Marian Pezowicz – fotografia portretowa. Miejsce i data wykonania nieznane. Autor nieznany. Źródło: „Kwestionariusze Członków Związku Sybiraków”, portal Zbiory Społeczne.
Nazywam się Marian Pezowicz. Urodziłem się 1 czerwca 1943 roku w Tumanszecie, w rejonie tajszeckim, w obwodzie irkuckim[1]. Tego miejsca nie znajdziecie dziś na mapie. Sam próbowałem odnaleźć je w Internecie, ale bezskutecznie. Moim zdaniem ta miejscowość już nie istnieje. Być może w ten sposób łatwiej było zatrzeć ślady przeszłości.
Fot. 1. Kopia świadectwa urodzenia nr 997889 Mariana Pezowicza. Autor nieznany, dokument z prywatnego archiwum Mariana Pezowicza.
W rodzinie praktycznie do 1989 roku nie przyznawaliśmy się do tego, że byliśmy zesłańcami wywiezionymi na Syberię, ponieważ nie było to mile widziane. Co więcej, w moim dowodzie osobistym, jako miejsce urodzenia wpisano „ZSRR”.
Mój ojciec, Piotr Pezowicz, urodził się w 1895 roku w Zucielcu, w gminie Trzcianne,[2] natomiast mama, Antonina z domu Popowska, przyszła na świat w 1902 roku.
Mój dziadek, był urzędnikiem w Pałacu Zimowym, podobno nawet miał w 1902 roku swój numer telefonu. Gdy zmarła jego żona, w domu zostały moja mama i jej starsza siostra. Wówczas dziadek podjął decyzję o sprzedaży swojego majątku. Postanowił opuścić Petersburg i wyjechać do Grajewa, do Polski.
Na miejscu, ożenił się po raz drugi. Taka decyzja nie spotkała się z aprobatą najstarszej córki. Kobieta postanowiła także wyjść za mąż, zabierając ze sobą moją mamę do Trzciannej. Druga żona dziadka wydała na świat potomstwo, lecz szybko zmarła. Więc co zrobi dziadek? Ożenił się po raz trzeci i gospodarzył na miejscu.
W tym czasie moja ciotka wysłała mamę do Petersburga, gdyż miała tam swoje znajomości. Chciała wykształcić Antoninę na dobrą żonę. W Petersburgu, w żandarmerii carskiej, jako kadet służył Piotr. Na jednym z bali moja matka podeszła do przyszłego męża i powiedziała, że poznała go wcześniej w Trzciannej, lecz miłość jeszcze wtedy między nimi nie kiełkowała.
Po jakimś czasie Piotr wrócił do Trzciannej. Na miejscu chciał zdobyć serce córki piekarza, która podpowiedziała mu, żeby zrzucił mundur, bo idą ciężkie czasy i uciekał do Polski. Tak też zrobił, po czym wstąpił do Legionów Piłsudskiego.
Fot.2. Kopia książeczki wojskowej Piotra Pezowicza. Autor nieznany, dokument z prywatnego archiwum Mariana Pezowicza.
Po zakończeniu służby wojskowej w Polsce Piotr został zwolniony do cywila i wrócił do Trzciannego. Na miejscu bliżej poznał Antoninę i po jakimś czasie para podjęła wspólną decyzję o zawarciu małżeństwa.
Miałem liczne rodzeństwo, łącznie było nas dziesięcioro. Najstarsza siostra miała na imię Krystyna. Pamiętam również Ewę i Elę. Najstarszym z braci był Jerzy. Dziś nie pamiętam już imion całego rodzeństwa. Niestety, nie wszyscy członkowie naszej rodziny wrócili z zesłania na Syberię[3].
Ojciec miał czwórkę braci i był z nich najstarszy. Ich ojciec podzielił ziemię po równo między swoich synów, lecz Piotr postanowił zrzec się swoich hektarów na rzecz braci. Ojciec ma w książce wojskowej wpisane wykształcenie domowe, lecz opowiadał, że ktoś do nich przychodził i ich edukował. W późniejszych latach ojciec ukończył kurs gajowych w Białowieży[4]. Tata od samego początku nie chciał pracować na roli, bo wiedział, że to ciężka praca.
Jako uczestnik wojny polsko–bolszewickiej Piotr otrzymał prawo do nadania ziemi. Takie zaświadczenie zachowało się w rodzinnych zbiorach. Ojciec nie skorzystał jednak z przysługującego mu uprawnienia. Po latach wspominał, że decyzja ta mogła uchronić naszą rodzinę przed losem, jaki po 17 września 1939 roku spotkał wielu polskich osadników wojskowych mieszkających na Kresach.
Fot. 4. Kopia zaświadczenia o nadaniu Piotrowi Pezowiczowi odznaki „Za Wołyń” za pracę żołnierską na froncie wołyńskim. Dokument wystawiony przez Dowództwo Frontu Wołyńskiego. Dokument z prywatnego archiwum Mariana Pezowicza.
Leśniczy z Kresów
Tata brał udział w wojnie polsko – bolszewickiej w 1920 roku. Dwadzieścia lat później, już na Syberii, często jeździł na wozie z pewnym Ukraińcem. Piotr dobrze znał język rosyjski, dlatego nie miał problemów z porozumiewaniem się. Pewnego dnia spytał „Waniu czemu tak Polaków nie znosisz?” A ten odpowiedział „Piotr, żebyś ty uciekał spod Warszawy do Moskwy na bosaka, to też byś ich nie kochał”. Ojciec tylko się w duchu uśmiechnął i pomyślał „Gdybyś tylko wiedział, że być może to właśnie ja wtedy goniłem”.
Ojciec z zawodu był leśnikiem. Praca w Lasach Państwowych przed II wojną światową była dobrze wynagradzana, choć wiązała się z częstymi zmianami miejsca zamieszkania. Leśnicy byli średnio co pięć lat przenoszeni. Być może właśnie dlatego nie mieliśmy własnego, wybudowanego przez rodzinę domu.
Ostatnia leśniczówka mojego ojca znajdowała się około 30 kilometrów od Białegostoku[5], pomiędzy dwiema wsiami. Matka opowiadała, że chodziła do pobliskiego miasta. Dziś nie pamiętam już jego nazwy. W jej wspomnieniach pozostał urokliwy rynek z drewnianą zabudową, stacja kolejowa i rozciągające się wokół wielkie lasy.
Zapamiętała też wydarzenie, które jak twierdziła miało miejsce w 1939 roku. Niemiecki żandarm prowadził ulicą zatrzymanego Żyda. W pewnym momencie po drugiej stronie ulicy zauważył kolejnego Żyda. Nakazał pierwszemu z nich poczekać, a sam ruszył, aby zatrzymać drugiego. Wówczas moja mama podeszła do zatrzymanego i powiedziała mu „Uciekaj!” ten jej odpowiedział „Jak mam uciekać?”. I tak po chwili żandarm prowadził już dwóch zatrzymanych na posterunek[6].
Tata, jak już wspominałem, był leśnikiem. Podobnie jak inni koledzy po fachu dobrze znał swoje tereny i lasy. Być może właśnie dlatego władze sowieckie uznały leśników za osoby niebezpieczne i wraz z rodzinami deportowały ich w głąb Związku Sowieckiego.
Ojciec przeczuwał, że może dojść do aresztowania i wywózki. Dlatego jeszcze przed deportacją zakopał swoje dokumenty oraz szablę. Po powrocie do Polski, w 1946 roku odnalazł miejsce ukrycia i wykopał je. Dziś pamiątki te znajdują się w moim domu i są cennym świadectwem historii naszej rodziny.
Pusty dom – 1940 rok
Gdy pod nasz dom podjechali funkcjonariusze NKWD, wyprowadzili całą rodzinę z domu i dali jej niewiele czasu na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. W tym czasie ojca nie było w domu, pracował w lesie.
Kiedy wrócił, dowiedział się, co się wydarzyło. Zastał pusty dom i splądrowane wyposażenie. W oborze i chlewie nie było już żadnych zwierząt. Na podwórku został jedynie pies, który także był przerażony całą sytuacją. Gdy zobaczył swojego pana, zaczął skakać z radości.
Tato patrzył na to wszystko i płakał. Nie wahał się jednak ani chwili. Natychmiast ruszył na stację kolejową w poszukiwaniu swojej rodziny. Po jakimś czasie odnalazł właściwy wagon i razem z najbliższymi odjechał na wschód.
Droga na Sybir
Ze wspomnień rodzinnych wiem, że w lutym 1940 roku nasza rodzina została deportowana w głąb Związku Sowieckiego[7] razem z innymi rodzinami leśników z okolicznych wiosek[8].
Podroż trwała wiele dni. Deportowanych przewożono w zamkniętych wagonach towarowych. W środku znajdowały się proste ławy zbite z desek, które w ciągu dnia służyły do siedzenia, a nocą do spania. W rogu stała mała żelazna koza i jedno wiadro węgla, które bardzo szybko się skończyło. Do załatwiania potrzeb fizjologicznych służył otwór wyrąbany w podłodze.
Wszystkich wymienionych osiedlono w okolicach Irkucka, rejonie tajszeckim. Większość z nich zamieszkała na początku we wsi Kwitok. Na dni ich transportu na Sybir wypadały ciężkie mrozy, ponad 30 stopni. Dramat ich losu najlepiej wyrażała pieśń śpiewana w tych stronach, której refren brzmiał: „Dziesiąty luty będziem pamiętali”[9].
Na Syberii zamieszkaliśmy wraz z czterema innymi rodzinami w jednym z drewnianych baraków. Było bardzo ciasno, jednak każda rodzina miała wydzielony niewielki kąt. Co ciekawe, kilka baraków dalej mieszkała również rodzina Jaruzelskich[10].
Rodzice, podobnie jak większość zesłańców, zostali skierowani do pracy w lesie. Jedni ścinali potężne drzewa ręcznymi piłami i siekierami, inni obcinali gałęzie, okorowywali pnie albo transportowali ciężkie dłużyce na saniach. Praca trwała od świtu do zmierzchu, bez względu na mróz czy śnieżyce, bo każdy musiał wyrobić narzuconą przez władze normę.
Po powrocie do baraku rodzice byli całkowicie wyczerpani. Zimą zostawiali buty przed barakiem, żeby nie odmarzły i nie przemokły od ciepła panującego wewnątrz. W tym czasie młodszym rodzeństwem zajmowała się najstarsza siostra Krystyna. Niestety, nie doczekała powrotu do Polski.
Pracującym przysługiwały głodowe racje żywnościowe – 300 g chleba dziennie oraz rzadka zupa. Jedzenie wydawano jednak w głównym baraku, oddalonym od naszego miejsca zamieszkania. Zdarzało się, że zimą, brat wracał z zamarzniętą zupą. Innym razem zjadł po drodze połowę chleba przeznaczonego dla całej rodziny. „Matka mówiła wówczas, nie można go ukarać, bo on jest przecież głodny”.
Ludzie starali się przeżyć w tych bardzo trudnych warunkach. Wiosną zbierano na przykład korę drzew. Inni próbowali łowić ryby w pobliskiej rzece. Największą przeszkodą była jednak ogromna liczba meszek. Bez własnoręcznie zrobionej maski na twarz praktycznie nie dało się przebywać nad rzeką.
Na miejscu była duża śmiertelność. Ludzie umierali z wycieczenia, głodu oraz chorób takich jak tyfus. Mówiono, że choroby roznosiły wszechobecne meszki. Jak ktoś zmarł zimą, to był problem z pochówkiem, gdyż nie dało się wykopać grobu w zamarzniętej ziemi. Wiosną sytuacja nie była wcale lepsza. Ziemia zmieniała się w błotnistą breję, a płytkie mogiły można było wykopać jedynie do wiecznej zmarzliny.
Na Syberii strażnikami byli nie tylko ludzie, ale sama natura. Tajga, bagna, owady, głód i ogromne odległości zamieniały otwartą przestrzeń w więzienie bez murów. Nawet gdyby ktoś chciał uciec, nie miał dokąd pójść, ani z czego żyć. Oczywiście ludzie opowiadali, że zdarzały się pojedyncze przypadki, ale kończyło się zawsze tak samo – śmiercią.
Na miejscu mieszkali także miejscowi ludzie. Jedna z kobiet, gdy dowiedziała się o moich narodzinach, przyszła mnie zobaczyć z ciekawości. Powiedziała mamie, że ma krowę i zaoferowała, że będzie codziennie dawać litr mleka. Warunek był tylko jeden, ktoś musiał je odebrać.
Za pierwszym razem mój brat poszedł z nią, aby zapamiętać drogę. Kobieta wystawiała mleko przed dom, a brat je zabierał, owijając naczynie szmatami, aby nie zamarzło. Jednak niskie temperatury robiły i tak swoje. Sądzę, że dzięki temu mleku przeżyłem pierwsze lata na Syberii.
Po zakończeniu wojny nasza sytuacja zaczęła się stopniowo poprawiać. Docierały do nas transporty pomocy organizowane przez UNRRA[11]. W jednej z paczek znajdowało się sześć koców. Mama postanowiła odwdzięczyć się kobiecie, która wcześniej ratowała mnie mlekiem. Oddała jej dwa koce. Dowiedzieliśmy się, że z jednego z nich zrobiła sukienkę dla swojej córki.
Losy Jerzego
Mój najstarszy brat Jerzy urodził w 1925 roku. Gdy w lutym 1940 roku naszą rodzinę wywożono na Syberię, udało mu się uciec z transportu.
Według rodzinnych wspomnień początkowo trafił do Armii Andresa[12]. Niestety wkrótce ciężko zachorował na tyfus i został w lazarecie. Jak opowiadał „Armia wyszła dalej, a ja zostałem”.
W szpitalu rannymi opiekowały się pielęgniarki narodowości żydowskiej. To właśnie dzięki nim miał przeżyć chorobę[13]. Pozostał tam do 1943 roku, kiedy rozpoczęto formowanie „1 Dywizji Kościuszkowskiej”[14]. Wstąpił do nowo formowanego wojska i został skierowany do szkoły podoficerskiej.
Jerzy wspominał, że w tym samym czasie szkolenie odbywał także Wojciech Jaruzelski, który przed wojną uczęszczał do gimnazjum[15]. Bratu brakowało jednej klasy. Nie zdążył jej ukończyć, gdyż wybuchła wojna.
W czasie walk o Warszawę Jerzy znalazł się na przyczółku czerniakowskim, gdzie został ciężko ranny w rękę. Służył w stopniu starszego sierżanta i pełnił funkcję dowódcy „cekaemu”. Skutki odniesionej rany odczuwał do końca życia miał trwały przykurcz palców[16].
Po zakończeniu wojny wrócił w rodzinne strony ojca. Tam nawiązał kontakty z żołnierzami Armii Krajowej. Jak „przyszła rzeź Białostocka”[17], uznał, że nie ma tam dla siebie przyszłości. Wsiadł do pociągu i wyjechał na Ziemie Zachodnie.
Czy to był przypadek, czy tak miało być, tego dziś nie wiem. Razem z mamą spacerowaliśmy po dworcu w Mieszkowicach, gdy nagle z jednego z wagonów wyskoczył Jerzy. Mama zawołała go po imieniu. Odwrócił się natychmiast. Po latach rozłąki nasza rodzina była znów razem.
Brat zamieszkał z nami w Błeszynie. Później podjął pracę między innymi w Nadleśnictwie Stare Łysogórki.
Kilkanaście lat później wydarzyła się historia, którą dobrze zapamiętałem. To był chyba 1961 rok. Pracowałem w nastawni elektrycznej w Celulozowni w Kostrzynie. Zakład podlegał Ministerstwu Leśnictwa. Tego dnia wizytował go minister „chyba nazywał się Dąb – Kocioł[18]”.
Przed wizytą mój dyrektor polecił mi, żebym w razie pytań ministra szczegółowo odpowiadał. Tak też zrobiłem. Na początku grzecznie się przedstawiłem. Po chwili rozmowy minister zapytał. Jak na imię na pański ojciec? Odpowiedziałem, że Piotr. Minister spytał, co on tu robi, na Ziemiach Zachodnich. Spokojnie odpowiedziałem, że pracuje w Nadleśnictwie Stare Łysogórki. Mężczyzna uśmiechnął się i opowiedział historię, że znał mojego ojca z czasów, gdy ten pełnił funkcję łowczego, a on był dyrektorem Lasów Państwowych w Białymstoku.
Co ciekawe, niedługo później odwiedził tatę i zaproponował mu przeniesienie służbowe. Ojciec odmówił. Tłumaczył, że do emerytury zostało mu już tylko kilka lat i nie chce po raz kolejny zmieniać miejsca zamieszkania.
Minister zapytał wtedy o najstarszego syna. Ojciec odpowiedział, że Jerzy pracuje w Dębnie. Wkrótce brat otrzymał propozycję przeniesienia i podjął pracę jako księgowy w okolicach Białegostoku.
Powrót do Polski
Ojca kilkukrotnie wzywano do NKWD. Namawiano go do przyjęcia obywatelstwa radzieckiego, jednak za każdym razem stanowczo odmawiał. I tak do końca pobytu na zesłaniu mieszkaliśmy w baraku i nie mieliśmy praktycznie niczego. Rodzice wspominali jednak, że działała przynajmniej stołówka oraz zaczęły docierać paczki z UNRRA.
Z rodzinnych opowieści wiem, że w drodze powrotnej do Polski nasz transport przejeżdżał przez Śląsk, Szczecin i Kostrzyn. W ostatniej miejscowości przez pewien czas siedzieliśmy na górnym peronie dworca. Żołnierze dodatkowo zabronili nam opuszczać teren stacji i wychodzić do miasta.
Ostatnim etapem podroży były Mieszkowice. Tam także czekaliśmy jakiś czas, gdyż urzędnicy nie zorganizowali transportu dla repatriantów. Wtedy mój brat udał się Urzędu Wojewódzkiego w Dębnie[19] „i narobił rabanu”. Wówczas zorganizowano furmankami, którymi rozwieziono ludzi do okolicznych miejscowości i wsi.
Nasza rodzina trafiła do Starego Błeszyna. Był 1946 rok, zbliżały się święta wielkanocne.
Początkowo zamieszkaliśmy w domu położonym „za świetlicą na górce”. Po pewnym czasie wyremontowano „domek szachulcowy” i przenieśliśmy się do mieszkania na parterze. Tam mieszkaliśmy do 1951 roku.
Następnym przeprowadziliśmy się do Starych Łysogórek. Nasz dom znajdował się naprzeciwko tartaku „tego budynku dziś nie ma”.
Pamiętam, że w Starych Łysogórkach zamieszkała Pani Alicja Linhart. Jej rodzina wracała z nami tym samym transportem. Po latach została moją nauczycielką religii.
Pierwsze dni w Starym Błeszynie
Pamiętam, jak po przyjeździe do Starego Błeszyna weszliśmy do niewielkiego domu. W środku było dosłownie wszystko: meble, pościel, a na stole wciąż leżała połowa bochenka chleba, co prawda pokryta już pleśnią. Obok stał otwarty słoik ze smalcem. Ogólnie było gdzie mieszkać, znacznie gorzej, na samym początku było z żywnością.
Całość sprawiała wrażenie, jakby niemieccy mieszkańcy przed chwilą wstali i opuścili swój dom.
Po wsi biegały dzikie kozy oraz pies, chyba wilczur. Zwierzę reagowało wyłącznie na komendy wydawane po niemiecku.
Do Starego Błeszyna przyjeżdżało wówczas dużo ludzi. Jedni pomieszkali kilka dni inni tydzień, po czym wyjeżdżali, zabierając z opuszczonych domów wszystko, co ich zdaniem przedstawiało jakoś wartość. sobą wszystko z domu. Po nich przyjeżdżali kolejni i kolejni.
„Amerykanie go szkolili, ja nie”
Na wieś przyjeżdżali poborcy, inkasenci i różni urzędnicy. Tłumaczyli ludziom, jak dobrze będzie się żyło na Ziemiach Zachodnich.
Pewnego razu przyszedł do ojca sołtys. Poprosił tatę o konia, a sąsiad miał bryczkę. W ten sposób mieli zawieźć jednego z urzędników na stację kolejową w Mieszkowicach.
Koń początkowo jechał przez las, piaszczystą drogą, aż w końcu wyjechali na asfalt prowadzący do Mieszkowic. I nagle koń się zatrzymał. Kiedy mężczyzna zszedł z bryczki, koń ruszył. Gdy urzędnik ponownie wsiadał na bryczkę, zwierzę znowu stawało. I tak za każdym razem.
Po jakimś czasie przyjechał do nas jakiś wojskowy i powiedział ojcu, że koń był tresowany i chce wozić urzędników. Tata odpowiedział, może i tak, ale na pewno Amerykanie go szkolili, ja nie.
Zdarzało się też również, że sąsiadami zostawali ludzie, którzy znali się jeszcze sprzed wojny i mieli za sobą dawne konflikty lub wzajemne urazy. Niektórzy przyjeżdżali na Ziemie Zachodnie, aby się ukryć, tylko z sobie znanych powodów.
Po kilku latach[20] władze wprowadziły specjalne zezwolenia, potocznie zwane „zielonymi książeczkami”[21]. Uprawniały one do zamieszkania i przebywania w strefie nadgranicznej. To był jeden z elementów kontroli terenów nadgranicznych. „Strefa liczyła chyba 10 km od rzeki Odry”.
Po inwentarz i dokumenty na wschód
Nasz ojciec postanowił, że pojedzie do swoich braci, żeby zdobyć niezbędny inwentarz gospodarski. W celu przewiezienia stamtąd krowy, dwóch owiec, kur i innych potrzebnych rzeczy zamówił specjalny wagon. W tamtym czasach ludzie często tak robili.
Tato zobowiązał się także, że ze swojego byłego nadleśnictwa przywiezie wzory dokumentów leśnych, na przykład przepustek dla ludzi, które chciały zbierać runo leśne. Po jego powrocie przełożony bardzo się ucieszył, że tata przywiózł ze wschodu rozmaite wzoru dokumentów. Zapytał go jednak, po co akurat potrzebna jest przepustka na zbieranie runa leśnego. Jak ktoś chce iść zbierać runo w lesie, to niech idzie.
Ojciec zaczął mu wtedy tłumaczyć, że zgadza się z nim, ale trzeba wiedzieć, gdzie dana osoba zbiera runo, ponieważ w tutejszych lasach, wciąż znajduje się wiele niewybuchów. Gdyby doszło do nieszczęścia, nawet byłoby wiadomo, gdzie szukać kości takiego człowieka.
Nadleśnictwo
W latach 50. pojawił się nowy nadleśniczy i zdecydowano, że siedziba nadleśnictwa zostanie przeniesiona do Morynia[22]. Chciano jednak, aby dawny budynek nadleśnictwa w Starych Łysogórkach, nadal był zamieszkiwany, a tym samym utrzymany. Dlatego właśnie tam przeniesiono naszą rodzinę.
Mieszkaliśmy w budynku zlokalizowanym przy biurze tartaku. Dziś już nie ma tego budynku. Mieszkaliśmy tam do czasu zmiany kolejnej zmiany nadleśniczego.
Później ponownie zdecydowano, że siedziba będzie znajdować się w Starych Łysogórkach. Co ciekawe, w Mieszkowicach nie było wówczas nadleśnictwa. Tamtejsze lasy podlegały właśnie pod Stare Łysogórki.
W tamtym okresie w Starych Łysogórkach wybudowano centralę telefoniczną. Postawiono również kilka wież obserwacyjnych. Na każdej z nich dyżurował pracownik, który w razie pożaru miał natychmiast powiadomić centralę.
Zatem mogę śmiało powiedzieć, że tato od 1946 roku uczestniczył w tworzeniu polskiej administracji leśnej na tym terenie.
Pierwsza szkoła
Pierwszą czteroklasową szkołę na tym terenie zorganizowano w Starych Łysogórkach. Mieściła się w budynku, na którego piętrze mieszkał nauczyciel bądź nauczycielka. Nauka odbywała się w klasach łączonych: pierwszej z druga oraz trzeciej z czwartą. W szkole znajdowały się jeszcze poniemieckie, ośmioosobowe ławki.
Naszym nauczycielem był pan Szydełko, tak przynajmniej zapamiętałem jego nazwisko. Religii na pewno uczyła nas pani Alicja Linhart.
Pamiętam, że któregoś roku, dokładanie 8 maja, pani Alicja zabrała nas pod wiejską kapliczkę. Nagle zaczął padać śnieg, a my musieliśmy klęczeć pod tą kapliczką.
Stare Łysogórki oczami dziecka
W wiosce funkcjonował przedwojenny tartak. Pracował w nim mój brat, więc jako dzieciak często tam biegałem. Po prostu nie mogłem się napatrzeć na stojącą tam lokomobilę[23], która napędzała trak służący do produkcji desek. Na dole znajdował się piec, w którym jako paliwo wykorzystywano trociny powstające w tartaku.
Był tam cały system pasów transmisyjnych, szlifierki i inne maszyny. Urządzenia te błyszczały i były idealnie utrzymane. Pamiętam to dobrze.
Jako dziesięciolatek zauważyłem, że miejscowi ludzie mają w domach żyrandole, ale nie mają światła. Szybko zrozumiałem z czego to wynikało. Przy lokomobili znajdowała się prądnica i to właśnie ona dostarczała całej wsi prąd o napięciu 110 woltów.
Kiedy w 1952 roku zaczęto elektryfikację wsi, specjalna ekipa wymieniała w domach stare instalację elektryczne. Gdyby podłączono do nich wyższe napięcie, bez odpowiedniego przystosowania instalacji, mogłoby dojść do zwarcia, a nawet pożaru. Co później się stało z samą lokomobilą, tego już nie wiem.
Po elektryfikacji wsi poszedłem kiedyś na strych i znalazłem tam stojącą lampę z pięknym abażurem. Zniosłem ją na dół, po czym ustawiłem na starym, poniemieckim biurku w gabinecie taty. Chciałem ją włączyć, ale się nie zaświeciła. Kierując się dziecięcym „instynktem elektryka”, postanowiłem sprawdzić przewód, czyli tak jak się sprawdzało wówczas baterię, lekko przykładając do niej język. Jeśli szczypało, oznaczało to, że bateria była naładowana.
Tym razem to nie była to jednak bateria. Po chwili spadłem z biura razem ze zdobytą lampą. Przez jakiś czas leżałem lekko oszołomiony.
Pamiętam także, że w pobliżu naszego domu mieściła się strażnica WOP[24]. Przy drodze ustawiono specjalny szlaban. Każda osoba, która tamtędy jechała, musiał się przed nim zatrzymać i okazać dokumenty. Dla mnie, jako chłopca, było to zastanawiające. Myślałem sobie, że przecież gdyby ktoś skręcił w prawo koło kapliczki, mógłby spokojnie przejechać i uniknąć kontroli.
Pamiętam, też obok kapliczki stała także wieża obserwacyjna. Na jej szczycie wopista pełnił służbę, obserwując z góry okoliczny teren.
Ludzie w kombinezonach
W miejscu, w którym znajduje się obecnie Cmentarz Wojenny w Starych Łysogórkach, kiedyś rósł las. Mój ojciec wyznaczał teren pod budowę cmentarza. Wybrany obszar został wykarczowany, a następnie ogrodzony płotem[25].
Chyba w 1952 roku ponownie przyjechał tutaj ekipa ekshumacyjna. Mężczyźni dojeżdżali wozami konnymi nad samą Odrę. Mieli specjalne przepustki, które pozwalały im przeprawić się na drugą stronę rzeki, do NRD. W tamtym czasie pas graniczny był specjalnie zaorany, a żołnierze pilnujący tego odcinka sprawdzali, czy łodzią wracają te same osoby, które wcześniej przekroczyły granicę. Cała akcja odbywała się według ściśle określonej procedury.
Mężczyźni, zapewne wyposażeni w specjalne mapy, przeprawiali się przez Odrę mniej więcej na wysokości dzisiejszego muzeum w Starych Łysogórkach. Po niemieckiej stronie poszukiwali ciał poległych żołnierzy, których szczątki następnie przewożono na Cmentarz Wojenny. My, dzieciarnia, z ogromnym zainteresowaniem śledziliśmy tych ludzi i wszystko, co się wokół nich działo.
Pamiętam również, że gdy sołtys nakazał mieszkańcom użyczyć „ludziom w kombinezonach” wozu i koni, podporządkowywali się jego poleceniom. Nie wiem, czy mieszkańcy bezpośrednio pracowali przy budowie cmentarza, ale wydaje mi się, że angażowali się w te działania społeczne. Mieli świadomość wagi wydarzeń, które rozegrały się na tych terenach i czuli potrzebę, aby również dołożyć od siebie choćby symboliczną cegiełkę.
W pobliskim tartaku z grubych desek zbijano drewniane skrzynie, które służyły jako trumny dla szczątków poległych żołnierzy. Pamiętam, że członkowie ekipy ubrani byli w specjalne kombinezony. My, dzieciaki, wdrapywaliśmy się na drzewa, żeby zobaczyć, co się dzieje na cmentarzu. Gdy tylko których z mężczyzn nas zauważył, natychmiast nas przeganiał. Odbiegaliśmy wtedy kawałek dalej, ale po chwili ponownie wspinaliśmy się na okoliczne drzewa i ukryci wśród gałęzi dalej obserwowaliśmy ludzi w kombinezonach oraz zwożone skrzynie.
Z tego, co pamiętam, na miejscu skrzynie otwierano i dokładnie sprawdzano ich zawartość. Jeżeli przy szczątkach zachował się nieśmiertelnik, odkładano go na bok. W takim przypadku ustalenie tożsamości było prostsze. Każdy przypadek był jednak inny.
W miejscu, w którym obecnie znajduje się pomnik, stała wówczas drewniana kaplica. Pamiętam, że była pomalowana na niebiesko. Po pewnym czasie przeniesiono ją w inne miejsce, na bok. Inaczej wyglądały również żołnierskie mogiły. Dzisiaj stoją na nich betonowe krzyże, natomiast początkowo były to proste krzyże brzozowe.
Nieznajomy na granicy
Był prawdopodobnie 1951 rok. Odcinka granicy, na którym leżała wieś Stary Błeszyn, nadzorowała wówczas strażnica WOP w Czelinie. W tamtych latach po wojnie linia Odry była strefą najwyższego rygoru. Rutynowy patrol nie składał się z dwóch czy trzech żołnierzy, lecz ze znacznie większych grup. WOP-iści przemieszczali się wydeptanymi wzdłuż rzeki ścieżkami.
Władze kładły wówczas duży nacisk także na czujność mieszkańców. W świetlicach wiejskich organizowano zebrania z udziałem zawodowej kadry. Mieszkańcom tłumaczono, że każda nieznajoma osoba pojawiająca się tych terenach powinna zostać natychmiast zgłoszona. Ostrzegano, że w rejonie na granicy mogą pojawiając się różne grupy uciekinierów, dywersanci, szpiedzy czy przestępcy. Często powtarzano „Zauważycie kogoś nieznajomego, natychmiast zgłaszajcie to na strażnicę albo pierwszemu napotkanemu pogranicznikowi”.
I właśnie w tym okresie na terenie podlegającym strażnicy w Czelinowi pojawił się ktoś zupełnie obcy.
Drużyna WOP patrolująca teren od strony Mieszkowic i Błeszyna wyszła na główną drogę i ruszyła w kierunku dzisiejszego muzeum. Z drugiej strony szedł dobrze ubrany mężczyzna w garniturze. Na tym odcinku droga zakręcała dość ostrym łukiem. Niespodziewanie zza zakrętu wyłoniła się również miejscowa kobieta. Miała na imię Janina, ale jej nazwiska już nie pamiętam.
Gdy nieznajomy zorientował, że z naprzeciwka idzie wojskowy patrol, nagle odwrócił się do żołnierzy tyłem i szybkim krokiem ruszył w stronę kobiety. Podszedł do niej bardzo blisko i nawiązał krótką, nerwową rozmowę. Kiedy jednak chciał ruszyć dalej, drogę zagrodził mu dowódca patrolu wraz ze swoimi żołnierzami.
Dowódca natychmiast zażądał okazania dokumentów tożsamości. Młodzi żołnierze z poboru stojący za swoim dowódcą, byli podobno potwornie wystraszeni. Ciągle wpajano im, że na granicy mogą pojawić się niebezpieczni ludzie.
Zatrzymany mężczyzna powoli sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyciągnął stamtąd portfel, a wraz nim pistolet. Dowódca patrolu zareagował błyskawicznie. Bez chwili wahania otworzył ogień z pistoletu maszynowego.
Kiedy później podniósł portfel leżący obok martwego mężczyzny i sprawdził znajdujące się w nim dokumenty, okazało się, że zastrzelony był oficerem Urzędu Bezpieczeństwa z Dębna.
Wydawało się, że los dowódcy patrolu jest przesądzony. Wśród miejscowych zaczęto nawet mówić, że grozi mu kara śmierci. Stało się jednak zupełnie inaczej. Sprawą zajęła się prokuratura oraz inne ówczesne służby.
Z tego, co pamiętam, podoficer nie tylko nie został ukarany, ale otrzymał oficjalne wyróżnienie. Jego rodzicom przesłano podziękowanie za wychowanie syna, a on sam dostał radio „Pionier”. Niedługo później, ze względu na jego stan psychiczny po całym zdarzeniu, miał zostać zwolniony do rezerwy. Uznano, że podczas zatrzymania działał zgodnie z zasadami obowiązującymi w służbie granicznej.
Barką na zachód
W Gozdowicach, w budynku nadzoru wodnego, mieszkał pewien mężczyzna. Nie wiem, czy był tam zatrudniony, czy tylko zajmował mieszkanie. W 1952 roku załadował cały swój dobytek na barkę i przepłynął na drugą stronę Odry.
Co ciekawe, mężczyzny tego nie odnaleziono. Dziś, jako dorosły człowiek, zastanawiam się, czy nie był w zmowie z kimś z dowództwa WOP. Trudno mi bowiem uwierzyć, że nikt niczego wcześniej nie zauważył. Przecież przygotowanie takiej ucieczki musiało trochę potrwać. Mężczyzna pakował swój dobytek na barkę, a następnie zdołał nią przepłynąć przez pilnie strzeżoną wówczas granicę.
Niestety, nie pamiętam, jak się nazywał. Zapamiętałem jedynie samą historię jego niezwykłej ucieczki.
Upalne lato
Pamiętam, że tego roku było wyjątkowo upalne lato. Na wsi był obowiązek, każdy musiał mieć tłumice, bosak, beczkę z wodą i z piaskiem. W przeciwnym wypadku płaciło się kary.
W naszej okolicy wybuchły groźne pożary lasów. Do walki z żywiołem ruszyli tutejsi gospodarze. Na furmanki ładowano tłumice, bosaki, siekiery i piły. Miejscowi znali każdą leśną ścieżkę i dukt, więc wiedzieli dokładnie, którędy jechać i gdzie próbować odciąć ogień.
W tym samym czasie, nieopodal strażnicy WOP, obozował pod namiotami oddział młodzieży z organizacji „Służba Polsce”[26]. Junacy przyjechali tutaj wcześniej, aby brać udział w pracach polowych i leśnych. Gdy wybuchł pożar o którym wspominałem, jeden z nich bez wahania wskoczył na furmankę razem z mieszkańcami i ruszył ratować las.
Wspólnymi siłami pożar udało się w końcu ugasić. Mężczyźni byli potwornie zmęczeni, brudni od sadzy i rozgrzani od panującego upału. Kilku młodych chłopaków zebrało się na jednej furmance i pojechali w kierunku kanału przy spalonym moście, żeby chociaż trochę się ochłodzić.
Zaczęli skakać do wody i pływać. Miejscowi znali dno kanału i wiedzieli, gdzie można było bezpiecznie, wejść do wody. Młody junak pochodził jednak z innych stron i nie znał tego miejsca. W pewnym momencie wskoczył do kanału i już nie wypłynął.
Po jakimś czasie jego ciało wyciągnięto na brzeg. Pojawił się jednak problem, co zrobić z nim zrobić do czasu przyjazdu prokuratora. Był środek lata, a na dworze panował straszny skwar.
Miejscowi mężczyźni podjęli decyzję, że ciało zostanie przeniesione do piwnicy biur tartaku.. Zniesiono tam duże bryły lodu, a ciało umieszczono w trocinach. Chłopak przeleżał w ten sposób kilka dni, do czasu otrzymania decyzji prokuratury.
Został pochowany na Cmentarzu Wojennym w Starym Łysogórkach. Dopiero po kilku latach odnalazł się ktoś z jego rodziny. Wówczas szczątki młodego junaka ekshumowano i zabrano w jego rodzinne strony.
Niebezpieczne zabawy
Jako dzieciaki często znajdowaliśmy granaty, pociski moździerzowe i inne niebezpieczne pozostałości po wojnie. W naszej paczce mieliśmy starszego przyjaciela – Stanisława Oleksy. My mieliśmy wtedy po około dziesięć lat, a Stasiek siedemnaście. Wydawało nam się, że zna się na tych wszystkich rzeczach i wie, z czym ma do czynienia.
Kiedyś nasz kolega przyniósł do domu karabin i zamocował go w imadle. Następnie wziął kamień i gwóźdź. Skończyło się tak, że dostał rykoszetem w kolano. Później chodził o kulach, ale poruszał się na nich jak kangur, nie mogliśmy go dogonić.
To właśnie Stasiek przestrzegał nas, żeby nie uderzać znalezionych pocisków kamieniem. Pokazywał nam, że można było z nich coś odkręcić , czy wyjąc ze środka. Pamiętam, że wyciągaliśmy proch i podpalaliśmy go. Wtedy traktowaliśmy to jak zabawę. Dopiero z perspektywy czasu człowiek zdaje sobie sprawę, jak bardzo było to niebezpieczne. Co ciekawe, kiedy później trafiłem do wojska, przydzielono mnie do saperów.
Nie zawsze jednak takie dziecięce zabawy kończyły się dobrze.
Nasz kolega ze szkoły, nazywał się chyba Czerkawski, poszedł kiedyś do lasu Siekierkach. Przed dzisiejszym sanktuarium znajdował się wówczas postument ze schodami. Pamiętam opowieści, że wcześniej miało stać na nim popiersie Hitlera.
W lesie chłopak znalazł pocisk moździerzowy i rzucił nim o kamień. W tym samym czasie po pobliskiej drodze na kocich łbach, jeździły dzieciaki na poniemieckich rowerach. Nastąpił potężny wybuch. Jeden z chłopców jadących na rowerze został ranny w stopę, a pozostali przewrócili się od siły eksplozji. Czerkawski zginał na miejscu. Jego ciało zostało rozerwane na kawałki. My również słyszeliśmy tę eksplozję.
Innym razem w Starych Łysogórkach poszliśmy na tak zwane „górki”. Natrafiliśmy tam na schron. Weszliśmy do środku. Znajdowała się tam prycza zrobiona z drewnianych kołków, przykryta pierzyną. Jak to dzieciaki, byliśmy ciekawi, co się pod nią znajduje. Podnieśliśmy pierzynę, a pod nią leżał trup.
I tak zostaliśmy we dwoje
Moją żonę poznałem przez przypadek, dzięki koledze. To był wrzesień.
Szliśmy przez miasto, gdy on nagle powiedział: zobacz, idzie ładna dziewczyna. Chodź podejdziemy do niej porozmawiamy.
Od razu zapytałem, czy ją zna. Opowiedział, że tak.
Jeżeli ją znasz, to po co ci jestem potrzebny? Mój kolega nie dawał jednak za wygraną i powiedział do mnie – chodź!
Kulturalnie przedstawiłem się nowej koleżance i zapytałem co planuje dziś robić. Pokazała mi kartkę z listą zakupów, którą trzymała w dłoni. Zaproponowałem, że pójdę zrobić jej zakupy, a oni niech spokojnie porozmawiają. Gdy wróciłem ze sklepu, oddałem dziewczynie kartkę i rozliczyłem się z otrzymanych pieniędzy.
Podziękowała i z entuzjazmem zaprosiła nas na pączki. Zapytałem ją spontanicznie jakie to na pączki?
Odpowiedziała, że jej tata jest cukiernikiem. W tym czasie mój kolega delikatnie się wycofał. I w taki sposób zostaliśmy we dwoje. Tak zaczęła się nasza wspólna znajomość.
Mirosława, tak miała na imię moja przyszła żona. Chodziła do Liceum Pedagogicznego w Ośnie Lubuskim. Jej rodzice przyjechali ze Ślesina[27], położonego niedaleko Konina. Jej ojciec w czasie wojny, był cukiernikiem i piekarzem.
Któregoś razu moja teściowa opowiadała, że mieli bardzo ciężko, „to znaczy bieda u nich była”. Jej tata musiał handlować chlebem oraz jakimś mięsem. Pomyślałem sobie wówczas, „myśmy przecież chleba w ogóle nie mieli”.
Po latach teściowa zapytała mnie, czy to prawda, że byłem na Syberii i po co tam pojechałem. „Odpowiedziałem jej, że pojechałem tam na wczasy”. Jak na wczasy, co tam robiliście? Ona nie wiedziała, że ludzi wywożono na Syberię.
Jej rodzina początkowo przyjechała do Górzycy, gdzie uruchomili własną piekarnie. Po jakimś czasie przeprowadzili się do Kostrzyna. Praca w piekarni nie trwała jednak wiecznie. Po wizycie teścia u lekarza, stwierdzono, że ma pylicę[28]. W związku z tym jego nowym miejscem pracy zostały zakłady papiernicze w Kostrzynie[29].
Moja żona po kilku latach nauki została nauczycielką. Ukończyła Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Szczecinie.
Nie wiem, czy pamiętacie kiedyś był taki przepis, że w mieście można było jechać 60 kilometrów na godzinę. W andrzejki umówiła się ze mną, że pójdzie zrobić fryzurę, a następnie wybierzemy się na zabawę andrzejkową organizowane gdzieś w mieście. Wyszła z domu i doszła do przejścia dla pieszych. Gdy przechodziła przez jezdnię, zabrakło jej 70 centymetrów. Nagle nadjechał samochód, który ją potrącił. Małżonka zmarła na miejscu.
Tęsknota zżera, kiedy nie ma mnie kto opieprzyć. „Podobno dobre małżeństwo polega na tym, że żona mówi, a mąż kiwa głową”.
Naszym wspólnym szczęściem jest córka Beata. Po ślubie okazało się, że nie mogliśmy mieć więcej dzieci.
Wspomnień Pana Mariana Pezowicza wysłuchał w sierpniu 2026 roku autor publikacji Michał Dworczyk i Andrzej Krywalewicz.
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.
[1] Tajszet (ros. Тайшет) – miasto w azjatyckiej części Rosji, w obwodzie irkuckim, nad rzeką Biriusą (w dorzeczu Angary). Tajszet jest nazwą dopływu Biriusy i w języku ketyjskim oznacza zimną rzekę. Populacja miasta to 37 700 mieszkańców (2005). Miasto zostało założone w 1897, a prawa miejskie otrzymało w 1938. Stacja kolei transsyberyjskiej. Ma tu swój początek kolej bajkalsko-amurska. W latach 1943–1946 centrum Tajszetłagu. Miasto znane z Tajszetłagu (obóz NKWD) – szczególny obóz dla więźniów politycznych ZSRR. Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tajszet (dostęp 30.07.2026 r.); Zob. https://foto.karta.org.pl/nasze-zbiory/kolekcje/ok_1839_godyn_irena,97787,zdjecie.html (dostęp 30.07.2026 r.).
[2] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Zucielec (dostęp 04.08.2026 r.).
[3] Na podstawie kwestionariusza Pezowicza Zenona z Związku Sybiraków Zarząd Główny, dowiadujemy się, że na Syberii zmarli: Krystyna, Wiktoria, Anna.
Zob. https://zbioryspoleczne.pl/dokumenty/PL_1071_01_04_3289_01 (dostęp 04.08.2026 r.).
[4] Zob. https://tl.bialowieza.pl/historia-szkoly/ (dostęp 04.08.2026 r.).
[5] Z Leśniczówki w Rybniku – Piotra Pezowicza z żoną Stanisławą i dziećmi: Zenonem, Jerzym, Wacławą, Krystyną i Barbarą. Wacława i Krystyna zmarły na zesłaniu. Zob. E. Popławski, Parafia Dobrzyniewska Ofiary Sowieckiego Terroru z Lat 1939-1945. Archiwum Dokumentacji Zsyłek i Deportacji. Sygn. ADZ i D/W/48. W opracowaniu E. Popławskiego została wymieniona jako Stanisława. Jest to omyłka, żoną Piotra Pezowicza była Antonina z domu Popowska. Potwierdza to m.in. kwestionariusz Zenona Pezowicza, który wśród członków rodziny deportowanych wraz z nim wymienia ojca Piotra oraz Antoninę (przyp. aut.).
[6] Relacja jest chronologicznie możliwa (przyp. aut.). 5 września 1939 r., tj. w dniu wkroczenia wojsk niemieckich do Białegostoku, żołnierze Brygady Fortecznej „Lötzen” rozstrzelali 11 mężczyzn, w tym 6 Żydów. Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Masakry_%C5%BByd%C3%B3w_w_Bia%C5%82ymstoku_latem_1941_roku (dostęp, 02.09.2026 r.).
[7] Zob. https://indeksrepresjonowanych.pl/szczegoly/3ac7908e-1789-48d9-8d2c-afc30100adb0 (dostęp 04.08.2026 r.).
[8] Zob. E. Popławski, Parafia Dobrzyniewska Ofiary Sowieckiego Terroru z Lat 1939-1945. Archiwum Dokumentacji Zsyłek i Deportacji. Sygn. ADZ i D/W/48.
[9] Zob. Zob. E. Popławski, Parafia Dobrzyniewska Ofiary Sowieckiego Terroru z Lat 1939-1945. Archiwum Dokumentacji Zsyłek i Deportacji. Sygn. ADZ i D/W/48.
[10] Relacji tej nie udało się potwierdzić. Rodzina Wojciecha Jaruzelskiego została deportowana w głąb Związku Sowieckiego 14 czerwca 1941 r. Wojciech Jaruzelski wraz z matką i siostrą został skierowany do Kraju Ałtajskiego, gdzie zamieszkał w osadzie Turoczak. Brak potwierdzenia ich pobytu w rejonie tajszeckim obwodu irkuckiego (przyp. aut.). Zob. https://dzieje.pl/postacie/wojciech-jaruzelski?utm_source (dostęp 02.09.2026 r.).
[11] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/United_Nations_Relief_and_Rehabilitation_Administration (dostęp 01.09.2026 r.).
[12] B. Witowicz, Biały koń dla Andersa, Przystanek Historia, Instytut Pamięci Narodowej, 9 VIII 2022, (dostęp 01.09.2026 r.). Zob. https://przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/polskie-sily-zbrojne-po/97669,Bialy-kon-dla-Andersa.html
[13] Nie udało się dotychczas potwierdzić w źródłach informacji o ucieczce Jerzego Pezowicza z transportu w lutym 1940 roku ani jego późniejszym pobycie w Armii Polskiej gen. Władysława Andersa i leczenia z powodu tyfusu. Informacje te pochodzą z rodzinnych wspomnień Mariana Pezowicza (przyp. aut.).
[14] M. Szukała, 80 lat temu żołnierze dywizji Berlinga przysięgali wierność Związkowi Sowieckiemu, Dzieje.pl, 15 VII 2023, aktualizacja 16 VII 2023, (dostęp 01.09.2026 r.). Zob. https://dzieje.pl/wiadomosci/80-lat-temu-zolnierze-dywizji-berlinga-przysiegali-wiernosc-zwiazkowi-sowieckiemu
[15] Od 1933 Wojciech Jaruzelski uczęszczał do gimnazjum prowadzonego przez zakon marianów na warszawskich Bielanach, a jego edukacja była sporym obciążeniem dla budżetu domowego. Na etapie wyboru rozpatrywane były także gimnazjum jezuickie w Chyrowie koło Lwowa i gimnazjum w Rydzynie. Szkoła uczyła w duchu endeckim oraz zasad katolickich i poszanowania polskiej tradycji. Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojciech_Jaruzelski (dostęp 05.08.2026 r.).
[16] Według dokumentacji medycznej Jerzy Pezowicz został ranny 17 września 1944 roku odłamkiem miny w lewe przedramię. Pierwszej pomocy udzielonej mu na polu walki, po czym został skierowany do dalszego leczenia. Wojskowe Biuro Historyczne, sygn. III.601.68, dokumentacja medyczna Jerzego Pezowicza.
[17] Zapewne chodziło o Obławę Augustowską z 1945 roku (przyp. aut.); Najprawdopodobniej Sowietom chodziło o zlikwidowanie bardzo silnego na północnych terenach województwa białostockiego polskiego podziemia niepodległościowego. Zakończenie działań wojennych i początek okupacji sowieckiej jesienią 1944 r. nie oznaczało dla mieszkańców ziemi augustowskiej i suwalskiej nastania upragnionego pokoju. Zob. https://przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/oblawa-augustowska/42979,Oblawa-Augustowska-zbrodnia-bez-przedawnienia.html (dostęp 05.08.2026 r.).
[18] Ministrem Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego był Jan Dąb-Kocioł (ZSL) w okresie 27 lutego 1957 do 5 czerwca 1961 roku. Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Drugi_rz%C4%85d_J%C3%B3zefa_Cyrankiewicza (dostęp 05.08.2026 r.).
[19] Zapewne chodziło o Państwowy Urząd Repatriacyjny – Powiatowy Oddział w Dębnie, działający w latach 1945–1950. Oddział podlegał Państwowemu Urzędowi Repatriacyjnemu – Oddziałowi Wojewódzkiemu w Szczecinie (przyp. aut.). Zob. https://www.szczecin.ap.gov.pl/news/pl/pierwsze-lata-polskiego-pomorza-zachodniego-w-archiwaliach-z-zasobu-archiwum-panstwowego-w-szczecinie (dostęp 02.09.2026 r.).
[20] Władze już od pierwszych lat powojennych wprowadzały szczególne przepisy dotyczące terenów nadgranicznych (przyp. aut.). Zob. https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU19450510295 (dostęp 05.08.2026 r.).
[21] Zob. https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WMP19560710861 (dostęp 05.08.2026 r.); Autorowi opowiedziano historię małżeństwa, które przyjechało do Starych Łysogórek, aby odwiedzić grób bliskiego poległego podczas forsowania Odry w kwietniu 1945 roku. W drodze na stację kolejową w Siekierkach zostali zatrzymani przez partol WOP. Żołnierze zażądali okazania dokumentów uprawniających do przebywania w strefie nadgranicznej. Ponieważ małżonkowie takich dokumentów nie posiadali, partol skontaktował się telefonicznie ze strażnicą, a następnie zwrócono się do opiekunki Cmentarza Wojennego w Starych Łysogórkach z pytaniem, czy tego dnia odwiedzili grób członka swojej rodziny. Po uzyskaniu potwierdzenia przewieziono ich do strażnicy WOP w Starych Łysogórkach, gdzie zostali przesłuchani. Po pewnym czasie kobietę zwolniono. Mężczyzna polecił jej wrócić pociągiem do Chojny, jednak postanowiła zaczekać na niego na stacji w Siekierkach. Ostatecznie oboje opuścili Siekierki ostatnim pociągiem. Relacja ustana przekazana autorowi podczas zwiedzania Muzeum Pamiątek 1. Armii WP w Starych Łysogórkach. (przyp. aut.).
[22] Istnienie Nadleśnictwa Moryń w tym okresie potwierdza zachowana dokumentacja archiwalna (przyp. aut.). Zob. https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/en/jednostka/-/jednostka/8285118#odsylacz_tagi_i_indeksy (dostęp 02.09.2026 r.).
[23] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Lokomobila (dostęp 07.08.2026 r.).
[24] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Stra%C5%BCnica_WOP_Stare_%C5%81ysog%C3%B3rki (dostęp 07.08.2026 r.).
[25] W. Stanisławski, Cmentarz żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego w Siekierkach, „Materiały Zachodniopomorskie”, t. XXVI, Szczecin 1980, s. 3–24.
[26] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Powszechna_Organizacja_%E2%80%9ES%C5%82u%C5%BCba_Polsce%E2%80%9D (dostęp 25.08.2025 r.).
[27] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Alesin (dostęp 01.09.2026 r.).
[28] Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Pylica_p%C5%82uc (dostęp 01.09.2026 r.)
[29] J. Pikulik, Kostrzyńskie Zakłady Papiernicze na archiwalnych zdjęciach. Tak kiedyś produkowano tu papier, „Gazeta Lubuska”, 21 III 2024, (dostęp 01.09.2026 r.). Zob. https://gazetalubuska.pl/kostrzynskie-zaklady-papiernicze-na-archiwalnych-zdjeciach-tak-kiedys-produkowano-tu-papier/ar/c3-7952566

