mundurowi, którzy zawsze tam byli.

Fot. 2.Maria Idzi z synem Wacławem.  Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Rodziny Burchot.

Obraz wykonany techniką akwarelową przez Marka Jakubiszyna. Przedstawia on zdarzenia z opowieści Idziego, utrwalone okiem autora, by oddać autentyczność tamtych chwil.

1 września 1939 roku rozpoczęcie roku szkolnego miało się odbyć o godzinie 10. Czułem głód, więc pobiegłem z domu prosto do obory — lubiłem świeże jajka, które najchętniej piłem od razu. Taki miałem swój zwyczaj. Wchodziłem po wysokiej drabinie pod sam dach stodoły. Przeciskałem się przez małe okienko, które służyło do przewiewu albo żeby wrzucać tamtędy siano prosto z wozu, jak z pola przyjechało. W naszej wiosce stodoły były duże. Pamiętam, jak przy żniwach dostawiało się do nich te długie drabiny od pola. Wszystko było widać – jak wozy zjeżdżały, jak ludzie ciężko pracowali. My, dzieciaki, patrzyliśmy na tę robotę, to było nasze życie. Na poddaszu, wśród siana, często szukałem jajek schowanych przez kury. Tym razem nie było inaczej. Zanim zszedłem na dół, wypijałem ich kilka. Przez to okienko miałem widok na całe podwórko, na drogę i dalej, w stronę sąsiedniej wioski. Zazwyczaj było tam pusto i spokojnie. Czasem tylko dziadek przeszedł przez podwórze, przemknął jakiś kot albo pies zaszczekał. Zobaczyłem dwóch mundurowych, szli sobie środkiem ulicy. Patrzyłem na nich przez chwilę, ciekawy, co to za ludzie, aż nagle jeden z nich podniósł głowę i popatrzył prosto na mnie. W tej samej chwili poczułem, że już za późno, żeby się schowaćNie mogłem się ukryć ani zejść, bo ten człowiek mnie zauważył. Zatrzymałem się ze strachu, patrząc mu w oczy. Po chwili stali mundurowi obok drabiny, szybko zrozumiałem, że mówią w niemieckim języku, że to niemieccy żołnierze. Zastanowiłem się o co tutaj chodzi, przecież jestem na swoim podwórku. Jeden z nich nagle jakby oburzony mocno machał ręką, coś mówił głośno. Poszedłem po jajka, a spotkałem wojnę. Tak to się u nas, w Nowej Wsi, zaczęło.

Fot. 3. W tym domu mieszkałem. Odwiedziny w Nowej Wsi Książęcej z córką Halinką. Zdjęcie wykonał syn Bogdan. Fotografia  z prywatnego archiwum Rodziny Burchot.

Pierwsza wioska w Hesji

Ściągnęli mnie z tego mojego strychu i zabrali. Miałem wtedy dziesięć lat. Wywieźli mnie pociągiem aż do Hesji, do Frankfurtu nad Menem. W trzydziestym dziewiątym jako dziesięcioletnie dziecko, trafiłem do Frankfurtu nad Menem.

Nigdy nie zapomnę tego dworca – był tak ogromny, że zdawał się nie mieć końca. Wszędzie mundury, „szczekanie” rozkazów i ten huk pociągów. Tam nas dzielili. Dorosłych brali do fabryk, a nas, dzieciaki, rozsyłali tam, gdzie brakowało rąk do pracy. Stałem na tym wielkim peronie, mały chłopak z polskiej wsi. O czym wtedy mogłem myśleć, co mi po głowie chodziło?  Dziś nie jestem w stanie powiedzieć. Z dworca we Frankfurcie wrzucili nas na pakę ciężarówki. Jechaliśmy niezbyt długo, aż stanęliśmy w jakiejś wiosce, której nazwy nie potrafię dziś spamiętać. Tam odbywał się wybór. Niemieccy bauerzy podchodzili, patrzyli na nas jak na inwentarz. Jeden z nich wskazał na mnie – małego, dziesięcioletniego chłopaka. Kazali mi schodzić. Szedłem za nim w milczeniu, nie wiedząc, czy jeszcze kiedyś zobaczę swój dom w Nowej Wsi. Tak trafiłem do pierwszego gospodarstwa, gdzie zamiast zabawy, czekał na mnie gnój w stajni i ciężka praca od świtu do nocy. Tak zaczęła się moja szkoła życia. Trafiłem do gospodarstwa. Była tam gospodyni, kobieta około czterdziestki, jej dwie córki i taki pomocnik, miejscowy chłop. Jej mąż służył w Wehrmachcie, podobno gdzieś na wschodzie. Ten pomocnik to był dziwny człowiek. Myślał, chyba że na całym świecie jest tylko jedna mowa. Jak do mnie mówił, a ja nie rozumiałem, to się denerwował. Krzyczał coś tym swoim bełkotem, gestykulował, a potem odchodził, mówiąc do siebie pod nosem. Myślał, że to ze mną jest coś nie tak.

W domu miałem tylko swój kąt w sieni. Stał tam mały stolik z obrusem i jedno krzesło. Tam spożywałem posiłki. Była to granica, której nie miałem prawa przekraczać; odczuwałem to intuicyjnie i nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek znajdował się w pokojach lub kuchni tego domu. Zimą w tej sieni było tak zimno, że jadłem najszybciej jak się dało i uciekałem do obory, żeby chociaż trochę się ogrzać od zwierząt. Nie mieszkałem w domu, lecz w oborze. Spałem w tej oborze na strychu, na wąskim drewnianym łóżku z materacem wypchanym sianem. Jak przyszła mroźna zima, to budziłem się z tego zimna i cały drżałem. O spaniu nie było mowy. Schodziłem wtedy po drabinie na dół, do krów. Stawałem blisko nich, a nawet przytulałem się do ich ciepłych boków, żeby tylko przestać drżeć z zimna. One mruczały, oddychały spokojnie, a ja chłonąłem to ciepło albo ustawiałem się pomiędzy nimi, bo od ich ciał i oddechów szło ciepło. Jak już trochę odtajałem, wracałem na górę i przykrywałem się starą, zużytą pierzyną. Przez kilka tygodni nie miałem nawet nic na przebranie, chodziłem w tym samym, aż w końcu gospodyni przyniosła mi jakąś odzież. Wszy mi dokuczały, a ona... gospodyni była milcząca. Nigdy nie widziałem, żeby się uśmiechnęła.

Minął tak cały rok. Byłem już tym wszystkim strasznie zmęczony. Nie miałem w sobie ani siły, ani żadnej radości z tego, że zaczyna się nowy dzień. Czułem się, jakby ze mnie uszło całe życie. Był sierpień 1940 roku. Jak co dzień rano, poszedłem pieszo na łąkę pod lasem. To było przy takim rozwidleniu dróg jedna szła do lasu, a druga do większego miasta. Wzdłuż tej drogi ciągnęły się tory kolejowe. Leżałem sobie na trawie, między kwiatami, zupełnie bez sił. Nagle usłyszałem gwizd lokomotywy i ten rytmiczny stukot kół o szyny. Podniosłem się powoli i patrzyłem, jak pociąg nadjeżdża w moim kierunku. Jechał powoli, sapał, a ja nie mogłem oderwać od niego wzroku. Ten widok pociągu, który skądś przyjeżdżał i dokądś jechał, był dla mnie w tamtej chwili czymś niezwykłym.

Lokomotywa i wagony zrównały się ze mną. Pociąg jechał tak powoli, że przypominało to jazdę na rowerze. I wtedy przyszła ta jedna myśl: zostawić to wszystko, wskoczyć na schody wagonu, złapać się poręczy i po prostu odjechać. Nie myślałem wtedy, co będzie dalej ani czy mój los się poprawi. Chciałem po prostu uciec z tego miejsca. Najgorsza ze wszystkiego była ta samotność. Nie miałem tam nikogo. Te dziewczyny od gospodyni żyły swoim życiem, nie było żadnego rówieśnika, do którego można by gębę otworzyć. Człowiek traktowany był tam jak przedmiot, który miał jedynie pracować i jednocześnie nie odzywać się. Myśl o wskoczeniu do tego pociągu nie dawała mi spokoju, jakby kusił mnie do tego sam diabeł.

To był pociąg towarowy. Jechał tak wolno, że widziałem wszystko dokładnie. Niektóre wagony miały te duże, przesuwne drzwi otwarte na oścież – pewnie przez ten sierpniowy upał. Pomyślałem wtedy: teraz albo nigdy. Wystarczyło podbiec, złapać się tej metalowej poręczy przy wejściu i wskoczyć do środka, na dechy. Myślałem tylko o tym, żeby dłonie mi się nie ześlizgnęły, żeby ten metal mocno trzymać. Te otwarte drzwi to była moja szansa. Chciałem po prostu znaleźć się w tym ciemnym wagonie i żeby ten pociąg mnie stąd zabrał, bylebym tylko nie musiał już tam wracać do tej obory i do tej ciszy. Poznałem trochę „języka”. Źle mi tam było. Podjąłem decyzję i wskoczyłem.

Jechałem tym pociągiem, sam nie wiem jak długo. Gorąc był straszny, a te deski na podłodze i ścianach wagonu aż parzyły. W końcu pociąg zahamował i stanął.

Fot. 4. Maria i Idzi. Ślub w 1954 roku. Zdjęcie z prywatnego archiwum Rodziny Burchot.

Druga wioska w Hesji

Pociąg zatrzymał się na jakiejś stacji. Pomyślałem, że to moja szansa – zeskoczyłem szybko, żeby nikt mnie nie zauważył. Najbardziej bałem się kolejarzy i niestety, biegłem przed siebie, nagle na mojej drodze pojawili się umundurowani kolejarze. Jeszcze cały czas wierzyłem, że uda mi się skręcić, gdzieś w bok. Nie udało się. Capnęli mnie. Pytali się co ja robię. Kiedy próbowałem coś wyjaśnić, oni zauważyli, że mówię w obcym języku. Wtedy zatrzymali mnie i zaprowadzili najpierw do dyżurki kolejowej, czyli małego, ciasnego pomieszczenia na stacji. Tam dyżurny ruchu siedział za biurkiem, a ja musiałem czekać w rogu pokoju. Ktoś cały czas na mnie zerkał, pilnował, żebym znowu nie spróbował czmychnąć. Niedługo potem przyjechała żandarmeria. Pojawił się żandarm, wziął mnie ze sobą i zawieźli mnie na posterunek miejscowej policji. Pamiętam to uczucie, jak siedziałem w ich aucie czy na wozie byłem taki mały przy tych ich mundurach i blachach. Na posterunku nikt się ze mną nie patyczkował. Tam, z tego wszystkiego, z tego strachu, co to ze mną teraz zrobią i z wielkiego zmęczenia, po prostu w kącie zasnąłem.

Na posterunku do niczego się nie przyznałem. Powiedziałem tylko, że moi rodzice nie żyją. Pewnie dlatego nie odesłali mnie z powrotem, tylko trafiłem do kolejnego gospodarza. Znowu do pomocy, ale tym razem gospodarstwo było jeszcze większe. Moje życie tutaj było jeszcze gorsze niż poprzednio. I znowu ta sama, dobijająca samotność. Przebywałem tam do kolejnej wiosny, ale dzisiaj te wszystkie miesiące zlewają się w jedną szarą kulę. Nie chcę o tym pamiętać.

Przez długi czas codziennie trząsłem się ze strachu, że nagle zjawi się ten nerwowy pomocnik z poprzedniego miejsca, że mnie rozpozna i wyda. Na szczęście tak się nie stało. Moim światem znowu stała się obora wypas krów, karmienie, sprzątanie. Mieszkałem w małym pokoiku na strychu w dużym domu, ale o samych gospodarzach trudno mi dziś cokolwiek powiedzieć. Byli dla mnie jak cienie. Nie pamiętam ich twarzy, nie pamiętam rozmów. Byli po prostu częścią mojego życia tutaj. W tym drugim gospodarstwie była łazienka. Miałem swobodny dostęp do wody i dostałem czystą odzież na zmianę. Dzięki temu, po tym wszystkim, co przeszedłem wcześniej, wreszcie nie miałem wszy. To była dla mnie wielka rzecz – móc się umyć i nie czuć tego wiecznego drapania. Mimo że wciąż byłem tam zupełnie sam, to przynajmniej pod tym względem było mi lżej.

Mimo samotności i tego, że właściwie nie miałem tam z kim słowa zamienić, był jeden jasny punkt – wypas krów. Gdy wychodziłem z nimi na łąkę, czułem ulgę. To był dla mnie jedyny prawdziwy wypoczynek, bo byłem tam sam, z dala od ludzi, od ich spojrzeń i swoich obowiązków. Wśród tych zwierząt miałem święty spokój. I właśnie tam, w tej ciszy, podjąłem decyzję. Pewnego wiosennego dnia po prostu zostawiłem pasące się krowy i odszedłem. Nie obejrzałem się za siebie. Tak to się skończyło zostawiłem je na tej łące i ruszyłem przed siebie, szukać innej drogi.

Miałem to szczęście, że buty były wygodne, co w tamtej drodze było dla mnie najważniejsze. Spałem w stogach siana, a zatrzymywałem się tylko przy rzekach, w miejscach, które wydawały mi się bezpieczne. Teren robił się coraz bardziej górzysty, wszędzie było pełno potoków. Woda w nich była czysta, nadawała się do picia, więc chociaż pragnienia nie czułem. Gorzej było z jedzeniem. Żywiłem się głównie jabłkami i owocami, które znalazłem po drodze. Dzisiaj sam się dziwię, że od tej surowizny nie dopadła mnie jakaś choroba, że nie miałem żadnych problemów z żołądkiem. Po prostu organizm dawał radę. Gdy słońce zachodziło, czułem się bezpieczniejszy, bo trudniej było mnie dostrzec, ale wtedy przychodził chłód. Jak tu zasnąć, gdy wieczory takie zimne? Nagle, gdy już traciłem siły, wyrosła przede mną stodoła. Stała z dala od innych zabudowań, co było dla mnie idealne. Wślizgnąłem się do środka i okazało się, że to owczarnia.

W owczarni było ciemno, ale czułem to znajome ciepło zwierząt. Byłem głodny tak, że aż skręcało w brzuchu. Jako chłopak z gospodarki umiałem przecież doić krowy, więc i z owcami sobie poradziłem. Podchodziłem do nich i doiłem mleko prosto do ust. Ciepłe, gęste mleko. W kącie owczarni, gdzieś na boku, znalazłem też kawałki wysuszonego na kość chleba i wiaderko, do którego mogłem wydoić owcę. Przecież w coś trzeba było wydoić. Dla mnie to było jak skarb. Maczałem ten twardy chleb w udojonym mleku, żeby trochę zmiękł, i powoli go jadłem. To mnie uratowało. Po tym jak się najadłem, zasnąłem w sianie blisko zwierząt. Rano obudził mnie niemiecki głos; zobaczyłem mężczyznę, który przyszedł do owiec i z nimi rozmawiał. Zmuszony sytuacją, nie opuszczałem kryjówki i zsikałem się pod siebie. Spędziłem tam jeszcze jedną noc, a potem ruszyłem dalej pieszo i biegiem. Zastanawiałem się, przed czym właściwie uciekam. Po noclegu w owczarni zatrzymywałem się w różnych miejscach lasu, odpoczywając na mchu. Niedaleko domu z gospodarstwem zobaczyłem kobietę wieszającą pranie; jej spodnie i kapota wydały mi się w sam raz na mnie. Z powrotem na legowisku obserwowałem podwórko i rozmyślałem, co zrobić dalej. Gdy pies szczekał, spojrzałem w stronę podwórka i zobaczyłem furmankę z koniem oraz kobietę z dziećmi idących do gospodarza. Odjechali razem, a pies biegał po podwórzu. Gdy poczułem głód, zdecydowałem się zejść na dół, nie obawiając się psa. Zdjąłem z sznurka ubranie, które dobrze na mnie pasowało, i przebrałem się. Podszedłem do drzwi domu i okazało się, że nie były zamknięte. Wślizgnąłem się do kuchni. Na stole leżał chleb, a obok była komórka – spiżarnia. Gdy tam wszedłem, uderzył mnie przyjemny chłód, tak inny od tego upału na dworze. Przez chwilę stałem tam nieruchomo, chłonąc to zimne powietrze. W komórce znalazłem wszystko, o czym marzyłem: wędlinę i kamionkę pełną smalcu. Najpierw wypiłem kilka jajek jedno po drugim, a skorupki rozgniotłem w kieszeni. Jadłem łapczywie, ile tylko sił starczyło. To, czego nie zdołałem zjeść na miejscu, upchnąłem pod bluzę, żeby mieć zapas. Tak obładowany, wybiegłem z powrotem i gnałem przed siebie. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Ledwo co byłem tak mocno najedzony, pierwszy raz od wielu dni i nagle organizm się poddał. Straciłem świadomość. Upadłem gdzieś po drodze i zupełnie nic więcej nie pamiętam.

Fot. 4. Maria i Idzi. Rok 1984. Zdjęcie z prywatnego archiwum Rodziny Burchot.

W końcu spokojniej

Znalazł mnie starszy mężczyzna, który przejeżdżał tamtędy furmanką. Poczułem jego dłoń na ramieniu. Potrząsał mną i coś mówił w swoim języku – pewnie pytał, co mi jest i skąd się tu wziąłem. W jego oczach nie było złości, patrzył na mnie po ludzku, jak na kogoś, kogo życie po prostu przerosło. Obok na drodze stał wóz, koń spokojnie skubał trawę, było cicho. Wstałem, choć świat jeszcze trochę wirował mi przed oczyma. Mężczyzna pokazał na deskę do siedzenia z przodu wozu. Wdrapałem się na górę i usiadłem obok niego. Dopiero wtedy, gdy się wyprostowałem, przyjrzałem mu się uważniej. Zauważyłem, że nie ma prawej nogi. Zamiast niej posługiwał się starą, drewnianą nogą – prostym szczudłem przymocowanym rzemieniami. Robił to z taką wprawą, tak zwinnie, jakby używał jej od urodzenia. Jechaliśmy, przed sobą widziałem sporo domów i zabudowań. Pomyślałem, jesteśmy na miejscu. Dom duży, stał z boku, trochę tak wyglądał, jakby były ukryty. W środku poznałem żonę inwalidy, byli bezdzietni. Byłem wykończony, głodny, rzeczy, które miałem na sobie spalili, włosy obcięli, wymyli, nakarmili. Zasnąłem błogim snem. Spałem trzy dni i trzy noce.

Obecnie uważam, że ten starszy mężczyzna ocalił mi życie. Jak się później okazało, był on inwalidą wojennym z okresu I wojny światowej. Wioska nazywała się Langenhain[5].

Stało się tak, że zacząłem chodzić do szkoły. Ci ludzie przedstawili mnie jako swojego dalekiego krewnego, którym postanowili się zaopiekować, i to wystarczyło. Nie znam szczegółów, nie pamiętam dzisiaj dokładnie, jakich argumentów użyli ani co dokładnie powiedzieli sąsiadom czy nauczycielom. Jako dziecko po prostu przyjąłem to, co mi dali – nową tożsamość i szansę na naukę. W szkole uczyłem się języka i powoli poznawałem ludzi. Nie było już obory ani ucieczki przez góry. Były ławki, lekcje i nowi koledzy. Chłonąłem wszystko, co działo się wokół mnie, starając się po prostu odnaleźć w tym nowym świecie. To był czas, kiedy zacząłem rozumieć, że życie może wyglądać inaczej niż to, co znałem do tej pory. W gospodarstwie nie byłem jedynym przyjezdnym. Był tam też Rosjanin, wołali do niego Kola, później mi wyjaśnił, że jego imię brzmi w takim pełnym słowie Mikołaj. To on wykonywał ciężkie prace na polu i w obejściu. On był tym prawdziwym robotnikiem, a ja – dzięki moim opiekunom – mogłem żyć inaczej. Od samego początku jakoś sobie dobrze przypadliśmy do gustu, pomimo, że byłem dziesięć lat młodszy. Dużo ze mną rozmawiał. Opisywał mi swoje rodzinne miasto – duże, z trolejbusami na ulicach i portem, do którego wpływały statki. Opowiadał o dużych plażach nad wodą i o swojej dziewczynie, za którą bardzo tęsknił. Słuchałem tych historii z ciekawością, bo pokazywały mi świat, którego nie znałem. Zżyliśmy się bardzo. Były dni, kiedy rozmawialiśmy godzinami, ale bywały i takie, gdy po prostu milczeliśmy. Pomagałem mu we wszystkim, na co tylko pozwalał mi czas po szkole. Czułem się przy nim tak, jakby był moim starszym bratem albo ojcem. W tym obcym kraju, pośród obcych ludzi, to właśnie z nim czułem się najbardziej u siebie. Przebywałem tutaj przez trzy lata. Dobrze się uczyłem – w pierwszym roku ukończyłem dwie klasy niemieckiego oraz nauczyłem się pisać i czytać gotyckim pismem. W Niemczech nie posługiwałem się imieniem Idzi, otrzymałem z czasem dokumenty.

Szybko robiłem postępy, bo nauka przychodziła mi z łatwością, a z czasem zauważyłem, że coraz sprawniej posługuję się językiem – zarówno w mowie, jak i piśmie. Ta biegłość okazała się bardzo pomocna po wojnie, kiedy mogłem pomóc, na przykład przy sporządzaniu wniosków o odszkodowanie lub redagowaniu pism do urzędów dla osób zwracających się do mnie o pomoc.

Koniec wojny. Wioska znajdowała się blisko granicy francuskiej, dokładniej to w Hesji, niedaleko Frankfurtu. Kiedy wojna się kończyła, przyszli tam Amerykanie. Pamiętam ich czołgi i ciężarówki z białymi gwiazdami na maskach. Nie było wielkich walk w naszej okolicy. Po prostu nagle Niemcy zniknęli, a na drogach pojawili się żołnierze w obcych mundurach. Dla nas to był znak, że można wyjść z ukrycia. Amerykanie nie interesowali się zwykłymi ludźmi w gospodarstwach. To wtedy poczuliśmy, że naprawdę nadszedł koniec.

Fot. 5. Zdjęcie z prywatnego archiwum Rodziny Burchot.  

Ucieczka na DKW

Wojna się skończyła i w okolicy zrobiło się straszne zamieszanie. Niemcy uciekali, a na drogach pojawiali się Amerykanie. Kola nie czekał na to, co będzie dalej. Wiedział, że to jest ten moment. Poszedł do garażu pod domem i wyprowadził motocykl gospodarza to było czarne DKW RT 125[6]. Gospodarz używał go, bo dzięki bocznej przyczepie nie musiał podpierać się nogą, której nie miał. Kola nie pytał nikogo o zgodę. W tym całym rozgardiaszu uznał, że ten motor to nasza jedyna szansa, żeby stąd odjechać i wreszcie być wolnymi. Postawił maszynę na nóżkach przed domem, sprawdził, czy wszystko gra i kazał mi wsiadać. Przyczepa była mocno przykręcona śrubami, więc mogłem tam bezpiecznie usiąść. Wyruszyliśmy z gospodarstwa i po drodze zatrzymaliśmy się kilka razy, pokonując dystans około dwustu kilometrów. Nasze DKW szło jak burza, ale wiedzieliśmy, że paliwo wiecznie trwać nie będzie. Wtedy Kola zaczął uważniej przyglądać się poboczom. Drogi były zawalone porzuconym sprzętem – Niemcy zostawiali wozy i uciekali do lasów. Kola miał nosa. Zaczął się zatrzymywać przy tych wrakach. Raz, drugi... aż w końcu przy jednym z porzuconych wozów znalazł metalowy kanister. Odkręcił go, powąchał i uśmiechnął się to była benzyna. Od razu przelaliśmy ją do baku DKW, aż paliwo stało pod sam korek. Resztę, co została w kanistrze, Kola ostrożnie wcisnął w przyczepie, pomiędzy nas, żeby nikt tego nie widział i żeby nam nie wypadło. Z takim zapasem czuliśmy się jak królowie drogi. Mogliśmy jechać dalej bez strachu, że staniemy gdzieś w polu. Jechaliśmy dalej, aż zaczął zapadać zmrok. Byliśmy już bardzo zmęczeni. Nagle przy drodze pojawiła się stara cegielnia. Kola nie zastanawiał się długo – po prostu skręcił i wjechaliśmy do środka. To było dobre miejsce, bo nikt nas tam nie widział z drogi. Kola zgasił silnik i w hali zrobiło się zupełnie cicho. Postawiliśmy DKW między starymi piecami. Wyciągnęliśmy jakieś jedzenie, które mieliśmy ze sobą, i tam, na twardym, przespaliśmy tę pierwszą noc. Najważniejsze, że motor był bezpieczny i mieliśmy dach nad głową. Następnego dnia rano musieliśmy ruszać dalej, bo do rogatek Berlina było jeszcze sporo kilometrów.

Kolejną noc spędziliśmy w stodole. Znaleźliśmy ją na skraju jakiejś małej wioski, kawałek od głównej drogi. Kola po prostu wjechał do środka, a ja od razu poczułem ten zapach suchego siana i kurzu. To było o wiele lepsze niż zimna cegielnia. Kola wepchnął nasze DKW głęboko w siano, tak żeby z zewnątrz, przez szpary w deskach, nic nie było widać. Sami też zakopaliśmy się w sianie, żeby było nam cieplej. Pamiętam to uczucie po całym dniu trzęsienia na motocyklu i huku silnika, w tej stodole było niesamowicie cicho i spokojnie. To tam, w tym sianie, najlepiej nam się spało. Rano Kola odgrzebał motor, sprawdził, czy wszystko gra i znów ruszyliśmy w stronę Berlina.

Gdy dojechaliśmy do zachodnich przedmieść Berlina, spotkaliśmy grupę ludzi. Byli tam amerykańscy żołnierze w swoich charakterystycznych hełmach i inni cywile, którzy tak jak my wracali z przymusowych robót. To od nich Kola dowiedział się, że wjazd do samego centrum motocyklem to zły pomysł.

   Tam jest teraz piekło na drogach tłumaczyli mu. Barykady, pełno wojska, każdy chce coś zabrać. Nie przejedziecie przez te wszystkie posterunki z motorem. Tu niedaleko jest stacja kolei miejskiej. Zostawcie motor u kogoś w szopie albo przy dworcu i wsiadajcie w pociąg. S-Bahn dowiezie was prosto pod dworzec główny, tam, gdzie zbierają się wasi.

Kola popatrzył na mnie, na nasze zakurzone DKW i na kanister, który wieźliśmy. Zrozumiał, że to najlepsze wyjście. Znaleźliśmy miejsce, gdzie motor nie rzucał się w oczy i tam go zostawiliśmy. Wzięliśmy tylko nasze tobołki i ruszyliśmy w stronę peronów.

Na dworcu w Berlinie czuć było, że wojna skończona.

Pociąg w nieznane

Na dworcu w Berlinie panował obłęd. Tysiące ludzi walczyło o każdy centymetr miejsca w wagonach. Kola szukał pociągu, który jechałby na wschód dla mnie to miała być droga do Polski, dla niego pierwszy etap powrotu do Rosji, do swoich. Chciał dojechać gdzieś bliżej swojego kraju. W tym całym zamieszaniu, pilnując tobołków i siebie nawzajem, wskoczyliśmy do wagonu towarowego, który wydawał się zmierzać w dobrym kierunku. Nikt nie sprawdzał biletów, nikt nie dawał gwarancji. Pociąg ruszył. Dopiero po wielu godzinach, gdy słońce zaczęło inaczej kłaść się na torach, a pociąg zaczął mijać lasy i jeziora, których po drodze minęliśmy kilka, dotarło do nas, że nie jedziemy prosto na wschód. Przez przypadek, los rzucił nas do pociągu jadącego do Szczecina. Przekonani byliśmy, że to kolejne niemieckie miasto.

Pociąg z Berlina nie mógł wjechać do Szczecina. Mosty na Odrze, te potężne stalowe konstrukcje, leżały poskręcane w wodzie, skutecznie odcinając Dworzec Główny od świata. Nasz skład zaczął zwalniać i skręcać na południe, omijając centrum miasta. Prowadzili nas „dołem”, jakimiś zapasowymi torami, przez zarośla i spalone przedmieścia. Skręcił gdzieś w bok, jakby maszynista prowadził parowóz z wagonami drogą okrężną, aby tylko nie zbliżyć się do rzeki tam, gdzie mosty były zerwane. Wreszcie pociąg z głośnym zgrzytem hamulców wtoczył się na stację Szczecin Dąbie[7]. Kiedy stanął, wyjrzeliśmy na zewnątrz. Na spalonym budynku dworca widniał tylko jeden napis, wymalowany tymi ich kanciastymi, gotyckimi literami: Altdamm[8]. Nie wiedzieliśmy wtedy, że to jest jakieś „Dąbie”, ani tym bardziej że ten cały Stettin ma kiedykolwiek stać się polskim miastem[9]. Dla nas to były po prostu kolejne niemieckie miasto.

Dąbie nie było zwykłą stacją. To była brama, której pilnował stały, radziecki garnizon[10]. Oni tam nie tylko przejeżdżali – oni tam rządzili. Widziałem ich posterunki przy kilku rozjazdach, widziałem oficerów z teczkami, którzy z groźną miną sprawdzali listy przewozowe. Myśleliśmy, że jedziemy do Polski, a wylądowaliśmy na jakiejś wielkiej, obcej stacji, gdzie wszystko wokół – od tabliczek na drzwiach po napisy na rozjazdach – było po niemiecku. Pociąg z Berlina wtoczył się na stację i stanął. To był czas na krótki spacer i rozeznanie się. Ludzie, zmęczeni wielodniową podróżą w ścisku, zaczęli otwierać drzwi i wysiadać na peron. Każdy miał swój powód: jedni chcieli się przewietrzyć, inni sprawdzić miasto, które mogło niedługo stać się polskie, lub szukać pomocy. Wtedy pojawili się na peronie sowieccy strażnicy, którzy pilnowali transportu, zaczęli stanowczo żądać, aby nie opuszczać wagonów. Nie było dyskusji. „Nazad!” – niosło się po peronie. Ci, którzy już poczuli twardy grunt pod nogami, nie chcieli wracać do dusznego wnętrza. Wśród nich byliśmy my ja i Kola. Od słowa do słowa wywiązała się szarpanina. Kola, nie wytrzymał. Widziałem to z bliska: wymierzył jednemu z Sowietów potężny cios prosto w twarz, wtedy było jasne, że nie ma już powrotu do wagonu. Pierwszy żołnierz odbezpieczył swoją broń, po czym w krótkim czasie pozostali również przygotowali broń do użycia. Kola rzucił się do ucieczki, ale nie w stronę wyjścia z dworca, tylko wzdłuż sąsiedniego toru. Tam, po drugiej stronie peronu, akurat przemieszczał się inny skład. Może stał tam wcześniej, a może właśnie przejeżdżał bez zatrzymania przez Altdamm tego nie wiem. Ważne było tylko to, że ten pociąg jechał na wschód, w tym samym kierunku, w którym my chcieliśmy dotrzeć do Polski, a Kola do swojej ojczyzny. Widziałem, jak Kola biegnie co sił w nogach, goniąc ostatnie wagony. Sowieci mierzyli mu w plecy, a on, w tym niesamowitym biegu, wyciągnął ramiona i chwycił się poręczy jednego z wagonów. Jednym sprawnym ruchem wciągnął się na stopnie i zniknął mi z oczu w huku strzału. To była ostatnia chwila, gdy widziałem osobę, która przez ostatnie miesiące była dla mnie bardzo ważna. Nie miałem czasu na rozpacz. Wykorzystując chwilowe zamieszanie, gdy wszyscy strażnicy patrzyli w stronę uciekającego Koli, zanurkowałem pod nasz stojący pociąg. Przetaczałem się pod osiami, chcąc uciec jak najdalej od peronu i karabinów. Bałem się, że odkryją, że przyjechaliśmy razem. Gdy wyłoniłem się spod wagonów na pusty tor, nastąpiła chwila grozy. Z prawej strony, zaledwie kilkanaście metrów ode mnie, nadjeżdżał kolejny pociąg. Nie było czasu na strach instynktownie wykonałem kolejny koziołek, wypadając poza zasięg kół. Leżałem w pyle, czując na twarzy podmuch pędzących wagonów. Za plecami, przez huk maszyny, słyszałem tylko to, o czym nie da się zapomnieć. Inni, którzy próbowali uciekać tak jak ja, nie mieli mojej sprawności albo szczęścia. Słyszałem głuche uderzenia o nasyp, miażdżenie bagaży i krzyki ludzi, które nagle, brutalnie urywały się w pół słowa, zagłuszone przez rytmiczny stukot kół po szynach.

Obraz wykonany techniką akwarelową przez Marka Jakubiszyna. Przedstawia on zdarzenia z opowieści Idziego, utrwalone okiem autora, by oddać autentyczność tamtych chwil.

Noc w trzcinach nad jeziorem Dąbie

Biegłem przed siebie, nie oglądając się za siebie. Moimi jedynymi towarzyszami były gruzy zniszczonych domów, sypiące się pod butami cegły i spalone, unieruchomione na wieki pojazdy, które straszyły na pustych ulicach Altdamm. Intuicja prowadziła mnie w stronę wody. Dobiegłem do brzegu jeziora i wpadłem w gęstą ścianę trzcin. Naiwnie wierzyłem, że im głębiej wejdę w ten szeleszczący pas, tym bardziej stanę się niewidzialny. Przypuszczałem, że w nocy Rosjanie mogą szukać tych, którzy uciekli z transportu. Wokół mnie nie było nikogo – tylko chłód, wilgoć i strach. Znowu byłem sam. W końcu, wycieńczony, położyłem się na zimnej, mokrej ziemi, wciąż ukryty w szuwarach. Zasnąłem twardym, gorączkowym snem. I wtedy przyśnił mi się on. Widziałem Kolę w tym pociągu, do którego udało mu się wskoczyć. Stał w ostatnim wagonie, patrząc przez szklane drzwi na oddalające się tory, na to miejsce, gdzie mnie zostawił. Nagle poczuł czyjeś uderzenie w ramię. Odwrócił się, a tam stała jego uśmiechnięta dziewczyna, jego rodzice, a na samym końcu... ja. W tym śnie wszystko było dobrze. Kola był szczęśliwy, dom był blisko. Kiedy wyciągnął do mnie rękę, chciałem mu wykrzyczeć całą swoją radość: „Tak, Kola, tak strasznie się cieszę!”. I w tym momencie się obudziłem. Szczęście zniknęło. Został tylko zimny poranek nad jeziorem, mokre ubranie i przerażająca cisza pustego brzegu.

Później wędrówka ulicą Gryfińską 

Wyszedłem z tych trzcin i poszedłem przed siebie. Nie chciałem wracać do torów, bo tam wciąż było słychać pociągi, więc ruszyłem w drugą stronę. Szedłem tą ulicą, którą dziś znam jako Gryfińską[11]. Od strony jeziora domy były wypalone, ale dalej, te niższe kamienice i domki jednorodzinne stały całe. Widać było, że ludzie już tam mieszkają, ale ja byłem zbyt wystraszony, żeby do kogokolwiek podejść[12]. W głowie miałem tylko ten strach i to, co stało się z Kolą. Po prawej stronie drogi zobaczyłem wóz. Stała tam furmanka, a przy niej mężczyzna w roboczym ubraniu, który spokojnie palił papierosa. Jak go zobaczyłem, to aż mi stanęło serce – ten wóz był dokładnie taki sam, jak te u nas, w Poznańskiem. Od razu zrobiło mi się jakoś raźniej. Nabrałem zaufania i podszedłem. To był Polak. Powiedział mi, że wraca z młyna. W Dąbiu były wtedy poniemiecki młyn i w środku leżało jeszcze sporo mąki w workach. Ten człowiek mi wytłumaczył, że nikt tam sobie tak po prostu nie wchodzi. Mąki pilnowały polskie patrole społeczne. Wszystko było pod kontrolą, a mąkę wydawali po trochu, była reglamentowana. Stałem tam przy tej furmance i słuchałem go.

W ten sposób znalazłem schronienie u rodziny Leszczyńskich w Podjuchach. Zajmowałem umeblowany pokój.

Powrót do domu

Gdy po pięciu latach wróciłem do domu, mama przez chwilę mi się przyglądała. Potem nagle objęła mnie ramionami i długo trzymała w ciszy, wypowiadając tylko dwa słowa: – Ty żyjesz!

Teraz to nastał w moim życiu czas ciszy, po życiowych zamieszaniach, pragnąłem ciszy. Zatrudniłem się w małej ubojni, przy uboju rytualnym i wytwórni mięsnej.

Zacząłem pracę w Kępnie[13] w takim momencie, kiedy wszystko jeszcze było prywatne. To były te pierwsze lata po wojnie, od czterdziestego piątego do czterdziestego siódmego roku, kiedy państwo nie zdążyło jeszcze wszystkiego odebrać ludziom. Wtedy w każdym miasteczku, na wielu ulicach, otwierały się małe ubojnie, warsztaty i zakłady wędliniarskie. Każdy chciał być na swoim, każdy chciał po prostu pracować. Trafiłem do dwóch braci Żydów. Oni prowadzili ten swój zakład po swojemu, rzetelnie. Jeden pilnował uboju – a robili tam ten specyficzny ubój rytualny – a drugi, młodszy, znał się na wyrobach jak nikt inny. Pilnował receptur, żeby wędliny miały ten swój smak. Wtedy to było normalne: szło się do konkretnego rzeźnika, do konkretnego fachowca. Nikt nie patrzył na to, czy to zakład państwowy, bo takich prawie nie było. To był dla mnie dobry czas. Później, gdy przyszły lata stalinizmu i ta cała bitwa o handel”, zaczęli te małe zakłady zamykać albo odbierać właścicielom. Ale dla mnie te dwa lata u braci Żydów to była prawdziwa szkoła życia i zawodu.

To, co zobaczyłem w piwnicy.

U braci pracowało mi się dobrze. Miesiąc po miesiącu nabierali do mnie zaufania. Wszystkie drzwi stały przede mną otworem ubojnia, dobudówki, cała piwnica pod domem. Tylko jedno pomieszczenie w tej piwnicy było zawsze zamknięte na klucz. Na początku mnie to nie obchodziło, ale potem zauważyłem, że bracia tam wchodzą i siedzą w środku. Czułem, że coś tam chowają. Raz się zdarzyło, że drzwi nie były domknięte. Zobaczyłem uchyloną, grubą drewnianą futrynę. Nie wytrzymałem, zajrzałem do środka. Właściwie to się tam wcisnąłem. W pomieszczeniu stała maszyna, na stole leżały równe arkusze papieru. Ale najbardziej zapamiętałem zapach. To był mocny zapach farby, taki chemiczny. Po latach myślałem o tym okresie mojego życia: ci bracia to nie byli zwykli rzeźnicy. Jeden z nich musiał wcześniej pracować w jakimś państwowym urzędzie, może w samej mennicy, gdzie drukują banknoty. Znali się na tym.

Z tymi pieniędzmi od braci to była grubsza sprawa. Oni mi ufali, więc dostawałem te ich banknoty i jechałem do Wrocławia. Tam był wielki targ, masa ludzi, błoto i ryk chudego po wojnie bydła[14]. Nikt tam nie patrzył pod światło na każdy papier, na każdy banknot. Brałem te ich pieniądze, płaciłem za krowy czy woły i trzeba było to jakoś do Kępna dostarczyć. Na targu dobijało się „targu”, a potem na dworzec. Wtedy bydło woziło się w tak zwanych lorach to były takie otwarte albo kryte wagony towarowe[15]. Pamiętam to ładowanie na rampie we Wrocławiu. Trzeba było zwierzaki zmusić, żeby weszły po tych deskach do środka. W wagonie było duszno, śmierdziało słomą i nawozem, a ja tam z nimi siedziałem. Pociąg towarowy się nie spieszył, stawał na każdej stacji, szarpał, że aż krowy się przewracały. Jak pociąg wjechał na stację w Kępnie[16], to podstawiali nas pod rampę wyładowczą. To był taki betonowy podest przy torach. Otwierało się te ciężkie drzwi od lory, kładło trap i wyprowadzało bydło na dół. Nie było żadnych ciężarówek, żeby to przewieźć do masarni. Brałem te krowy na postronek albo po prostu poganiałem kijem i pędziłem je przez środek Kępna, prosto do braci na podwórze. Szły te krowy po bruku, racice stukały o kamienie, a ludzie na ulicy tylko się odsuwali. Nikt nie podejrzewał, że ten młody chłopak prowadzi towar kupiony za pieniądze, które dopiero co wyschły z farby w piwnicy. Czułem się wtedy pewnie. Myślałem, że tak już będzie, że przy tych braciach to ja się szybko dorobię i będę bogaty.

U braci roboty było coraz więcej. Przez ten ich interes z pieniędzmi, zwierząt w ubojni przybywało, mięsa było pełno, więc musieli brać ludzi do pomocy. Było nas trzech przy czyszczeniu flaków pod wyroby. Ja byłem najmłodszy. Czasem zaglądał do nas ten młodszy z braci, ten od produkcji, ale rzadko. Praca była brudna i ciężka, więc czasem z niczego robiło się nam wesoło. Tak było i wtedy. Nastrój był dobry, śmialiśmy się, aż nagle poczułem coś mokrego na twarzy. Jeden z chłopaków rzucił we mnie flakiem. Zawinął mi się wokół głowy, nic nie widziałem. Słyszałem tylko ich śmiech. Jak tylko się z tego flaka odplątałem, to we mnie aż zawrzało. Nie myślałem dużo. Zanurkowałem ręką w misce z flakami, co stała przede mną, chwyciłem kilka sztuk i z całych sił cisnąłem w tego, co we mnie rzucił. Zamachnąłem się tak mocno, że straciłem równowagę i poleciałem na ścianę. A ściana w masarni była obłożona kafelkami, które w tym miejscu były poobtłukiwane, ostre jak noże. Uderzyłem zewnętrzną stroną dłoni prosto w tę pękniętą glazurę. Zdarło mi skórę i ciało z kostek aż do żywego mięsa. Krew się polała, zabawa się skończyła. Do dzisiaj mam tam narośle i blizny. Ręki nie mogę swobodnie wyprostować. To moja pamiątka z tamtych lat w Kępnie – zaczęło się od żartu przy flakach, a zostało na zawsze.

Po pewnym czasie przeszedłem do innego zakładu, którego właścicielem był starszy Niemiec, od zawsze mieszkający w Kępnie. Pochodził z rodziny o długiej tradycji masarskiej, lecz swoim wyglądem nie przypominał typowego rzeźnika – był niski, szczupły i nienagannie ubrany w garnitur, przez co rano sprawiał raczej wrażenie urzędnika niż rzeźnika. Dopiero po przebraniu się na zapleczu masarni, ujawniał profesjonalne przygotowanie do pracy. Wraz ze mną zatrudnieni byli tam jeszcze dwaj młodzi chłopcy z okolicy.

Pod koniec tygodnia, zazwyczaj w czwartki lub piątki, odwiedzał masarza znajomy, również Niemiec. Po krótkiej rozmowie w biurze przechodził na halę z dużą metalową bańką, gdzie przy warzelni pytał, czy „wiórstówki”[17] już zaparzone? Oczywiste było, że zależało mu na popękanych kiełbasach wyławianych z wrzątku, które sam zbierał cedzakową łyżką do swojej bańki, a następnie zalewał wrzątkiem. Po wszystkim głośno się żegnał i wychodził.

Pewnego dnia ten starszy mężczyzna zaprosił nas trzech na kolację, mówiąc: „Panowie, zapraszam do siebie na pieczone mięso i bimberek. Chcę się wam odwdzięczyć za waszą „życzliwość i serce”. Zgodziliśmy się i udaliśmy pod wskazany adres. Jedzenie było wyśmienite, a bimber poprawił nam humor. Gospodarz z rozrzewnieniem opowiadał o dawnych pruskich czasach. Gdy szykowaliśmy się do wyjścia, przypadkiem spojrzałem pod schody i zobaczyłem świeżo oskórowanego psa. Było jasne, że jedliśmy psinę. Po tej kolacji długo nie mogłem pozbyć się tego smaku z ust.

W 1948 roku przeniosłem się do Babinka dzięki namowie państwa Suzańskich. Jako młody chłopak pojechałem z nimi na zachód i zamieszkaliśmy w leśniczówce. Podjąłem pracę jako pomocnik mierniczego – stanowisko moje w tamtym okresie nazywało się pomierny[18]. Budynek leśniczówki nie dotrwał do naszych czasów. W Babinku poznałem moją przyszłą żonę.

Maria urodziła się 29 listopada 1929 roku w województwie nowogródzkim[19], niedaleko Lidy[20]. Jej dzieciństwo przerwała wojna – miała zaledwie 10 lat, gdy zaczęły się rosyjskie rządy, a jej rodzice zostali wywiezieni na zesłanie. Przez lata Maria musiała radzić sobie sama. Widziała tragedię getta w Lidzie i niebezpieczne akcje partyzanckie w lasach. Po wojnie trafiła najpierw na Ziemie Zachodnie w okolice Gryfina, do Babinka. Tam pracowała w magazynie i kuchni PGR, i tam się poznaliśmy, biorąc ślub w 1954 roku. Najważniejszym momentem było jednak odnalezienie rodziców. Po 12 latach rozłąki rodzina połączyła się na nowo tutaj, na miejscu. Maria mogła wreszcie uścisnąć tatę i mamę, którzy przeżyli zesłanie i przyjechali do niej, by wspólnie zamieszkać w Babinku.

Pracowaliśmy oboje bardzo ciężko. Ja miałem wtedy trzy etaty na raz: byłem inseminatorem, oborowym i pomocnikiem weterynarza. Robiłem kontrakty na bydło i warzywa, ukończyłem kursy na kastrowanie. Większość rzeczy, które łagodziły cierpienie zwierząt, potrafiłem wykonać samodzielnie. Jeszcze w Babinku, zdecydowałem, że zabierzemy mamę do siebie. Pojechaliśmy do Nowej Wsi Książęcej. Zastaliśmy mamę chorą, mało chodziła, pod byle pozorem kładła się do łóżka. Zmarła w wieku 58 lat.

 Fot. 6. Zdjęcie z prywatnego archiwum Rodziny Burchot. 

Na świat przyszły nasze dzieci: Wacław w 1955 roku, Bogdan w 1959 roku oraz Halina w 1962 roku. Ludzie mnie szanowali, budzili w nocy, jak krowa się cieliła. Pomagałem każdemu. Zarabiałem wtedy bardzo dobrze, jak na tamte czasy, bo się nie oszczędzałem, ale dyrektorowi w PGR-ze to się nie podobało. Jak zobaczył na liście płac, że zwykły pracownik wyciąga więcej niż przewiduje norma, zaczęły się kłopoty i rzucanie kłód pod nogi. Wiedzieliśmy z żoną, że musimy iść na swoje.

Jeździliśmy do Widuchowej i tam trafiliśmy na okazję. Piękny, poniemiecki dom z 1938 roku, blisko pagórków, przy porządnej ulicy, dobre sąsiedztwo. Kupiliśmy go w kwietniu 1973 roku. Dzieci miały już po dziesięć lat, były odchowane. Pamiętam ten kwiecień do dziś pogoda była wspaniała, wiosna w pełnym rozkwicie, a my w końcu czuliśmy stabilizację. Ogródek, ziemia i dobrzy sąsiedzi sprawiały, że czuliśmy się tu stabilniej niż w Babinku. Potem podjąłem pracę w Lubiczynie przy hodowli owiec. Jeździłem tam codziennie na rowerze, bo zwierzęta to zawsze była moja pasja. Na jednym z kursów poznałem fachowca z Janowa Podlaskiego. Tak go zachwyciły moje umiejętności, że chciał mnie brać do siebie, do tej słynnej stadniny. Ale pogadaliśmy z Marią i uznaliśmy, że nie ma co się znowu tułać po świecie. Moja żona zmagała się z problemami ze wzrokiem i otrzymała rentę, a ja cieszyłem się naszym szczęśliwym życiem i wspólnie prowadzonym domem.

W latach 60. Pojechałem do Szczecina w sprawach służbowych. Nagle, w tym tłumie, zobaczyłem jednego z braci Żydów. Tego samego, u którego uczyłem się rzeźnictwa w Kępnie. On mnie poznał, ja jego też. Stał tam, na peronie, gotowy do drogi. Rozmawialiśmy krótko, dosłownie parę minut, bo jego pociąg zaraz odchodził w kierunku Poznania. Zdążyliśmy tylko wymienić kilka słów o tym, że żyjemy. Zapytał, czy pracuję jako rzeźnik. On już wsiadał, pociąg ruszał, a myśmy tylko mocno podali sobie ręce. Patrzyłem, jak odjeżdża w stronę Poznania. Akurat tutaj, w Szczecinie, na siebie trafiliśmy. To było dziwne, ale bardzo ważne spotkanie, które utkwiło w mojej pamięci.

Epilog

Kiedy tak myślę o swoim życiu, zawsze staje mi przed oczami wujek, rodowity Poznaniak. On w czasie pierwszej wojny służył w pruskim mundurze. Los rzucił go na sam wschód, tam, gdzie działy się najgorsze rzeczy – pod Tannenberg[21] i nad Jeziora Mazurskie. Opowiadał potem, że piekło na ziemi widział. Armia rosyjska napierała, kule świszczały ze wszystkich stron w tych mazurskich lasach. On z tej zawieruchy wracał potem piechotą, setki kilometrów do domu. Największym dowodem na to, co przeszedł, był jego wojskowy płaszcz. To było grube, wojskowe sukno, a wyglądało jak rzeszoto – dziura przy dziurze od kul i odłamków. Podobno wujek, jak siedział przy stole, to zawsze kładł rękę na piersi i mówił: Widzicie te dziury? Śmierć mnie za ten płaszcz szarpała wiele razy, ale ciała nie drasnęła. Przeszedłem całą drogę ze wschodu, przeżyłem, a nikogo nie zabiłem. Dla mnie to była najważniejsza lekcja. Można być w samym środku bitwy, pod Tannenbergiem, w huku armat, a jednak wrócić do domu z czystymi rękami. Ten jego dziurawy płaszcz był dla mnie jak symbol – znak, że nad człowiekiem, nawet w mundurze, czuwa jakaś wyższa siła.

Fot. 7. Pamiątkowa fotografia wykonana podczas pracy nad wspomnieniami Idziego Burchota. Na zdjęciu rodzina bohatera: córka Halinka z mężem, wnuk Grzegorz z żoną Martą oraz prawnuki – Krzysztof i Bartosz. To właśnie to spotkanie pozwoliło domknąć historię życia pana Idziego i nadać jej ostateczny kształt.


Słowo od Autora: Ta historia jest tak niewiarygodna i pełna niezwykłych zwrotów akcji, że mogłaby wydawać się nieprawdziwa, gdyby nie fakt, iż dane mi było osobiście poznać bohatera tej opowieści w 2018 roku. Do dziś pamiętam te chwile, gdy z uwagą przepisywałem na kartkę to, co pan Idzi opowiadał mi wówczas na żywo, starając się wiernie oddać każde jego słowo i emocję. Wielką pomocą w przywróceniu tej historii światu służyła mi także najbliższa rodzina bohatera. Córka Halina oraz wnuk Grzegorz wnieśli do tej opowieści swoją bezcenną wiedzę i wiele istotnych szczegółów, które pozwoliły scalić te wspomnienia w jedną, spójną całość. Ważnym źródłem, dzięki któremu ta relacja powstała jest zachowana rozmowa z Marią i Idzim, którą Marlena i Józef nagrali na dyktafonie dla swoich dzieci. To dzięki ich zapobiegliwości i chęci ocalenia unikalnego opisu powojennych losów miasteczka, głos pana Idziego przetrwał i może dziś przemówić do nas wszystkich. Gdy przesłuchałem nagranie, utwierdziłem się w przekonaniu, że historię Pana Idziego należy ocalić od zapomnienia.

Fot. 8. Maria i Idzi. Zdjęcie z prywatnego archiwum Rodziny Burchot.  

[7] Przypis autora: Szczecin Dąbie - W 1945 roku była to najważniejsza stacja węzłowa dla osób przybywających do Szczecina od strony wschodniej i centralnej Polski. Ze względu na zniszczenie mostów na rzece Regalicy i Odrze, pociągi nie mogły dojechać do Dworca Głównego w centrum miasta.

[8] Altdamm - Niemiecka nazwa dzisiejszej dzielnicy Szczecin-Dąbie. Napisy gotyckie (tzw. szwabacha lub fraktura) były powszechne na niemieckich urzędach i dworcach do końca wojny.

[9] Status Szczecina - W 1945 roku przynależność Szczecina do Polski nie była od początku pewna. Miasto przechodziło z rąk do rąk między administracją polską a radziecką komendanturą wojenną, co budziło ogromny niepokój wśród pierwszych osadników.

[10] Radziecki garnizon - Po kapitulacji III Rzeszy, Szczecin i okolice znajdowały się pod kontrolą Armii Czerwonej. Stacje kolejowe były kluczowymi punktami strategicznymi, pilnowanymi przez wojsko, które kontrolowało ruch ludności i transporty mienia.

[11] ul. Gryfińska w Szczecinie Dąbie - Jedna z głównych arterii wylotowych z Dąbia w stronę południową. W 1945 roku stanowiła naturalną drogę ucieczki od hałaśliwego i kontrolowanego przez wojsko węzła kolejowego w stronę terenów bardziej zabudowanych i zieleńszych.

[12] Ludzie już tam mieszkają - W czerwcu i lipcu 1945 roku w Dąbiu (wówczas Altdamm) istniała już specyficzna mieszanka ludności. Obok nielicznych jeszcze polskich osadników, w domach wciąż przebywali niemieccy mieszkańcy, którzy nie zdążyli lub nie mogli uciec przed frontem, oraz kwaterujący tam żołnierze radzieccy.

[14] Wielki targ we Wrocławiu - Mowa prawdopodobnie o słynnym placu Grunwaldzkim (tzw. Szaberplac), który tuż po wojnie był największym targowiskiem w Polsce. Można tam było kupić absolutnie wszystko: od niemieckich fortepianów, przez amerykańskie konserwy z UNRRA, aż po konie i krowy.

[15] Lory - W potocznym języku kolejowym terminem „lora” określano wagony towarowe (platformy lub wagony o niskich ścianach). W kontekście transportu zwierząt używano jednak najczęściej krytych wagonów towarowych (tzw. "bydlęcych"), które chroniły inwentarz przed warunkami atmosferycznymi, choć panował w nich ogromny ścisk.

[16] Kierunek Kępno - Kępno (woj. wielkopolskie) było ważnym węzłem kolejowym i ośrodkiem handlowym na trasie między Wrocławiem a centralną Polską. Dostarczenie tam inwentarza było kluczowe dla odbudowy gospodarstw rolnych, które po wojnie były niemal całkowicie ogołocone ze zwierząt pociągowych.

[17] Wiórstówki (również: wiorstówki/wurstówki) -W gwarze masarskiej, szczególnie na terenach Wielkopolski i Śląska, termin ten wywodzi się od niemieckiego słowa Wurst (kiełbasa). „Wiorstówkami” nazywano potocznie kiełbasy przeznaczone do parzenia (warzenia) w kotłach. W tamtejszej tradycji rzemieślniczej kiełbasy, które pękły podczas parzenia, nie nadawały się do oficjalnej sprzedaży sklepowej, ale były cenionym przysmakiem – nazywano je często „pękajkami”. Były one soczyste i aromatyczne, dlatego znajomi masarza chętnie przychodzili z bańkami, by odkupić je prosto z kotła wraz z gorącym wywarem.

[18] Pomierny (pomocnik mierniczego) -Dawne, dziś już rzadko spotykane określenie pracownika fizycznego wspierającego pracę mierniczego przysięgłego (dzisiejszego geodety). Do zadań pomiernego należało m.in. noszenie i ustawianie łat niwelacyjnych, wycinanie przejść w zaroślach (tzw. wizur), wbijanie palików granicznych oraz naciąganie taśmy mierniczej. Praca ta wymagała dużej sprawności fizycznej i orientacji w terenie, szczególnie na tak trudnych, zalesionych i często jeszcze zaminowanych terenach, jak okolice Babinka, Lubicza tuż po wojnie.

[20] https://pl.wikipedia.org/wiki/Lida (dostęp: 08.02.2026 r.)

Prześlij komentarz

Nowsza Starsza