Fot. 1. Ognica 1950 Regina, Janka, Tato, Bardzo bliskie znajome moich rodziców: Pani Gralakowa i Kordaska . Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.
Nazywam się Regina Szkudlarek. Moja historia zaczyna się w lutym 1940 roku, choć mnie nie było jeszcze wtedy na świecie. Moi rodzice, mama Anna i ojciec Bolesław, mieszkali w Perechreściu[1]. To była wieś w rejonie pińskim, na peryferiach Brześcia. Tam mieli swój dom i tam żyli do momentu, aż w lutym przyszli ich wywieźć. Mama była już wtedy ze mną w ciąży. Musiała pokonać całą tę morderczą drogę na daleką północ w bydlęcym wagonie. W marcu 1940 roku pociąg zatrzymał się na dworcu w Archangielsku, ale to nie był koniec. Z dworca wywieźli ich dalej, w głąb lasów, do miejscowości Zaozierie[2]. To był tak zwany „Posiołek”[3] – osada z baraków niedaleko Archangielska, w tym surowym, północnym świecie. W jednym z tych baraków przyszłam na świat 22 sierpnia 1940 roku. Urodziłam się jako dziecko zesłańców, w miejscu, gdzie nikt z nas nie był z własnej woli.
Fot. 2. Ognica. Przełom lat 50. i 60. XX wieku. Regina. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.
Dziadek Bazyli Konończuk i babcia Anna mieli troje dzieci: mojego ojca Bolesława, urodzony w 1909., oraz jego braci, Grzegorza i Mikołaja. Żoną Bazylego była Anna z domu Rogalska. Zanim losy rzuciły moją rodzinę na Polesie, do Perechreście, ich życie wiązało się z Łukowem[4], miejscowością położoną ponad 100 kilometrów od Warszawy. To były ziemie rodzinne naszej rodziny, do czasu wywózki na północny wschód Rosji. W naszej rodzinnej historii śmierć babci Anny zapisała się jako tragiczne, znaczące dla późniejszych losów, tragiczne zdarzenie tamtych lat. Zmarła w Łukowie, pokonana przez tyfus. W tamtym czasie ta choroba wybierała pojedyncze osoby i całe rodziny. Podobno epidemia zbierała swoje krwawe plony w całej okolicy Łukowa. Po śmierci pierwszej żony, Anny, dziadek Bazyli przez kilka lat sam zmagał się z trudami prowadzenia gospodarstwa i wychowywania synów w pojedynkę. Dzisiaj prowadzenie wiejskiego domu bez gospodyni, to ciężar poważny, wtedy było tylko trudniej. Los Bazylego sprawił, że dziadek poznał Helenę. Wzięli ślub, a Helena weszła w życie dziadka i jego synów, stając się nową panią domu. Niedługo potem ich rodzina powiększyła się o dwie córki – Zosię i Weronikę. Pojawienie się dziewczynek w domu dziadka Bazylego, to kolejny etap życia, a synowie z pierwszego małżeństwa zyskali młodsze siostry. To właśnie z babcią Heleną, dziadek Bazyli przeżył późniejsze lata zsyłki, w warunkach trudnych dzisiaj do wyobrażenia.
Fot. 3. Ognica. Przełom lat 50. i 60. XX wieku. Regina, Władka i Czesia. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.Życie w Łukowie nie było łatwe – dziadkowie nie należeli do zamożnych, a dziadek, pracując jako leśnik, szukał szansy na odmianę losu. Choć mój pradziadek (ojciec Bazylego) był handlarzem koni, co dawało rodzinie pewną stabilność finansową, dziadek Bazyli marzył, aby gospodarzyć na własnej ziemi. Ciągnęło go ku dzikiej naturze, ku lasom, bagnom i polom Polesia. W końcu podjął decyzję o przeprowadzce. Cała rodzina przeniosła się na wschód, gdzie kupili ziemię w miejscowości Perechreście. Okolica ta była nizinna i bagnista, położona w dorzeczu Prypeci[5]. Ten surowy, typowy dla Polesia krajobraz stał się ich nowym domem. W tamtym czasie byli pełni siły i nadziei, nieświadomi nadchodzącej wojennej zawieruchy.
Dziadek Bazyli nabył siedem hektarów ziemi. Zaczął prowadzić gospodarstwo. W tej samej okolicy mieszkał pan Młodanowski, zamożny obszarnik. Nie wiem dokładnie, jak się poznali, ale sądzę, że dziadek szukał ziemi do kupienia, a pan Młodanowski miał jej pod dostatkiem. Upłynęło trochę czasu, obszarnik zaproponował dziadkowi, by ten zarządzał jego lasem. Dziadek rozbudowywał swoje gospodarstwo. Z myślą o przyszłości synów dokupywał ziemię do 24 hektarów. Dzięki temu stał się poważanym gospodarzem w okolicy. Pan Młodanowski podobno do samego początku wojny, zachował dla dziadka życzliwość.
Mój ojciec, był już ukształtowanym człowiekiem, gdy losy rodziny związały się z Polesiem. Moja mama, Anna, była od niego młodsza – przyszła na świat w 1922 roku w miejscowości Chojno[6]. Choć Chojno leżało na krańcach przedwojennej Polski, przed wojną pełniło ważną funkcję - było siedzibą gminy wiejskiej. To tam rodzice brali ślub i tam zaczęła się ich wspólna droga. Mój dziadek - ojciec mojej matki, utrzymywał rodzinę, łowiąc ryby na jeziorze. Po złowieniu ryby były czyszczone i układane w drewnianych skrzyniach lub żywe przewożone do Pińska[7]. Transportował je w specjalnych, szczelnych beczkach lub kadziach. Zawsze towarzyszył mu pomocnik, który odpowiadał m.in. za napowietrzanie wody, mieszając ją lub dolewając świeżej, chłodnej wody, by zapewnić rybom tlen. Bez pomocnika nie dało się ruszyć z transportem, ponieważ beczki z wodą były bardzo ciężkie. Kadzie lub beczki musiały być szczelnie nakryte, by woda się nie wylała i nie nagrzała, zwłaszcza podczas gorących dni. Podobno podczas późnojesiennych, zimowych lub wczesnowiosennych transportów stosowano też inne metody — ryby układano w koszach wyłożonych słomą, płótnem albo wilgotnym mchem i polewano od czasu do czasu wodą. Dziadek wykorzystywał również skrzynie z lodem, co pozwalało utrzymać wewnątrz niską temperaturę.
W Pińsku mieszkało wielu Żydów, którzy prowadzili tu sklepy i różne interesy. Żydowscy pośrednicy czekali na dostawców ryb przy rogatkach miasta, żeby ocenić jakość towaru. Jeśli ktoś nie korzystał z ich usług, udawał się bezpośrednio na nabrzeże, gdzie handlowano rybami, które następnie często transportowano pociągami na zachód. Zarobione pieniądze pozwalały moim dziadkom żyć w dostatku — sami wybudowali dom niedaleko jeziora. Mama nie uczęszczała do szkoły; naukę pobierała w domu od nauczycielki. Jej rodzina pochodziła z okolic Pińska i mieszkała tam od pokoleń.
Wojna trwała. Przed przymusową wywózką odwiedził ich pan Młodanowski, ostrzegł ojca: – Bolek, będzie tylko gorzej, musicie stąd uciekać. Ojciec odpowiedział: – Dokąd miałbym wyjechać? Tu przecież mieszka matka, ojciec, brat Mikołaj z żoną i ja... Jestem związany z Polesiem, organizowanie polowań to moje życie.
Trzeci najstarszy brat Grzegorz mieszkał już wówczas osobno. Ojciec oraz jego brat byli entuzjastami łowiectwa. Do okolic Pińska, uznawanych za dobre tereny łowieckie, przyjeżdżali regularnie myśliwi z Warszawy i innych regionów – oficerowie, ziemianie, politycy. Miejsca te nazywane były „myśliwskim rajem” ze względu na trudny dostęp do rozległych obszarów bagiennych. Organizacja transportu dla gości była prowadzona we własnym zakresie. Droga do najbardziej niedostępnych, a jednocześnie najlepiej znanych miejsc przez miejscowych prowadziła przez rozlewiska. Niezwykle ważną rolę odgrywali naganiacze – mieszkańcy znający bagna, którzy zapewniali bezpieczeństwo oraz skutecznie wyprowadzali zwierzynę. Gospodarze oferowali noclegi oraz posiłki. Całość wymagała znacznego zaangażowania, jednak przedsięwzięcia te udawały się z powodzeniem.
Fot. 5. Ognica. Przełom lat 50. i 60. XX wieku. Regina. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.Ja się tam, na tym nieszczęsnym Sybirze, dopiero urodziłam. Świata moich rodziców, Polesia, nie widziałam na własne oczy jako dziecko, ale czuję, jakbym tam się urodziła i żyła. Bo u nas w domu o wywózce i o tym co się później wydarzyło, często się wspominało... Mama zawsze zaczynała tak samo: że to było 10 lutego 1940 roku. Mówiła, że to była jedna wielka rozpacz. Przyszli znienacka, w nocy, walili mocno do drzwi. Rodzice mieszkali obok brata mamy, w domu rodzinnym. I to było najtrudniejsze do zrozumienia – brata z żoną i trzema synami zostawili, a moich rodziców zabrali. Mój tato był leśnikiem. Organizował polowania, znał wszystkich w okolicy. Uznali go za kułaka, był niebezpieczny dla ich nowego ustroju. Mama często mówiła, że wywózka musiała być zaplanowana dużo wcześniej, bo na stacji w Pińsku wszystko już na nich czekało. Całe składy wagonów bydlęcych ustawione w rzędach. Dowozili tam ludzi saniami, w sposób taki zorganizowany. Pakowali do tych wagonów i koniec. Świat się kończył. Rodzice do śmierci nie byli pewni, kto to właściwie po nich przyszedł. Czy to byli jacyś miejscowi aktywiści, sąsiedzi, co nagle stali się wrogami? Czy funkcjonariusze NKWD lub żołnierze konwojenci? W strachu nocnej ciemności wszyscy wydawali się tacy sami. Pamiętam tylko to jedno słowo, które mama powtarzała jak modlitwę: rozpacz. Niespodziewanie, znienacka, walenie w drzwi... i potem już tylko ta długa droga w nieznane, gdzie ja przyszłam na świat.
Jak wyjeżdżali, babcia przytuliła mocno moją mamę do siebie, płacząc w pewnej chwili drżącym głosem powiedziała – „Aniu ty jesteś w ciąży, zabierz łachmany, jak najwięcej chodź pomogę spakujemy”. Moja mama wówczas zapytała – „Gdzie to ja wszystko spakuję, torbę jedną pozwolili zabrać”. Jednak podeszły do szafy, mama uzupełniła o to co uważała, że się przyda. Wieźli, mama wielokrotnie opowiadała, mówiła, że nie do opowiedzenia, co się działo w drodze. Dzieci i dorośli umierali. Postój w polu albo na bocznicy, strażnicy otwierali ryglowane drzwi od zewnątrz. Ludzie stłoczeni w bydlęcym wagonie oddawali zwłoki dziecka czy dorosłego. Strażnicy z uwagi na choroby, fetor rzadko wchodzili do środka wagonu. Zwłoki były wyrzucane na nasyp kolejowy pokryty wysoką warstwą śniegu. Działo się to na oczach matek, bliskich osób. Nie było mowy o pogrzebie. Ciała zostawały tam, gdzie upadły. Ziemia zamarznięta, a pociąg jechał dalej.
Przyjechali do leśnej osady - Zaozorie koło Archangielska - wielkiego miasta. Od tego wielkiego miasta płynęła wielka rzeka Dwina. Puzik, Przychoćko, Kuklańczyki, to byli wszyscy, którzy razem w wagonach. Tutaj rozdzielili rodziny po barakach i przydzielili pracę. Za darmo nie dali jeść. Jedni zbierali kamienie, nosili je na barki. Tato wspominał, że dużo ludzi, którzy nosili kamienie z brzegu, nosili je w koszach lub ręcznie wykonanych noszach. Wchodzili na barki przycumowane do brzegu Dwiny po wąskich, niebezpiecznych trapach. Tato wspominał, że dużo z nich utonęło, poszli do ziemi. Inna grupa ciężko pracowała przy wycince drzew. Mój tata w tej grupie się znalazł. Każdego dnia spędzonego w morderczej pracy ścinano potężne pnie ręcznymi piłami i siekierami w mrozie, który sięgał kilkudziesięciu stopni. Podobno w mroźnym powietrzu, dźwięk, gdy drzewo pęka, roznosi się. Zdarzało się, że spadające drzewo nagle zawisło na koronach sąsiednich drzew, co stawało się śmiertelną, niespodziewaną pułapką, ponieważ mogło spaść w każdej chwili, gdy nagle mocniej zawiał wiatr. Syberyjski wiatr w sekundzie zmieniał tor lotu korony drzewa. Tato opowiadał, że najgroźniejszy był moment, gdy drzewo spadało. Doświadczeni robotnicy przewidywali w którą stronę runie pień. Błąd w przewidzeniu mógł kosztować życie robotników, ponieważ drzewo mogło się odbić od zmarzniętej ziemi i zmiażdżyć. Z czasem dziesiętnicy, nadzorcy grupy robotników zorientowali się, że taty wiedza z zakresu prac w lesie, ścinania drzew jest dużo większa niż ich. Kiedy tato podchodził do pnia i robił nacięcia, albo coś wyjaśniał, oni podejrzeli, że zna się. Uderzał siekierą w miejsce to samo, pod odpowiednim kątem. Wiedział, jak naostrzyć piłę, aby nie klinowała się w zmarzniętym drewnie. Wrażenie na tych miejscowych robiło, że znał się na budownictwie z drzewa, że potrafi zbudować z tych drzew ścianę od dołu aż po dach. Pnie spychano z brzegu do rzeki, robotnicy stali w wodzie albo na kłodach, musieli je do siebie przyciągać i wiązać. A co się działo, jeśli robotnik na kłodzie nie zachował równowagi i wpadł pomiędzy szczepione pnie… Kłody się nad nim zaciskały, nie przeżył…
Fot. 6. Ocalone z nieludzkiej ziemi. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.
Najgorzej było wczesną wiosną, gdy lód topniał, woda była przeraźliwie zimna, a oni stali w wodzie. Gdy wychodzili z wody, zdarzało się, że odzież, w czym byli na nich zamarzała. Wiązali kłody, pnie drzew, zabezpieczano. Używano tutaj stalowych drutów albo łańcuchów, które owijano wokół końca pni z obu stron, na jednym końcu i na drugim. Przypływał mały statek - pchacz mocowano pnie do niego. Tato wspominał, że gdy mróz skuł rzekę, ptaka człowiek na drzewie nie ujrzał. W pracy szczególnie w czasie, gdy był mróz, bolączką był brak obuwia, odzieży. Dziadek Bazyli nauczył tatę pleść postoły[8]. Ludzie czasem mówili „apostoły” czyli kapcie. Technika plecenia wymagała zręcznych palców i dużo cierpliwości. Potrzebna była wiedza, w jaki sposób przygotować paski kory, żeby nie pękły i jak później wywinąć, żeby but się nie rozleciał na pięcie. Jak się je dobrze sznurkiem do nogi przywiązało, to spokojnie można było w nich pracować w lesie. Tak naprawdę to były buty ratujące życie. Mądre buty plecione z łyka, czyli tego co znajduje się wewnętrznej części brzozy. Plótł, tak mocno korę zdzierał, tak że jak nie było śniegu utrzymywali się na tym. Noga w tym oddychała, do środka wkładało się gruby materiał, suchą słomę i owijało materiałem, było w nich cieplej niż w dziurawych skórzanych butach. W lesie przy wycince buty niszczyły się szybko, bez obuwia człowiek by zamarzł.
W tym początkowym okresie, poznał tato miejscowego lekarza. Miejscowy lekarz doradzał co robić, aby przeżyć. Mówił do taty mniej więcej tak: - „Nie robisz nikomu krzywdy, starasz się żyć dobrze z innymi. Pomogę tobie i twojej rodzinie”. Użyczał broń, konkretnie to był karabin. Doradził: - „Gdy będzie brakowało pożywienia, idź do lasu, upatrzysz zwierzę, ptaka, strzel. Warunek, musisz być pewien, że nikt tego nie widzi”. I tak było, bo wielokrotnie trafione zwierzę ułatwiało przeżycie. W mojej dziecięcej pamięci z okolic Archangielska najbardziej wyryły się obrazy, w których śmierć sąsiadowała z codziennym trudem. Gdy w osadzie człowiek umierał, nie było mowy o prawdziwym pogrzebie. W pobliżu baraków kopano po prostu głębokie rowy – nazywaliśmy je „zasypkami”. Pamiętam, jak umarł nasz sąsiad, starszy dziadek. Wynieśli go owiniętego jedynie w jakieś szmaty, bez trumny, bez niczego. Położyli go w tym dole i po prostu zasypali ziemią. To była nasza rzeczywistość: człowiek znikał, a życie upływało dalej. W tym świecie beznadziei każdy musiał znaleźć sposób na przeżycie.
W sierpniu 1940 przyszłam na świat. Lekarz miejscowy, o którym wspominałam, który dobrze się z tatą rozumiał, od niego była przechowywana, ukryta za kufrem broń, odbierał poród. Po dwóch latach urodził się brat Stanisław. Poproszony, wezwany miejscowy lekarz znowu odbierał poród. Mama krwotoku dostała. Stan mamy był tak ciężki, że spodziewano się śmierci. Istniało prawdopodobieństwo, że zostanę z maleńkim braciszkiem umieszczona w państwowym sierocińcu. Przyszedł lekarz, gdy mama jeszcze odzyskiwała świadomość, rozpoznała medyka i łamiącym się głosem powiedziała – „Mi już nic nie pomoże”. Medyk ze spokojem stał przy mamie i powiedział – „Musisz się wziąć w garść i żyć, masz dwoje dzieci”. Zabrał mamę do siebie i uratował. W pobliżu baraków była osada, tato przynosił od miejscowych kozie mleko. Porą letnią dużym wsparciem były jagody, grzyby, pokrzywy, szczaw. Kora z dębowych drzew była również cennym środkiem dla przeżycia[9]. Najpierw należało korę zebrać, później wymyć i suszyć przy piecu. Twarda, była ścierana na proszek, służyła do naparów. Miała cierpki, silny smak, który rozgrzewał i dawał poczucie przez chwilę normalności. Napar przyrządzony z kory wykazywał również działanie przeciwzapalne oraz pomagał w łagodzeniu biegunek. Do resztek mąki dosypywano sproszkowaną korę, by zwiększyć jej ilość. Wypiekano z tego chleb – o gorzkim smaku, lecz pozwalający na chwilę zaspokoić głód. Gdyby, ktoś zobaczył nas, gdy opuściliśmy wagon w Krzywinie w 1946, to z całą pewnością miałby dużą wątpliwość, czy my przeżyjemy…
Mieszkaliśmy w wielkim baraku, gdzie było może ze dwadzieścia rodzin. Każda rodzina miała swoją małą izbę, oddzieloną od innych tylko ścianami z cienkich desek. Przez te deski słychać było wszystko, ale to był nasz jedyny kąt. W każdej izbie musiał stać piecyk, nazywany „kozą”. Stał blisko ściany, więc żeby ten barak nie spłonął, mama smarowała ściany wokół grubą warstwą gliny. To był taki nasz gliniany tynk – kiedy rura od pieca rozgrzewała się do czerwoności, glina chroniła deski, żeby nie zaczęły dymić i nie zajęły się ogniem. Do palenia używaliśmy trzciny. Rosła ona bardzo wysoka na bagnach i na łąkach nad rzeką. Jesienią, kiedy te trawy już wyschły i zrobiły się twarde, zdrewniałe, ścinało się je całymi pękami i przynosiło do izby. Żeby ogień nie spalił się za szybko, mama skręcała tę trzcinę w takie ciasne węzły. Jak się je wrzuciło do pieca, to aż huczało, ale paliły się powoli i dawały dużo ciepła. Zbieraliśmy też to, co rzeka wyrzuciła na brzeg – kawałki drewna, pnie i stare korzenie. Trzeba to było najpierw wysuszyć przy piecu, a potem powoli spalać. W izbie pod oknem stały prycze zbite z desek, a na nich sienniki wypchane słomą. Za stolik służyły nam stare, drewniane skrzynki. Ale ja najbardziej zapamiętałam moment, kiedy w kącie postawili łóżko – metalowe, takie szpitalne. Miałam wtedy może ze trzy lata. Mama powiedziała wtedy głośno: - „Na tym łóżku ty będziesz spać”. Miałam tam swoją małą, wyszywaną poduszkę. W kącie stał jeszcze kufer. Ten sam, z którym rodzice wyjechali ze swojej wioski. To był najważniejszy mebel, bo mama zawsze chowała w nim chleb. Chleb był najcenniejszy, więc musiał być pod kluczem w kufrze.
Tata postanowił wstąpić do tworzącej się Armii Wojska Polskiego i ruszył na front. Kiedy nas opuszczał, pożegnanie wyglądało mniej więcej tak: mama ze smutkiem w oczach powiedziała: – „Zostawiasz mnie samą z dziećmi”. Tata odpowiedział: – „Chcę, żebyście przeżyli, bo inaczej wszyscy zginiemy”. Po tych słowach rozmowa się zakończyła. Tata objął mamę, a potem odwrócił się i wyszedł na zewnątrz. Zostaliśmy sami.
Nadszedł czas, gdy baraki opustoszały z mężczyzn. Większość ojców i synów wstąpiła do formującej się Armii Wojska Polskiego. W osadzie zostały głównie matki, dzieci oraz starcy. Aby umożliwić im pracę, zorganizowano dla nas „sadzik” – rodzaj przedszkola. W taki to sposób, kobiety szły do ciężkiej pracy przy zbieraniu kamieni, pozostawiając dzieci pod opieką. W pobliskiej osadzie, w budynku szkolnym, zaadaptowano dwie salki dla ponad dwudziestki dzieci. Opiekowały się nami miejscowe kobiety, wśród których pamiętam panią Annę. Do pomocy przychodziła im jednak także Regina – osiemnastoletnia dziewczyna z rodziny zesłańców, która mieszkała w naszym baraku wraz ze swoją „babuszką”. Regina kojarzy mi się z dziwną zabawą. Zakładała starą maskę przeciwgazową i próbowała nas straszyć. Te z dzieci, które nie uciekły, które zachowały spryt i odwagę, stawały w grupie „zwycięzców”. Jednak życie Reginy miało też mroczną stronę. Mimo że bawiła się z nami, coś pchnęło ją do kradzieży. Okradła starsze kobiety mieszkające w naszym baraku. Miała zaledwie osiemnaście lat, gdy ją zabrali. Nigdy więcej jej nie widziałam i nie wiem, co się z nią stało.
W letnią porę, komu zdrowie i siły pozwoliły, szedł nad rzekę się umyć. W rzece prano odzież. Zimą sytuacja się komplikowała. Ludzie jedni drugim pomagali jak mogli.
Krótko po tym, jak tata wyruszył do wojska, mama dostała wezwanie – miała iść do Sielsowietu[10], czyli do miejscowej Wiejskiej Rady. To był urząd, gdzie kobiety takich jak mama „frontowników” mogły odebrać specjalne bony. Osiem kobiet poszło po bony, a był taki straszny mróz. Mama nie szła tam już jako skazaniec, ale jako żona żołnierza – „frontownika”, której należą się bony. Przedtem dostawaliśmy tylko głodowe porcje chleba, od których zawsze chciało się jeść. Teraz dali bony, co uprawniało na większe porcje chleba, mąkę czy sypkie produkty, czyli kasze, tłuszcz, zapałki, naftę. Jedzenia było trochę więcej. Pamiętam, że na dworze panował wtedy straszny mróz. Mama długo szykowała się do wyjścia. Wyciągnęła nasz chleb, który mieliśmy – i schowała go głęboko do kufra. Pamiętam jej ręce, jak brała kawałek drucika i mocno zakręcała nim wieko, żeby nikt obcy, ani nawet my, dzieci, nie mogły go otworzyć pod jej nieobecność. Chleb musiał czekać. Brat miał dwa lata. Przed wyjściem powiedziała – Jak przyjdę to zrobię coś zjeść. Mama musiała udać się do Rady Wiejskiej, pokonując osiem kilometrów pieszo. Osiem kobiet wyruszyło przez śnieżne zaspy, lecz tylko cztery wróciły. Te, które nie powróciły, zostawiły swoje dzieci pod opieką babć. Po wojnie te dzieci przybyły tutaj już jako sieroty. To była prawdziwa tragedia… Brat zaczął bardzo płakać w czasie nieobecności mamy. Płakał coraz mocniej, prosił o coś do zjedzenia. Mówiłam – „Nie płacz, zaraz mama przyjdzie”. To „zaraz” mówiłam co jakiś czas, właściwie to powtarzałam, aby go uspokoić. Przypomniałam o schowanym w kufrze chlebie, zwinęłam drut i dosięgłam chleba. Bałam się, co powie mama. Wróciła, zapewniła, że za chwilę nam coś do zjedzenia naszykuje, Otworzyła kufer i zaczęła strasznie płakać, mówiła: – „Czym was nakarmię?” Ja jestem też głodna. Myślałam, że mama najzwyczajniej nie wytrzyma, uderzy z bezsilności. Pod jej nieobecność wydrapałam miąższ chleba ze środka i podzieliłam się z bratem, skórki zostały. Po chwili dłonią wydobyła skórki chleba, powiedziała do mnie – „Jak mam podzielić kawałek, jestem głodna, zjem kawałek i dla ciebie się znajdzie, a co Stachowi damy?” Brat był wtedy bardzo chudy, miał duży brzuch i krzywe nogi, gdy patrzyłam na niego myślałam, że to straszydło. Po tym wszystkim poszła do sąsiadki, która z dużym zrozumieniem powiedziała – „Anna, trzeba było przyjść do mnie, zostały cztery kartofle, ja bym tobie dała”.
Regina z bratem przy skrzyni z chlebem i wchodząca do baraku matka - przejmująca scena z dzieciństwa na zesłaniu, namalowana przez Marka Jakubiszyna.Chciałabym opowiedzieć pewną historię. Może nie powinnam jej opowiadać, ale ludzie, którzy się w niej pojawią już nie żyją. Dziadek pan Chowański razem z panem Żużmą pilnowali koni, które były potrzebne, aby podciągnąć drzewo do brzegów rzeki, albo kamienie do barek. Konie wykonywały ciężką pracę. Bez nich byłoby jeszcze gorzej i trudniej. Klacz się oźrebiła, na świat przyszedł mały konik. Wówczas pan Żużma powiedział – Słuchajcie! Źrebaka zabijmy, będziemy mieli co jeść. Zagrzebali martwe zwierzę w lesie, chodzili tam najczęściej w pojedynkę, odkrawali po kawałku mięsa. Niestety ktoś ich wydał. Przyszli odpowiedzialni za nas zesłańców, co pozostało ze źrebaka zabrali. Pojawiły się oskarżenia wobec dwóch starszych opiekunów koni. Zostali ukarani półtora rocznym pobytem w więzieniu. Jednak szczęśliwie uniknęli kary, ponieważ w tym właśnie czasie był dla zesłańców organizowany wyjazd do kołchozu na Ukrainie, uniknęli kary. Ale co przeżyli to przeżyli.
Fot. 12. Ognica. Lata 50. XX wieku. Amatorska grupa teatralna. Młodzi aktorzy uwiecznieni przed premierą spektaklu. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.Kazali się pakować. Do Archangielska transport nam zesłańcom zorganizowano. Lał deszcz. Staliśmy na dworcu pod osłoną, wiatą. Przypomniał mi się statek, który pływał po rzece. Powiedziałam do mamy - Tak bym chciała na ten stateczek wsiąść i popłynąć nim przed siebie. Mama odpowiedziała – „To zależy, gdzie nas wsadzą”. Znaleźliśmy się na statku, barce. Marzenie się w pewnym sensie spełniły, ponieważ z miejsca zsyłki nad Dwiną trafiliśmy do kołchozu na terenie Ukrainy. Dopłynęliśmy na południe do Sum[11]. Moje ciotki, sąsiedzi wszyscy opuszczaliśmy kilkuletnie miejsce zesłania. W Sumach była wielka cukrownia. Część drogi pokonaliśmy na stateczku. Większą część pociągiem. Gdy opuściliśmy wagony, stałam przyglądałam się otoczeniu dworca. Zwróciłam uwagę na ludzi, którzy podobnie jak my byli wygłodniali z tą różnicą, że oni grzebali w śmieciach. Zapytałam się mamy – „Dlaczego oni grzebią w śmieciach”? Usłyszałam – „Głodni są, szukają czegoś do zjedzenia”. Tutaj zesłańcy zostali zatrudnieni w większości w miejscowej cukrowni. Mama z uwagi, że była bardzo słaba została zatrudniona na polu, które tutaj były bogato obsiane a tak rodziły, że nie dużo czasu upłynęło a my zapomnieliśmy co to jest głód. Pamiętam duże, soczyste pomidory i owoce. Mama na początku pracowała przy koszeniu zbóż. Ziarna do worków wsypywali, po czym worki były układane na wozy. Przyszła kobieta, nazywała się Pola. Przed wojną była nauczycielką. Przyprowadziła, właściwie to chyba na własnych rękach przyniosła dziewczynkę, która mogła mieć z cztery - pięć lat, posadziła ją blisko stogu siana. Dziewczynka wyglądała na chorą, nie była w stanie ustać o własnych siłach. Pani Pola zachowywała się wtedy bardzo dziwnie. Wyglądała, jakby była w transie, jakby zupełnie nie liczyła się z otoczeniem i nie zauważała nikogo. Nagle wyjęła nóż i na naszych oczach zaczęła go miarowo, nerwowo ostrzyć. Ten dźwięk metalu o kamień wywoływał ciarki. Wtedy pojawiła się brygadzistka. Widząc tę scenę, zapytała Polę ostro po rosyjsku: — „Pola, czto ty budiesz diełat?” (Pola, co ty właściwie będziesz robić?[12]) Pola nie odpowiedziała od razu, a my wszyscy zamarliśmy, patrząc na ten nóż i na to biedne, chore dziecko leżące przy sianie.
Fot. 13. Ognica 1959. Bracia Józef, Gienek. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.Pola, z twarzą zastygłą w determinacji, odpowiedziała brygadzistce krótko po rosyjsku - „Zarżnę własne dziecko, aby miały co zjeść”. To było potworne, zrodzone z głodu. Brygadzistka, słysząc to, natychmiast wydarła jej nóż z ręki. Potem wskazała na moją mamę i inne kobiety z jej grupy, które pracowały przy napełnianiu worków ziarnem. One wszystkie, przerażone, przyglądały się temu, co się dzieje. Brygadzistka krzyknęła do Poli: — „Popatrz na nie! Tu każda sobie radzi, te kobiety wiedzą, jak przeżyć. A ty co? Nie potrafisz? Chcesz zabić własne dziecko? ” Wtedy pokazała jej sposób sposób, o którym wiedziały tylko pracujące tam kobiety. Kazała jej związać nogawkę od spodni przy kostce, nasypać tam garść pszenicy prosto z transportu i tak przemycić ziarno do domu. — „Wrócisz, zaparzysz to i zjecie” — powiedziała. Surową lekcją przetrwania, brygadzistka uratowała życie tej małej dziewczynce i przywróciła Polę do zmysłów. Moja mama widziała to wszystko na własne oczy[13].
Fot. 14. Ognica. Regina. Marysia Gralak z mamą. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.Z tatą na początku nie było żadnego kontaktu. Dopiero później zaczęły przychodzić listy. Jedną z moich najcenniejszych pamiątek z tamtego czasu był obrazek, który tata mi przysłał – mały znak, że o mnie pamięta, gdy byłam na Ukrainie. W Sumach życie stało się łatwiejsze. Zorganizowano tam dla nas oddział przedszkolny. Nazywano to miejsce „dietskij sad”[14]. Dla mnie, małej dziewczynki, nazwa kojarzyła się z ogrodem pełnym drzew. W rzeczywistości był to sowiecki system opieki nad dziećmi, gdy rodzice pracowali. Choć warunki były skromne, to właśnie tam, w tym „sadzie”, spędzałam dnie, czekając na powrót mamy z pracy. Niespodziewanie od taty przyszła paczka. To było wydarzenie nie do zapomnienia. W środku znalazłam nową sukienkę dla mnie, a dla mojego brata bluzę. Następnego dnia poszłam do przedszkola dumna i szczęśliwa. Gdy opiekunka mnie zobaczyła, zawołała z uznaniem po rosyjsku: — „Regina, kakaja u tiebia krasiwaja płatje!” (Regina, jaką ty masz piękną sukienkę!) Zapytała mnie zaraz: — „A kto tiebie prisłał?” (A kto ci ją przysłał?) Odpowiedziałam jej po rosyjsku, ale z moim twardym, polskim akcentem, mocno wypowiadając literę „r”. Zamiast miękkiego prisłał, wypowiedziałam to słowo z siłą: „P-r-r-isłał![15]”. Opiekunkę to rozbawiło. Śmiała się długo, można powiedzieć „serdecznie”, a to moje twarde „r” stało się naszym żartem. Później, gdy mnie spotykała, prosiła z uśmiechem, bym powtórzyła, kto dał mi tę sukienkę. A ja, chcąc sprawić jej radość, odpowiadałam dumnie: — Tata mienie p-r-r-isłał! Zawsze wtedy się uśmiechała.
Fot. 15. Ognica. Pracownicy miejscowej szkoły na wycieczce. 1982 Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.
Warunki do życia były o niebo lepsze niż koło Archangielska. Zapamiętałam z tego czasu piece, na których można było leżeć, spać, odpoczywać. Kiedyś mama przyszła z pracy, miała zamiar nam smażyć placki. Rozpaliła w piecu, poszła po opał. Byłam tak głodna, niespokojnie uchyliłam drzwiczki od pieca, aby ogień się szybciej palił, aby był większy cug. Niespodziewanie zapalił się kawałek sukienki, ogień gwałtownie zajmował nakrycie, rzuciłam się w pościel, w ten sposób ogień został ugaszony. Mama przyszła, ręce załamała. Usłyszałam – „Co ty zrobiłaś? Mało nas nie spaliłaś, a my tutaj jako jedni z wielu mieszkamy”.
O tym, że wojna się skończyła, wiedzieliśmy. Jednak o możliwości powrotu do Polski nikt nie wspominał, aż do czasu, gdy nadszedł dzień, gdy rozeszła się pomiędzy Polakami wiadomość. – Koniec tułaczki. Wracamy do Polski! To mógł być grudzień 1945 lub styczeń 1946 roku. Długo trwała nasza droga na zachód. Ludzie byli przekonani, że pociąg dowiezie nas do Baranowicz, a zatrzymał się 26 lutego 1946 roku w miejscu dla nas zupełnie obcym, na małej wiejskiej stacji kolejowej w Krzywnie[16].
Zamieszkaliśmy w Ognicy[17], na kolonii, gdzie trzy rodziny osiedliły się blisko siebie. W jednej z nich mieszkała Żużma z dwoma córkami i synem, w drugiej mój dziadek z babcią Heleną oraz dwiema córkami, synową i dwojgiem wnucząt. Obok nas mieszkała babcia Hajdukiewicz razem z dwoma synami: Michałem i Andrzejem.
W przeciwnym końcu Ognicy przebywali przez cały czas Niemcy, przekonani, że się uspokoi i życie wróci do ich naturalnego biegu. Podchodzili pod domy, zaczęli kury kraść. Pojawiały się donosy do jednostki WOP. Wojsko zaczęło ich bardziej pilnować, później nakazano im się wyprowadzić. Mieszkaliśmy na kolonii, było chłodno i głodno. Było niebezpiecznie, byli różni tu ludzie. Nie mieliśmy, jak zamknąć drzwi wejściowych na noc. Dziadek poszedł do lasu, drągi, belki wycinał, przynosił, nimi od strony ściany pokoju i kuchni zapieraliśmy od wewnątrz drzwi wejściowe, w ten sposób je unieruchamialiśmy. Gdyby niespodziewany nocny gość, chciał przedostać się do środka, na swojej drodze miał poważną przeszkodę, nie dostał się do domu. Wszyscy tak robili na kolonii. Mijał czas. Przyjechali ludzie z Wołynia, pokrzywdzeni i nieszczęśliwi, im kazali uciekać. Jednak u nich był ten wigor życia lepszy niż u nas. My byliśmy załamani, byliśmy zrujnowani najbardziej fizycznie, ale i psychicznie. Dziadek mówił, że my się chyba nigdy nie podniesiemy.
Narodziło się uczucie między dziećmi osiedleńców – córką jednej rodziny i synem drugiej. Brat przyszłego pana młodego - Michał, odwiedził nasz dom i zaproponował tacie wspólne łowienie ryb, lecz tata odmówił, tłumacząc, że przygotowuje się do pracy w lesie. Po wojnie w Chojnie w jednym z opuszczonych domów zamieszkał Siergiej Mironowski wraz z matką i dwiema siostrami. Był przedsiębiorczy i zaradny — odkrył poniemieckie terenowe, kanciaste auto ukryte w stogu słomy dużej stodoły i udało mu się je uruchomić. Wspomniany brat przyszłego pana młodego przyjechał sprawnym samochodem do Ognicy. Był rozmowny i zawsze gestykulował energicznie podczas rozmów. Tego dnia opuścił nasze podwórko w chwili, gdy szutrową drogą przejeżdżał Siergiej. Gdy tylko rozpoznał Michała, zatrzymał się, by zamienić z nim kilka słów. Rozmawiali o nadchodzącym weselu, które właśnie było organizowane. W pewnym momencie Michał zaproponował Siergiejowi wspólny wyjazd na pobliskie leśne jezioro w celu łowienia ryb. Zabrali ze sobą jeszcze dwóch miejscowych chłopaków i wsiedli do samochodu terenowego. Na przyczepę załadowali sieci oraz worki. Michał miał ze sobą granat – korzystał już wcześniej z takiej metody połowu ryb, która zawsze okazywała się skuteczna.
Nad brzegiem jeziora zatrzymali się obok starego, dużego pnia. Tam Michał chwycił granat, odbezpieczył go i pociągnął za zawleczkę. Niestety zdążył tylko wyrzucić granat z dłoni, ale wadliwy zapalnik eksplodował zbyt wcześnie i granat nie doleciał do wody. W wyniku wybuchu Michał został ciężko ranny w brzuch. Siergiej i pozostali chłopcy położyli go na workach, a kierowca ruszył jak najszybciej do szpitala w Gryfinie. Niestety, Michał zmarł jeszcze w drodze. Ślub i nieszczęście wydarzyły się jednocześnie – nic wcześniej nie zwiastowało, że wesele zostanie naznaczone smutkiem. Stoły w pokoju były już ustawione, przygotowywano skromny poczęstunek. Ryby miały być atrakcją w ten wyjątkowy dzień, jednak nikt nie przewidział, że to połów ryb przyniesie taka tragedię.
Fot.18. i 19.. Ognica. Przełom lat 50. i 60. XX wieku. Regina. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.
Po wojnie w Ognicy ziemia wciąż oddawała to, co w niej zostawiono – bomby i granaty. Syn od Puzików był nimi, podobnie jak jego koledzy, zafascynowany. Wykorzystywali je nawet do polowań na dziką zwierzynę. Pamiętam dzień, gdy jeden z nich siedział u nas w kuchni i rozkręcał granat. Przyglądałam się temu z bliska. Moją uwagę przykuło małe kółko i dwa kolory: czerwony i czarny. Brat powiedział mi tylko: „to się rzuca”. Później, gdy poszliśmy na pole kopać ziemniaki, nasza dziecięca ciekawość znów zwyciężyła. Najpierw znaleźliśmy w bunkrze ciało poległego Niemca w gumowych filcakach. Dorosłych, przywykłych do śmierci to nie zaskoczyło. Zgłosili i kopali dalej. Ja jednak, bawiąc się w ziemi, poczułam coś twardego. To była „maszynka” identyczna jak ta, którą rozkręcał sąsiad. Gdy wyczułam pod palcami to samo kółko, poczułam ciekawość. Znalazłam deskę i patyk. Położyłam znalezisko na desce, włożyłam patyk w kółko i powoli zaczęłam przesuwać ten przedmiot w stronę płonącego ogniska. Nie wiedziałam, że bawię się własnym życiem. Nagle nastąpił potężny wybuch. Podmuch był tak silny, że odrzucił mojego brata na kilka metrów, zrywając z niego ubranie. Ja ucierpiałam znacznie bardziej. Miałam spalone całe ciało z przodu, skóra była po prostu oderwana. Wezwano felczera z Widuchowej. Przyjechał szybko i po zbadaniu ran powiedział słowa, które zapamiętałam na zawsze: że choć naskórek jest całkowicie zniszczony, to pod spodem nie zostały przerwane najważniejsze tkanki – mięśnie i nerwy. To właśnie dzięki temu, że ogień nie dotarł głębiej, mogłam dojść do siebie.
Fot.20. Basia i Regina. 2018. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.Tato jako rezerwista i frontowiec, doszedł do Berlina. Później znalazł się w Lublinie. Takie rozproszone szczegóły zapamiętałam. Przyznano mu mieszkanie na Śląsku, w Bytomiu oraz pracę w tamtejszej rzeźni. Przez długi nikt nie wiedział, czy tato żyje. Nadeszła wiadomość od brata taty. Napisał krótko: „Żyje. Mieszka na Śląsku”. Mama natychmiast tam pojechała. Gdy w końcu się spotkali, tato, pewny swojego miejsca pracy w poniemieckiej rzeźni i mieszkania, domagał się, abyśmy tutaj zamieszkali. Jednak mama zdecydowanie sprzeciwiła się, powiedziała, że jego rodziców nie zostawi samych, za dużo im zawdzięcza. Ojciec powiedział, że przecież jego ojciec ma córki i one się nim i matką zaopiekują, i wtedy mama Reginy powiedziała, oni mnie nie zostawili na zesłaniu. Ja ich teraz nie zostawię.
Fot. 21. Ognica. Przełom lat 50. i 60. XX wieku. Mój tata. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.
Ukończyłam szkołę rolniczą, krawiecką w Szczecinie. Wróciłam do Ognicy, nie widziałam się jako krawcowa, w rolnictwie też nie za bardzo się widziałam, ponieważ rodzice gospodarzyli na małej powierzchni ziemi, około pięciu hektarów. Moja ciocia pracowała w tartaku w biurze. Zaproponowała, że mogę rozpocząć pracę w biurze tartaku, od siebie dodała, że porozmawiam z kierownikiem. Cztery osoby ubiegały się o to stanowisko. Praca nie była prosta, należało obliczać, mierzyć. Udało się, zostałam przyjęta. Pracowałam przy pomiarze drzewa. Deski należało wymierzyć, policzyć, metraż obliczyć i dać faktury. Mój przyszły mąż pracował w szczecińskim PKS-ie i jeździł wielką ciężarówką marki Praga. Przyjeżdżał nią pod tartak, a tam robotnicy ładowali drewno na potężne przyczepy. Stąd odjeżdżał do Chojny na rampę kolejową, gdzie towar przeładowywano do wagonów towarowych. Zależnie od transportu, wagony wypełniały się tarcicą, wagonówką, grubymi balami lub okorkami. Dużo drzewa kupowały pobliskie zakłady, bardzo dużo zakupywała jednostka radziecka w Chojnie. Mężowi wpadłam w oko, a może to przeznaczenie. Tutaj w Ognicy kierownik tartaku namówił kiedyś małżonka, aby przeniósł się do tartaku i kontynuował swoją pracę, jako kierowca potężnych samochodów ciężarowych. Oprócz pracy, zaproponował mieszkanie. Był po wojsku, nic nie miał do stracenia. Tutaj się rozkręcił i znalazł Reginę. Żyliśmy z sobą 64 lata. Zmarł 29 kwietnia 2024 roku. Mieczysław Szkudlarek. Rodzina małżonka pochodziła z Rybka koło Wielunia. Mietek służył w jednostce lotniczej, po odbytej służbie odwiedził brata, który mieszkał koło Wolina. Znalazł pracę w utworzonym gospodarstwie rolniczym. Posiadał prawo jazdy, które umożliwiły pracę w PKS, oddział w Szczecinie. Urodziło się trzech synów: Wiesław, Sławomir i Piotr. Doczekaliśmy się siedmioro wnuków, czworo prawnuków.
Fot.22. Ognica. Regina i Mieczysław. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Reginy Szkudlarek.
[1] Przypis autora: Perechreście (biał. Перахрэсце, ros. Перехрестье) – wieś na Białorusi, w obwodzie brzeskim, w rejonie pińskim, w sielsowiecie Żabczyce. Przed 1939 r. w granicach II Rzeczypospolitej (województwo poleskie). Źródło: Wikipedia, wolna encyklopedia, [link: pl.wikipedia.org/wiki/Perechreście_(rejon piński)], dostęp: 05.02.2026 r.
[2] Zaozierie (ros. Заозерье) – miejscowość w Rosji, w obwodzie archangielskim, w rejonie primorskim. W 1940 r. miejsce przymusowego osiedlenia (specposiołek) obywateli polskich. Źródło: Wikipedia, wolna encyklopedia (ru), [link: ru.wikipedia.org/wiki/Заозерье_(Приморский_район)], dostęp: 05.02.2026 r.
[3] „Posiołek” – termin potoczny stosowany przez polskich zesłańców, utworzony od rosyjskiego słowa posiołok (osada/osiedle). Oznaczał on zamknięte, nadzorowane przez NKWD osiedla baraków w głębi ZSRR.
[4] Łuków – miasto powiatowe we wschodniej Polsce, w województwie lubelskim, położone na Nizinie Południowo podlaskiej nad rzeką Krzną. Jest to jeden z najstarszych ośrodków osadniczych w regionie (prawa miejskie od 1369 r.). W okresie międzywojennym ważny węzeł kolejowy i ośrodek rzemieślniczy, oddalony o ok. 100–120 km od Warszawy. Źródło: Wikipedia, wolna encyklopedia, [link: pl.wikipedia.org/wiki/Łuków], dostęp: 05.02.2026
[5] Prypeć (biał. Прыпяць, ros. Припять) – rzeka płynąca przez Białoruś i Ukrainę, najdłuższy dopływ Dniepru. Jest główną osią hydrograficzną Polesia, płynącą przez rozległe, podmokłe tereny zwane Błotami Pińskimi. Dorzecze Prypeci charakteryzuje się unikalnym w skali Europy krajobrazem bagnisto-leśnym, który przed II wojną światową determinował styl życia mieszkańców tych terenów (rybołówstwo, flisactwo, rolnictwo na osuszonych polderach). Źródło: Wikipedia, wolna encyklopedia, [link: pl.wikipedia.org/wiki/Prypeć_(rzeka)], dostęp: 14.02.2026 r.
[6] Chojno (biał. Хойна) – wieś na dzisiejszej Białorusi, w obwodzie brzeskim, w rejonie pińskim. W okresie międzywojennym miejscowość znajdowała się w granicach II Rzeczypospolitej, w województwie poleskim, w powiecie pińskim. Chojno było siedzibą wiejskiej gminy Chojno, co nadawało miejscowości status lokalnego centrum administracyjnego. Źródło: Wikipedia, wolna encyklopedia, [link: pl.wikipedia.org/wiki/Chojno_(rejon piński)], dostęp: 14.02.2026 r.
[7] Pińsk – historyczna stolica Polesia, położona u ujścia Piny do Prypeci. Przed II wojną światową miasto było najważniejszym ośrodkiem handlowym regionu, słynącym z wielkich targów rybnych (tzw. "Jarmarków na wodzie"). Dzięki dostępowi do licznych rzek i jezior, Pińsk był głównym punktem dystrybucji ryb (m.in. szczupaków, leszczy i sandaczy) na całą Polskę. Transport żywych ryb w specjalnych kadziach był powszechną praktyką poleskich rybaków, dostarczających towar do pińskich hal targowych oraz na dworzec kolejowy. Źródło: Wikipedia, wolna encyklopedia, [link: pl.wikipedia.org/wiki/Pińsk], dostęp: 06. 02.2026 r.
[8] Postoły (często nazywane przez mieszkańców Polesia „apostołami”) – tradycyjne obuwie ludowe, powszechne na bagiennych terenach Polesia aż do połowy XX wieku. Wyplatane najczęściej z łyka lipowego, kory wierzbowej lub wiązowej. Były lekkie i przewiewne, a po wypchaniu słomą lub owinięciu stopy onucami, stanowiły jedyną dostępną ochronę przed wilgocią i chłodem dla uboższych warstw społecznych. Nazwa „apostoły” nawiązywała żartobliwie do prostoty obuwia przypisywanego biblijnym postaciom. Źródło: Muzeum Kultury Ludowej / Wikipedia, [link: pl.wikipedia.org/wiki/Postoły], dostęp: 05.02.2026 r.
[9] Kora dębu (Cortex Quercus) – w tradycji ludowej i medycynie naturalnej ceniona za właściwości lecznicze (garbniki, działanie przeciwzapalne i wzmacniające). Dla osób żyjących w skrajnym ubóstwie lub na zesłaniu, napary z kory dębu stanowiły powszechny zamiennik herbaty (tzw. „herbata z kory”). Dzięki wysokiej zawartości garbników napar ten nie tylko rozgrzewał, ale pomagał również w problemach trawiennych, które były codziennością przy fatalnych warunkach sanitarnych i głodowych racjach żywnościowych. Źródło: Encyklopedia Zielarstwa / Wikipedia, [link: pl.wikipedia.org/wiki/Kora_dębu], dostęp: 05.02.2026 r.
[10] https://pl.wikipedia.org/wiki/Sielsowiet (29.12.2025 r.)
[11] Sumy (ukr. Суми) – miasto w północno-wschodniej części Ukrainy, przed wojną i w trakcie niej znane jako potężny ośrodek przemysłu cukrowniczego). W latach 40. miasto było ważnym węzłem kolejowym, przez który przechodziły transporty przesiedleńców i uchodźców. Widok głodu na dworcach był wynikiem powojennych zniszczeń i surowej polityki aprowizacyjnej ZSRR. Źródło: Wikipedia, wolna encyklopedia, [link: pl.wikipedia.org/wiki/Sumy], dostęp: 05.02.2026 r.
[12] „Czto ty budiesz diełat'?” (ros. Что ты будешь делать?) – w dosłownym tłumaczeniu: „Co będziesz robić?”. W kontekście obozowym lub zesłańczym pytanie to często miało wydźwięk dyscyplinujący lub pełen niepokoju o intencje danej osoby.
[13] „Kradzież mienia socjalistycznego” i metody przemycania żywności – w ZSRR, na mocy dekretu z 7 sierpnia 1932 r. (znanego jako „prawo pięciu kłosów”), nawet za drobne przywłaszczenie produktów rolnych groziły surowe kary, w tym wieloletnie więzienie lub łagier. Deportowani Polacy, pracujący przy przeładunku zbóż czy w cukrowniach, opracowali systemy ukrywania żywności w ubraniach: wszywano dodatkowe kieszenie, wiązano nogawki spodni (jak w przypadku Poli) lub chowano ziarno w obuwiu. Tak przemycone zboże było później parzone lub mielone w domowych żarnach, by przygotować z niego namiastkę posiłku. Źródło: Wspomnienia Sybiraków / Archiwum Ośrodka KARTA, dostęp: 05.02.2026 r.
[14] Dietskij sad (ros. детский сад) – dosłownie „ogród dziecięcy”, czyli przedszkole. Termin ten jest kalką językową z niemieckiego Kindergarten. W Związku Radzieckim „dietsady” były powszechnymi placówkami opiekuńczo-wychowawczymi dla dzieci pracowników zakładów przemysłowych (np. cukrowni w Sumach). Dla polskich dzieci, które nie znały dobrze rosyjskiego, nazwa ta często brzmiała jak polski „dziecięcy sad”, co mogło budzić błędne, sielankowe skojarzenia z owocowym ogrodem. Źródło: Słownik terminologii radzieckiej / Wikipedia, dostęp: 14.02.2026 r.
[15] Różnice w wymowie głoski „r” – w języku rosyjskim głoska „r” w słowie prisłał (przysłał) jest zazwyczaj wymawiana miękko i krótko. Polski akcent, charakteryzujący się mocnym, dziąsłowym i wibrującym „r”, brzmi dla ucha Rosjan bardzo specyficznie, a w ustach dziecka często wydaje się zabawny i uroczy. Ta „gra językowa” była częstym elementem codzienności polskich dzieci na zesłaniu, które intuicyjnie łączyły oba języki.
[16] https://pl.wikipedia.org/wiki/Krzywin_(powiat_gryfi%C5%84ski) (dostęp: 03.05.2026 r.)
[17] https://pl.wikipedia.org/wiki/Ognica_(powiat_gryfi%C5%84ski) (dostęp: 03.05.2026 r.)




















