Fot. 1. Marianna Jackowska, zdjęcie z legitymacji osoby represjonowanej. Szczecin, 2004 rok. Fot. Michał Dworczyk, zdjęcie z prywatnego archiwum Marianny Jackowskiej.
Urodzona w oborze, ocalona z piekła. Wspomnienia Marianny Jackowskiej
„Opowieść o dzieciństwie naznaczonym wojną, utratą najbliższych i walką o przetrwanie, od spalonej wsi na Lubelszczyźnie, przez obóz na Majdanku, aż po powojenne życie na Ziemiach Zachodnich.”
Rodzinne początki i życie na kolonii
Nazywam się Marianna Jackowska, z domu Koman. Urodziłam się 3 września 1938 roku w Aleksandrowie[1], w powiecie biłgorajskim, niedaleko dworu w Józefowie. Mój ojciec miał na imię Mikołaj i zmarł w 2000 roku. Mama, Aniela z domu Dobosz, pochodziła z Kukiełek[2] obok Terespola.
Mieszkaliśmy pod lasem, na kolonii. Mój dziadek, Józef Dobosz, miał dwie działki oraz kawałek lasu. Zaczął budować stodołę i oborę. Siostra mojego ojca, Regina zapisała mu swoją ziemię. Z rodzinnych opowieści wiedziałam, że moja matka opiekowała się Reginą aż do jej śmierci, ponieważ jej mąż wyrzucił ją z domu. To właśnie na tej ziemi rodzice się „pobudowali”.
Było nas pięcioro rodzeństwa: Janina, Wacław, Zofia, ja i najmłodszy Leon. Najstarsza była Janina, najmłodszy Leon. Z opowieści wiedziałam, że gdy urodziła się najstarsza siostra, ojciec był jeszcze w wojsku. Ja przyszłam na świat w oborze. Sąsiadki mnie wtedy umyły i zajęły się mną w pierwszych chwilach życia, bo rodzice nie mieszkali razem.
Śmierć matki i tragedia najmłodszego brata
Największa tragedia spotkała nas, gdy urodził się najmłodszy brat. Mama po porodzie dostała zakażenia i zmarła tydzień później. Zostaliśmy bez niej bardzo wcześnie.
Mieliśmy wtedy dwie krowy. Jedną zabrała babcia Maria i wzięła „pod opiekę” małego Leona. Wyjechała z nim do Terespola, żeby go wykarmić. Mówiono, że nosiła mleko „za pazuchą”. Niestety, pewnego razu mleko się zważyło. Brat się nim zatruł i zmarł w listopadzie. Mały Leon nie miał nawet roku. Został pochowany przy mamie. Był to prawdopodobnie 1943 rok.
Pamiętam, że jako dziecko pasłam krowy w lesie i zbierałam jagody.
Wojna na wsi – strach – pomoc partyzantom – utrata domu
Z opowieści wiem, że nasza babcia pomagała partyzantom[3], którzy nocowali w szopie na uboczu. Przygotowywała im jedzenie, choć sami często chodziliśmy głodni. Kobiety bardzo się bały – ukrywały się przed żołnierzami, żeby uniknąć gwałtów. Mówiono nawet, „Że kilka z nich się zamurowało” a inni potajemnie donosili im jedzenie.
W czasie wojny straciliśmy swoje dom. Ojciec opowiadał: „Przyszli kałmyki, wzięli zapałkę i nas spalili”. Mówił też, że „Ruski, go zastrzeli, jak mu nie da zapałek”[4]. Wszystko było wtedy kryte słomą, więc cała wieś poszła z dymem. Po spaleniu domu przegnano nas do wioski, w której mieszkało rodzeństwo ojca.
Ojciec pochodził z drugiego małżeństwa. Syn z pierwszego związku, Jan, miał przepisany dom. „Z przepisaniem ziemi było różnie”. Mówiono, że wydawał ludzi Niemcom i dlatego bał się wrócić do wioski.
Ukrywanie się przed frontem
Podczas działań wojennych chowaliśmy się pod mostem razem z trzema innymi rodzinami. Obok płynęła rzeka, a front był nad nami. Kiedyś bardzo chciało się nam pić. Jeden z mężczyzn wyszedł po wodę. Niemiec tylko pogroził mu palcem.
Później ukrywaliśmy się na strychu u mojej chrzestnej. Dom był zniszczony i pusty. Pamiętam, że ojciec miał suchary i garnek z wodą. Moczyliśmy je, żeby zabić głód.
Pewnego dnia Niemcy przyszli do obory. Ojciec kazał nam być cicho. Niemcy między sobą coś „poszwargotali” i na szczęście odeszli.
W tamtym czasie nasza krowa pasła się niedaleko mostu. To był chyba czerwiec, zboża były wysokie. Ojciec wysłał najstarszą siostrę, żeby ją przyprowadziła lub przyniosła mleko. Dziś myślę, że to było bardzo ryzykowne. Niemieccy jedli i pili, gdy nagle ją zauważyli, zaczęli do niej strzelać. Schowała się w bruzdach ziemi i wróciła cała. Ojciec powiedział wtedy „Jaki ja durny jestem, krowy nie ma, teraz bym dziecko stracił”.
Nie wiem, kto zabił naszą krowę – Niemcy czy partyzanci. Jej skóra wisiała później na płocie, a my, jako dzieci, łapaliśmy za „dujki” dla zabawy.
Wywóz na Majdanek
Jak już wspominałam, nasza matka zmarła zaraz po porodzie. Być może dlatego nie wywieziono nas od razu na roboty do Niemiec. Pewnego dnia chrzestna mojego brata, przybiegła zdyszana i krzyczała „Chowajcie się bo zabierają na Majdanek, idź coś robić na pole, to może cię nie wezmą”.
Niemcy zgarnęli mnie i najstarszą siostrę na plac. Ojciec powiedział wtedy: „Jakbym był sam to może bym uciekał, a tak co miałem was zostawić na pastwę losu”. To był chyba czerwiec, pamiętam, że było bardzo gorąco. Po jakimś czasie Niemcy zapakowali nas na samochody i wywieźli na Majdanek[5]. W obozie spaliśmy na samej górze, na drewnianych pryczach. Na noc Niemcy zamykali baraki, panowała straszna duchota, przez którą część ludzi umierała. Ich ciała rano wynoszono z baraków.
Te miejsce było straszne. Wokół były druty, przez które ludzie czasem podawali sobie chleb. Jeśli dziecko poszło się załatwić i wpadło do dołu, już nie wychodziło. Trzeba było bardzo uważać. Pamiętam, że kiedy znalazłam w plewach trochę bobu, zjadałam go od razu, taki panował tam głód.
Któregoś dnia, podczas kolacji wszyscy siedzieliśmy na dworze. Niemcy grali sobie w piłkę. Jeden z nich trafił nią w miskę z gorącą wodą – woda się rozlała i poparzyła dzieci. Rozległ się przeraźliwy krzyk, a Niemcy tylko się śmiali.
W ciągu dnia, nasz ojciec musiał kopać rowy. Razem z nim pracowały Rosjanki, które strasznie płakały. Mówiły do taty, że przynajmniej jest tu z dziećmi tutaj jesteś, a ich Niemcy zabili brutalnie na miejscu w Rosji.
Nie zapomnę też łaźni. Stały tam rozbierane kobiety i dzieci, a z góry lała się woda. Nasz brat gdzieś się zgubił. Jakaś starsza Niemka, która umiała mówić po polsku, powiedziała, że schował się za barakiem i płacze. Ja nie była już w stanie iść – ojciec wyniósł mnie stamtąd na rękach.
Fot. 2. Rodzina Koman podczas przeniesienia do Zemborzyc.
Źródło: Archiwum Państwowe w Lublinie, zespół akt nr 513 „Centrala Przesiedleńcza Policji Bezpieczeństwa – Ekspozytura w Zamościu 1942–1944”, sygn. 67, „Transporten nach verschiedenen Ortschaften”, s. 97.
Wyzwolenie i pobyt w szpitalu
Po wyzwoleniu z Majdanka[6] trafiłyśmy z siostrą do Lublina, do szpitala Dzieciątka Jezus[7]. Chorowałyśmy na tyfus brzuszny[8]. Pamiętam, że dostałam klapsa od pielęgniarki, gdyż posikałam się w spodnie. Zapamiętałam jednak także przyjemniejsze rzeczy – piękne, duże jabłka, które dostawaliśmy.
Nasz ojciec odwiedzał nas w szpitalu i tłumaczył pielęgniarce, że jest wdowcem. Kobieta odpowiedziała mu: „Że przeżyliśmy, bo się modliła za nas matka”. Spędziłyśmy tam około dwóch miesięcy.
Moja siostra oglądała kiedyś program w telewizji, wypowiadała się w nim siostra, która opiekowała się nami w Lublinie. Prosiła o kontakt osoby, które tam leżały i przeżyły. Siostra mówiła później, że gdy to usłyszała, aż przeszły ją ciarki.
Po pobycie w szpitalu wróciliśmy do domu. Zamieszkaliśmy w mieszkaniu po tym bracie, który jak mówiono wydawał ludzi Niemcom.
Jeszcze przed końcem wojny do naszego domu weszli Rosjanie i zapytali ojca, gdzie ma „babuszku”. Gdy to usłyszała bratowa ojca, wyskoczyła przez okno. Żołnierze kazali ojcu zapalić światło, my w tym czasie spałyśmy w łóżkach. Jeden z pianych żołnierzy spojrzał na ojca i powiedział: „Ta by się nadała”. Tato odpowiedział mu, że ma zaledwie siedem lat. Wtedy żołnierz uderzył go tak mocno, że złamał mu szczękę. Ojciec długo później przez to chorował.
Rosjanie pędzili ogromne stada bydła z Niemiec. Nasza krowa ledwo szła, była cielna. Ojciec mimo gróźb nie oddał jej Rosjanom[9].
Wyjazd na Ziemie Zachodnie
Najpierw moje siostry wyjechały na zachód. Janina miała małe dziecko – Tadzia. Jej męża zabrano do wojska, więc musiał iść do pracy. Napisała do mnie list, że potrzebuje pomocy. Pojechałam więc do niej. Był to 1956 rok. Brat został z ojcem i tam tata poznał swoją trzecią żonę. Szwagier zaczął udawać chorobę serca i dzięki temu został zwolniony z wojska.
Pracowałyśmy w PGR w Nętkowie[10], głównie na polu. Czasem przyjeżdżało wojsko i razem zbieraliśmy ziemniaki, wtedy było trochę lżej.
Na początku mieszkałam w kawalerce z dziewczyną o imieniu Józka.
Fot. 3. Dzieci Janiny Ogar najstarszej siostry bohaterki opowiadania, Teresa i Tadzio. Nętkowo koło Recza, czas nieznany. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marianny Jackowskiej.
Mąż mnie ukradł – początek własnej rodziny
W Nętkowie budowlańcy, budowali szkołę. Mój przyszły mąż, pochodzący z Marwic, przyjechał tam do pracy. W tym czasie miałam wyjść za innego – Józka z centralnej Polski. Później dowiedziałam się jednak, że jego ojciec sprzeciwiał się temu małżeństwu, bo byłam od niego starsza o dwa lata. Podobno chciał nawet namawiać świadków, żeby nie dopuścili do ślubu.
Ja z kolei nie powiedział temu chłopakowi całej prawdy, powiedziałam tylko, że muszę wyjechać do siostry. Przyjechał jeszcze za mną, ale mnie już tam nie było. Byliśmy już wtedy umówieni z moim przyszłym mężem. On wyjechał pierwszy pociągiem, a ja pojechał za nim. Czekał na mnie gdzieś między Reczem a Starogardem, na stacji.
Kiedy później wróciłam się wymeldować, z jednej strony stała moja siostra, z drugiej szwagier. Józek był na mnie bardzo zły.
Fot. 4. Od lewej starsza siostra Petronela Pałubiak z córką Danutą i mężem Franciszkiem Pałubiakiem. Snowidza koło Jawora, lata 60. XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marianny Jackowskiej.
Z mężem przyjechaliśmy do Marwic w sierpniu. W październiku wzięliśmy ślub cywilny, a w święta ślub kościelny. Był to 1960 rok.
Fot. 5. Antoni Jackowski jeszcze jako kawaler. Gryfino na ul. Grunwaldzkiej obok budynku komitetu PZPR, 1955 rok. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marianny Jackowskiej.
Z Antkiem doczekaliśmy się czworga dzieci: Józefa, Halinę, Irenę i Dariusza.
Mój mąż, pracował jako strażnik wodny przy wałach. Wcześniej jeździł w delegacje i żyliśmy na dwa domy. Na miejscu zarabiał co prawda mniej, ale przynajmniej był z rodziną
Antek pracował ciężko, wykładał brzegi Odry, wycinał trzcinę, dźwigał kamienie. Nieraz chodziliśmy obrabiać ziemie w okolicach Berlińskiej Śluzy[11] i Strugi, takie były czasy.
Fot 6. Uroczystość po przejściu na emeryturę Antoniego Jackowskiego. Od lewej NN, Marianna Jackowska, Antoni Jackowski, Tadeusz Łuczak (także pracownik Nadzoru Wodnego), i znajomy z Krzywina. Widuchowa, lata 90. XX wieku. Autor nieznany, zdjęcie z prywatnego archiwum Marianny Jackowskiej.
Wspomnień Pani Marianny Jackowskiej wysłuchał w 2024 roku autor publikacji Michał Dworczyk i Andrzej Krywalewicz.
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.
[1] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksandr%C3%B3w_(powiat_bi%C5%82gorajski), https://lubelskie-encyklopedia.pl/index.php/2023/06/22/aleksandrow/ (dostęp 15.01.2026 r.).
[2] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tereszpol-Kukie%C5%82ki (dostęp 15.01.2026 r.).
[3] W Aleksandrowie już w pierwszych tygodniach okupacji musiało dojść do pojawienia się organizacji konspiracyjnej. Konsekwencją tego były dwie pacyfikacje przeprowadzone 5 i 10 lutego 1940 r. Efektem tych akcji była śmierć Franciszka Kukiełki i spalenie kilku gospodarstw. Aleksandrów, ze względu na swoje położenie, był chętnie nawiedzany przez oddziały partyzanckie. To też stało się powodem kolejnej pacyfikacji przeprowadzonej przez oddziały policji i żandarmerii niemieckiej. Zob. https://lubelskie-encyklopedia.pl/index.php/2023/06/22/aleksandrow/ (dostęp 05.05.2026 r.).
[4] Zdaniem autorów tekstu, chronologicznie wydarzenia te mogły mieć miejsce w 1943 roku. Zob.: Po zaangażowaniu się mieszkańców Aleksandrowa w konspirację niepodległościową, Niemcy przeprowadzili kolejne wymierzone w nich akcje. 10 lutego 1943 r. otoczyli całą wieś […]. W czasie trwania akcji zginęło przynajmniej 25 osób, a około 100 gospodarstw zostało podpalonych i zniszczonych. Dostępne na: https://przystanekhistoria.pl/pa2/teksty/88421,Pacyfikacje-Aleksandrowa-w-powiecie-bilgorajskim.html (dostęp, 05.05.2026 r.).
Zdaniem autorów tekstu, inną możliwą datą może jest 1944 rok, jednak nie współgra to z relacją dotyczącą wywiezienia rodziny na Majdanek. Zob.: W czerwcu 1944 r. do Aleksandrowa wkroczyła kawaleria kałmucka Sonderführera Ottona Wierby („Dr. Dolla”). Miało to związek z akcjami przeciwpartyzanckimi Sturmwind I i Sturmwind II. Jej pobyt charakteryzowały liczne morderstwa i gwałty na ludności cywilnej. Mieszkańcy Aleksandrowa w zdecydowanej większości poukrywali się w okolicznych lasach i schronach25. Spalono przynajmniej kilka zabudowań. Dostępne na: https://przystanekhistoria.pl/pa2/teksty/88421,Pacyfikacje-Aleksandrowa-w-powiecie-bilgorajskim.html (dostęp, 05.05.2026 r.).
[5] Na stronie internetowej Państwowego Muzeum w Majdanku można znaleźć ojca Mikołaja wraz z dziećmi: Janiną, Wacławem, Marianną, Zofie. Zob. https://www.majdanek.eu/pl/prisoners-results?lastname=Koman&page=3
[6] Zob. https://muzeum1939.pl/aktualnosci/-wojennydzien-23-07-wyzwolenie-niemieckiego-nazistowskiego-obozu-koncentracyjnego-na-majdanku--11804 (dostęp 15.01.2026 r.).
[7] Zob. https://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/szpital-dzieciecy-im-vetterow-w-lublinie/ (dostęp, 05.05.2026 r.).
[8] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Dur_brzuszny (dostęp, 05.05.2026 r.).
[9] W lipcu 1945 r. Armia Czerwona wyrządziła szkody w zasiewach, na łąkach i pastwiskach w czasie przegonu zdobycznego bydła z okupowanych terenów niemieckich do Związku Sowieckiego. Zob. https://lubelskie-encyklopedia.pl/index.php/2023/06/22/aleksandrow/ (dostęp, 05.05.2026 r.).
[10] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/N%C4%99tkowo (dostęp, 05.05.2026 r.).
[11] Zob. https://polska-org.pl/9630221,Gryfino,Sluza_komorowa_zeglugowa_na_Odrze_Zachodniej_Gartz.html (dostęp, 05.05.2026 r.).

