Reklama [góra]

„Na niebie pojawił się samolot z czarną wstęgą. Zmarł Józef Piłsudski”


Lata młodości, z koleżanką Kazią i kolegą Frankiem

Nazywam się Anna Paluch. Urodziłam się 22 lipca 1925 roku w wiosce Marcinówka. Moi rodzice pochodzili z okolic Bochni. Tata Jan Bartyzel (prawdopodobnie rodzina taty przybyła z Węgier). Mama Katarzyna Marzec. W latach młodości mojego taty nasze rodzinne strony były częścią zaboru austriackiego i tak do końca I wojny światowej. Wieś taty nazywała się Mikluszowice.


Rodzice


Tata często opowiadał, że gdy skończył 16 lat, regularnie wczesną wiosną wyruszał do Niemiec. 

Praca jego polegała na odstraszaniu wron z obsianego pola. Do innej pracy w polu się nie nadawał, ponieważ był niskiego wzrostu. Kiedy osiągnął pełnoletność, zatrudnił się przy budowie dróg i kolei. 

Zaczęła się I wojna światowa, tata został wcielony do Armii Austro-Węgierskiej. Podczas walk został ranny w łokieć, ręka już do końca życia była niesprawna. Przebywał w szpitalu w Czechach. Później otrzymywał rentę. Skończyła się I wojna, tata powrócił. Wszystko się zmieniło, Polska odzyskała niepodległość. Poznał swoją przyszłą żonę, moją mamę. Chyba dobrze układało się rodzicom od początku, skoro dość szybko został wybudowany przez tatę drewniany dom. 

Moja mama pracowała w Danii przy obróbce buraków od wiosny do późnej jesieni. Przed I wojną co roku wyruszała z innymi kobietami na duńskie pola uprawne w Lollandii i Falster. Tam na początku stulecia zaczęły przyjeżdżać kobiety Polki do pracy przy pieleniu i kopaniu buraków cukrowych. Duńczycy masowo wyjeżdżali za chlebem do Ameryki, brakowało rąk do pracy. Tam, gdzie mama co roku pracowała, został wybudowany pomnik upamiętniający robotników z Polski.


Na ulicy Grunwaldzkiej podczas święta 1 Maja

Z Pogórza Karpackiego w Lubelskie. Dobytek nasz wraz z drewnianym domem podróżuje na północny wschód

Pojawiło się w prasie lokalnej ogłoszenie, że jest do kupienia ziemia w Lubelskiem. Ziemia ta należała do rodziny hrabiowskiej – Chrzanowskich. Mój ojciec przeczytał ogłoszenie, że można nabyć parcele od Chrzanowskich. Zdecydował się na wyjazd z rodziną, aby powiększyć swoje gospodarstwo. Ziemie te znajdowały się w gminie Horodło w miejscowości Poraj. Taki sam los obrało około 50 rodzin z miejscowości moich rodziców. Ludzie zmuszeni byli wyjechać, ponieważ w swoich rodzinnych stronach było duże zaludnienie. Mieszkańcy za chlebem i pracą wyjeżdżali do Niemiec i Ameryki. Dzięki tej pracy z zagranicy mieli pieniądze do nabycia ziemi w województwie Lubelskim. 

Rodzice przewieźli swój dom drewniany, który był pokryty gontem (czerepicą). Dom został zbudowany w naszej rodzinnej ziemi krakowskiej z elementów, które można było złożyć i rozłożyć. Elementy zostały przewiezione pociągiem na Lubelszczyznę. Dom nasz składał się z dwóch izb i komory. W jednej z izb znajdował się piec pod okapem, dwa łóżka drewniane i szlufan (tak tata nazywał rozkładane drewniane łóżko). W drugiej izbie odbywały się zabawy wiejskie dla młodzieży z Poraja oraz pobliskich wsi. 

Rodzice przyjechali na Poraj z moim bratem Jankiem urodzonym w Mikluszowicach koło Bochni. Po osiedleniu się, powiększyła się rodzina. Urodziła się siostra Stefania, brat Tadeusz, a następnie ja. Po mnie urodził się brat Józef, który zmarł. Po zmarłym bracie urodziły się dwie siostry: Bernardka i Bronisława. W 1935 urodziły się bliźniaczki Janina i Apolonia,  która zmarła. Pamiętam, jak pojechałam drewnianym wózkiem, który zrobił mój wujek, aby wozić dzieci do mamy na pole do karmienia. Dwie siostry bliźniaczki obok siebie, wracam, a mama nagle mówi, że jednej z sióstr nie ma w wózku. Pobiegłam na pole, siostra wypadła z wózka. Podchodzę, uśmiecha się, a ja szczęśliwa, że odnalazłam siostrę.


Pani Anna z siostrami. Bronią i Stefanią

Miejscowi nas z dawnego zaboru austriackiego nazwali Galicjanami


Miejscowa ludność nazywała nas Galicjanami. Śmiali się z naszej gwary, przyzwyczajeń i tradycji. Oprócz Galicjan przybyli na te ziemie górale. W Horodle zamieszkiwało dużo Żydów. Trudnili się handlem oraz wykonywali pracę dekarzy i stolarzy. Często wyruszałam do Horodła do sklepu. Gdy siostra Stefka wychodziła za mąż, rodzice wysłali mnie, abym kupiła cukier. Właścicielem sklepu był Żyd, który podarował dla siostry komplet szklanek z mlecznym paskiem. Wracałam objuczona torbami, w jednej cukier w drugiej zapakowany komplet 12 szklanek. Przyszłam to byłam mokra. Żyd, przed powrotem do domu, w oddali przestrzegł, abym szklanek nie pobiła. Ten właściciel był bogaty, ale było wielu ubogich i biednych Żydów. Mój ojciec otrzymywał dość wysoką rentę. Początkowo 350 złotych, jako odszkodowanie wojenne. Stopniowo, gdy dzieci dorastały, rentę pomniejszali, przed wojną otrzymywał tylko 35 złotych. Stefka, Janek i Tadek przed wybuchem wojny uzyskali pełnoletność. Do nas przychodzili Żydzi kupować jajka i masło. Masło było ważone na porcje – gdy była nierówna waga, resztka pozostawała dla nas domowników. Ten Żyd, co przychodził po jajka, był biedny. Długo bardzo z tatą rozmawiał. Zapamiętałam, że podczas tych późniejszych rozmów był świadomy, że wybuchnie wojna. Mówił tak: „nasz ród zginie”. Żyd nazywał się Mordka. Przychodził zawsze sam. Aby ulżyć Żydowi Mordce, tata odstąpił jemu kawałek ziemi, gdzie uprawiał ziemniaki. W Horodle Żydzi mieli swojego wójta, taką organizację. Gdy wybuchła wojna, nasi chłopi zostali wyznaczeni do wywózki Żydów, między innymi nasz Janek. Nie było dyskusji. Sołtys wozy znaczył, wykonywał polecenia Niemców. Gdy Janek wrócił, płakał, opowiadał, że „bardzo Żydów skrzywdzono”. Na naszej kolonii żyły jeszcze dwie rodziny Ukraińskie, z którymi serdecznie żyliśmy. Najpierw wspólnie z nimi obchodziliśmy nasze Boże Narodzenie, a gdzieś po dwóch tygodniach wspólnie świętowaliśmy ich święto. Oni w czasie wojny wyjechali za Bug.


Z córką Ireną i z koleżanką Kazią

Na niebie pojawił się samolot z czarną wstęgą. Zmarł Józef Piłsudski. Trzy dniowa żałoba

Nasze ludzie i górale, gdy przyjechali na kolonie, kupili budynek szkoły w sąsiedniej Korytnicy. Rozmontowali i przewieźli do Poraja elementy budynku. Szkoła na Poraju była czteroklasowa. Kto chciał się lepiej wykształcić, to szedł do Horodła, a kto nie bardzo chciał, to uczęszczał przez trzy kolejne lata w Poraju. Pamiętam, jak miałam 10 lat i byłam w III klasie, to zmarł Józef Piłsudski. W czasie,  kiedy odbywała się lekcja, nauczycielka poinformowała nas, że zmarł Marszałek Piłsudski. Wszystkie dzieci musiały powrócić do swoich domów. Kiedy wracaliśmy do domu ze szkoły, usłyszeliśmy warkot samolotu. Spojrzałam w niebo i ujrzałam lecący samolot z czarną wstęgą informującą wszystkich mieszkańców o śmierci Marszałka. Rozpoczęła się w tym czasie trzydniowa żałoba narodowa. 

Wioska nasza składała się z głównej ulicy – tą drogą przebiegał trakt do Horodła. Przez długie lata była to polna droga, przed wojną wyłożono brukiem. Wzdłuż drogi domy drewniane i wysokie, potężne lipy. Później zaczęto budować domy murowane. Od tej głównej drogi odchodziła boczna, bardzo piaszczysta szeroka ścieżka do lasu. Ta droga później została obsadzona przez rodziców czereśniami. Miejscowi nazywali tą część wioski „pod lasem”. Tutaj stanął nasz dom. Kawałek dalej znajdowały się lasy należące do Chrzanowskich. Tata posadził wokół domu wiele drzew owocowych. Tutaj stanął nasz dom w roku 1919. Ojciec pielęgnował starannie drzewa owocowe; wiśnie, czereśnie, jabłka, gruszki, porzeczki czarne, czerwone i białe. Czereśnie były bardzo dorodne.

W lesie bardzo dużo jagód, chyba dzięki nim do dzisiaj mam taki dobry wzrok. Gdy tata sprzedał owoce, stać go było na kupno wozu drewnianego z gumowymi kołami. Gospodarstwo było samowystarczalne. Mama umiała szyć, „obszywała” siedmioro dzieci, tata ze stolarki robił grabie, płoty drewniane, potrafił również robić skórzane obuwie dla całej naszej rodziny. Jak się okazało, ta nasza samowystarczalność ułatwiła nam życie w czasie wojny. Krowy pasło się od małego dziecka. Dzieci się rodziły jedno po drugim. Stefka dobrze się uczyła, ja jeszcze młoda w domu pomagałam. Jak tylko człowiek stanął dobrze na nogi, to już gęsi się pasło. Z uwagi na niepełnosprawną rękę taty wiele męskich prac wykonywaliśmy razem z tatą – nauczyłam się konie zaprzęgać, słomę układać (u każdego chyba sąsiada układałam) i kultywować. Od dziecka wspierałam rodziców podczas różnorodnych prac.


Ulica Grunwaldzka w Baniach, lata 50.


Miałam 14 lat, gdy wybuchła wojna


Przestałam chodzić do szkoły. Przybyli Niemcy. Jednak w kolonii naszej nie zamieszkiwali. Kopaliśmy okopy nad Bugiem, Niemcy nas pilnowali. Kopaliśmy przez ogrody i łąki. Niemcy nam wyznaczali, ile mamy wykopać w ciągu dnia. Dzienna norma wynosiła dwa i pół metra długości i głębokości dwa metry. Na szczęście ziemia czysta i miękka bez kamieni. Dawaliśmy sobie radę. Nie można było iść do domu, gdy się nie wykonało tej dziennej normy. Janek, mój brat, był kowalem, wykonywał pługi, metalowe części do wozów konnych i podkuwał konie. Zostałam z rodzicami. Maszynę poruszał kierat, my z Tadkiem pomagaliśmy przy omłotach. W czasie tych prac nasza mama uległa wypadkowi. Maszyna wciągnęła i połamała obie ręce. Tato mój wziął mamę na wóz konny i zawiózł do szpitala do Włodzimierza, odległego 24 km. Odcinki drogi były różne, wyłożone były brukiem, mama moja kilkakrotnie mdlała z bólu. 

Pamiętam takie zdarzenie, jak jeden z sąsiadów nie wrócił do Niemiec z urlopu i był poszukiwany. Inny sąsiad powiedział, że ukrywał się w naszym gospodarstwie. Była to nieprawda. Zjawili się Niemcy, wzięli mojego tatę na przesłuchanie. Zaczęli ojca torturować. Jeden z nich chciał go zastrzelić. Zaciął się pistolet. Drugi Niemiec powiedział: „Zostaw go”. W ten sposób tato mój został uratowany od śmierci.


Zakupiony dom przy Jagiellońskiej 31, którego już nie ma


Brat w fabryce amunicji pod Dreznem. Pieczemy dla brata chleb ze słoniną w środku


Położenie naszego domu stwarzało zagrożenie i niebezpieczeństwo. Były chwile, kiedy partyzanci z lasu przybywali do nas po jedzenie i nocleg. Zdarzało się, że Niemcy również przychodzili kupić jajka, które trzeba było im ugotować, następnie trzeba było ich zawieść na ich komendę, która znajdowała się w Bereżnicy nad Bugiem. Często obawialiśmy się, że partyzanci jeszcze nie opuścili naszych zabudowań. Z każdego domu wytypowano jedną osobę na wyjazd do Rzeszy na roboty. Wyznaczono mnie. Mój tato zgłosił w gminie Horodło, aby zamiast mnie pojechał mój brat Tadeusz. Trafił do fabryki amunicji pod Dreznem. Podczas nalotów na Drezno doznał uszczerbku w oku. Wysyłaliśmy Tadkowi paczki. Wysyłano chleb, w środku którego była słonina. To był specjał smaczny i pożywny. Gdy po wojnie powrócił do domu, był bardzo szanowany.

Sołtys powiedział tacie, że ludność z naszych terenów zostanie przesiedlona. Gospodarze musieli zdawać zboże. Moi rodzice zadecydowali, że ja jako starsza z wszystkimi młodszymi dziećmi wyjadę do Mikluszowic koło Bochni, w rodzinne strony rodziców. Tam też była wojna, ale było spokojniej jak u nas. Pociągiem wyruszyliśmy w długą drogę, tata nas odwiózł. Przeżyliśmy spokojnie zimę. Gdy oddali zboże na siew,  mama przyjechała i zabrała nas do domu.


Mama Pani Paluch, Katarzyna Bartyzel, przed domem na Poraju

Mundury i oficerki naszych żołnierzy pozostały na długo w naszym domu


W czasie wojny Wojsko Polskie szło w kierunku Bugu. U nas i w innych gospodarstwach zatrzymali się na nocleg. Żołnierze w nocy otrzymali rozkaz, aby natychmiast udać się za Bug w kierunku Włodzimierza. Wśród żołnierzy byli oficerowie Wojska Polskiego. Opuszczając nasze gospodarstwo, zostawili wyjściowe mundury i buty oficerki, zapewniali, że po to wrócą. Ojciec mój ukrywał długo te rzeczy, ale nikt się po to nie zgłosił. Prawdopodobnie zginęli wszyscy w Katyniu. 

Mijały dni, jeden drugiemu mówił, że wojna ma się ku końcowi. Zapanowała radość. Wojna się skończyła. Brat powrócił do domu. Unormowało się. Dużo było wesel. Stefka wyszła za mąż, Janek się ożenił. Stefki przyszły mąż przebywał w czasie wojny w Szczecinku, tam pracował. Mój przyszły mąż pochodził też z Poraja. W 1945 wrócił z robót w Niemczech. Przebywał koło Drezna, w gospodarstwie rolnym. Nauczył się mówić po niemiecku, dobrze miał u tych ludzi. Ten gospodarz zabierał mojego przyszłego małżonka furmanką do miasta, do pracy. Wspominał, że traktowali jego jak swojego.

Moja mama, Katarzyna Bartyzel, Poraj


Po wojnie


Wyszłam za mąż w maju 1947 roku za Kazimierza Palucha. Pochodził również z Poraja. Zamieszkaliśmy u teściowej. Rok później urodziła nam się córka Irena. Warunki mieszkaniowe były trudne.

Ślubne zdjęcie. Maj 1947 

1948 rok. Przyszedł szwagier męża z sesji. Powiedział, że cztery rodziny muszą zostać wytypowane w ramach zasiedlania ziem zachodnich. Czterech kolegów małżonka i mój mąż zdecydowali, że pojadą „na zachód”. Koledzy zrezygnowali, małżonek sam odważył się pojechać. To był rok najprawdopodobniej 1948. Gdy dotarł po raz pierwszy na Ziemię Bańską, otrzymał propozycję zamieszkania w Dłusku. Ale mąż chciał mieszkać w takiej wsi,  gdzie jest szkoła i kościół. Upodobał sobie Banie. Domy były pozajmowane. Zdecydował się odkupić dom od Kowalskiego, który znajdował się przy ulicy Jagiellońskiej. Oni później wyjechali do Podjuch. Powrócił do Poraja. Zdecydowaliśmy się na wyjazd.

Listopad 1949


Wyruszyliśmy z naszym skromnym dobytkiem do Bań. Dostaliśmy bydlęcy wagon, do którego załadowaliśmy dwa konie, wóz, prośną maciorę, kury i krowę. Mieliśmy również sprzęty gospodarcze: cebrzyk, nieckę do wyrobu ciasta, balię, tarę do prani i inne sprzęty gospodarcze.

Wagon został podstawiony w Hrubieszowie, a w Lublinie został dołączony do innych wagonów kierujących się na Ziemie Odzyskane. Po drodze jeszcze inne wagony doczepiano do składu. Jacyś chłopi, którzy jechali tym samym transportem, radzili, aby jechać i szukać domu gdzieś bliżej Gdańska. Mówili, że w drodze ze Szczecina w kierunku Gdańska stoją domy wolne. Bliżej Odry pozajmowane. Jednak z uwagi na to, że małżonek zapłacił Kowalskiemu pieniądze, nie było wyjścia, trzeba było dotrzeć do obranego celu. W drodze do Bań pamiętam Piłę, Stargard, Gryfino i Banie. Podczas podróży maciora poroniła prosięta. Cały czas w tym samym wagonie. Jako jedna rodzina przyjechaliśmy do Bań. Przy wyładowaniu wagonu pomogli nam ludzie. Złożyli wóz, zaprzęgli konie. Na wóz załadowali skromny dobytek. Z górki ze stacji szłam piechotą, prowadziłam krowę. Byłam bardzo zmęczona. Dotarliśmy na Jagiellońską 33. Kowalscy jeszcze mieszkali. Przez jedną zimę mieszkaliśmy w jednym domu. Rodzina Kowalskich czekała, aż zwolni się dom zakupiony przez nich. W domu, w którym zamieszkaliśmy, były ładne, murowane piwnice, ponieważ znajdowała się tam rozlewnia piwa. Uchowała się blaszana tablica reklamująca piwo. Dom od strony ulicy był odnowiony w kolorze różowym, natomiast od podwórka ściany były z pruskiego muru, które nie nadawały się już do remontu.


Dzieci Pani Paluch na schodach domu przy Jagiellońskiej 31

Kołchoz. Umarł Stalin


Wzięliśmy siedem hektarów z nadania. Później jeszcze w latach 1955 powstawał kołchoz. Długi czas udawało się nam uniknąć przyłączenia. Kołchoz powstał na terenie folwarku przy wyjeździe z Bań w kierunku Piaseczna. Oddaliśmy dwa konie, krowa została przy rodzinie. Konie trafiły do folwarku, pracowały przy wspólnej obróbce ziemi. Mąż bardzo niechętny był, przeżywał, że musimy przystąpić, oddać nasze zwierzęta. Umarł Stalin. Brygadzista podczas porannego przydziału robót wspomniał o śmierci Stalina, poprosił o spokój, aby ciszą upamiętnić śmierć wodza. Wtedy jeden z robotników, nazywał się Czajka, powiedział głośno: „Ja tam cicho nie będę”. Ludzie się roześmiali.

Zakupiony przez nasz dom zaczął się walić. Mąż pojechał po architekta do Gryfina w 1965, żeby stwierdził, czy warto remontować ten dom. Architekt polecił mężowi, że lepiej będzie wybudować nowy dom. W tamtych czasach nie budowano nowych domów, bo ludzie mówili, że Niemcy powrócą na te ziemie. W 1966 kupiliśmy działkę po drugiej stronie ulicy i rozpoczęliśmy budowę nowego domu. Byliśmy pierwsi, którzy wybudowali w Baniach nowy dom.

W Baniach mój małżonek współtworzy Kółko Rolnicze

Mój mąż był współzałożycielem Kółka Rolniczego. Wspólnie z małżonkiem przy zakładaniu spółdzielni brali udział: Chudoba Edward, Haczyk Stanisław. W tym powojennym okresie mocno kłopotliwe były obowiązkowe dostawy. Trzeba było oddawać ziemniaki, zboże, mleko i świnie. Ceny, jakie uzyskiwaliśmy „na skupie”, pokrywały mniej jak połowę kosztów hodowli, upraw. Takie to były czasy. Miasteczko budziło się do życia. Na Grunwaldzkiej znajdował się posterunek milicji i Gromadzka Rada Narodowa.

W życiu naszym najważniejsza była rodzina

Wspomniałam, że ślub nasz miał miejsce w w maju 1947 roku. Mój małżonek Kazimierz Paluch pochodził również z Poraja. Zamieszkaliśmy u teściowej. Rok później urodziła nam się córka Irena. W 1951 przyszedł na świat syn Czesław. Mijały lata, ciężko pracowaliśmy. W życiu naszym najważniejsza była rodzina. Gospodarstwo rozwijało się dobrze. W roku 1974 zmarł mój mąż i nadal pracowałam na gospodarstwie wraz z synem. Później przyszedł czas na wnuki – doczekałam się wnuka Arka, który do dnia dzisiejszego reprezentuje klub sportowy Iskra Banie, oraz wnuczkę Justynę.
Pani Anna z rodziną

Wspomnień pani Anny wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w lipcu 2018 r.


Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.