Reklama [góra]

Poruszające opowieści o życiu. Wkrótce książka Andrzeja Szelążka

Wspomnienia pana Ferdynanda Łukasika zostaną wkrótce opublikowane wraz z innymi niezwykłymi wspomnieniami osób, które urodziły się w dwudziestoleciu międzywojennym lub w czasie wojny. Poruszające opowieści wkrótce zostaną opublikowane w książce autorstwa Andrzeja Szelążka pt: "Dzieci Wojny. Historie Prawdziwe. Ocalić od Zapomnienia".

Spotkania i rozmowy z osobami, które pamiętają lata wojny zainspirowały autora do gromadzenia i opisywania wspomnień, które przelał na kartki papieru. W książce znajduje się ponad 30 opowieści świadków II wojny światowej. 

Moi rodzice pochodzą z Podlasia. Ojciec urodził się na tej ziemi w 1909 roku. Jego mama Marianna pracowała na stanowisku woźnej w Szkole Podstawowej w Starych Kobiałkach. Dziadek Aleksander był pracownikiem najemnym, zatrudniał się u bogatych rolników. 

Mama urodziła się w 1911 roku. Babcia Helena i dziadek Stanisław mieszkali w Szyszkach koło Stoczka Łukowskiego. Posiadali gospodarstwo rolne o powierzchni 9 mórg. Ziemia była żytnio – ziemniaczana, ale musiała wyżywić liczną gromadkę córek. Dziadkowie mieli ich 10, których sześć się wychowało, a czwórka zmarła w wieku niemowlęcym. 

Rodzice pobrali się w 1936 roku. Utrzymywali się z niewielkiego gospodarstwa liczącego trzy morgi. Mama ziemię otrzymała w posagu od swoich rodziców.

W 1937 roku urodziła się moja najstarsza siostra Janka. Niestety umarła na dyfteryt w wieku 10 miesięcy. Śmierć ukochanego, pierwszego dziecka bardzo przeżyli rodzice, szczególnie mama. Tragedie, rodzice wspólnie z synami Eugeniuszem, Kazimierzem i moją osobą przeżywali jeszcze trzykrotnie po śmierci bliźniąt Jadzi i Mieczysława w 1954 roku i śmierć 25 letniego Zdzisława w 1971 roku. 

Rodzinne zdjęcie z Rodzicami, bratem Zdzisławem i Kazimierzem.
Odejście z tego ziemskiego świata brata Zdzisława było bardzo bolesne. Zmarł w wieku 25 lat. Miał za sobą odsłużone wojsko, wcześniej ukończone Technikum Samochodowe w Szczecinie. Mimo młodego wieku pracował na stanowisku zastępcy kierownika w Okręgowym Zakładzie Transportu Leśnego w Myśliborzu. Kiedy piszę te zdania o moim bracie Zdzisławie łzy same cisną się do moich oczu, żadne słowa nie są też w stanie wyrazić przeżyć moich rodziców.

Po tym smutnym fragmencie powracam do dalszych informacji o moich najbliższych.

W 1938 roku 30 maja urodził się Eugeniusz. Był ukochanym bratem. Miał decydujący wpływ na moją drogę życiową. Już w szkole podstawowej marzył żeby zostać lotnikiem. Od średniej szkoły kupował gazetę Skrzydlata Polska. W 1960 roku ukończył Oficerską Szkołę Wojsk Lotniczych w Radomiu. Szczęśliwie przez trzydzieści lat latał na różnych samolotach w tym na odrzutowcach. Przeszedł na emeryturę w stopniu podpułkownika. 

Rodzinne zdjęcie z Mamą i bratem Eugeniuszem. Rok 1958
Brat Eugeniusz przy samolocie szkoleniowym Iskra

Później przez osiem lat pilotował samoloty pasażerskie. Nasz ukochany brat już nie żyje. Umarł 22 stycznia 2013 roku i został z honorami wojskowymi pochowany na cmentarzu w Świdwinie. 

Pogrzeb brata Eugeniusza na Cmentarzu w Świdwinie

Najmłodszy żyjący brat Kazimierz urodził się w domu na zaciszu. Poród odebrała Pani Januszewska, kobieta ze Stawu. Przyszedł na świat 10 grudnia, ale ojciec zgłosił urodzenie 1 stycznia 1951 roku. Nie chciał, żeby miał przypisany rok. W tamtych czasach tak postępowano. Kazimierz ukończył Szkołę Podstawową w Stawie, a następnie Technikum Weterynaryjne we Wrześni. W zawodzie przepracował ponad trzydzieści lat. Obecnie mieszka w Baniach i jest już na emeryturze.

Ja przyszedłem na świat 8 czerwca 1941 roku. Jak wielokrotnie mówili rodzice, że już w tym okresie w naszej wsi i w okolicznych miejscowościach rozlokowały się oddziały niemieckie, które miały 22 czerwca rozpocząć atak najpierw na ziemie kresowe zajęte przez bolszewicką Rosję we wrześniu 1939 roku. I tak dwóch agresorów naszej Ojczyzny rozpoczęło walkę na śmierć i życie.

Cóż mogę napisać o mojej małej ojczyźnie Ziemi Łukowskiej. Jest to miejsce szczególne dla wielu tam urodzonych. Na tym terenie w pobliżu małego miasteczka Stoczka Łukowskiego rozegrała się słynna bitwa z wojskami rosyjskimi 14 lutego 1831 r. – w powstaniu listopadowym – to tam generał Józef Dwernicki rozgromił oddziały rosyjskie, którymi dowodził gen. F. Geismar. Bitwa została upamiętniona w utworze ,,Grzmią pod stoczkiem armaty…’’. 25 km od mojej rodzinnej wioski urodził się w Woli Okrzejskiej noblista Henryk Sienkiewicz autor trylogii ,,Quo vadis’’ i wiele innych utworów, które krzepiły polskie serca w okresie zaborów. 

Moi rodzice byli prostymi, skromnymi ludźmi, bardzo się szanowali i zapewne pobrali się z miłości. Ojciec, jak każdy zdrowy mężczyzna służył w wojsku ponad dwa lata. Służbę odbył w jednostce artyleryjskiej w Bydgoszczy. Mama była zgrabną kobietą o ciemnych gęstych włosach, pięknie śpiewała, nic dziwnego, że występowała w chórze parafialnym. To ona nadawała ton w związku małżeńskim. Była bardzo religijna, niezwykle pracowita i zaradna. Miała decydujący wpływ na nasze wychowanie. Często wspominała, że w okresie okupacji wiejskie kobiety kilka razy w miesiącu pieszo wędrowały z nabiałem, jajkami, drobiem a nawet samogonem do odległego o 25 km Łukowa. Pieniądze ze sprzedaży powyższych towarów pozwalały przeżyć ten trudny czas.

W 1939 roku już było wiadomo, że Niemcy napadną na Polskę. O tym świadczyły żądania Hitlera, które nasza ojczyzna nie mogła spełnić. Nie wiedziano tylko kiedy rozpocznie się wojna.

Ojciec wiosną 1939 roku został jako rezerwista powołany do wojska. Jego jednostka formowała się na wschodzie w Baranowiczach. Tam odbywały się ćwiczenia, a po uzyskaniu gotowości bojowej oddział został przerzucony w rejon Mławy. W tym rejonie wojsko polskie stawiało zacięty opór nacierającemu nieprzyjacielowi. Po kilkudniowych ciężkich walkach, zdziesiątkowane jednostki Armii przez Narew przedarły się do stolicy. Tu w Warszawie zostaje ranny na szczęście lekko, a po kapitulacji dostaje się do niewoli. W niewoli przebywa cztery miesiące. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ucieka z obozu jenieckiego i powraca do domu rodzinnego. 

W domu nie przelewało się w czasie okupacji. Wszyscy żyli bardzo skromnie. Głód zaglądał w oczy, zwłaszcza na przednówku. Po wsiach często chodziły biedne osoby, które prosiły o przysłowiową kromkę chleba. 

Z okresu wojennego utkwiły mojej pamięci szczególnie drastyczne sceny. Jedna z nich to starcie oddziału partyzanckiego z Niemcami. W potyczce padają zabici i ranni w tym kilkunastoletni chłopiec. Mieszkał z rodzicami po sąsiedzku. Kula przebiła drewnianą ścianę i śmiertelnie go ugodziła. Inne dramatyczne przeżycie związane było z obławą Niemców na członków Armii Krajowej, których najeźdźcy pogardliwie nazywali ,,bandytami’’. Wieś została otoczona i przeszukiwano każde zabudowanie. Śmiertelnie przestraszeni oczekiwaliśmy najgorszego.

Pamiętam kolejną scenę, jak żandarmeria wjechała do wsi i strzelała, a następnie brutalnie przeprowadzała rewizję sąsiednich zabudowań. Mój ojciec w tym czasie schronił się w stodole, a ja przestraszony i zapłakany biegłem do niego.

Inne wydarzenie nie związane z wojną, mogło się dla mnie źle się skończyć. Babcia miała krowę, która bodła. Kiedy nieopatrznie zbliżyłem się do niej ta uderzyła mnie rogiem i podrzuciła do góry. Z policzka obficie popłynęła krew. Przerażona mama jak mogła opatrzyła ranę, ale blizna po krowie pozostała na zawsze.

Rodzice z nami mieszkali w Szyszkach u babci. Była ona bardzo kochaną przez nas osobą. Zajmowaliśmy jedną izbę w drewnianym domu. Rodzice nie mogli utrzymać się z niewielkiego gospodarstwa. Z tego powodu ojciec zatrudniał się przy budowie domów, jako pomocnik cieśli. Budował między innymi szkołę podstawową w swojej wsi. Bardzo marzył o wybudowaniu własnych zabudowań gospodarczych i domu. Jak przystało na dobrego gospodarza najpierw wybudował małą oborkę z chlewikiem, następnie stodołę i mimo okresu wojennego zgromadził materiał na budowę własnego domu. Wszystko było okupione ciężką pracą. Rodzice dorabiali się od zera. Nie mieli pomocy od najbliższych, bo oni nie byli bogatsi. Ojciec mamy zmarł przedwcześnie, mając zaledwie pięćdziesiąt trzy lata. Mama ojca zakończyła życie w 1944 roku. Na jej śmierć wpłynęło aresztowanie męża, a mojego dziadka Aleksandra, który był w Armii Krajowej. Jego los początkowo był nie znany. Później dotarła informacja, że przebywa w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Po kliku miesiącach oprawcy przekazali wiadomość, że nie żyje. Z jego tragiczną śmiercią trudno było wszystkim żyć.

Pozostali domownicy dzięki Stwórcy przeżyli okupację. Wreszcie skończyła się II wojna światowa. Życie bardzo powoli wracało do normy. Początkowo rodzice z trójką dzieci, bo pod koniec 1945 roku urodził się brat Zdzisław, nie zamierzali opuszczać swojej małej ojczyzny. Jednak brat stryjeczny Wacław namówił ojca, żeby wyjechać na ziemie tak zwane odzyskane. Wiosną 1946 roku zbiorowym transportem po tygodniowej podróży kilkadziesiąt rodzin dociera na ziemię myśliborską. Z podróży bydlęcymi wagonami zapamiętałem przejazd przez Warszawę. Z wagonu widzieliśmy morze ruin, w tym przeprawę mostem drewnianym, który połączył tymczasowo dwa brzegi Wisły.

Zamieszkaliśmy na kolonii o wdzięcznej nazwie zacisze koło Stawu. Na Zaciszu były dwa potężne zabudowania gospodarcze. Każde pod jednym dachem, w tym samym ciągu był budynek mieszkalny, chlewnia, obora i stodoła. Jedno z gospodarstw miało stajnię na trzy pary koni, dodatkowo drugą stodołę, szopy na sprzęt rolniczy. 

Rok 1979 Zacisze – opuszczony dom, w którym mieszkaliśmy z rodziną Stryjka Wacława
Na kolonii zgodnie żyły rodziny tam mieszkające. Już w pierwszym roku pobytu mężczyźni zbudowali kapliczkę, w której odprawiało się majowe. Przez ponad rok mieszkaliśmy z rodzinami niemieckimi. Były to starsze małżeństwa. Ich synowie zginęli na froncie wschodnim, a córki w obawie przed ruskimi żołnierzami uciekły za Odrę. Jedna z rodzin miała czternastoletniego syna Erwina. Bawiliśmy się razem, a przy tym my uczyliśmy go mówić po polsku, a on nas po niemiecku. Rodzice z Niemcami porozumiewali się za pośrednictwem stryjka i stryjenki. W czasie okupacji przez trzy lata pracowali u Bauera w okolicach Lipska i dobrze mówili po niemiecku.

Mój stryj Wacław był przysłowiową złotą rączką. Nie było dla niego problemu z naprawą motocykli, samochodów, wszelakich maszyn, sprzętu rolniczego. Przez wiele lat pracował w Kinie tak zwanym półstałym i wyświetlał filmy w okolicznych wioskach.

Objęte gospodarstwa ograbione zostały przez żołnierzy radzieckich. Rosjanie zabrali konie, trzodę i wywieźli zwierzęta do ZSRR. W sąsiedztwie zabudowań Niemcy pozostawili działo przeciwlotnicze, nie miało zamka. Niemal codziennie bawiliśmy się przy nim. Była to dla nas uciecha, bo mogliśmy jedną korbą manewrować lufą, a drugą obracać się dookoła, jak na karuzeli. Później działko zostało rozebrane, zapewne na złom. Nam skończyła się zabawa.

Ojciec i stryjek objęli dwa gospodarstwa rolne. W pierwszym roku zanim przystąpili do uprawy musieli sami z narażeniem życia oczyścić pole z niewybuchów. We własnym zakresie zbierali je, następnie układali w okopie. Po rozpaleniu ogniska uciekali, jak najszybsi biegacze. My z daleka obserwowaliśmy detonacje. Widok był niesamowity w postaci błysku, huku i dymu.

Mimo ostrożności mam z tego okresu przykre zdarzenie. Pewnego razu stryj znalazł mały niewypał. Po rozpaleniu ogniska przez dłuższy czas nie było detonacji. W związku z tym nasza gromadka zbliżała się do ogniska i wtedy nastąpił wybuch. Na szczęście tylko stryj i ja zostaliśmy lekko ranni. Pamiątkę z tego zdarzenia w postaci odłamka noszę w lewym przedramieniu.

Największym problemem gospodarzy był brak koni do uprawy ziemi. Były one w cenie. Ojcu udało się zamienić krowę z cielakiem na konia. Zakup był udany. Bardzo ucieszyliśmy się z kobyły, której nadaliśmy imię ,,Klara”. Przez dwadzieścia lat ciężko pracowała w polu, a w okresie zimowym wyciągała ze zrębu kopalniaki na dukt leśny, które następnie ojciec i gospodarze z okolicznych wsi wywozili końmi na stację kolejowa w Stawie. Pamiętam, że z czasem inni rolnicy otrzymywali konie w ramach pomocy z UNRY.

Kolonia Zacisze, niemiecka nazwa Emmashop była pięknie położona w odległości dwóch kilometrów od Stawu, czterystu metrów od rzeki Myśli, kilometra od małego uroczego jeziora Białego, na skraju olbrzymiego kompleksu leśnego ciągnącego się od Barlinka po Odrę. A teraz są tam tylko fundamenty, rośnie las i pozostały mapy z nazwą ukochanego Zacisza. 

Na kolonii obok gospodarstw była leśniczówka z zabudowaniami gospodarczymi. Pierwszym i ostatnim leśniczy, bo później zlikwidowano leśnictwo, był Jan Skwarko. Musiał opuścić z rodziną ukochaną Wileńszczyznę. Miał żonę, trzy dorosłe córki i teściową, staruszkę urodzoną w 1852 roku. Była to najstarsza osoba, którą poznałem w swoim życiu. Żyła ona 103 lata, została pochowana na tak zwanym starym cmentarzu w Myśliborzu.

Leśniczy był dobrym człowiekiem. Pięknie grał na mandolinie i śpiewał patriotyczne pieśni. W jego mieszkaniu gromadzili się dorośli mieszkańcy Zacisza, przede wszystkim stryj, mój ojciec, zięć leśniczego i wspólnie słuchali stacji radiowej Wolna Europa. Słuchacze musieli wytężać słuch, ponieważ władza ludowa zagłuszała rozgłośnię polską, która nadawała audycje z Monachium.

Naukę w szkole Podstawowej w Stawie, która miała imię Marii Konopnickiej – autorki ,,Roty’’ rozpocząłem 1 września 1948 roku. Z Zacisza do szkoły mieliśmy dwa i pół kilometra. Chodziliśmy drogą gruntową pieszo koło lasu przez most na Myśli. W okresie zimy, kiedy był śnieg ojciec dowoził nas saniami. Mój starszy brat Eugeniusz miał rok opóźnienia. Był zdolnym uczniem i w ciągu jednego roku ukończył pierwszą i drugą klasę.

Wtedy w klasach uczyły się dzieci z różnych roczników. W szkole nie było żadnych pomocy naukowych, brakowało podręczników, map, zeszytów. Do dyspozycji nauczycieli była tablica i kreda. W pierwszej klasie do półrocza pisaliśmy ołówkiem. W drugim półroczu pisało się atramentem i zwykłym piórem. W środku ławki znajdowały się kałamarze na atrament.

Raz w miesiącu z nieodległego Myśliborza przyjeżdżał z aparatem projekcyjnym Pan i wyświetlał nam filmy oświatowe. Z radością witaliśmy operatora, była to dla nas jedyna rozrywka, no i nie było lekcji.

Po tylu latach jestem pełen podziwu dla tego mężczyzny, który na zwykłym rowerze woził aparat z filmami przez osiem kilometrów po wąskiej ścieżce wzdłuż bruku. Jak on pokonywał trasę, to pozostaje jego tajemnicą.

Nasz budynek szkolny został zaadoptowany z niemieckiego gasthausu, bo szkołę niemiecką spalili Rosjanie po zajęciu wsi. Budynek był niewielki, klasy małe, okna nie dawały dużo codziennego światła. Szkoła nie miała centralnego ogrzewania, kanalizacji, bieżącej wody. Niektóre klasy wyposażone były w czteroosobowe ławki.

W pierwszych latach dawano nam tran, żeby wzmocnić osłabione organizmy i również prowadzono dożywianie w postaci kromki chleba posmarowanej wyjątkowo niesmaczną pastą. Szkoła nie posiadała żadnego sprzętu sportowego. Sami robiliśmy piłki z kauczuku do palanta i piki nożnej. Z czasem szkoły zaczęły otrzymywać pomoce naukowe do poszczególnych przedmiotów, w tym i do wychowania fizycznego.

W szkole podstawowej nie miałem problemów z nauką. Należałem do wyróżniających się uczniów. Uczyli nas nauczyciele, którzy wprawdzie nie mieli wyższych studiów, ale uczyli nas z pasją i z wdzięcznością ich wspominam. Jedną z pierwszych kierowniczek Szkoły Podstawowej w stawie była Pani K. Szabowska. Przez wiele lat szkołą bardzo dobrze kierowała Pani Czesława Gębicz. Wspaniałym kierownikiem naszej szkoły był również Pan Edward Korban, który doprowadził do jej rozbudowy, budowy jednorodzinnego domu, boiska asfaltowego i adaptacji świetlicy na salę gimnastyczną. Mam w tym skromny udział, ponieważ miałem wpływ na przydział środków na powyższe zadania ze Społecznego Funduszu Budowy Szkół. Szkoła w tamtych latach nie organizowała dalekich wycieczek, po prostu byliśmy za biedni. Wyjątkiem była jedna wycieczka zorganizowana przez wydział oświaty w Myśliborzu dla dobrych uczniów szkół podstawowych. Z naszej szkoły pojechało trzech uczniów. W tym gronie byłem ja. Dla nas było to wyjątkowe przeżycie. Zwiedziliśmy Szczecin – Wały Chrobrego, Śródmieście, port, Wieżę Bismarcka, a nawet przez kilka godzin płynęliśmy stateczkiem po Zalewie Szczecińskim. Z wycieczki mam pamiątkowe zdjęcia.

Na statku wycieczkowym Jolanta z kolegami ze Szkoły Podstawowej w Stawie
Po lekcjach bardzo często graliśmy w dwa ognie, szczypiorniaka, piłkę nożną i palanta. Kto dzisiaj w palanta gra? A wtedy był bardzo popularny. Gra kończyła się z momentem wkroczenia rodziców, którzy przy pomocy ,,dyscypliny’’ uświadamiali swoim synom, że w domu są pożyteczniejsze ,,zabawy’’ jak np. pasienie krów. Ja byłem w dobrej sytuacji, ponieważ ojciec miał za daleko i nigdy nie przyszedł po mnie, ale muszę przyznać, że kilka razy otrzymałem ,,pater noster’’.

Do szkoły chodziliśmy w połatanych spodniach wówczas mówiliśmy portkach, a na zimę mieliśmy drewniaki, które ojciec robił domowym sposobem. Miały one niewątpliwie dwie zalety: nie marzło się w nogi, a na lodzie zastępowały łyżwy. W naszej wsi, podobnie jak w wielu innych założona została spółdzielnia produkcyjna zwana z ruskiego kołchozem. Jaka była tam produkcja, każdy Polak wiedział. Krowy dawały tyle mleka, co obecnie rasowe kozy, tuczniki osiągały wagę 100 kg po 2 latach, a konie były zabiedzone i słabe.

W tamtych czasach, jak chodziłem do szkoły podstawowej na plantacjach sporadycznie zaczęła pojawiać się stonka ziemniaczana. Komunistyczna propaganda wciskała kit mieszkańcom wsi, że zrzucili ją Amerykanie. Kiedy jej jeszcze nie było, wyznaczono nagrodę za znalezienie chrząszczy lub larw. Jak później zaczęła się pojawiać to już i nagród nie było. Jednego razu na naszym polu znalazłem całe ognisko stonki ziemniaczanej. Po zgłoszeniu przyjechała ekipa z POM-u ubrana w kombinezony, maski co wyglądało groźnie. Wyrwane zostały krzaki ziemniaków na których były larwy, polano płynem łatwopalnym i spalono.

Ówczesna władza wprowadziła ustawowy obowiązek zwalczania stonki. Karano tych rolników, którzy jej nie likwidowali. Podejmowane metody zwalczania tego groźnego szkodnika nie zapobiegały jego rozprzestrzeniania się. Dzisiaj stonkę zwalcza się skutecznie środkami stonkobójczymi.

Staw niemiecka nazwa Staffelde przed wojną był jedną z największych wsi w Powiecie Myśliborskim. Liczył ponad 1100 mieszkańców. Po II wojnie światowej nigdy nie osiągnął takiej liczby. Była to duża wieś gminna do 1975 roku. Obecnie znajduje się w gminie Lubiszyn, w Powiecie Gorzowskim. Szkoła Podstawowa w Stawie została utworzona jesienią 1945 roku. W wiosce były trzy wiatraki, których niestety już nie ma, dwa sklepy, poczta, kościół, boisko sportowe, Wiejski dom Kultury, kino półstałe o nazwie ,,Czapla’’, punkt skupu zwierząt, zlewnia mleka, ośrodek zdrowia.

W Stawie od 1946 roku prężnie działał klub sportowy o nazwie LZS ,,Wicher’’, powstał w 1946r. Klub rozgrywał mecze na początku w ,,C’’ klasie, a później w ,,B’’ klasie. Drużyna przez wiele lat grała w tej klasie ze znanymi drużynami z południowej części województwa. Wymienię tylko niektóre: ,,Mieszko’’ - Mieszkowice, ,,Remor’’ - Recz, ,,Grunwald’’ - Choszczno, ,,Sokół’’ - Różańsko, ,,Kłos’’ - Pełczyce, ,,Iskra’’ - Banie, ,,Kluczewia’’ - Kluczewo, ,,Mierzynianka’’ - Mierzyn a także z drugimi drużynami: ,,Osadnik’’ - Myślibórz, ,,Pogoń’’- Barlinek, ,,Dąb’’- Dębno, ,,Błękitni’’- Stargard. W drużynie Stawu grałem piętnaście lat, byłem bramkostrzelnym napastnikiem.

W niedzielę jak graliśmy mecz, to wszyscy po mszy udawaliśmy się na stadion i dopingowaliśmy ukochaną drużynę. Było to prawdziwe święto.

Już niewiele osób pamięta, że w Stawie w połowie lat pięćdziesiątych była rozgrywana spartakiada LZS województwa szczecińskiego. Przed spartakiadą stadion został zmodernizowany. Wybudowano boiska do piłki siatkowej, koszykówki, skocznie, rzutnie, wyremontowano płytę do piłki nożnej, a nawet wybudowano bieżnię żużlową. Nie było w południowej części województwa wsi, która miałaby podobny stadion. Nawet stadion Myśliborza na Wierzbnicy nie posiadał tylu boisk i takiego wyposażenia. 

W Wiejskim Domu Kultury prężnie działały zespoły artystyczne: zespół taneczny i chór. Uczestniczyły one w ogólnopolskich dożynkach, które odbyły się w połowie lat 50 – tych w Lublinie.

W Stawie, co miało ogromne znaczenie dla wsi, funkcjonowała Gminna Spółdzielnia ,,Samopomoc Chłopska’’. Popularny GS działał na terenie dwóch gmin Stawu i Nowogródka.

Zakład miał sieć sklepów, prowadził punkty skupu zwierząt, ziemiopłodów, miał magazyny i sprzedawał środki do produkcji rolnej, paszę, nawozy, środki ochrony roślin a również węgiel. Wieloletnim prezesem był Euzebiusz Tombak, którego ojciec zginął. Wiceprezesami byli Feliks Jęsko i Witold Kozakiewicz. Na uwagę zasługuje ten ostatni. Był pasjonatem sportu, doskonałym działaczem i menagerem drużyny piłkarskiej.

Z Gminną Spółdzielnią w Stawie związane jest humorystyczne wydarzenie. Na początku lat 50 – tych gminna spółdzielnia w środku wsi utworzyła bar. W barze serwowano skromne dania, ale nie brakowało piwa i mocnych trunków. Chłopi tak polubili bar, że nie kwapili się do pracy w gospodarstwach, tylko ochoczo raczyli się alkoholem. Zrozpaczone i zdeterminowane kobiety wiejskie wzięły sprawy w swoje ręce. Dokonały najazdu na bar, wałkami przepędziły swoich wybrańców i zmusiły Zarząd GS-u do jego zamknięcia. Była to placówka gastronomiczna, która najkrócej działała na Pomorzu Zachodnim.

W latach 50 rolnikom żyło się bardzo ciężko. Byli ono obciążani obowiązkowymi dostawami żywca, zboża, ziemniaków i mleka. Za dostarczane ziemiopłody, żywiec płacono im przysłowiowe grosze. To dzięki rolnikom państwo miało środki na odbudowę zniszczonego kraju i inwestycje.

Mimo obowiązkowych dostaw gospodarze jakoś dawali radę. Najtrudniejsze lata przyszły dla rolnika, kiedy wprowadzono kolektywizację wsi. Na siłę zakładano spółdzielnie produkcyjne. Szantażowano tych rolników, którzy nie wstępowali do spółdzielni, a nawet wtrącano do więzienia. Mimo wielorakich nacisków ani ojciec, ani stryj nie zapisali się do przysłowiowego kołchozu. Za karę ojcu przydzielono do uprawy jedną działkę hektarową za Stawem i drugą jeszcze dalej w połowie drogi do Myśliborzyc. Do gospodarzy nie wywiązujących się z obowiązkowych dostaw wysyłano tak zwane trójki aktywistów. Przeprowadzały rewizje w zabudowaniach. Na ich domach pojawiały się szydercze napisy. Jeden z nich zapamiętałem: ,,bum, bum, państwu zboża nie oddum’’. Po wydarzeniach Październikowych 1956., kiedy I sekretarzem partii PZPR został wybrany Władysław Gomułka, spółdzielnie produkcyjne mogły rozwiązywać się, co było masowe. Rolnictwo zaczęło dźwigać się z upadku.

Szkołę Podstawową w Stawie ukończyłem w czerwcu 1955 roku. Nie zdążyłem złożyć w terminie do LO w Myśliborzu podania i świadectwa, ale dzięki Eugeniuszowi – starszemu bratu stosowne dokumenty dostarczyłem pod koniec sierpnia 1955r., bo był drugi nabór. Zdałem egzamin wstępny i zostałem przyjęty do średniej szkoły. Przez cały wrzesień chodziłem pieszo z zacisza do Myśliborza. W jedną stronę miałem do pokonania 11 kilometrów. Obliczyłem, że przez 25 dni września pokonałem 550 kilometrów. Jest to trasa z Myśliborza do Kielc. W klasie 8 były dwa oddziały po 35 osób. Do klasy 11 dotarło tylko 18 osób.

Do matury przygotowywałem się przy lampie naftowej, ponieważ na Zaciszu nie było światła. W naszych czasach egzamin maturalny zadawaliśmy w trzech dniach. W jednym dniu odbywał egzamin pisemny z języka polskiego, w drugim z matematyki, a po dopuszczeniu do egzaminu ustnego zdawało się w trzecim dniu egzamin ustny z języka polskiego, matematyki, historii i wybranego przedmiotu. Egzamin maturalny zdałem bez problemu chociaż jak każdy zdający miałem przysłowiowego pietra. Z języka polskiego pisałem pracę: ,,Bohater i bohaterstwo w utworach polskich romantyków’’. Napisałem na ocenę dobry i byłem zwolniony z egzaminu ustnego. Z pozostałych egzaminów otrzymałem również dobre oceny.

Na 100 dni przed maturą mieliśmy studniówkę. Bal zorganizowano w budynku szkolnym. Po zdaniu matury odbył się bal maturalny w auli LO. Teraz są inne czasy. Wprawdzie studniówki odbywają się w drogich lokalach, ale nikt już nie organizuje balu maturalnego. Na balu oprócz kadry pedagogicznej, komitetu rodzicielskiego, uczestniczyli rodzice. Pamiętam jakby to było dzisiaj, na bal jechaliśmy z ojcem na rowerach. Na trasę od krzyżówki wsi Dalsze do Wierznicy mijaliśmy olbrzymi tabor cygański. Był to widok niesamowity, który na zawsze zapamiętałem. 

Mimo upływu prawie pięćdziesięciu ośmiu lat od matury pamiętam wielu wspaniałych pedagogów, którzy nas uczyli. Byli to znakomici nauczyciele, którzy bardzo dużo od nas wymagali, ale jeszcze więcej od siebie dawali. Przypomnę tylko niektórych: matematyk Wiesław Mnichowski, polonista Zdzisław Piasecki, fizykochemik i wieloletni wicedyrektor LO Eugeniusz Szczygłowski, biolog Emilia Połom – Więcławska, wuefista Wiktor Czerniawski, Historyk Połom, wychowawca języka niemieckiego Eugeniusz Stefanowicz, geograf i dyrektor Alfons Wastphal, który był wiecznie zapracowany i bardzo często przychodził na lekcje z opóźnieniem. 

W takich to warunkach Polskie Dzieci Wojny, mieszkające na wsi musiały uczyć się i jednocześnie pomagać rodzicom w pracach polowo – inwentarskich. Na gry i zabawy tak lubiane prze nas było niewiele czasu. Moje dzieciństwo i lata szkolne nie były wyjątkowe. My Polskie dzieci Wojny tak żyliśmy i nie narzekaliśmy na swój los. Cieszyliśmy się z każdej choćby drobnej rzeczy kupionej prze ukochanych rodziców, nowego ubranka, nowych tenisówek, butów. Trudno uwierzyć naszym wnukom, że w tamtych powojennych latach nie było telewizji, komórek, pralek automatycznych, zmywarek, odkurzaczy, laptopów. Luksusem był rower, stary poniemiecki motor czy też samochód. A mimo to cieszyliśmy się życiem, bo nastał czas pokoju i mieliśmy ukochanych, bardzo pracowitych rodziców.

Bardzo szczęśliwie ułożyło się moje życie osobiste. Swoją przyszłą małżonkę poznałem w LO, uczyliśmy się w jednej klasie. W III klasie LO z serdecznym kolegą Irkiem Dubickim, przyszłym architektem siedziałem w ostatniej ławce. Przed nami siedziała Marysia Kawiecka i Emilia Kobusiak obecna małżonka, miała długie warkocze. Jednego razu skróciliśmy jej warkocz. Myśleliśmy, że dostaniemy ,,burę’’ od niej, a przede wszystkim od wychowawcy klasy. Szczęśliwie wszystko rozeszło się po kościach. Po maturze przez cztery lata nie utrzymywaliśmy żadnych kontaktów. Zaiskrzyło między nami na zabawie nauczycielskiej z okazji Dnia Edukacji Narodowej w 1963 roku. Ślub wzięliśmy na Boże Narodzenie w 1964 roku. Mamy dwóch wspaniałych synów: Krzysztofa i Grzegorza, a także trzy wnuczki: Paulinę, Alicję, Martynę i jednego wnuka Miłosza.

Nasz ślubne zdjęcie Boże Narodzenie 1964 rok
Zdjęcie z najbliższą rodziną; żoną Emilią, synami Krzysztofem i Grzegorzem, oraz wnuczkami Paulinką i Alicją 

Po maturze krótko pracowałem GRN w Stawie, a później w Szkole podstawowej w Nawrocku. W latach 1960 – 62 uczyłem się w studium nauczycielskim Nr1 w Szczecinie. Następnie pracowałem w wielu szkołach podstawowych w Gminie Myślibórz. Ukończyłem zaocznie Wyższą Szkołę Rolniczą w Szczecinie. Studiowałem w latach 1965/70. Po studiach przez trzy lata pełniłem funkcję inspektora Oświaty Rolniczej w Urzędzie Powiatowym w Myśliborzu. Po likwidacji powiatów przeszedłem do pracy w WZKiOR w Myśliborzu. W tej instytucji byłem zatrudniony na stanowisku głównego specjalisty do spraw chemizacji. Po przeniesieniu WZKiOR do Gorzowa Wlkp. Powróciłem do zawodu nauczycielskiego i przez dziewięć lat pracowałem w Szkole podstawowej w Nawrocku, w tym przez pięć lat byłem zatrudniony na stanowisku dyrektora szkoły. Na emeryturę przeszedłem 1 września 1991 roku. Obecnie staram się być aktywny, działam w ZNP, samorządzie, ruchu ludowym. Bardzo zaangażowany jestem w działalności na rzecz Dzieci Wojny. Obecnie pełnię funkcję wiceprezesa zarządu Głównego ZDW w Myśliborzu i członka Prezydium Zespołu Koordynacyjnego Stowarzyszeń i Związków Dzieci Wojny w Łodzi z siedzibą w Myśliborzu. Prezesem Prezydium jest Pan Augustyn Wiernicki, wspaniały działacz posiadający olbrzymią wiedzę, autorytet, doświadczenie i osiągnięcia w działalności społecznej. 

Fotografie pochodzą z rodzinnego albumu Ferdynanda Łukasika. 

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszego artykułu nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny), włącznie z fotokopiowaniem oraz kopiowaniem przy użyciu wszelkich systemów bez pisemnej zgody autora.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.