Reklama [góra]

Z łapanki na Wileńszczyźnie tułaczka wojenna i droga do Kamiennego Jazu

Urodziłam się 18 VI 1926 roku na Wileńszczyźnie w wiosce Lisice, powiecie postawskim, województwie wileńskim. Teraz będę miała 92 lata. W naszej wiosce mieszkali same „Polaki”. Nasza miejscowość pod Białoruś poszła. Domy w naszej wiosce były drewniane. W pobliżu wioski piękny kościół, w Łuczaju. Kościół ten niedawno pokazywali w telewizji. Szkoła też była w Łuczaju. Na piechotkę, dwa czy trzy kilometry. Mama miała na imię Adela, zmarła gdy miałam dwa lata. Tata miał na imię Bolesław. W mojej rodzinie, większość to „Bolki”. I mąż i syn też Bolesław. Ożenił się ponownie. Posiadam pięcioro przyrodniego rodzeństwa po macosze. Rodzeństwo pozostało po wojnie w rodzinnych stronach. Oni uciekli z kołchozu do oddalonego 8 kilometrów miasteczka, tam się pobudowali, przeżyli życie , wszyscy pomarli. Mój dziadek ze strony mamy służył u Marszałka Piłsudskiego. W późniejszym czasie wracał we wspomnieniach do tych szczególnych lat, chętnie opowiadał o tej służbie. Mówił o sobie, tak byłem adiutantem Piłsudskiego. Opowiadał wesoło, jak to zawsze utrzymywał buty Marszałka w czystości i opiekował się „Kasztanką” - koniem. Za wieloletnią, wierną służbę otrzymał 30 hektarów ziemi. W wiosce zabudowa drewniana, kryta strzechą. Kościół i szkoła znajdowały się w sąsiednim Łuczaju. W szkole nauczano w języku polskim, później gdy wkroczyli w 1939 Sowieci, nauczano po rosyjsku.

Pierwszy motor Mzk - lata 60 te. Pani Stanisława z małżonkiem. Za kierownicą Janek, z tyłu najmłodszy Staszek, z ręką w kieszeni - Kazik

Mój mąż - początki pracy. Przez długie lata małżonek wykonywał w miejscowym PGR pracę jako mechanik, operator maszyn rolniczych. W późniejszych latach jako instruktor w ośrodku szkoleniowym.

Z tego okresu zapamiętałam taki taki epizod, później się okazało, że miał on duże znaczenie dla losów moich najbliższych osób i dla mnie. Gdy już na dobre po 1939 zadomowili się tutaj Sowieci, uczęszczałam do szkoły, gdzie nauczano nas po rosyjsku. Gdzieś wtedy w Łuczaju sprzedawano „na mieście” takie duże plakaty z wizerunkiem Stalina. Kosztowały od sztuki 1 rubel. Kupiłam, zaniosłam do domu, zamocowałam w pokoju na widocznym miejscu. Tata wtedy mówił, że zasnąć nie może przez tego Stalina. W tym czasie wywożono w głąb ZSRR osadników wojskowych , urzędników, leśników, z rodzinami. Mój dziadek, jak wspomniałam, był osadnikiem wojskowym. Uniknęliśmy szczęśliwie wywozu. Żyliśmy w niepewności. Pojawił się w naszym domu nagle urzędnik sowiecki. Rozmawiał w sposób stanowczy z tatą, zadawał pytania. Był wobec nas nastawiony wrogo, tak zapamiętałam jego odwiedziny. Gdy wszedł do pokoju, wielkie wrażenie zrobił na nim plakat, na którym został upamiętniony Stalin. Nagle zmienił sposób rozmowy. Pojawił się uśmiech na jego twarzy. Zaczął zachowywać się swobodnie, jak u siebie. Przypadek, który prawdopodobnie sprawił, że pozostaliśmy. Był mile zaskoczony czemu dał wyraz w dalszej rozmowie, oczy mu się cieszyły. Tak mi się wydaje. Chyba się nie mylę. 

Mój mąż - na kursie zawodowym gdzieś w Polsce. lata 70 te

Łapanka

Później przyszedł czas, że „Ruskich” przepędzili Niemcy, to był 1941 rok. Niemcy przyszli, miałam siedemnaście lat. Łapankę urządzili. Złapali, wywieźli. W tym czasie miały miejsce w mojej wiosce i w sąsiednich „łapanki”. Zatrzymywano ludzi i doprowadzano do kościoła, gdzie zgromadzono ludzi młodych, zdolnych do pracy wewnątrz świątyni, kościół zamknięto. Oni potrzebowali ludzi do pracy. Chłopaków skierowano do kopania okopów, innych do pracy u właścicieli dużych gospodarstw na terenie Rzeszy. Zostałam zatrzymana. Później pod kościół zajeżdżały samochody do transportu i powieźli na pociąg. Wszędzie zesłali. Dołączyłam do większej grupy i pociągiem udaliśmy się na południe.

Transport do Auschwitz

Transport do Auschwitz. Tam na miejscu zaprowadzono nas do obozu. Nie mieliśmy pojęcia, że w tym obozie dokonywano takich potwornych zbrodni. Mówiono pamiętam, że drewniane budynki obozu zostały zbudowane przez jeńców, nic więcej. Zapamiętałam smutnych ludzi, którzy patrzyli w oknach, im nie można było wychodzić na dwór. Może tak chodzili, ale wtedy to nikogo nie było na zewnątrz. Wokół stali niemieccy strażnicy i pilnowali tych ludzi. Nikt nie wiedział, że tam taka tragedia. Przywozili tam Żydów z różnych krajów. Zapamiętałam też rzędy „bloków”. Tutaj zaprowadzono nas do pomieszczenia, gdzie rozebraliśmy się, po czym dezynfekowano włosy i odzież. Później odnalazłam swoje ubrania, które były rzucone do pomieszczenia... Myłam się w tym obozie. Z transportu do łaźni, wykąpali i z powrotem do transportu. Nie można nam było chodzić po terenie obozu. To nie trwało długo, stamtąd znowu nas wyprowadzono gdzieś w kierunku torów kolejowych. Powieźli nas dalej do pracy. Nie pamiętam już, utkwiło mi jednak w pamięci, że zatrzymaliśmy się w Krakowie. Nie wiem teraz, czy w drodze do Oświęcimia, czy już w drodze do Wiednia. Nie wiem również, w jakim celu zostaliśmy skierowani do obozu. Do dzisiaj nie potrafię odpowiedzieć dlaczego tam trafiliśmy, czemu służyła osobista dezynfekcja. Czy istniał taki nakaz aby robotnicy, którzy zostali skierowani do przymusowej pracy na terenie Rzeszy musieli zostać poddani przymusowej dezynfekcji czy istniały inne powody, których nie poznałam. Wyruszyliśmy w dalszą drogę, jak już wspomniałam do Wiednia. Dotarliśmy do tego dużego, ładnego miasta. Pod dworzec przyjeżdżali miejscowi i wybierali ludzi do pracy. Część z transportu została wywieziona na wioski. Trafiłam do budynku dyrekcji portu na Dunaju, w sercu miasta. Tam pracowałam. Dobrze wspominam te czasy. Austriacy dobrzy ludzi, mówię panu, pomagali nam bardzo. Gdy na dobre zaczęłam codziennie robić swoje czyli sprzątać, okazało się, że od dawna zatrudniona jest tutaj Polka, starsza kobieta, nazywała się Starczewska. Miała ze sześćdziesiąt lat, może więcej. Była dawno ożeniona z Czechem. Często tutaj przynosiła ciasto. Od lat małżonkowie mieszkali w Wiedniu. Kobiecie z racji wieku było coraz trudniej. Tutaj trafiłam, dali do pomocy. Sprzątałam, myłam okna, bo ona starsza i nie dawała już rady. Pobudowano dla robotników-niewolników kilka baraków. Tam przebywało 400 mężczyzn. Byli „sami” chłopaki. Było w czym wybierać - uśmiecha się pani Stanisława. W większości Ruskie, Ukraińcy i Polacy

Pani Stanisława z synami: Kazimierzem, Stanisławem i Andrzejem

Praca w porcie nad Dunajem. Obóz – kwaterunki.


Wiedeń to piękne miasto.

Nas było trzynaście dziewcząt. Na terenie obozu sprzątałyśmy biura, pomagałyśmy w kuchni. Przeżyłam tutaj trzy lata. Tutaj poznałam mojego przyszłego małżonka Bolesława. Wykonywał prace w porcie. Przestawiał wagony z torów bezpośrednio pod magazyny, był też operatorem dźwigów portowych. Oj bywało nie raz, że gdy były rozładowywane produkty spożywcze, owoce cytrusowe, to celowo tak łyżką od dźwigu manewrował, aby opuścić część produktów na nabrzeże. Zarabialiśmy 30 marek miesięcznie. W sklepie za zarobione pieniądze nic się nie kupiło, bo towar był na kartki. Wiedeń to piękne miasto. Był tam pan kiedy ? Na rękawach mieliśmy założone opaski z oznaczeniem „ostarbeiter”. Gdy opuszczaliśmy bramę i wyruszaliśmy w drogę do miasta, opaski chowaliśmy. Chodziliśmy do kina, teatru, opery. Przybywali tam Austriacy, Niemcy i osoby wielu innych narodowości, którzy najczęściej tutaj żyli. Nikogo nie interesowało, kim jesteśmy. Gdzieś w mieście znajdował się duży diabelski młyn. Gdy znalazłam się w górze, widziałam miasto z góry. Dobrze wspominam te wycieczki do miasta.


A bombardowali Wiedeń pod koniec wojny. Zapamiętałam, że udaliśmy się kiedyś w czasie wolnym na boisko, które znajdowało się blisko baraków, opalać się. Nadleciały trzy samoloty. A po tych samolotach strzelali z ziemi. To była niedziela. W pobliżu był bunkier pod ziemią. Tam się chowaliśmy, gdy był nalot. Uciekaliśmy tam. Jeden z pocisków spadając na ziemię, rozerwał się w powietrzu. Odłamkiem szarpnęło. Zostałam ranna odłamkiem z tego pocisku w lewą nogę. Oprócz mnie został jeszcze inny chłopak. Spędziłam miesiąc w szpitalu, aby wygoić nogę. Inne bombardowanie miało miejsce później. Miało miejsce na wysokiej górze, tam znajdował się Pałac Sobieskiego – tak nazywali miejscowi. Ktoś nagle zaczął gwizdać, że samoloty nadciągają. Schroniliśmy się pod krzakami winorośli i w takiej pozycji jedliśmy w tym czasie winogrona.

                                                         Zniszczony w 1945 Wiedeń

Przez Jugosławię, Bułgarię do Odessy i Kijowa

Gdy wojsko ukraińskie wyzwoliło Wiedeń, przyszedł czas na powrót. Z Wiednia nas transportowali w kilku etapach. Najpierw dojechaliśmy do Jugosławii. Jakie to było miasto, w którym przez jakiś czas przebywaliśmy, nie pamiętam. Tam stała trybuna, na której stał Josip Broz Tito – legendarny przywódca partyzantów jugosłowiańskich. Przed nim defilowali partyzanci, byli obdarci, w dziurawych butach. Oni uwielbiali Stalina i Tito. Szli i krzyczeli Tito i Stalin, Stalin i Tito. Jaka tam panowała radość. A on stał, pozdrawiał. Niezapomniane wrażenie, te okrzyki partyzantów i wielki Tito, którego obserwowałam. Tutaj dali nam pojeść.

Josip Broz Tito
Potem pojechaliśmy pociągiem do Bułgarii, dostaliśmy się nad morze. Czekaliśmy na statek rosyjski. Chyba ze dwa, trzy tygodnie oczekiwaliśmy na statek. Przyszedł duży rosyjski statek, załadowali nas na statek. Do Odessy, do Kijowa. Wydali nam potem dokumenty i bilety, to w Kijowie wydali nam te papiery i na Brześć litewski i do Wilna dojechaliśmy. Później już do rodzinnego domu. Jak powiedziałam, z Wiednia przywiozłam męża – Bolesława Bielawskiego. Mój małżonek był Polakiem, urodził się w zachodniej Ukrainie. To jego rodzinne strony. Wzięliśmy ślub po zakończeniu wojny. Siostra napisała list do mojego męża do Wiednia. Pisała w liście, że im udało się uciec z tego piekła do Polski. Przestrzegała, żeby nie wracał w rodzinne strony, bo banderowcy mordują Polaków. Jednak małżonek zdecydował się pojechać w rodzinne strony, bo była potrzebna do ślubu metryka jego urodzenia. Dojechał tam. Znalazł schronienie u znajomego. Oni „zwęszyli”męża. Musiał uciekać. Pokonał w nocy odległość 18 kilometrów i dotarł do miasta Równe. W Równem policja była i tam już nie dochodzili, oni mordowali po wioskach. Siostra pisała, że szczęśliwie z tatą dotarli do Prus Wschodnich, do dzisiejszego Kętrzyna.

Nasi bliscy sąsiedzi - rodzina Rakowskich - dawny Leśniczy z Kamiennego Jazu

Mąż się dowiedział gdzie oni są, i po ich śladach dotarliśmy do Kętrzyna, była ostra zima. W mojej wiosce już wtedy Ruskie robili kołchoz, nie chcieliśmy tutaj zostawać. Mój tata mówił: Jedźcie jak najdalej na zachód, tam będzie ciepło. Tam w Kętrzynie spotkaliśmy krajana z rodzinnych stron, gadał, że jego rodzina zamieszkała na zachodzie. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy za ojcem i siostrą mojego męża. Wyjechaliśmy do Polski na wiosnę. Pociąg, w którym jechaliśmy dotarł do Trzcińska, gdzie zamieszkał szwagier z ojcem i siostrą od strony męża. W pobliżu dworca kolejowego w Trzcińsku czekał transport. Wsiedliśmy z dobytkiem i dotarliśmy do Kamiennego Jazu. Tutaj dali nam mieszkanie, praca tutaj była. Ciągnik, na kombajn i tak całe życie tutaj. Przez długie dwadzieścia dwa lata doiłam krowy w tutejszym PGR. Mieszkali tutaj Malawki. Oni pochodzili z naszej wioski. Spotkaliśmy się dopiero tutaj. Dziwne to, ale tak się stało. Jako pierwsi to chyba do Kamiennego Jazu przybyła rodzina Ratajczyk i Gawroński. W tym pierwszym okresie przybyli bracia Nagaj. Przybyli z kresów II Rzeczpospolitej, z zachodniej Ukrainy. Wspomina pani Leokadia Grabczak. Pięciu braci wraz z rodzinami zamieszkało tutaj. Władysław, Józef, Kazimierz, Jan i Wojtek. Pierwszy proboszcz był zdania, że wioska powinna otrzymać nazwę Nagajowo, ponieważ w co drugim domu mieszkali Nagaje. Pani Leokadia zapamiętała  zasłyszane wspomnienia osadników A.D. 1945, że w wielu domach w wiosce znajdowały się obrazy - pejzaże wioski i okolic. Miejscowy artysta - malarz, uwiecznił przed wojną wiele urokliwych miejsc.  najprawdopodobniej mieszkał w Kamiennym Jazie. Do dzisiaj w wiosce nie przetrwał żaden z obrazów, a szkoda.

Zasłużona wieloletnia mieszkanka Kamiennego Jazu Leokadia Grabczak



Pierwszy mój syn został urodzony jeszcze w Kętrzynie – Andrzej. Wspomina pani Stanisława. Kolejni synowie urodzeni w Kamiennym Jazie. Pięć synów. Janek – nie żyje, Kazimierz, Stasiek i Bolek – bliźniacy. Doczekałam się 12 wnuków a prawnuków 20. Dwie prawnuczki już się ożeniły. Zresztą mój mąż to również był bliźniak. Siostra męża przeżyła w Strzegomiu. Mój małżonek umarł w 2000 roku.

Pani Stanisława z synem i wnukiem Piotrem. 18 II 2018
Za Gierka odwiedziłam rodzinne strony. Moja rodzinna wioska prawie zanikła. Odwiedziliśmy wówczas również rodzinę w Wilnie.

Wspomnień pani Stanisławy Bielawskiej wysłuchał w dniu 18 II 2018 autor publikacji Andrzej Krywalewicz


"Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora".


Autorem działu regionalno - historycznego w portalu chojna24.pl jest Andrzej Krywalewicz. Znasz ciekawe historie? Posiadasz ciekawe fotografie?

Zapraszamy do kontaktu: andrzejkrywalewicz@chojna24.pl lub tel. 793 069 999

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.