Dwie zsyłki, jeden los. Opowieść Anieli Walków z Lisiego Pola

Fot. 1. Zdjęcie wykonane na poczatku lat 50., przejmujące świadctwo losu polskich zesłańców wywiezionych do obwodu irkuckiego. Rodzina Anieli Walków i ich sąsiedzi przed barakiem, w pobliżu kopalni. Fotografia pochodzi z prywatnego albumu rodzinnego Anieli Walków. Autor nieznany.

Nazywam się Aniela Walków, z domu Chowańska. Urodziłam się 25 października 1950 roku. Nie byłoby mnie, gdyby nie moi dziadkowie… Tekla oraz Anastazja i Bazyli Chowańscy. Babcia ze strony mamy oraz dziadkowie ze strony taty związani byli przez całe życie z rodzinną wioską Ruda[1] koło Brześcia. To oni stworzyli podwaliny pod późniejsze życie mojej rodziny. ​Moi rodzice przyszli na świat jeszcze przed wojną – tato w 1913 roku, a mama w 1918. Tato pochodził z bogatej rodziny. Mama natomiast, w przeciwieństwie do niego, nie zaznała w dzieciństwie ani stabilizacji rodzinnej, ani materialnej. Wszystko przez to, że jej dziadek zostawił rodzinę. Nowa, trudna sytuacja całkowicie przerosła moją babcię Anastazję. W rezultacie mama i jej starsza o dwa lata siostra Zofia trafiły do sierocińca. ​Gdy tylko siostra mamy osiągnęła odpowiedni wiek, opuściła sierociniec i wróciła do matki. Była ambitna i pracowita, chciała pomóc rodzinie finansowo. Podjęła się pracy u wiejskich gospodarzy, pilnowała i wypasała ich krowy, które codziennie rano gnała na dużą polanę. Moja mama opuściła sierociniec nieco później. Podjęła pracę przy wypasie owiec. Niedługo potem poznała mojego tatę. Mając szesnaście lat wyszła za mąż. Z czasem na świat zaczęły przychodzić ich dzieci. Mój brat Wiktor urodził się jeszcze przed wojną, w 1938 roku. Kolejny brat, Wacław, urodził się już po wojnie, w 1948 roku. Dwa lata po nim, w październiku 1950 roku, urodziłam się ja. Po mnie na świat przyszedł jeszcze najmłodszy Mikołaj – on jako jedyny z nas urodził się już na zesłaniu.

Pierwsze zesłanie

Mój tato dwukrotnie został skazany na dziesięć lat katorgi zesłania. W wyniku tych okrutnych wyroków mama z tatą spędzili na zesłaniu ponad dziesięć lat. To co ich spotkało przeraża.

O tacie opowiem więcej w dalszej części – chciałabym bardzo przybliżyć jego postać. W latach 1935–1936 odbywał zasadniczą służbę wojskową w Grudziądzu, a po wybuchu wojny walczył w bitwie pod Mławą oraz brał udział w obronie Warszawy. ​Po kapitulacji stolicy powrócił do domu. Trwała już wojna, a nasze strony znalazły się pod władzą sowiecką. Niemal od razu tatę zaczęli prześladować i nękać urzędnicy radzieckiej administracji. Naciskali na niego i namawiali, by wstąpił do wojska radzieckiego. On jednak konsekwentnie i zdecydowanie odmawiał. Postawa taty uruchomiła niespodziewane dla całej rodziny konsekwencje. W lutym 1940 roku dziadkowie Chowańscy, moi rodzice z bratem Wiktorem trafili, podobnie jak wielu innych mieszkańców żyjących po sąsiedzku do Archangielska. Na zesłaniu przebywali do 1942 roku, do czasu, gdy zdecydowano, że polskie rodziny opuszczą nieludzką ziemię archangielską i wyjadą do Kazachstanu. W drodze do miejsca zsyłki w Azji miał miejsce jeden dłuższy postój pociągu, który dramatycznie odcisnął piętno na losie całej mojej rodziny. ​Oczywiście, jak wspomniałam, ja urodziłam się dopiero w 1950 roku. W tej pierwszej wywózce brali udział moi rodzice, dziadkowie oraz mój najstarszy brat Wiktor – mnie tam fizycznie nie było. Mimo to znam tę historię na pamięć. Pobrzmiewała ona w opowieściach moich rodziców tak wiele razy, że czuje się, jakbym sama tam wtedy była i w tym wszystkim uczestniczyła

Rozdzielenie na stacji na pograniczu Europy i Azji

Pociąg jechał długo, wydawało się, że szczęśliwie unika długich postojów. Monotonny stukot kół, aż się nagle gwałtownie lub łagodnie zatrzymywał. Wtedy enkawudziści dochodzili do przesuwanych drzwi wagonów i zdecydowanym ruchem, rozsuwali je na zewnątrz i głośnym, rozkazującym tonem do wnętrza wagonu wołali: - Na stacji, w pobliżu wagonów przygotowana jest zupa. Można opuszczać wagony, zabierać z sobą wiadra lub inne naczynia i je napełnić. Na ten rozkaz wagony opuszczało sporo osób, częściej mężczyźni. Kobiety z dziećmi i starszymi ludźmi przeważnie zostawały w wagonach. Jeden z takich postojów, jak się okazało, miał swoje tragiczne konsekwencje. Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się niewinnie. Postój, wagony opuszczają ludzie, tradycyjnie w większości to mężczyźni. Tato wiedziony głęboką odpowiedzialnością i instynktem przetrwania, chwycił mocno w dłoń wiadro i ruszył wraz z innymi w kierunku przyczepy, na której dymiły garnki z zupą. Wtedy wydarzył się koszmar. Bez żadnego ostrzeżenia, sygnału, czy choćby gwizdka, pociąg nagle ruszył i zaczął bezlitośnie przyśpieszać. Wszyscy ci, którzy opuścili wagony i wyszli po jedzenie, zostali na stacji. Tato, gdy historię tę po latach opowiadał, słuchaczom na samą myśl przechodziły po plecach ciarki. W tamtej strasznej chwili, przerażeni, którzy bezradnie przyglądali się odjeżdżającym wagonom, stali i patrzyli. Po jakimś czasie zdecydowali – Pójdziemy po torach, w kierunku, którym pociąg odjechał. Poszli…  Tato wspominał, że mogło być z ponad pięćdziesiąt, albo i więcej osób, w zdecydowanej większości to byli mężczyźni. Szli przed siebie, długo. Po drodze były przypadki, że ktoś nie wytrzymał, umarł z wycieńczenia. Wykopali w piachu płytki dół, zwłoki ułożono, zasypano, mogiłę symbolicznie oznakowano i poszli dalej. Nie było co zjeść, co może rosnąć wzdłuż toru ułożonego na stepie. Wspierali się wzajemnie, słychać było głośne – Gdzieś tam dojdziemy, gdzieś tam dojdziemy! Kolejna noc się zbliżała. Pokładali się na ciepłej ziemi, w pobliżu nasypu kolejowego, nagle usłyszeli rżenie koni. Pod nasypem, na którym odpoczywali, znajdował się tunel. Okazało się, że właśnie tym tunelem przemieszczał się wolno Generał Władysław Anders wraz ze swoim wojskiem. Stąd te donośne, końskie odgłosy - w zamkniętej, kamiennej przestrzeni tunelu każdy dźwięk niepomiernie się wyolbrzymia przecież. Podobnie było z tym rżeniem; niosło się takim echem, że sprawiało wrażenie, jakby po szynach jechały obok siebie cztery wielkie lokomotywy. Generał Anders przemieszczał się wówczas przez te obszary Związku Radzieckiego, tworząc polskie wojsko i zbierając wszystkich chętnych, zdolnych do służby. Jednak nie wszyscy z tych, których pociąg pozostawił na stacji i którzy podobnie jak mój tato szli przed siebie zdani na własny los, zdecydowali się wówczas wstąpić do armii. Tato podjął tę decyzję – zgłosił się do wojska. W ten sposób oddalił się od tej nieludzkiej „sowieckiej” części świata i przeszedł z Armią Andersa praktycznie cały legendarny szlak. To jednak zupełnie inna historia, którą opowiem później. ​Jaki był los tych mężczyzn, którzy wtedy zostali i nie dołączyli do wojska? Czy kiedykolwiek zdołali odnaleźć swoich bliskich? Bardzo mało prawdopodobne.                       

Samotność mamy

Podobno, gdy pociąg bezlitośnie ruszył, zostawiając tatę na jakiejś głuchej stacji, mojej mamie w krótkim czasie zawalił się świat cały. Wokół niej trwał dramat – w podobny sposób reagowały inne kobiety i pozostali w wagonach ludzie. Przecież każdy człowiek reaguje podobnie, gdy spotyka go tragedia. Chociaż na peronie zostali w większości mężczyźni, to przecież zdarzyły się tam również kobiety i dzieci, które wyszły po jedzenie. Oni wszyscy zostali tam, na torach, bez niczego. Sam fakt, że ta tułaczka w nieznane wciąż trwa, że zmierzamy w jakieś inne, rzekomo lżejsze klimatycznie miejsce, nie miał już dla mamy znaczenia. Wiedziała, że teraz będzie jeszcze trudniej. W końcu wagony zatrzymały się na stacji, którą mama w swoich późniejszych wspomnieniach zawsze nazywała» pustynną stacją. W pobliżu kołchozy. Budynki nazywane „lepiankami” zbudowane były z gliny zmieszanej z trzciną, trawą, słomą czy krowim łajnem. Zamieszkaliśmy w lepiance, sąsiadami byli dobrzy ludzie. Mama podjęła pracę w miejscowym kołchozie przy zaprzęgach konnych jako furmanka. Zajęcie to powierzono właśnie jej, ponieważ potrafiła powozić – fachu tego nauczyła się jeszcze w Polsce.  Miejscowa kobieta, również zatrudniona w kołchozie, podarowała jej dużą, obszerną sukienkę. Pod wpływem gorąca po tygodniu tkanina się rozłaziła. Zachorowała na malarię, paliło słońce, w przeciwieństwie do długich, mroźnych syberyjskich zim, tutaj przeciwnie lata były długie i upalne.

Powrót do Rudy

Mama nie pojechała do Polski, bo nikogo tam nie znała. Nie wiedziała, co z tatą, czy żyje. Po sześciu latach wróciła do Brześcia, stąd do Rudy.

1946 rok mama z synem wracała do domu. Zaproponowali wyjazd na ziemie zachodnie, mama zdecydowanie opierała się. Chciała powrócić do rodzinnej wioski, choć ta była już poza granicami Polski. Mówiła: Jak mogę pojechać w nieznane, gdy moja mama została w Rudzie? A po drugie, ja w Polsce nikogo nie znam, nikogo tam nie mam. Dlatego wróciła do Rudy. ​Mniej więcej w tym samym czasie do domu zmierzał mój tato. Walczył pod Monte Cassino, gdzie został ciężko ranny i przez dłuższy czas przebywał w szpitalu. Gdy tylko odzyskał siły, zrezygnował z wyjazdu na Zachód i postanowił wrócić na rodzinną ziemię, do mamy. Powrócił do domu w 1947. Jego losy były doprawdy bardzo skomplikowane, a na samym zesłaniu, razem z mamą, spędził ponad 10 lat swojego życia.

Groźba i wywózka

Przyszedł na świat w 1948 Wacław. Po powrocie taty miesiące upływały, coraz odważniej poczynali sobie miejscowi funkcjonariusze KGB, do których później przylgnęło określenie „czekiści”. Mieliśmy tutaj rodzinę i znajomych. Spotykali się, pytali taty, jak tam było. Ludzie różni są, trzeba w tym życiu uważać. Ktoś donosił. Przyszedł mamy wujek Sobolewski, odczekał odpowiedni moment i w miejscu, które uznał za bezpieczne powiedział – Marysia, twojego Aleksego mają zastrzelić. Mama przerażona powiedziała – Niech nas wywiozą, gdzie chcą. Ale żebyśmy tylko razem byli. Przeżyjemy. Dzięki pomocy wujka, który pozostawał tam dość wpływowy, wywieziono nas, podobnie jak inne polskie rodziny, w których mężczyźni walczyli w wrogiej Armii Andersa, wywieźli na Syberię. Z jednej strony to dramat, ale z drugiej – tato uniknął śmierci. Zanim nas wywieziono, w 1950 roku, przyszłam na świat.

Noc deportacji 1 sierpnia 1951.

Przyszli w nocy, nie pozwolili nic zabrać z sobą. Dotarliśmy do Irkucka. W wagonie, dokąd rodzice z nami zostali wciśnięci, przebywała kobieta z maleństwem. Dziecko mocno płakało, postój się wydłużał. Płacz stawał się coraz silniejszy, przypominał skomlenie zranionego zwierzęcia. Wtedy podszedł nagle do kobiety umundurowany konwojent z NKWD. Rozwścieczony nieustannym krzykiem, wyrwał maleństwo z rąk matki. Silnym ruchem uderzył dziecko o drewnianą ścianę wagonu, wyrzucił w śnieżną zaspę… Byłam rocznym dzieckiem. Może to wydać się nieprawdopodobne, ale ja ten płacz dziecka zapamiętałam. Pytałam mamy wielokrotnie, czy to jest prawdopodobne, aby coś w mej pamięci przetrwało. Nie odpowiadała.

Życie przy kopalni

W okolicach Irkucka znajdowały się kopalnię

Obóz, miejsce zsyłki. W okolicach Irkucka znajdowała się kopalnia. Co zapamiętałam.  Duży budynek, długi korytarz, schody na górę. Pokój, w którym zamieszkaliśmy znajdował się na parterze, mógł mieć z pięć metrów długości, cztery metry szerokości. W pokoju tato, mama, babcia, dwóch braci i ja. Nasz pokój był przejściowy, sąsiadował drzwiami z podobnej wielkości pokojem. Tutaj mieszkało małżeństwo żydowskie z córką. Żyd dostał zgodę na wykonanie wejścia do ich pomieszczenia bezpośrednio z korytarza, jednocześnie drzwi między naszymi pokojami mógł „zabić” deskami, w czym tato pomógł. W pobliżu baraku działała kopalnia. Podobno już na drugi dzień, po przyjeździe, mężczyźni zostali zawiezieni do pracy na budowę. Droga do kopalni z baraku wynosiła niespełna sto metrów. Jako trzy latka chodziłam z braćmi o zmierzchu w kierunku bramy wjazdowej, blisko niej podbieraliśmy z hałdy bryłki węgla do kosza z wikliny. Przez lato, początek jesieni znosiliśmy węgiel. Kiedyś ustawiliśmy się z drugiej strony hałdy, ustawiliśmy kosz na ziemi i układaliśmy bryłki węgla, gdy niespodziewanie z tyłu pojawił się nagle stróż. Pytał, gdzie mieszkamy, zaprowadził nas do domu. Ostrzegł mamę, że gdy jeśli raz nas schwyta podczas kradzieży, mama swoich dzieci już nie zobaczy. Mimo poważnej przestrogi, nadal przynosiliśmy bryłki węgla.

Kilkunastu, może kilku mężczyzn z baraku pracowało na budowie. Przywozili ich z pracy dużym samochodem ciężarowym, bez dachu. Oni deski z budowy legalnie przywozili. Jednym z zatrudnionych na budowie był tato. Z tych desek zbił dla nas łóżka. Do pracy byli zawożeni na wspomnianej ciężarówce. Wracali mniej więcej raz na trzy tygodnie, na kilka dni i wracali do pracy.

Estera

Wspomniałam po sąsiedzku mieszkającą rodzinę żydowską. Córka ich miała na imię Estera, mówiliśmy na nią Wiera. Babcia Tekla była akuszerką, chodziła pieszo do wioski, w której mieszkali robotnicy pobliskiego kołchozu, podobno jednak większość mieszkańców tej wioski i sąsiadujących z nią pracowało w kopalni. Co w sumie nie ma żadnego znaczenia, bo przecież dzieci rodzą się zazwyczaj w każdej rodzinie, nie ma znaczenia zawód rodziców. Babcia odbierała porody i zawsze coś w podziękowaniu dostała; kilka ziemniaków, które mama później obierała grubiej. Droga szła na wprost naszego budynku, mama na górce posadziła do ziemi obierki od ziemniaków. W maju szukaliśmy w ziemi ziemniaków, wyrastały. Mniejsze, trochę większe, ale swoje. Właściwie to były mniejsze od orzechów włoskich. Kiedyś babcia przyniosła lalkę. W każdy kolejny dzień z Wierą nie rozstawałyśmy się z nią. Mama ze względu na mnie sadziła obierki, ponieważ od kwaśnego, ciemnego pieczywa bardzo bolał mnie żołądek.

Dźwięki kopalni

W baraku słychać było kopalnie. Lubiliśmy się przyglądać, gdy wagon wjeżdżał na górę, po czym węgiel sypał się z niego na hałdę. Węgiel albo duże bryły spadały i turlały się w dół. Strażnik nie pozwalał, abyśmy zatrzymywali się, gdy wagoniki były opróżniane z węgla. Mówił do mamy: - Co, ja będę odpowiadał, jak taka bryła spadnie i dziecko zabije?  Teren kopalni było ogrodzony, my dostawaliśmy się tutaj w miejscu, gdzie brakowało części ogrodzenia. Wokół nie było lasów, ogrodów, natomiast było błoto, pył, hałdy, wokół rozciągał się księżycowy krajobraz. Zimą czarny, węglowy pył osiadał na śniegu i pokrywał okolicę.  Brat wraz z innymi dziećmi z baraku rozpoczął naukę. Pieszo pokonywali kawałek drogi, aby dojść do wioski. 

Gdy nadchodził przypadający dzień taty przyjazdu – piątek, czekałam na niego cały dzień przy drodze. Cały dzień potrafiłam przesiedzieć, wypatrując samochodu.  Gdy samochód podjechał, wysiadali wszyscy robotnicy, biegłam szybko, ile miałam tylko siły prosto w objęcia taty. Potem, gdy już mnie odstawił na ziemię, sięgał do kieszeni ukrytej głęboko w roboczym ubraniu. I wyciągał stamtąd… kawałek kanapki, którą rano na śniadanie dostał, ale jej nie zjadł. Nadszedł kolejny piątek, tradycyjnie czekałam na tatę, siedziałam na wielkim głazie w pobliżu drogi. W pewnym momencie podeszła do mnie mama i podała mi niedużą kromkę chleba, po chwili odeszła. Nie utrzymałam w dłoni, kromka spadła na ziemię, w ten pył. Siedziałam, bezradnie płakałam i patrzyłam na ten chleb leżący na ziemi. W końcu się schyliłam i podniosłam go. Ta pajda chleba była ciężka. Czarna i strasznie kwaśna w smaku.

Brat uczęszczał do szkoły, podobnie jak inne dzieci z rodzin zesłańców. Dobrze nauczył się mówić po rosyjsku.

Ludzie umierali, przeważnie dzieci

Pamiętam taką sytuację, to we mnie zostało. Zmarła dziewczynka, urodzona w tym samym roku co mój brat Wacław.  Ekipa robotników z tatą, po każdym powrocie przywozili na pace ciężarówki deski. Ojciec tej dziewczynki razem z moim tatą, usiedli i wspólnie zbili z desek prostą trumnę. Potem ta trumienkę ustawiono przed barakiem na podwyższeniu, na podeście. I dzięki temu ta dziewczynka, tak jak leżała w tej trumnie, była lepiej widoczna dla wszystkich, którzy przychodzili się pożegnać. Zapamiętałam jej twarzyczkę – była blada, żółta, wyglądała jak z wosku. Ubrana była skromnie, w zwykłe ubranie, w którym chodziła na co dzień. Za trumną szła rodzina, za nimi ludzie z baraku. Pochowali dziewczynkę, nikt nie wiedział, gdzie.

Nie mogliśmy używać kluczy do drzwi naszych małych mieszkań. Nadzór mógł wejść w każdej chwili, przeliczać stan.

W tym samym mniej więcej czasie moja mama, po urodzeniu Mikołaja w grudniu 1952, została skierowana do grupy robotników przy budowie toru. Babcia doradziła, że jedynym sensownym wyjściem, aby uniknąć ciężkiej pracy jest ciąża. Urodziła siostrę, małą Anię... Siostra żyła zaledwie kilka miesięcy. Zmarła. Rodzice o własnych siłach wykopali dół na miejscu nazywanym cmentarzem. Moją siostrzyczkę pochowali w nocy. Tak, żeby nikt nie wiedział. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego w takiej tajemnicy pochowano siostrę. Bardzo z bratem płakaliśmy, bo ona zmarła na naszych oczach, gdy uczyła się chodzić. Szła wzdłuż drewnianego łóżka, którego się przytrzymywała, nagle upadła i koniec.

Szansa na wyjazd do Polski

Biuro NKWD znajdowało się miasteczku położonym w innej części lasu, na jego krawędzi. Co miesiąc ktoś z dorosłych każdej rodziny, zamieszkującej barak był zobowiązany wstawić się do ich siedziby. W drogę wyruszały kobiety, bo mężczyźni pracowali, we wczesnych godzinach poranka, aby dotrzeć na miejsce koło południa. Powracali w nocy, przerażeni niespodziewanie napotkanymi zwierzętami. Najgroźniejsze były wilki i niedźwiedzie. Zawsze z sobą ogień mieli, gdy rozniecali ogień wilki odchodziły. Kiedyś mama po powrocie opowiedziała, że urzędnik zapytał, czy jest w posiadaniu jakichkolwiek dokumentów potwierdzających obywatelstwo polskie. Mama odpowiedziała, że nie posiadamy żadnych dokumentów, ponieważ niczego nie pozwolono zabrać w dzień wysyłki, ale mam guzik munduru męża. Urzędnik powiedział – Daj mi ten guzik. Na co mama zdecydowanie odpowiedziała – Mówisz do mnie obywatelu daj! Co wskazuje, że nie jesteś świadomy jaką wartość stanowi dla mnie ten guzik. Jednak na podstawie tego guzika stwierdzono – potwierdzono, że jesteśmy Polakami. W te dni tato przebywał w domu. Stał przy oknie, na wprost stała stodoła i małe szopki, gdy przechodził podwórzem mężczyzna z urzędniczą teczką. Stałam blisko taty, powiedziałam – Jakiś pan idzie, na co mama odpowiedziała – Może to do nas. Faktycznie upłynęła dłuższa chwila, wszedł mężczyzna z teczką za próg naszej izby, przyniósł urzędowe papiery z ustalonym terminem naszego wyjazdu. Pamiętam dzień wyjazdu. Przyjechał duży samochód ciężarowy, zatrzymał się na wprost baraku. Na ten samochód nas zapakowali. Oprócz nas jeszcze dwie rodziny otrzymały zgodę na wyjazd do Polski. Zanosiliśmy na przyczepę dobytek, nasz był wyjątkowo skromny. Tato kiedyś zrobił krzesełko z otworem w środku, służące jako nocnik. Żydówka Estera przyglądała się temu, co miało związek z wyjazdem. Nagle głośno zawołała do mnie – Aniela, a z kim ja się teraz będę bawić? Daj mi jakąś pamiątkę! Mama, gdy to usłyszała, powiedziała – Podarujmy Esterze krzesło! Zeszłam z przyczepy, mama podała mi do ręki krzesło, które przekazałam przyjaciółce. Zawieźli nas na dworzec. Wsiedliśmy do pociągu, w którym siedzenia były drewniane. Droga trwała kilka tygodni, spanie na deskach pozostało w mojej pamięci. Wywieźli nas w listopadzie 1951 roku. Wróciliśmy w listopadzie w 1955. Przebywaliśmy na zesłaniu cztery lata i pięć miesięcy.

Dojechaliśmy do Medyki. Zamieszkaliśmy w budynku – noclegowni. Tutaj przebywaliśmy dłużej. Proponowano nam pozostanie tutaj. Uczęszczałam do przedszkola. Tato sprzeciwiał się, mówił do mamy – Zobacz, ziemia tutaj jest jak pył. Co na takiej ziemi wyrośnie? Upłynęło trochę czasu, ponownie znaleźliśmy się w drodze.  Zapamiętałam dworzec w Krakowie.  

Pierwsze dni w Szczecinie

Ze Szczecina pamiętam niewiele, zapamiętałam pomieszczenia hotelowe i posiłki w pobliskiej zakładowej stołówce.

Ostatecznie pociąg dowiózł nas głęboką nocą do dworca głównego w Szczecinie. Zbliżało się Boże Narodzenie 1955. Kilka, może kilkanaście rodzin opuściło wagony. Kilka osób, odpowiedzialni za grupę zaprowadzili nas do hotelu, w pobliżu dworca. W pokojach stare przedwojenne wyposażenie; duże łóżka, porządne meble. Na dole była restauracja, jednak dla nas posiłki były organizowane w pobliskiej, zakładowej stołówce.

I w ten sposób, w tym poniemieckim hotelu w Szczecinie, upłynęły nam pierwsze dni stycznia 1956 roku. Stamtąd organizowano już dla nas wyjazdy do stałych domów. Lokalne władze stale się komunikowały, sprawdzały, gdzie są jeszcze puste gospodarstwa. Dali nam do wyboru kilka miejsc na terenie województwa szczecińskiego. ​Ale co ciekawe... właśnie w tym czasie, kiedy byliśmy w Szczecinie, mój tato dowiedział się, że jego ojciec, a mój dziadek – Bazyli Chowański – żyje! I że zamieszkał w Pacholętach koło Widuchowej. Jak tato się o tym dowiedział, to dla niego wszystko inne przestało się liczyć. ​Tymczasem władze zorganizowały nam już transport do miejscowości Dobra Szczecińska. Pojechaliśmy tam, bo tak kazali, ale tato był mocno, że tak powiem, rozdarty. Zupełnie nie był zdecydowany, żeby tam zamieszkać. No i w tej Dobrej kategorycznie odmówił. Powiedział, że tam nie zostanie. Stamtąd ruszyliśmy prosto w kierunku Widuchowej. ​I tam, w Pacholętach, doszło do spotkania z dziadkiem Bazylim... Po tylu latach... ​Władze tamtej gminy zaproponowały nam wtedy mieszkanie w samej Widuchowej. Ale moja mama nie była zbyt zadowolona. Nie chciała tam iść. To był taki duży, poniemiecki dom, podzielony na dwa czy trzy mieszkania, z czego jedno było puste.  Pojawiła się możliwość zamieszkania w wiosce Lisie Pole, a konkretniej to w kolonii tej wioski. Coś w tym Lisim Polu sprawiło, że to miejsce od pierwszych chwil najbardziej do nich trafiło i wydało się właściwym miejscem. W Widuchowej mamie przeszkadzało to, że miejscowość była oddalona od stacji kolejowej o kilka kilometrów. Ludzie dzisiaj tego nie rozumieją, ale wtedy pociąg to był jedyny właściwy środek transportu! Iść kilka kilometrów na stację, potem wracać... to nie było i nie jest proste. ​Dlatego stamtąd ruszyliśmy już do Lisiego Pola. I tam w końcu zamieszkaliśmy. To był styczeń, sam początek pięćdziesiątego szóstego roku...

Zamieszkaliśmy na kolonii Lisie Pole

W styczniu 1956 ostatecznie pożegnaliśmy się z kierowcą samochodu ciężarowego, zabraliśmy z przyczepy nasz bardzo skromny dobytek, zamieszkaliśmy na kolonii Lisie Pole. Budynek w pobliżu stacji w Lisim Polu, który miał być opuszczony, w nim mieliśmy zamieszkać, okazało się, że ktoś tutaj mieszkał „na dziko”. Mieszkała w nim rodzina; rodzice i dwoje dzieci, syn z córką, oni jak się okazało, również mieli już swoje rodziny. Tato wszedł do tego domu, po kilku minutach wyszedł. Powiedział – Dom zajęty, nie będę wyganiał, nie będę ludzi krzywdził! Zawieźli nas w kierunku Rurki, trzy budynki stały po sąsiedzku. Budynki stoją do dzisiaj. Środkowy budynek nie był zamieszkały. Tutaj zamieszkaliśmy. Miałam skończone pięć lat.

Pierwsze dni noce były bardzo ciężkie. Trzy pokoje duże, kuchnia zupełnie pozbawione były mebli. Ten okres kojarzy mi się z pustymi ścianami. Przecież nic nie mieliśmy z sobą. Przyjechaliśmy w porwanych kufajkach i zniszczonych butach. Buty filcowe, zniszczone, ciężkie, stopy poobcierane do krwi. Spaliśmy na słomie, którą ułożyliśmy na drewnianej podłodze. Słomę to właściwie przynieśli sąsiedzi. Rodzice i my, dzieci; Wiktor, Wacek, ja i Mikołaj, pierwszą noc przespaliśmy na słomie, w opuszczony domu. Było bardzo cicho. Przeżyliśmy tak kilka dni. Później rodzice pojechali pustą furmanką na wieś do Lisiego Pola, zostaliśmy sami, powrócili furmanką zapełnioną szafkami, drobnymi meblami. 

Dostaliśmy ziemię. Na podwórzu studnia, chlewnia, obora, stajnia. Rozpoczęłam naukę w szkole w Lisim Polu. W 1957 r. na świat przyszła siostra Danuta. Naukę kontynuowałam w liceum w Gryfinie.                                                            

Większość domów i budynków gospodarczych na kolonii Lisiego Pola leżała w rozproszeniu, porozrzucana bez wyraźnego porządku na przestrzeni kilku kilometrów. Przed wojną te gospodarstwa należały jeszcze do wsi Rurka, a wzniesiono je z charakterystycznej, jasnej cegły o żółtawym, kremowym odcieniu, którą przed laty wypalała cegielnia w Chojnie. Ten nietypowy kolor budynków wynikał z samej natury tutejszej ziemi – bogata w wapno glina, wydobywana w okolicach miasta, podczas wypalania traciła tradycyjną czerwień, nadając domom ten specyficzny, ciepły i nieco surowy wygląd. Zupełnie inaczej wyglądała jednak ta część kolonii, w której my zamieszkaliśmy. W przeciwieństwie do reszty okolicy, tutaj panowała zwarta zabudowa. Domy i budynki ściśle przylegały do siebie – i w tym nienaruszonym układzie, ściana w ścianę, przetrwały zresztą do dzisiaj. ​Rozrzucone domy kolonii miała w sobie coś z naturalnego ukrycia. Otoczona gęstymi lasami i bliskością jeziora, leżała całkowicie na uboczu, z dala od głównych szlaków i dróg przemarszu wojsk. Do dziś zresztą prowadzą tu jedynie piaszczyste drogi polne i szutrówki. Po wojnie mieszkańcy przekazywali sobie historię, pewnie będącą na pół legendą, na pół prawdą o ostatnich miesiącach wojny i o tym, co działo się tutaj po jej zakończeniu. Opowiadano, że te opuszczone, ceglane zabudowania, położone najbliżej lasów i brzegu jeziora, były idealną kryjówką dla członków Werwolfu[2]. ​Z jednej strony lokalizacja ta była na tyle blisko Chojny, by stamtąd planować i przeprowadzać akcje dywersyjne, z drugiej jednak – znajdowała się całkowicie poza zasięgiem ludzkiego wzroku. W tych niemal półdzikich warunkach życia ukrywający dywersanci czuli się bezpiecznie, oddzieleni lasem od uczęszczanych dróg i wiosek, czyli od wzroku ludzi.

No i była tam kaplica

Ogrodzony cmentarz ceglanej czerwonej kaplicy, to było dla nas, dzieci ważne i tajemnicze miejsce.

Kaplica ceglana to najciekawszy chyba budynek w okolicy. Obok stał budynek, o którym wszyscy mówili, że przed wojną mieściła się w nim szkoła (zarówno kaplica, jak i budynek dawnej szkoły stoją do dzisiaj – przypis autora). ​Kaplica to było dla nas miejsce zupełnie szczególne. Pamiętam, że jeszcze w latach pięćdziesiątych i trochę później, raz w roku, zawsze na Wielkanoc, przyjeżdżał do nas ksiądz z parafii. Wszyscy schodzili się wtedy z koszykami, a on święcił nam jajka, wielkanocną święconkę. Kaplica nie była zamykana na klucz. My, mieszkańcy kolonii – było nas tam wtedy jakoś z szesnaście rodzin – dbaliśmy o nią. Sprzątało się, czyściło... Pamiętam, jak odnawialiśmy ściany, jak próbowano konserwować to stare drewno, zabezpieczać drewniane drzwi. Sama jako młoda dziewczyna brałam udział w malowaniu kaplicy. Bezpośrednio od strony drogi, znajdował się cmentarz. Przetrwały na nim ładne, błyszczące pomniki – z jasnego, srebrnego i ciemnego granitu. Sama kaplica też była zadbana. Czy ocalało w niej jakieś wyposażenie? Tego, niestety już nie pamiętam. ​W latach siedemdziesiątych, zaczęli do Lisiego Pola przyjeżdżać Niemcy – dawni mieszkańcy tej kolonii. Odwiedzali miejsca, związane z ich życiem. W ten sposób poznaliśmy rodzinę, która mieszkała tu przed wojną i była właścicielami tego domu i zabudowań, w którym po wojnie przyszło nam zamieszkać. Przyjeżdżali chętnie, regularnie nas odwiedzali i zawsze trochę opowiadali o tym, jak tutaj wyglądało życie przed wojną. Przywozili ze sobą, wszystko co było tylko możliwe, a przecież to były czasy, gdy u nas towarów było mało i często ich brakowało. Oni sami rozstawiali na stole, co przywieźli, po czym wspólnie od rana do wieczora gościliśmy się. Chodzili, oglądali. Podkreślali, że dla nich ważne jest, że dom i zabudowania są zadbane komuś służą. ​Później, kiedy ja już wyprowadziłam się do Chojny, moja siostra opowiadała mi, że oni dalej przyjeżdżali. Raz w roku, zazwyczaj jesienią, zjawiała się taka grupa – kilka, kilkanaście osób. Szli tam na ten stary cmentarz, siadali wokół kaplicy, zapalali świece, znicze... Przeszłość wracała.

Dzieciństwo to jedyny, beztroski czas w życiu

Dzieciństwo to jedyny, beztroski czas w życiu, który po latach wspominamy jako niemalże idealny. Ulubione zabawy; graliśmy w piłkę albo chodziliśmy na pobliski rów, obsadzony leszczyną. Gałęzie wycinaliśmy, przynosiliśmy do domu, odzieraliśmy skórę i boczne gałęzie, aby powierzchnia ich była równa. Na długich tych kijach przeskakiwaliśmy nad bramką, a dokładnie nad żerdzią, która znajdowała się nad bramką. W zależności, jeśli się udało, żerdź stopniowo podnosiliśmy o kolejny centymetr do góry. Kije leszczyny wyginają się, cechuje je tak specyficzna elastyczność, co każdy skok uatrakcyjniało. Kolejną atrakcją była jazda na nartach.  Tato, gdy szykował drzewo, wybierał odpowiednie kawałki desek. Do parnika, w którym parowało się ziemniaki dla świń, wkładał to drzewo. Gdy wyciągnął, natychmiast formował deski do kształtu nart, przody unosił lekko do góry. Spody smarowaliśmy woskiem, grube świece idealnie się sprawdzały. Później tato udoskonalił narty, pod ich spód umieszczał blaszaną podkładkę, którą oczywiście również należało co jakiś czas odpowiednio woskiem nasmarować. Na nartach jeździliśmy w kierunku torów kolejowych i szkoły. Jeszcze inną atrakcją było jezioro na kolonii, było większe, zdecydowanie więcej wody. Brzeg jeziora od strony kolonii był dobrym miejscem do wypoczynku. Z Rurki, Strzelczyna i naszej wioski plaża przyciągała mieszkańców. Jak patrzę dziś mną to jezioro, odnoszę wrażenie, że woda, która ciekiem tutaj dopływała, została skierowana w innym kierunku i niestety jezioro zanika.  

Mój tato, Aleksy Chowański, urodził się 30 marca 1913 roku we wsi Ruda. Warunki na przedwojennym Polesiu były trudne, dlatego tato ukończył trzy klasy szkoły powszechnej, co jednak dawało mu solidne podstawy – potrafił pisać i czytać. Z zawodu był rolnikiem, utrzymywał się z pracy we własnym gospodarstwie, a jako młody chłopak dodatkowo wykazał się dużą zaradnością i zdobył fach cieśli. Umiejętność ta w najmniej oczekiwanych momentach przyszłego życia miała uratować jemu i całej naszej rodzinie życie. ​W latach 1935–1936, gdy ukończył 22 lata, odbywał obowiązkową służbę wojskową w garnizonie Grudziądz, służąc w 16 Pomorskim Pułku Artylerii Lekkiej[3].

​Kampania Wrześniowa 1939 roku W marcu 1939 roku, w obliczu rosnącego zagrożenia wojennego ze strony Niemiec, polskie dowództwo ogłosiło tajną mobilizację alarmową, nazywaną też „cichą mobilizacją”. W jej wyniku mój tato został natychmiast powołany pod broń jako doświadczony i niezbędny rezerwista. Od marca aż do 19 września 1939 roku służył w szeregach 20 Pułku Artylerii Lekkiej[4], wchodzącego w skład słynnej 20 Dywizji Piechoty[5]. Jako artylerzysta przeszedł z tą jednostką niezwykle krwawy szlak bojowy – brał bezpośredni udział w bohaterskiej bitwie pod Mławą[6] na samym początku września, a następnie uczestniczył w zaciętej obronie Warszawy przed nacierającymi wojskami niemieckimi, walcząc aż do momentu kapitulacji stolicy.

Deportacja do ZSRR i tułaczka Po zakończeniu walk obronnych w 1939 roku, tato zdołał powrócić do domu rodzinnego na Polesiu. Zanim wybuchła wojna, na świat przyszedł mój najstarszy brat – Wiktor. Już w 1940 roku brutalna machina sowiecka uderzyła w naszą rodzinę podczas pierwszej fali masowych wywózek. Aleksy Chowański wraz z najbliższymi został deportowany w głąb ZSRR – trafili do specposiołka Zoria w obwodzie archangielskim[7], gdzie rodzice musieli w nieludzkich warunkach niewolniczo pracować przy wyrębie syberyjskiej tajgi. Po ogłoszeniu tzw. amnestii wynikającej z układu Sikorski-Majski, w okresie od 1942 roku do kwietnia 1946 roku, nasza rodzina została przemieszczona na południe Związku Radzieckiego, osiedlając się w skrajnie trudnych warunkach klimatycznych i bytowych w okolicach Taszkientu w Uzbekistanie. ​ Tato w dniu 3 września 1942 roku wstąpił do tworzącej się na terenie ZSRR Armii gen. Władysława Andersa. Został przydzielony do 1 kompanii 16 Batalionu Strzelców[8]. wchodzącego w skład 5 Kresowej Dywizji Piechoty[9], gdzie pełnił funkcję kanoniera. ​Wraz z 2 Korpusem Polskim przeszedł cały szlak przez Bliski Wschód i wziął udział w krwawej kampanii włoskiej w okresie od 14 lutego 1944 do 2 maja 1945 roku. Walczył w wielu zaciętych akcjach zbrojnych, w tym w historycznej bitwie o Monte Cassino, gdzie jego batalion wsławił się m.in. niezwykle ciężkimi i okupionymi wielkimi stratami walkami o wzgórze „Widmo”. W czasie tych zaciętych zmagań tato służył w kompanii wsparcia. Został dwukrotnie ranny na polu bitwy i przebywał w szpitalu wojennym. ​ Po zakończeniu działań wojennych we Włoszech i ewakuacji Polskich Sił Zbrojnych na północ, w dniu 5 października 1946 roku tato dotarł do Wielkiej Brytanii, gdzie przebywał do 29 listopada 1946 roku. Stamtąd został odesłany do polskiego obozu przejściowego Hursley[10] (Hursley Park w hrabstwie Hampshire), przeznaczonego dla żołnierzy 5 Kresowej Dywizji Piechoty (5 K.D.P.). Przebywał w nim do dnia 8 grudnia 1946 roku. Powrócił w 1947roku do domu rodzinnego. Wiedział o tym, że nasz dom wraz z zabudowaniami przejęła administracja radziecka do czasu napaści Niemiec faszystowskich na Związek Radziecki. Uciekający …… i ponieważ babcia Tekla wysłała tacie list, gdy przebywał w obozie przejściowym w Wielkiej Brytanii.

Epilog

Kiedy myślę o swoim życiu, myślę o rodzicach, jaką trudną drogę przeszli moi rodzice i my dzieci. Lod rzucił moją rodzinę na kilkanaście lat tułaczki, pozwolił nam wrócić i żyć. Odnaleźliśmy wspólnie spokój, którego rodzicom tak bardzo brakowało…

Wspomnień Pani Anieli Walków wysłuchał w Kwietniu 2026  roku autor publikacji Andrzej Krywalewicz.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.


[2] Werwolf (z niem. Wilkołak) – tajna niemiecka organizacja dywersyjno-partyzancka, powołana przez dowództwo SS jesienią 1944 roku. Jej przeznaczeniem było prowadzenie walki i sabotażu na tyłach nadciągającej Armii Czerwonej. Na Pomorzu Zachodnim w skład tych grup wchodzili często odcięci przez front żołnierze, członkowie Volkssturmu oraz zradykalizowana młodzież. Wykorzystując gęste lasy i opuszczone, oddalone od szlaków gospodarstwa kolonii, prowadzili akcje odwetowe i siali strach wśród pierwszych polskich osadników zagospodarowujących te ziemie tuż po wojnie [Przyp. aut.].

[7] Specposiołek Zoria (przypis autora): W radzieckiej nomenklaturze administracyjno-represyjnej terminem specposiołek (ros. спецпосёлок – osada specjalna) określano karne, ściśle nadzorowane przez NKWD osady leśne lub górnicze, tworzone w syberyjskiej tajdze dla tzw. „specprzesiedleńców”. Specposiołek Zoria (ros. Заря) znajdował się w rejonie plesieckim obwodu archangielskiego i był jednym z setek miejsc przymusowej, niewolniczej pracy drwali, do których masowo deportowano obywateli polskich z Kresów Wschodnich podczas pierwszej fali wywózek z 10 lutego 1940 roku. Nazwa miejscowości i dane osób tam uwięzionych figurują m.in. w ogólnodostępnym cyfrowym archiwum Indeks Represjonowanych Instytutu Pamięci Narodowej (URL: https://indeksrepresjonowanych.pl (dostęp: 20.06.2026 r.)

[10] https://pl.wikipedia.org/wiki/Hursley (dostęp: 20.06.2026 r.)

Prześlij komentarz

Nowsza Starsza