Reklama [góra]


Zaginęłam w zaspie śniegu. Wspomnienia z czasu wojny

Nazywam się Maria Zmur. Urodziłam się w sierpniu 1930 roku w wiosce Hanina. Moja wieś rodzinna nie duża nie mała, dwadzieścia cztery numery. Blisko miasto Świrz. Moja mama też Maria, tata Stefan. Miałam trzy siostry, najstarsza Stefka, druga Paulinka, trzecia Anka czwarta ja Maria. Szkoła, kościół znajdowały się w Świrzu. W naszej wiosce mieszkali jeszcze Ukraińcy, nie było tutaj ich więcej jak naszych. Do pierwszej i drugiej klasy chodziłam do szkoły w Świrzu. Co niedzielę do kościoła, z okolicznych wielu wiosek tutaj przychodzili na nabożeństwa.

Pani Maria z córkami


Ukraińska większa wioska wystarczyła i już była cerkiew. Pytałam się głośno jak to jest? Tutaj Polska, a do kościoła tak wiele kilometrów należy pokonać, a Ukraińcy w każdej wiosce mają cerkiew. Blisko wioski lasy i duży staw. Domy drewniane wykonane z grubych gałęzi, szczeliny pomiędzy nimi wypełniano wałkami z gliną. Zimy ze trzydzieści stopni, chociaż wtedy nie było możliwości, aby sprawdzić temperaturę na dworze, nie było termometrów. Zapamiętałam, że gdy ostra zima przyszła, mówiono, że spadło do minus trzydziestu. Gdy zamarzły okna, to śnieg można było jeść od wewnątrz. Śniegu gdy nasypało, przez okna nie było świata widać. Marzec przyszedł, a śnieg po rowach jeszcze leżał. Dzieci boso chodziły. Im większy bogacz był, to narzekał, że nic nie ma. Biedny machnął ręką. W Świrzu na bagnach zamek, w drodze do kościoła sklepy. Większość z nich prowadzili Żydzi. Za starej Polski handel, kupiectwo znajdował się w rękach Żydów. Do taty przychodził Żyd Szaja. Co tata miał na sprzedaż; krowę, cielaka, to Szaja rano kupował. Słońce zaświeciło przez szybę, Szaja stukał do drzwi – Panie Stefanie masz pan coś na sprzedaż ? Odkupywał, najprawdopodobniej pośredniczył. Po świnie przychodzili również inni kupcy żydowscy. Dziwne to było, bo oficjalnie pogardzali mięsem wieprzowym. Jednak świnie kupowali, bili. Pewnie pośredniczyli w handlu. Sobota to ich święto, szabas. Kobiety ładnie ubrane spacerowały, mężczyźni pejsy przyczepiali, chyba przyczepiali bo skąd te pejsy w szabat? Ich dzień odpoczynku trwał do sobotniego zachodu słońca. Gdy nadszedł sobotni zmrok - kończył się. Kiedyś wracałam z koleżanką ze szkoły. Przed nami szła odświętnie ubrana rodzina żydowska. Po pewnym czasie, chyba zorientowali się, że ich obserwujemy, bo niewinnie zatrzymywali się, spoglądali ukradkiem w naszym kierunku. My również się wtedy zatrzymałyśmy. Oni spacerowali, a my chcieliśmy wiedzieć jak to jest u nich. W sobotę posiłków nie przygotowywali. Wynajmowali biedne, miejscowe kobiety do przygotowania posiłków. Kościół ich to bożnica, znajdował się w pobliskim mieście. Tutaj żyli z dziada, pradziada zupełnie inaczej niż po wojnie w Piasecznie, w którym zamieszkaliśmy po wojnie. W jednej części wioski znaleźli się obok siebie zza Buga, z „Centrali” z okolic Warszawy. Ludzie nie znali się, posiadali zupełnie inne obyczaje. Nie było to wszystko proste.

Córki Pani Marii

Wierzyły, że pojawi się kawaler w ich domu i zabierze stąd do lepszego świata

Mała społeczność naszej wioski i sąsiednich była mocno rozwarstwiona. Ci co posiadali ziemię to żyli. Jednak wielu ludziom mieszkającym po okolicy żyło się ciężko. Bez ziemi  worek na plecy i za łaskawym chlebem chodzili. Mama nabrała wiadro kartofli i podała jednym, drugim. Były dni, że drzwi się nie zamykały. Tata powiedział, jak tak będziesz rozdawać, to nie będzie co posadzić. Później mama po jednym ziemniaku dawała. Mówili, że przejdą po całej wiosce i starczy na obiad. Bieda była. Blisko nas Chlebowice były. Tam dwie dorosłe dziewczyny pamiętam, chodziły od domu do domu za posiłkiem, a gdy przebywały w domu to czekały z utęsknieniem na chłopaka, że pojawi się nagle. Wierzyły, że pojawi się kawaler w ich domu i zabierze stąd do lepszego świata. Czy pojawił się ? Nie wiem.  

Za starej Polski

Za starej Polski spokojnie się żyło. Jak wspomniałam, ludzie żyli pokoleniami, przywiązani do jednego miejsca. W jakim języku ludzie mówili ? Jak kto chciał, jak kto umiał.  Przed wybuchem lub na początku wojny zapamiętałam wiosenne święto. Ukraińcy szli nad rzekę święcić wodę a Polacy uczestniczyli w tym samym czasie w uroczystości, którą odprawiał ksiądz. Ukraińcy wzięli z sobą dwa gołębie. Gołębie miały symbolizować Polskę i Ukrainę. Jednemu skrzydła związali lub oderwali. Wypuścili dwa gołębie do góry. Jeden z nich wzleciał w powietrze, drugi wpadł do wody, utopił się. Nabożeństwo ich zostało zakończone, śmiali się głośno, klaskali w ręce. Życie  szybko zmieniało się. Wcześniej normalnie się układało. Gdy odbywały się nasze święta bożonarodzeniowe, zapraszano Ukraińców. Gdy przyszedł czas ich świąt, zapraszali Polaków. W zgodzie wszyscy żyli. Dużo było mieszanych małżeństw. To Polka wyszła za Ukraińca, to odwrotnie. Mówiono po ukraińsku, po polsku jak kto chciał. Do szkoły w Świrzu chodzili Żydzi, Ukraińcy i Polacy. 

Zaginęłam w zaspie śniegu

Gdy przyszedł czas na lekcje religii, dzieci ukraińskie udawały się do cerkwi, żydowskie do bożnicy w Świrzu. Drogę do szkoły pokonywaliśmy pieszo. To była prawdziwa zima. Za oknami zaspy, wokół wszędzie biało, śnieżyce, zamiecie i przenikliwy, kłopotliwy mróz. Zaspy metrowe do dzisiaj utkwiły mi w pamięci. Zapamiętałam powrót do domu drogą zasypaną śniegiem. Wspinam się z koleżanką pod górkę i im wyżej tym śniegu więcej. Nagle koleżanka wyższa przedostała się przez nasypaną śniegiem zaspę, ja utkwiłam; ciemno, smutno i wrażenie, że przez zwykłego życiowego pecha zostałam odcięta od normalnego życia. Po dłuższej chwili ile sił krzyczę: - pomóż, pomóż. Zawróciła, odnalazła skąd wydobywał się mój głos. Odsypywała śnieg w różny sposób. Poradziła sobie, rękę jej mocno chwyciłam i przedostałam się przez wysoką zaspę. 

Kierunek Przemyślany

Miasto Przemyślany znajdowało się z 15 km od naszej wioski. Tam znajdował się rynek, na który przybywali z okolic. Rodzice wzięli mnie kiedyś z sobą. Droga do Przemyślan prowadziła przez dwie ukraińskie wioski. Nazywaliśmy „ukraińskie” ponieważ zamieszkiwali tam Ukraińcy. Wóz obładowany, koń zatrzymał się, odpoczął i tak coraz bliżej do przedmieścia miasta. Co zapamiętałam ? Tata od domu do domu podchodził, stukał do drzwi, proponował ziemniaki, jaja, kaczkę, kurę. Ludzie kupowali, podchodzili do wozu, oglądali, przebierali, rozmawiali. Rodzice się oddalili, a tutaj obcy koń się przyczepił do "tatowego" konia. Jeden drugiego co pewien czas łup po głowie. Niespokojna patrzę gdzie mama, gdzie tata. Przed sklepami stali Żydzi i nawoływali aby to właśnie w ich sklepie zrobić zakupy. Tak zapamiętałam wyprawy do miasta.

Nadeszły święta, do kościoła się chodziło. Jeden do drugiego podchodził i dalej razem. Problem stanowiły buty, których brakowało. W obuwiu chodził młodszy po starszym. Były buty można było pójść do kościoła, nie było butów, zostawał człowiek w wiosce i zazdrościł. Rodzice uprawiali pszenicę, żyto, buraki. Chleb piekła mama sama. A gdy chlebek w domu wyrastał w piecu to pachniało wszędzie wokół.  Święta - jakoś szczególnie mi utkwiło Boże Narodzenie. Skromnie ale bardzo rodzinnie. Choinka ustawiona na klepisku, ustrojona papierowymi ozdobami. Tradycyjnie w wigilie kolacja a później w drogę śnieżną drogą po ciemku do Świrza. W święta ludzie chętnie się odwiedzali. Na ulicy zasypanej śniegiem co pod dom podszedł człowiek to kolędowali rodzinnie.    



Wojna

Obszarnicy gdzieś się ulotnili

Do szkoły zdążyłam dwa lata uczęszczać. Później to życie się skomplikowało. Naprzód Stalin dogadał się z Hitlerem. Polska broniła się tyle ile siły starczyło. W Przemyślanach na początku wojny  piloci naszego wojska - lotnicy przez jakiś czas przebywali (23 Eskadra Towarzysząca – przypis autora).  W tym czasie gdy wybuchła wojna myślałam,  jak to jest u nas pany  takie bogate mieszkali blisko w majątku. Pola, ziemia, zwierzęta. Przed wojną gdy jechali przez naszą wieś do miasta, do kościoła, na zabawę, to państwo mocno wystrojeni byli. W kościele siadali w ławce z przodu. Kobieta była ubrana w długiej sukni, na głowie miała kapelusz z czarną siatkowaną zasłoną. Zamiast patrzeć się na ołtarz, to ja się jej przyglądałam. Myślałam, przecież do kościoła promienie słońca nie docierają, dlaczego ona tej siatki (zasłony – przypis autora) do góry na czoło, włosy nie uniesie – śmieje się  pani Maria. Dwie pary koni ciągnęły bryczki, tak wtedy nazywano zaprzęgi. Majątek tej rodziny znajdował się z dwa kilometry od naszej wioski, może trochę więcej ? Może trochę mniej ? Posiadali duży obszar ziemi, zatrudniali do służby wiele osób. Myślałam w 1939, jak to jest, że po dwóch tygodniach walki Polska poddała się. Wówczas wydawało mi się, że zamożni mogą wiele uczynić dla zmiany biegu historii. Miałam wtedy tylko dziewięć lat. Gdy pojawili się Rosjanie, obszarnicy gdzieś się ulotnili. Pozostawili dobytek, bydło, konie. Prawie wszystko pozostało.   

Pani Maria (A.D. 2021)


Ucieczka do domu wujenki

Bandyci się pojawiali. Ukraińcy obcy, nie znani. Do tragedii dochodziło, języki ucięli, dorosłych pokaleczyli ludzi do końca życia a zdarzyło się, że dzieci mordowano. Ludzie przerażeni, jeden do drugiego szedł  w strachu, radzili co robić. Ludzie co zdążyli, załadowali na wozy, uciekali do miasta. Tam bezpieczniej było. Czy pamiętam ucieczkę mojej rodziny ? A czemu mam nie pamiętać, dobrze pamiętam. W nocy podpalili sąsiednią wioskę, słychać było krzyki, kto się uratował, przeżył ratował się ucieczką przez naszą wieś. Ludzie stali przed domami, przyglądali się tragedii, ludzie, którzy uciekali dopełniali atmosfery strachu i śmierci. Szybkie decyzje podejmowali ludzie z sąsiedztwa, również moi rodzice.  Ja na sam przód, siostra i mama. Doszliśmy do miasta, do domu wujenki. Nie trzeba było niczego wyjaśniać, każdy wiedział co się dzieje. Tata początkowo „zaparł” się, że zostanie, będzie pilnował dobytku. Później do nas dołączył. Ludzie porozrzucani po mieście, „jedne” tu, inne „tam” po sąsiedzku. Nikt chyba nie wiedział co dalej, jak to się skończy. Ukraińców tutaj była mniejszość. Ludzie mówili, że dużo ich uciekło do wschodniej Ukrainy. Ile w tym prawdy było, nie wiem. Mój tata został sierotą, gdy był malutki. Doceniał to swoje szczęście, że ma rodzinę. Nie powrócił z wioski, ślad o tacie zaginął. Nie mógł się pogodzić, że zabudowania zniszczone, wiele domów spłonęło. Poszedł przez ciemny las ciemną nocą. Chciał odzyskać to co pozostało. Nigdy już nie wrócił...

Starsza Niemka rozmawiała sama z sobą, zatrzymywała i patrzyła w okno...

Później pamiętam drogę pociągiem na zachód. Mama i my. Najstarsza z mężem i teściami. W wagonach dużo naszych. Jedni bardziej obładowani, drudzy mniej. Pociąg jechał przez Śląsk. Cały transport zatrzymał się na bocznicy dużego miasta. Wysadzili nas. Wojsko organizowało transport do pobliskich miejscowości. Stąd dotarliśmy do Nowej Wsi na Dolnym Śląsku. W opuszczonym, małym domu zamieszkaliśmy. Po poprzednich gospodarzach skromny dobytek pozostał. Ziemniaki, warzywa w kopcach. Dużo jeszcze Niemców w wiosce przebywało. Z pół roku jeszcze przebywali. Ich mężczyzn do roboty zapędzali. Zapamiętałam starszą Niemkę. Czy ona była mądra, czy nie – tego nie wiem. Chodziła  po wiosce, rozmawiała ze sobą, zatrzymywała się, gdy spostrzegła kogoś przez okno, patrzyła w to okno i uśmiechała. Wie pan co ja dziś myślę, gdy tą kobietę nieszczęśliwą sobie przypominam? Musiała biedę przeżyć, może mąż czy syn z wojny nie wrócił ?


Z Tetynia furmanką do Piaseczna nas przywieźli

Siostra Paulina w 1941 albo 1942 została wywieziona na roboty do Rzeszy.  Mama z Nowej Wsi list napisała, opisała nasze położenie, prawdę o tacie, że nie powrócił. Paulina po wojnie przebywała dalej w Rzeszy. W miastach tu na zachodzie wagony były odczepiane, ludzie zostawali. Kilka ostatnich wagonów dojechało na małą stację kolejową do Tetynia. W jednym z wagonów przybyliśmy tutaj w nieznane moi najbliżsi i oczywiście ja. Z Tetynia furmanką do Piaseczna nas przywieźli.

Z pierwszych lat po wojnie nie wiele pamiętam. Domy były zamieszkałe. Ludzie z różnych stron zamieszkali. Dużo wojskowych otrzymało tutaj domy. Za czymś poważniejszym to do miasta udawaliśmy się. Najczęściej do Myśliborza. Do Bań rzadziej. Pan sobie wyobrazi, że rano pieszo drogą przez las wyruszaliśmy do Myśliborza ? Miasto podobało mi się. Nie było zniszczone. Duża stacja kolejowa, gdy lokomotywa czekała do odjazdu, gęsty dym pojawiał się wzdłuż drogi do miasta. W Piasecznie powstał kołchoz blisko sklepu. Rano ludzie oczekiwali na placu na brygadzistę. Najpierw przekleństwo, później rozdzielali pracę. W swoim gospodarstwie mógł hodować jedną krowę, kilka świń. Obowiązkowe dostawy, przyszedł Zielonka - bo tak jego nazywali ludzie. On nie miał litości. Nie patrzył się na pana czy na mnie. Wszedł i patrzał co z domu wziąć. Zabierał i nie było zlituj się.  Ludzi zastraszyli. Później sklep GS z Bań uruchomił. Szkoła działała. Do kościoła pieszo do Górnowa chodziliśmy, do Bań się chodziło. Mąż nazywał się Bronisław Prońko. Poznaliśmy się tutaj w Piasecznie.  Pracował jako kierowca autobusu w POM – ie w Baniach (Państwowy Ośrodek Maszynowy  – przypis autora).



Syn Władek. Córki Hela i Halinka.

Epilog

W latach „dobrobytu” na początku lat 70 tych pod namową męża zgodziłam się odwiedzić jego najbliższych, którzy mieszkali za wschodnią granicą. Pomyślałam – niech dziadkowie poznają wnuków. Wtedy miał mecz reprezentacji Polski i Republiki Ukraińskiej. Tłumy przez granicę przejeżdżało. Gdy dotarliśmy na miejsce przywitali nas rodzice męża a moi  teściowie. Szybko zdałam sobie sprawę, że tutaj już inne zwyczaje, mówią w innym języku. To już inny kraj 



Wspomnień pani Marii Zmur wysłuchał autor publikacji Andrzej Krywalewicz w maju 2019 roku.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.